21 grudnia 2016

"A Voyage to the Sea" Denis Gorman

Przyznam szczerze, że książkę Denisa Gormana  kupiłem, będąc zainteresowany jedynie jego doświadczeniami w żegludze na jachcie Albin Vega.

Książka reklamowana była na grupie miłośników tego szwedzkiego, oceanicznego mini-cruisera. Oprócz tego, miała tematyczną i zachęcająco wyglądającą okładkę. Autor napisał ją jednak zupełnie nie o tym, czego się spodziewałem. Zrobił to jednak w sposób, który nie pozwolił mi pożałować zakupu.

Książka Denisa Gormana to osobista i bardzo emocjonalna opowieść autora o swoim życiu. To historia nie tylko o żeglowaniu - pasji którą udało się autorowi zrealizować, dzięki niesamowitej pracowitości, wytrwałości i odrobinie szczęścia. W treści nie spodziewajmy się za to znaleźć zbyt wiele technicznych szczegółów.

Połowa stron zaledwie ociera się o temat żeglarstwa. Dając jednak w zamian dość ciekawą relację, z pierwszej ręki, wszystkim miłośnikom historii wojskowości, zainteresowanym w szczególności Wojną o Falklandy.

Gdy już dotrzemy do interesującego nas żeglarskiego sedna, zauważamy, że autor bardziej skupia się na relacjach międzyludzkich i uczuciach towarzyszących samotnej żegludze, niż na jej technicznym aspekcie. Czytając, stajemy się świadkami tego co dzieje się w głowie samotnego żeglarza. Od euforii poprzez zwykłe, dłużące się dni, po ciężkie chwile zwątpienia, prowadzące niemal do depresji.

Przeczytałem "A Voyage to the Sea" z przyjemnością, pomimo pozornego braku zainteresowania samotnym, regatowym żeglarstwem. Polecam!

2 października 2016

Rejs "Rejs z kolegą", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 30.09-02.10.2016


30.09.2016. Wszystko, co istotne tego dnia, zaczęło się po godzinie 1800.

Odcumowaliśmy z mariny AKM...

I od razu zauważyliśmy, że coś jest nie tak. Po przesterowaniu manetki, diesel wchodził na wysokie obroty, ale jacht ledwo poruszał się do przodu.

Przypomniałem sobie, że podczas ostatniego, własnoręcznego przeglądu silnika, przestawiłem nieco kąt krzywki, odpowiadającej za napięcie cięgna. Chciałem poprawić - a najwidoczniej popsułem.

Poruszając się z prędkością maksymalną 2kn, zawróciliśmy do mariny. Korekta ustawienia krzywki, osadzonej na stożkowym wale i dociśniętej nakrętką, zajęła kilkanaście minut - z czego większość zajęło znalezienie, wyjęcie i schowanie narzędzi.

O godzinie 1900, drugi raz tego dnia, wychodziliśmy z Górek Zachodnich.
Schowaliśmy cumy i odbijacze i zdjęliśmy pokrowiec grota, który po poprzednim rejsie miał założone dwa refy. Nie rozbrajaliśmy ich. Rybacka prognoza pogody ostrzegała przed sztormem, a numeryczna też coś około 25kn pokazywała. Na sztag, zamiast genuy, zapięliśmy foka marszowego.

Wiało tego dnia z kierunku zachodniego, czyli od lądu.  Powodowało to, że w Górkach wiatr nie okazywał swojej prognozowanej siły. Zdjęliśmy więc refy i na foku i pełnym grocie ruszyliśmy na północ.

19 września 2016

Rejs "Wietrzny Weekend z Gromem", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 17-18.09.2016


Każdy żeglarz zakłada jakieś prawdopodobieństwo nieszczęść, jakie mogą go na morzu spotkać. Wszystko jednak można przetrwać - sztorm, dziurę w kadłubie, a nawet zapchany kibel. Ale jest coś, co pogrąży każdy morski statek - może to być źle dobrana, a już na pewno skłócona, załoga. I z reguły wystarczy jeden dupek, aby smród nieporozumienia rozniósł się po całym pokładzie, od topu masztu po dno zęzy.

Oczywiście - zakompleksieni maluczcy, rządni zemsty frustraci, chamy, idioci, prostaki i kretyni też chcą pływać - jest to jak najbardziej prawe i sprawiedliwe. Mimo, że wszyscy zmuszeni jesteśmy tolerować aktywność takich form bytu w żeglarskim świecie, jednak jakoś szczególnie nie tęsknimy za ich obecnością na naszym jachcie.

Naczytałem się wiele o przypadkach zepsutych rejsów, wyrzuconych pieniędzy i marzeń przemienionych w złudzenia. Mało jeszcze siedzę w branży aby się przechwalać, ale póki co niczego z takich przykrości nie doświadczyłem. Zdarzały się pojedyncze, drobne przypadki, ale były na tyle znośne, że z trudem potrafię je sobie dzisiaj przypomnieć. Na znacznej większość rejsów, które odbyłem, nie odnotowałem obecności jednostki destrukcyjnej. Hmm... No chyba, że sam nią byłem.

Szczęście było ze mną nawet wtedy, gdy nie miałem z kim pływać i posiłkowałem się anonsami. Wyłowieni z forum, przypadkowi załoganci zawsze dawali radę. Tak było i w przypadku tego weekendowego rejsu, który rozpoczął się rankiem 17. dnia września 2016 roku.

11 września 2016

Rejs "Piekielny Trójkąt", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 10-11.09.2016


Każdy raczej zna Trójkąt Bermudzki i słyszał o tajemniczych zniknięciach statków, które to wypłynęły w ten rejon po papierosy i nigdy już nie wróciły. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z obecności, na naszym własnym podwórku, podobnego trójkąta. Sam nigdy o nim nie słyszałem i nie dałbym wiary w jego istnienie, gdyby nie ukazał mi się on osobiście.

Było to po pewnym wrześniowym rejsie na Zatoce Gdańskiej. Jak zwykle wizualizowałem sobie pozostawiony za łódką ślad, zapisany w GPSie, gdy nagle, przecierając oczy ze zdumienia, ujrzałem tajemnicze linie łączące Górki Zachodnie, Gdynię i... Łot da Hel!?

Od tamtego oświeconego dnia, minęło sporo czasu. Sam rejs, jak i wydarzenia jemu towarzyszące, w pamięci mojej zostały już pogrzebane. Jednak wobec panującej obecnie mody na rozgrzebywanie, poczułem się zobowiązany. W tej sytuacji, postanowiłem kilka wspomnień z mojej pamięci ekshumować, aby się z Wami nimi podzielić.

4 września 2016

Rejs "Do Sopot, na dziewczyny", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 03.09.2016


Wielokrotnie, w swojej krótkiej żeglarskiej karierze, przyszło mi opisywać rejsy ciekawe, udane i te niezapomniane. Ktoś, kto czyta i patrzy na to wszystko z boku, mógłby sobie pomyśleć, że to żeglarstwo całkiem fajne jest. Że może warto samemu spróbować... A po co nam kolejny żeglarz? Mały to mamy obecnie tłok w polskich marinach? Na szczęście, zdarzył mi się jeden taki rejs, co nie do końca wypalił...

25 sierpnia 2016

Rejs "Łódką do pracy", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 23-24.08.2016


Jeździłem już do pracy pociągiem i rowerem. A nawet z buta kiedyś z roboty wróciłem, w odpowiedzi na opóźnienie SKM. Ale im wtedy pokazałem!
Niestety, coraz częściej, trasę dom-biuro odbębniam autem, przez co zwiększa się stale obciążenie na szwach mojego sztormiaka.

Przyszedł jednak dzień, gdy postanowiłem to zmienić. Zdecydowałem nie iść, ani nie jechać do pracy. Ale nie chodziło mi o dzień bez roweru, samochodu czy pociągu. Ani też o dzień bez pracy - choć takich świąt nigdy dosyć. Postanowiłem - tym razem, do roboty, to ja sobie popłynę.

21 sierpnia 2016

Rejs "Rodzinna Twierdza", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 20.08.2016


Śledząc moje wpisy wiecie już zapewne, że żeglować nie umiem - choć bardzo lubię. Nie wiecie natomiast jeszcze, że nie umiem gotować - choć czasem muszę.

Zdarza mi się jednak robić te dwie rzeczy naraz, i to bez przymusu bezpośredniego. Tak też stało się, pewnej sierpniowej soboty 2016 roku.

Tego dnia, zadomowione na łódce pająki szeroko rozdziawiły japy, aż im wszystkie muchy i komary z pajęczyn powypadały. Po raz pierwszy bowiem, z kambuza Santa Pasty, nie dolatywał zapach fasolki z puszki, czy też innej zupy chińskiej.

8 sierpnia 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 5/5 - Powrót na dwie Vegi", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 06-07.08.2016



POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

To był na prawdę wyjątkowy etap, tego i tak bardzo już udanego rejsu.

Michał ledwo wytrzymał bez wody, te długie pięć dni. Przyjechał do Gdańska w piątek, zanim jeszcze zdążyłem wyjść z pracy.  Ech żeglarstwo - miało być przyjemnością, a teraz zabiera człowiekowi cały wolny czas.

Z powodu korków na drogach i spóźnienia się BlaBlaAuta, do Łeby dojechaliśmy dopiero na wieczór. Zmęczeni byliśmy i jakoś nie chciało nam się gnać w morze na nockę. Postanowiliśmy wyjść dopiero w sobotę - wcześnie rano, aby bez obsuwy zjechać do Górek Zachodnich, na popołudniową niedzielę.

Gdzieś po godzinie 2300, w marinie zacumowała s/y Lotta - prawdopodobnie, najbardziej znana Vega w Polsce. Powożący nią Marcin, uprzedzał mnie wcześniej o możliwości takiego spotkania. Wracał z wakacyjnego rejsu wzdłuż polskiego wybrzeża i wychodziło na to, że kolejnego dnia zaplanowaliśmy tę samą trasę - z Łeby do Władysławowa. Zapowiadało się wspólne pływanie!

31 lipca 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 4/5 - Na fali, z połówką", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 29-31.07.2016


POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

Faktycznie - to już trzeci raz, w tym sezonie, przyszło mi przeprawiać się przez Bałtyk. Tym razem wyszło nam 113NM drogi nad dnem i zrobiliśmy to w niecałe 23h. Vega miło nas zaskoczyła i pokazała, że pływa na prawdę dobrze.

29.07.2016 o godzinie 2335 wyszliśmy z Karlskrony. Było już po zmroku i trzeba było nieco się skupića, by cało przejść przez szkiery i wyjechać na pełne morze.
Większość oznaczeń torów wodnych nie jest oświetlona i aby je dokładnie zlokalizować, musieliśmy wzbudzać ich odblaskowe elementy latarką.

Dochodząc do przesmyku w grobli, pomiędzy Kungsholms Fort i Drottningskärs kastell, przypomniałem sobie, że oprócz piwka na lunch i zbiornika z wodą, nie zatankowałem nic więcej. Była godzina 0030 gdy skojarzyłem, że silniki w jachtach nie żywią się wiatrem.

30 lipca 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 3/5 - Z rodzinką po dziurach", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 25-29.07.2016



POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

Znający moją żonę czytelnicy, znają również jej zamiłowanie do morskich podróży. Wszyscy więc, zgodzimy się, że w zamian za odwagę i poświęcenie kilku swoich dni z życiorysu, na jachtową włóczęgę, należało jej się nieco obcowania z suchym lądem.

Popołudnie i cały kolejny dzień, po naszym przybyciu do Karlskrony, spędziliśmy zatem zwiedzając miasto i jego okolice.

Rozpoczęliśmy od znalezienia wypożyczalni rowerów, które miały nas ponieść nieco szybciej, ku nowym miejscom. Niestety, niedzielna nieczynność rowerowego biznesu, przesunęła nam termin pedałowanej wycieczki na kolejny dzień.

25 lipca 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 2/5 - Przez Utklippan do celu.", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 22-24.07.2016

 

POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

Szybko nadszedł kolejny weekend i trzeba się było brać za realizację kolejnego etapu wakacyjnego projektu.

Etap był teoretycznie trudniejszy od poprzedniego. Tym razem mieliśmy przepłynąć Bałtyk. I nie ważne, że w poprzek, i że nie w najszerszym miejscu.

Przepłynięcie czegoś mokrego, zawsze budzi publiczne emocje. Szum medialny jest tym większy, im większe jest to coś, co przepływamy i mniejsze coś, na czym płyniemy.

18 lipca 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 1/5 - Do Łeby z Górki", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 15-17.07.2016


Jak co roku, również tego lata, pojawił się problem. Gdzie jechać na wakacje?

Ta cholerna szkoła, mając rodziców głęboko w zadzie, daje dzieciom aż dwa miesiące wolnego. I dzieje się tak co roku! Aż trudno w to uwierzyć - tyle było już reform edukacji i nadal nic. Nawet najnowsza "dobra zmiana" nie dała sobie  z tym rady.

No cóż - trzeba było mieć choć trochę ojcowskiego poczucia obowiązku. Zacząłem przeglądać wakacyjne oferty, płynące do nas, coraz bardziej szerokopasmowymi łączami, ze skąpanych w słońcu, południowych krajów. Ale wtem coś sobie przypomniałem.

10 lipca 2016

Bloczki, listwy i gadżety - Remont s/y Santa Pasta, cz.3

Po remoncie kadłuba, chciałem jak najszybciej zacząć pływać. Całą resztą łódki miałem zająć się po sezonie. Z reszty tej, wybrałem jednak kilka wyjątków.

Przed ponownym postawieniem masztu, dobrze było wykonać kilka rzeczy, aby później nie być zmuszonym do pracy na wysokościach.

9 lipca 2016

Dziura, mata, farba, szmata - Remont s/y Santa Pasta, cz.2


Oczekując na pojawienie się mechanika, zająłem się tym czym mogłem się zająć - kadłubem.

Robiąc założenie, że naprawa przekładni zajmie od tygodnia do dwóch, nie miałem za dużo czasu na full serwis.
Dwa tygodnie - to nie było na prawdę za wiele. Nie chcąc marnotrawić urlopu na pracę, miałem do dyspozycji jedynie popołudnia i weekendy. W ten sposób, nawet zakładając dobrą pogodę, ilość godzin na remont nie była oszałamiająca.
Część nadwodna przypominała modne w latach 80. wapnowane jeansy i wymagała - tak mi się zdawało - jedynie nieco kosmetyki.

8 lipca 2016

Olej, tulejka i usczelka - Remont s/y Santa Pasta, cz.1


Nie olewaj...

OLEJU


Żaden szanujący się żeglarz nie bierze się za remont jachtu w sezonie, jeśli na prawdę nie musi. Ja też nie musiałem - teoretycznie. Wielu radziło mi bym - mimo "drobnych" usterek - dotrwał do jesieni na wodzie.

Mnie jednak spać nie dawał, wyciekający z przekładni Volvo Penta MD6A Combi, olej silnikowy. Raz, że nic nie powinno wyciekać z przekładni, a dwa - na pewno nie powinien to być olej. Mechanizmy przekładni nurzać się powinny bowiem jedynie w smarze stałym.

Wyglądało to na rozszczelnienie pomiędzy silnikiem a przekładnią. I tak się później okazało. Olej silnikowy wypływał przez zużyte uszczelnienie i wypłukiwał smar z przekładni, po czym wyciekał na zewnątrz dzięki równie zużytym uszczelnieniom combi.

Te właśnie fakty były główną przyczyną mojej decyzji o wyjęciu łódki z wody. Nie da się bowiem zdemontować przekładni combi bez demontażu śruby i wału, a to może nie udać się na wodzie.

Kiedy pewnego dnia znalazłem pół litra... Nie:) Oleju, pod silnikiem. A na dodatek sprężynę uszczelnienia bujającą się samotnie bez celu na wale, nabrałem pewności że decyzja o remoncie była słuszna.

29 czerwca 2016

"Południowa Szwecja. Przewodnik dla żeglarzy" Marcin Palacz

Nie ma chyba bałtyckiego żeglarza, który chociaż raz nie skorzystał, przynajmniej z jednej locji Jerzego Kulińskiego. Niestety, czas gna do przodu i coraz częściej informacje w nich zawarte mają wartość jedynie historyczną.
Ale są też dobre nowiny. Na horyzoncie pojawiają się nowe możliwości. "Południowa Szwecja. Przewodnik dla żeglarzy" Marcina Palacza jest jedną z takich propozycji.

Autor znany jest w kręgach żeglarskich nie od dziś. A na internetowych forach żeglarskich udziela się na tyle aktywnie, że nie mam pojęcia jak znalazł czas na przygotowywanie tak obszernego materiału, z którego powstała książka.

Tak - jestem zaskoczony i pozostaję pod ogromnym wrażeniem objętości przewodnika. Marcin Palacz zadbał przy tym - jak sam stwierdza w przedmowie - o aktualność zawartych informacji. Nie sposób odwiedzić osobiście tak dużej ilości portów w przedziale czasowym pozwalającym na zachowanie aktualności wszystkich danych. Można natomiast, przed wydaniem książki, zweryfikować i uzupełnić informacje z innych źródeł - co autor właśnie uczynił.

Przewodnik zawiera "opisy ponad 60 portów, ich plany, zdjęcia, informacje nawigacyjne, infrastrukturę, porady praktyczne, atrakcje turystyczne i ciekawostki".

Niedługo woduję moją łódkę i planuję zorganizować w tym sezonie jakiś weekendowy rejs z Gdańska do Karlskrony, z kilkudniowym rodzinnym opływaniem okolicznych wysepek. Mam nadzieję, że przewodnik który właśnie nabyłem pomoże mi w wyborze trasy i przygotowaniu rodzinie atrakcji. A o tym czy się sprawdził, dam znać na pewno.

29 maja 2016

Rejs "Morskie CIAO", s/y Masquenada (Bavaria 32), 21-28.05.2016, cz. 2/2




TO JUŻ CZĘŚĆ DRUGA
KTO NIE CZYTAŁ CZĘŚCI PIERWSZEJ, NIECH SZYBKO KLIKA TUTAJ

Wilgoć, chłód i... Czekaliśmy jeszcze tylko na silny wiatr i stromą falę, żeby móc sobie ponarzekać na typowy, bałtycki klimat.


Mgła przysłoniła słońce i zrobiło się na prawdę zimno.


"Tabliczka mnożenia - PAMIĘTAMY!" - myślałem sobie ostatnio na plecach wydziarać. Dobrze, że myśl tę porzuciłem. Przy bałtyckich rejsach, ciężko cokolwiek wyeksponować. Poza tym - nigdy nie nauczyłem się na pamięć całej tabliczki mnożenia.

Rejs "Morskie CIAO", s/y Masquenada (Bavaria 32), 21-28.05.2016, cz. 1/2



Wyprawy morskie o tej porze roku, to już jest tradycja. Ewolucji podlega jedynie nazwa rejsu. Morskie było już w zeszłym roku "ciało", teraz mieliśmy "ciao", a za rok też pewnie będzie się "działo".

Tego roku, pochód ludożerców wypadał dużo wcześniej, bo już 26 maja. Algorytm postępowania z urlopem jednak się nie zmienił. Tak jak poprzednio, za jedyne cztery dni na wniosku urlopowym, można było odebrać od otaczającego nas świata znacznie więcej.

Za port macierzysty, tym razem wybraliśmy Szczecin. Tak akurat najlepiej pasowało nam, zarówno z łódką, jak i z planowanym rejonem żeglugi.

Dlaczego czarter - można zapytać - skoro w AKMie, w Górkach Zachodnich rwała się na cumach w morze - dopiero co sprowadzona - s/y Santa Pasta?

8 maja 2016

Rejs "Home Run", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 30.04-07.05.2016


Kawałek ciastka to, czy wyzwanie?

Kupienie jachtu w Szwecji nie jest szczególnie trudnym zadaniem. Łódkę kupuje się łatwo, a z własnego doświadczenia mogę nawet stwierdzić, że zbyt łatwo.

Oczywiście mowa tu o samej tylko czynności kupna. Spełnienie dodatkowych założeń, że łódka ma unosić się na powierzchni wody oraz nie odstraszać swoim wyglądem i zapachem, sprawia że poziom trudności i stresu rośnie wykładniczo.

Prawdziwym wyzwaniem jest jednak dopiero przepłynięcie tych 300NM na grzbiecie swojej nowej inwestycji do domu. Aby się spełnić do końca, trzeba poczuć ten dreszczyk emocji, gdy zagląda się do zęzy sprawdzić czy aby łódka nie zmienia się nam w wannę z hydromasażem. A do tego wciskające się w głowę myśli, czy dławica nie zacznie przeciekać, silnik nie rzuci palenia w najmniej oczekiwanym momencie, lub wanta nie strzeli w nocy przy sztormowym bajdewindzie.

Dopiero jak uda się nam tego dokonać można mówić o sukcesie. Miarą dzielności łódki będzie suchość naszych skarpetek po rejsie. O naszym harcie ducha świadczyć będą natomiast nieobesrane ze strachu gacie - szczególnie gdyby skarpetki były już mokre.

Z dumą stwierdzam, że ja i moja nowa, stara łódka daliśmy radę. Aczkolwiek z powodu deficytu prysznica w drodze, mogę zdradzić Tobie - mój czytelniku - zamęczyłem gać bez liku.

24 kwietnia 2016

Vega, woda, dużo wody! Czyli o tym jak łódkę wodowałem.


Vega kupiona, zapłacona i nawet zarejestrowana, ale nadal czekała daleko za morzem. Czas brać się było za sprowadzenie, czyli za to czego niedoświadczone tygrysy boją się najbardziej.

Teoretycznie, można było zagrać vabank i wybrać się po łódkę od razu. Po prostu zwodować, ogarnąć na szybko i przypłynąć - oszczędzając tym samym sporą ilość czasu i pieniędzy. Zdrowy rozsądek przeważył jednak nad oszczędnością. Było ku temu kilka powodów.

Łódka ma 43 lata, z czego ostatnie 2 lata spędziła na lądzie. Na dodatek kupowałem ją w stanie zimowego snu i nie miałem pojęcia jak zaprezentuje się w pełnym takielunku. Czy w ogóle ma się w czym zaprezentować, bo nie było wiadomo czy takielunek był kompletny.

17 kwietnia 2016

Zostałem Veganem! Czyli o tym jak nie kupować łódki.


Nie da Ci żona, nie da Ci wódka - tego co może dać Ci własna łódka.

Decyzja o własnym jachcie dojrzewała u mnie przez lata. Dokładnie rzecz ujmując - połowę ostatniego lata :)

Po co właściwie komuś własna łódka? Wszyscy wiedzą, że posiadanie jachtu jest jedną z najmniej opłacalnych na świecie rzeczy.

Ano jest. Ale co zrobić gdy się chce dużo pływać, nie ma się za dużo urlopu i mieszka kilka kilometrów od mariny? A na dodatek gdy ma się żonę, która po miesiącach uporczywej argumentacji, w końcu na zakup zgodę wyraziła!

Aby pływać - jachtu na własność w sumie mieć nie potrzeba. Jak się ma trochę w skarpecie i zapas urlopu, to można oczywiście wpasować się w jakiś rejs komercyjny.

Da się też czarterować i organizować rejsy składkowe, co z resztą czyniłem po dziś dzień. Wystarczy znaleźć jacht, wynegocjować termin (najgorsze są sezonowe weekendy) i cenę oraz wpłacić zaliczkę. Do tego czasu dobrze jest ustalić wstępnie trasę rejsu, znaleźć załogę i pobrać zaliczki od wszystkich uczestników. Jeszcze lepiej jest mieć w zapasie jedną lub dwie osoby, bo w ostatniej chwili zawsze ktoś rezygnuje.

Ale...

Brutalna rzeczywistość sprawia, że z reguły brakuje nam jednej lub dwóch osób załogi do obsadzenia całego jachtu. Zwiększa to nagle koszty, które nie wszyscy chętnie akceptują. Zaczyna się mailowa dyskusja, wzbogacana dodatkowymi sprawami, jak ubezpieczenie, kaucja za jacht, itp. Ktoś po drodze rezygnuje, komuś nie podoba się trasa lub nie ma jak dojechać do portu macierzystego, jeszcze inny ktoś łapie akurat zadyszkę finansową, itp, itd...

A mając własny jacht...

28 lutego 2016

Rejs "Kanaryjskie Ło Matko", s/y Mama Mia (Bavaria 42), 20-27.02.2016


Pomysł na zimowe...

FERIE


Jak większość żeglarzy amatorów stale szukam okazji by pływać. Nie jest to zajęcie łatwe, ani wdzięczne - takie szukanie i planowanie. Nie dość, że czarter kosztuje nie mało, to jeszcze urlopu ciągle brak. A i zdarza się często - tak jak u mnie, że rodzina nie podziela tego zainteresowania bujaniem się po falach bez celu. Sytuacja beznadziejna.

Ciężko jest zorganizować rejs pod pretekstem wyjazdu na zakupy do IKEI czy innej Biedronki. Ale wspomniane przez Elizę, głębokie pragnienie wygrzania się gdzieś w ciepełku podczas zimowych ferii uruchomiło mój instynkt myśliwego. Zamiast zastanawiać się czy szklanka jest w połowie pusta czy w połowie pełna, postanowiłem kupić flaszkę i spróbować szklankę dopełnić.

Niewiele jest zimą takich miejsc, gdzie można z Polski zabrać cztery osoby zapewniając im letnie temperatury i jednocześnie nie być zmuszony w przyszłości sprzedawać nerki.

Wyspy Kanaryjskie nie gwarantują co prawda upałów, ale są w zasięgu taniego desantu lotniczego. I tu właśnie skierowałem swoją uwagę.

9 stycznia 2016

"Mój Bałtyk" Marek Rissmann


Stare przysłowie - by książki nie oceniać po okładce, dotyczy również samych książek. Przekonałem się o tym kupując "Mój Bałtyk". Dość szumny tytuł, który zapowiada wicej

niż oddaje treść książki.
Marek Rissmann popełnił coś na kształt zbioru relacji żeglarskich, nie tyle z rejsów, co z całego swojego żeglarskiego życia. A ponieważ zaczął przygodę z żaglami całkiem wcześnie, duża część książki opisuje żeglarstwo "szuwarowe" i dość powolną drogę ku morzu. Tytułowego Bałtyku w książce nie ma za wiele.

Próżno szukać w treści wielkiej przygody, której można by się w książce o morzu spodziewać. Rozdziały zbudowane są ze zwykłych opowieści, zwykłego człowieka. Ale to chyba właśnie budzi  we mnie odrobinę sympatii do tego dzieła.

Wszystko przedstawione zostało bardzo realnie - bez nadmiernego podkolorowywania akcji i sztucznego pompowania nastroju. Miejscami powiewa nudą, ale w końcu takie jest też życie. Mniej lub bardziej obfite w wydarzenia, które dla osób trzecich są średnio zajmujące. Ale dla nas samych - mimo, że dalekie od holywoodzkiego kina akcji, są czymś czym chcemy się podzielić i do czego chętnie wracamy.

2 stycznia 2016

"Utracone jachty" Paul Gelder


Książa jest zbiorem tragicznych historii jachtów, które z różnych przyczyn musiały zostać opuszczone i pozostawione na morzu.

Lektura z gatunku "warto przeczytać". Opisane wydarzenia skłaniają do własnych przemyśleń i powinny zaowocować większą zdolnością przewidywania zdarzeń, potencjalnie zagrażających bezpieczeństwu na pokładzie jachtu.

Po każdym rozdziale autor umieścił sekcje "Co z tego wynika", które moim zdaniem w wielu przypadkach nie zostały dopracowane. Często są one powtórzeniem wniosków uzyskanych już w opisie wydarzenia i nie wnoszą do rozdziałów nic nowego.

Książka ogólnie dobra, ale bez porównania z podobną tematycznie, przeczytaną wcześniej, świetną pozycją - "Mądry żeglarz po szkodzie" Władysława R. Dąbrowskiego.