8 sierpnia 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 5/5 - Powrót na dwie Vegi", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 06-07.08.2016



POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

To był na prawdę wyjątkowy etap, tego i tak bardzo już udanego rejsu.

Michał ledwo wytrzymał bez wody, te długie pięć dni. Przyjechał do Gdańska w piątek, zanim jeszcze zdążyłem wyjść z pracy.  Ech żeglarstwo - miało być przyjemnością, a teraz zabiera człowiekowi cały wolny czas.

Z powodu korków na drogach i spóźnienia się BlaBlaAuta, do Łeby dojechaliśmy dopiero na wieczór. Zmęczeni byliśmy i jakoś nie chciało nam się gnać w morze na nockę. Postanowiliśmy wyjść dopiero w sobotę - wcześnie rano, aby bez obsuwy zjechać do Górek Zachodnich, na popołudniową niedzielę.

Gdzieś po godzinie 2300, w marinie zacumowała s/y Lotta - prawdopodobnie, najbardziej znana Vega w Polsce. Powożący nią Marcin, uprzedzał mnie wcześniej o możliwości takiego spotkania. Wracał z wakacyjnego rejsu wzdłuż polskiego wybrzeża i wychodziło na to, że kolejnego dnia zaplanowaliśmy tę samą trasę - z Łeby do Władysławowa. Zapowiadało się wspólne pływanie!

Z Łeby...

ŁEB W ŁEB

Tak jak postanowiliśmy, wyruszyć o godzinie 0730 - tak też, o godzinie 0825 ruszyliśmy, na dwie Vegi.

Z y-boma wykluliśmy się pierwsi. I błyskawicznie - już po szesnastej zmianie położenia manetki w przód i wstecz, wypłynęliśmy na portowy kanał.

W tym czasie, bardziej doświadczony armator innej Vegi, zdążył zgłosić się przez radio, wyjść z tej samej mariny i jeszcze zrobić sobie herbatę.


Kapitan Lotty, to nie tylko wytrawny żeglarz, ale i zawzięty fotoamator. Dzięki jego zaangażowaniu i uprzejmości, Santa Pasta wzbogaciła się o pokaźną kolekcję swoich portretów.


Widząc co się dzieje, postanowiliśmy się bronić. I choć wyraźnie ustępowaliśmy sprzętem i doświadczeniem, to mieliśmy przecież przewagę liczebną.


Tuż przed główkami portu, wykorzystaliśmy moment nieuwagi przeciwnika.


I wyprzedziliśmy po zewnętrznej.


Całą przewagę straciliśmy jednak zaraz za główkami. W przeciwieństwie do Lotty, nie mieliśmy rolfoka. Wciągając genuę na grzbiet, musieliśmy zrobić kółeczko pod wiatr.


Marcin podpłynął jeszcze na chwilę, aby zrobić kilka zdjęć, po czym...


Poszedł dalej w morze i tyle go widzieliśmy.


Jeszcze tylko przez lornetkę, mogliśmy potem podziwiać, jak płynie sobie majestatycznie "na motyla".

Zbierające się za nami chmury, nie zwiastowały nic dobrego. Jako mniej doświadczeni zdobywcy mórz, nie eksperymentowaliśmy więc z żaglami.


No może trochę.


Zawsze byłem ciekaw do czego służy ten patyk, który ciągle woziłem ze sobą na pokładzie.


O godzinie 1005 byliśmy dopiero na wysokości latarni morskiej Stilo.


Pół godziny później, widzieliśmy ją już w nieco gorszej scenerii.


Postanowiliśmy dostosować ożaglowanie do nadchodzących warunków atmosferycznych. Fok marszowy szybko zastąpił genuę.


To co miało nadejść, szło za nami i wyglądało słabo.


W tym momencie urwała się moja relacja foto. Byliśmy nieco bardziej zajęci, niż zwykle.

Wiatr zaczął podwiewać z południa, więc wpadliśmy na pomysł postawienia zarefowanego na maxa grota. Ale jak tylko sięgnąłem do gumowego "pajączka", zabezpieczającego żagiel na bomie, ktoś włączył prysznic. Zaczęło padać tak nagle i tak obficie, że zanim wróciłem do kokpitu, byliśmy przemoczeni do suchej nitki.

Michał został przy sterze, a ja na szybko przebrałem się w suche i wskoczyłem w sztormiak i kalosze. Zmieniłem kolegę, który wyglądał już wtedy mało wyjściowo. Zaproponowałem - tylko z grzeczności - żeby się przebrał i pozostał w środku, a ja jakoś ogarnę ten mokry epizod. Ku mojemu zaskoczeniu - zgodził się. Zamknęliśmy zejściówkę, bo woda pchana wiatrem dostawała się do środka. I tak zostałem na wachcie sam.

Ale nie było najgorzej. Sztormiak, co prawda miałem produkcji krajowej, ale testowany był już w taką pogodę. Niestety, nie oddychający jest, więc wody nie puszcza w dwie strony. Człowiek, majstrując przy żaglach, robi się zaraz mokry od środka.
Ale jak się siedzi tylko w kokpicie, trzymając się rumpla, wtedy jest w sam raz - ciepło i sucho. A deszcz niech sobie wtedy pada - pokład przynajmniej umyje. Szkoda tylko, że te sztormiaki tak bardzo kurczą się w pasie, z sezonu na sezon.

Widoczność pod chmurką nie była najlepsza. Ciemno, mokro i jeszcze kołysało na wszystkie strony. Wtedy zadzwonił Marcin. Mokrymi dłońmi, udało mi się odebrać telefon dopiero po kilku dzwonkach.
 
- Czy u Was pada? Bo ode mnie, nie wygląda to za dobrze.
- Nie pada, ale leje! Myślę, że za kilka minut będziesz miał to samo - szykuj się.
- OK, dzięki.

Obsługa nawigacji na androidzie, też nie szła komfortowo mokrym paluchem. To jedna z poważniejszych wad tego typu narzędzi nawigacyjnych, o czym przekonywałem się nie pierwszy raz.
Telefon w końcu wylądował w kieszeni sztormiaka, a ja jechałem dalej wcześniej ustalonym kursem kompasowym wzdłuż linii brzegowej. Zapomniałem jednak, że za Dębkami wybrzeże odkręca i można płynąć już prosto na E. Ale ja wtedy już wybrzeża nie widziałem i cieszyłem się, że przynajmniej kompas widzę.

Przez te wszystkie moje słabości, nadłożyliśmy nieco drogi, ale w końcu doczekaliśmy końca ulewy.


Płynęliśmy już wtedy kursem SE z dołożonym grotem - trzeba było wysuszyć żagle.


O godzinie 1520 zaczęliśmy rozpoznawać budynki Władysławowa.


O godzinie 1610 rozpoczęliśmy podejście do portu, od pławy WLA - zgodnie z zaleceniami otrzymanymi przez radio (VHF 10) od Bosmanatu Portu Władysławowo.


Na falochronie czekał już na nas Marcin, którego wkład w niniejszą relację stale się zwiększał.


Tutaj, mała przestroga dla armatorów jachtowych, zapraszających kolegów na rejs. Każdy taki kolega - jak już się nieco pewniej poczuje - zwykle stwierdza, że my, to się "jeszcze nasterujemy swoim jachtem" i przykleja się do rumpla na dobre.


A my przed każdym portem, jak szeregowy załogant, lądujemy na kolanach, przy cumach i odbijaczach.


Ale na szczęście, w końcu przychodzi moment, gdy to my zostajemy mistrzami pierwszego planu.


O godzinie 1640 cumowaliśmy już w y-bomach, przy Nabrzeżu Jachtowym.


Postanowiliśmy zostać we Władku do rana. Tradycyjnie już, odwiedziliśmy zacny lokal gastronomiczny - "U Chłopa".

Po powrocie rozpoczęły się nocne Vegan rozmowy. Niby jachty w tym samym wieku (tylko kilkanaście numerów seryjnych rozbieżności), a jednak różnic w wyposażeniu wiele. Z bezwstydną ciekawością pozaglądaliśmy sobie głęboko w silniki, a gdy doszliśmy do takielunku, żarty się skończyły i w ręku Marcina błysnął mierniki naprężenia want. Wydało się wtedy, że pływam nieco za bardzo spięty, więc od razu postanowiłem wyluzować.

Jeszcze żeglarze, czy już...

SURFERZY


07.08.2016, godz 0815 - wypłynęliśmy z Władysławowa - znowu synchronicznie, na dwie Vegi.



Turyści jeszcze o tej porze spali.


Ale wędkarze dzielnie trwali na falochronie.


Po wyjściu z portu, od razu wzięliśmy się za żagle.


Postawiliśmy tylko genuę. Zawiązane ósemki, uchroniły szoty przed wkręceniem się w śrubę - tak przynajmniej wynika ze zdjęcia.



Wiało z kierunku NW i stamtąd też nadciągały chmury.


Nasze Vegi szybko nabrały prędkości.


Musieliśmy wyłączyć silnik, aby obniżyć dziób, który zasłaniał nam widok;)

Tym razem to my poszliśmy głębiej w morze, aby złapać lepszy wiatr. Ale doświadczenie Marcina znowu wzięło górę. Wyrwał do przodu, prawie znikając nam z oczu.


Już miałem się załamać, gdy Michał wspomniał coś o asie ukrytym w rękawie, a właściwie w kokpicie.  
- Patrz i się ucz - powiedział i szybko przejął rumpel. Po samym sposobie trzymania przedłużki, już wiedziałem, że zna się na rzeczy. Precyzyjne ustawienie rumpla zdawało się być tajemnicą sukcesu. Chciałem zagadać i podpytać, aby uszczknąć dla siebie nieco tajników tej sztuki...
- Nie przeszkadzaj - odezwał się spokojnie, ale stanowczo. I dalej patrzył, w milczeniu i skupieniu, tylko w jeden punkt - Lottę.


Nie mrugnąłem 100 razy, a znowu mogliśmy przeczytać nazwę "Lotta" na owiewce.


Chwilę potem byliśmy już trawers w trawers.


A potem było już tylko lepiej. Nasz sukces uczciłem selfiakiem.


Tak byliśmy zajęci rewanżem za wczorajszy dzień, że nie zauważyliśmy przekraczanej przez nas prędkości granicznej kadłuba Vegi.


Wiatr tężał. Dopiero później zauważyłem, że Lotta zrolowała nieco swoją genuę, co było pewnie rzeczywistą przyczyną naszego regatowego triumfu. Aby nie psuć nastroju, nie podzieliłem się tą informacją z kolegą.


Znajdowaliśmy się chyba na pograniczu jakiegoś frontu atmosferycznego. Przed nami była wspaniała słoneczna pogoda, a za nami ciągnęły się posępne, ciemne chmury.


Ale jechało się rewelacyjnie. GPS pokazywał cały czas prędkości od 7 do 8 węzłów, a przy zjazdach z fali wskakiwał na 9kn! Log pokazywał jeszcze więcej, ale tylko dlatego, że zawyżał - miał tak od podłączenia.

Pierwszy raz jechałem tak długo fordewindem i pierwszy raz sprawiało mi to taką przyjemność. Znane mi z czarterów, nowe, szerokodupne Bavarki, woziły na takim kursie i takiej fali, niemiłosiernie na boki. Vega płynęła prawie bez korekty steru, niemal surfując na każdej większej fali. Nie sądziłem, że ponad 40-letnim jachtem turystycznym będę kiedykolwiek pływać w ślizgu;)

Michał również wyglądał na zadowolonego.


Płynąc blisko półwyspu, należało jednak uważać, na znajdujące się tam rybackie sieci.


Dopływając do końca Półwyspu Helskiego, wiatr zmieniał się na zachodni. Zacząłem zastanawiać się czy nie podmienić genuy, na foka. Ale ponieważ, nikomu nie chciało się na dziobie moczyć gaci, wyjechaliśmy zza półwyspu na tym co na sztagu mieliśmy.


I to był błąd. Na Zatoce szkwał uderzył w nas taki, że o ja pierdolę (i nawet jeszcze trochę). A nam przyszło na dodatek obrać ostry kurs bajdewindowy, aby wbić się jakoś na Hel. Wiatr zdawał się przyspieszać, ocierając się o cypel, a fala wypiętrzała się nieregularnie na okolicznych płyciznach.

Zgłosiłem szybko wejście na VHF do bosmanatu na Helu i zadzwoniłem do Marcina, aby się nieco zrolował przy końcówce cypla.


W krótkim odstępie czasu, sytuacja stawała się gorsza. Dowiedziałem się, że bez grota, też można morski jacht na wodzie prawie położyć.
Mój instynkt samozachowawczy wzywał mnie na dziób - i to w trybie pilnym. Michał, walcząc na sterze o utrzymanie kursu, informował że jeszcze trochę i mu się odechce.

Szybko wskoczyłem w spodnie od sztormiaka i kalosze. Kurtka przeciwdeszczowa, kamizelka - przypiąłem się do lajfliny i po handrelingach przedostałem na fordek. Michał w tym czasie znalazł klucz do rozwiązania naszych problemów. Włączył nim silnik.
Zasygnalizowałem swoją gotowość przy maszcie. Ster poszedł w prawo, szybkie przejście na drugi hals, bez luzowania szota - czyli przerzutka genuy na wstecza, do dryfu. Luz na fale i... żagiel w dół!

Na kursach żeglarskich tego nie uczą, ale ogarnąłem właśnie taki system zrzucania sztaksla, gdy pływając z rodzinką po szkierach, czułem się nieco krótko-rękim.

Oczywiście żagiel na takich małych łódkach nie spada sam - za lekki jest i trzeba go porządnie chwycić za frak i ściągnąć na pokład. Na krótkiej i stromej fali, udało mi się jakoś zgarnąć na dół genuę, i wyrywaną przez wiatr i fale, przytrzasnąć masą 100kg, którą miałem akurat pod sztormiakiem.

Próbowałem ogarnąć żagiel i zabezpieczyć go jakoś przy relingu, ale jak tylko puszczałem się kosza dziobowego, najbliższa fala wprowadzała mnie niebezpiecznie w stan nieważkości, a z kolejną mogłem obserwować pod wodą śledzie.
Krzyknąłem do Michała, aby kierował się na główki. I tak, prawie leżąc na dziobie, przytrzymując sobą żagiel, wjechaliśmy do portu. Była godzina 1325.



Gdyby ktoś na Helu sprzedawał wtedy rollery, kupiłbym bez zastanowienia.


Ponieważ na Helu planowaliśmy tylko krótki przystanek, nie wpychaliśmy się do mariny. Przycupnęliśmy w basenie zewnętrznym. Póki nie wiało z południa, port na Helu był dla nas bardzo zacisznym schronieniem.


Kilkanaście minut później, w główkach pojawiła się s/y Lotta.


Marcin zamierzał zabawić na Helu dłużej, więc udał się prosto do mariny.


Na Helu, wydarzenia potoczyły się niezwykle dynamicznie. Szybki obiad w jadłodajni Kutter, pożegnanie z Marcinem i jego Lottą i niecałe dwie godziny później, znów wychodziliśmy w morze.

Tym razem genua poszła do bakisty, a foka marszowego postawiliśmy sobie już w porcie.


I dobrze, bo za główkami Santa Pasta znowu poczuła zew natury.


O ho ho, przechyły i przechyły...


Na trasie rejsu pozostał nam już tylko jeden port. Obraliśmy kurs na Górki Zachodnie. Na kompasie wypadło to - jak sama nazwa wskazuje - prosto na południe.


 O godzinie 1520 mijaliśmy południowa kardynałkę HL-S.


Zatoka stopniowo wyciszała się i z każdą chwilą, żegluga stawała się mniej mokra.


Nie ma nic lepszego na zakończenie rejsu, jak zachodzące słońce i wiatr.


O godzinie 1750 dało się już, wyraźnie i  nieuzbrojonym okiem, dojrzeć brzeg naszego macierzystego portu.


Port Północny nie notował wielkiego ruchu o tamtej porze, więc rutę podejściową przepłynęliśmy bez najmniejszego stresu.


Zachód słońca i żagiel, prawie zawsze gwarantuje udane zdjęcie.


No ale na chamstwo nie poradzisz. Zawsze znajdą się tacy, co to opływają cię z tej drugiej strony.


Ale jeszcze jeden życzliwy nam się po drodze znalazł - dziękujemy.



My sobie pstryk, pstryk..., a tu nam się pod Górkami zrobiło.


No to my go od bojki do bojki - na foczku - wężykiem...


Przy straży granicznej, nieco szybciej na silniku - nigdy nic nie wiadomo.


Za pomostem NCŻ - hyc w prawo.


I po promieniu słońca - prosto do mariny AKM.


W nieistniejącym dzienniku jachtowym nic nie odnotowano. Ale był to na pewno dzień 07.08.2016, godz. 1900. Na tym ostatnim etapie, Santa Pasta zostawiła za rufą 76NM, a nam darowała 17h wyszczerzającej zęby, bałtyckiej żeglugi.

I tyle :)