25 sierpnia 2016

Rejs "Łódką do pracy", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 23-24.08.2016


Jeździłem już do pracy pociągiem i rowerem. A nawet z buta kiedyś z roboty wróciłem, w odpowiedzi na opóźnienie SKM. Ale im wtedy pokazałem!
Niestety, coraz częściej, trasę dom-biuro odbębniam autem, przez co zwiększa się stale obciążenie na szwach mojego sztormiaka.

Przyszedł jednak dzień, gdy postanowiłem to zmienić. Zdecydowałem nie iść, ani nie jechać do pracy. Ale nie chodziło mi o dzień bez roweru, samochodu czy pociągu. Ani też o dzień bez pracy - choć takich świąt nigdy dosyć. Postanowiłem - tym razem, do roboty, to ja sobie popłynę.

Takie rzeczy - nie tylko...

W WENECJI

Zaprosiłem kilka osób, od siebie z firmy, które potencjalnie mogły być zainteresowane takim morskim melanżem. Pozytywnie odpowiedział jednak tylko Rafał.

Tak, to ten oporniak którego, już od dwóch sezonów, próbuję zniechęcić do żeglarstwa.


Nie pomogło silnikowe sztormowanie po Zatoce Gdańskiej, na szuwarowej żaglówce. Nie znudziła go też nużąca podróż na Bornholm i godziny gry w makao. I kiedy kończyły mi się już pomysły... Stałem się posiadaczem łódki.

Ha! Teraz to my jo! Nic tak nie powinno wybić morza z głowy, jak niewygoda czterdziestoletniego, ciasnego jachtu.

No to siup. Zaraz po pracy, podjechaliśmy do Górek Zachodnich i w trybie szybkim wydostaliśmy się na Zatokę.


Liczyłem na jakiś deszcz i ziąb, żeby koleś porządnie zmókł i choć trochę zmarzł. Ale biednemu zawsze wiatr w oczy. Chmur nie brakowało, lecz letnie temperatury, umiarkowany wiaterek i niewielkie zafalowanie, czyniły żeglugę cholernie przyjemną.


Posadziłem Rafała przy sterze. W końcu to kierownik - znaczy się w pracy ciągle kieruje. Jak będzie musiał robić to również w czasie wolnym, to mu zapewne bokiem wyjdzie.

Nie wyszło.

W końcu się poddałem. Ten człowiek chyba, po prostu, lubi pływać.


Aby trafić na molo w Sopocie, wychodziło nam pływanie dokładnie pod wiatr. A że się tak na żaglach jeszcze nie nauczyłem, poruszaliśmy się do celu zygzakiem. Pierwszy hals zrobiliśmy nieco dłuższy, aby odejść w morze i nie kusić losu przy Porcie Północnym.


Wracając, przeciwnym halsem w kierunku brzegu, oprócz zachodzącego słońca,  obejrzeliśmy sobie dokładnie jedną ze staw podejściowych, na rucie podejściowej gdańskiego portu.


Podejście do mariny w Sopocie, robiliśmy już po ciemności. Na dodatek nie bardzo wiedzieliśmy, czy jesteśmy tam miło widziani. Na nasze radiowe zgłoszenie (VHF 63) długo nikt nie odpowiadał. Może w tym miejscu trzeba zagadać po rosyjsku, aby być obsłużonym?

W końcu jednak odezwał się pracownik ochrony i zaprosił nas do jednego z wewnętrznych pomostów.

Jak przystało na tak lanserską przystań, wolnych miejsc nie było za dużo. W całej marinie naliczyliśmy ich dokładnie cztery. Ale po rezygnacji z wejścia dziobem w zacumowaną w nieoświetlonym y-bomie, czarną jak smoła motorówkę, skorygowaliśmy dostępną ilość miejsc do trzech.
Jakie skuteczne zabezpieczenie przed kradzieżą - pomyślałem, przeklinając swój biały (już tylko w nocy) pokład.


Po zaparkowaniu, poszliśmy załatwić formalności. Zapłacić nie było jak, bo kasa już była zamknięta, ale można było oddać się biurokracji i wypisać, niezwykle bogatą w różnego rodzaju rubryki, deklarację postojową. Na szczęście cały czas pamiętam nazwisko rodowe matki. Po uiszczeniu kaucji otrzymaliśmy też plastikowe karty, dające oprócz dostępu do toalet, wolny (i wielokrotny) wstęp na molo.

Wieczór zakończyliśmy w miejskiej browarni. Rafał został niestety wezwany do domu, w trybie pilnym, więc na jacht wróciłem sam. Pokręciłem się jeszcze po molo, zawierając znajomości ze światem windsurferów z półwyspu, po czym wróciłem na łódkę. Tak już najwidoczniej bywa w żeglarskim świecie - nastawiasz się na imprezę w gwarnej tawernie, a kończysz z książką w mesie.

Przerwa...

W PRACY


Kolejnego dnia rano, zerwałem się na dźwięk budzika. Śnił mi się tej nocy chyba jakiś przelot. Nie w sensie, abym kogoś przeleciał (niestety) - tylko taki morski etap rejsu. Pierwszym moim odruchem, było wskoczyć w sztormiak i lecieć na dziób, zmieniać foka. Ale po chwili rozbudziłem się już na tyle, aby poprawnie zinterpretować otoczenie.


Sopocka marina jest jedyną w swoim rodzaju. Z tego co zrozumiałem, osobom anglojęzycznym umożliwia się korzystanie z potrzeb fizjologicznych bezpośrednio w bosmanacie.


Od turystycznej części mola, marinę dzieli zapora... - psychologiczna. W żeglarstwie twardym trzeba być. Zaraz po przybyciu, nie mając magicznego plastiku, otwierającego wrota na ląd, należy bramkę sforsować okrakiem lub przeskokiem.


Acha, o lansie Albin Vegą w Sopocie, w wakacje - zapomnijcie.


Choć samo molo, przed ósmą rano, zdawało się być już po turystycznym najeździe.



Ruszyłem spacerkiem do pracy. Z kąpieli w marinie nie skorzystałem, wiedząc że mam do dyspozycji prysznic w biurze. W końcu, tylko dla tego przyjąłem ofertę pracy. Fajnie jest przyjechać rano rowerem i nie śmierdzieć przez następne 8 godzin.

Zanim dotarłem na Monciak, miałem do pokonania całe molo. Taka długa prosta, zmusza często do refleksji. A jak trafiasz na nią w drodze do pracy - zaczynasz się nad tą drogą zastanawiać.



Po drodze upolowałem kilka drożdżówek, które skonsumowałem potem z kawą. Ta odrobina przyziemnej przyjemności, na pewien czas, pozwoliła odsunąć ode mnie problemy współczesnego świata.

Pierwszy raz...

SAM ZE SOBĄ


W pracy było fajnie. Wyprodukowałem kilkadziesiąt linii kodu, a kilkaset skasowałem. Nawet lubię tą robotę - pozwala mi odpocząć od żeglarstwa.

Kiedy wróciłem, pogoda była dużo lepsza, a molo pulsowało, typowym dla tej pory roku, turystycznym rytmem.


Zapłaciłem za postój, ogarnąłem łódkę do wyjścia i po zgłoszeniu się na radyjku, opuściłem sopocką marinę.

Pierwszy raz wyruszałem samotnie w morze. Zdarzały mi się samotne wachty, krótkorękie rejsy rodzinne, czy też samodzielne kalibrowanie autopilota na rozlewisku Wisły Śmiałej, ale nigdy nie płynąłem pod żaglami zupełnie sam.

Na swój pierwszy raz, trafiła mi się jednak idealna pogoda. A i samotność była jednak nieco pozorna. Miałem wszak swojego zmiennika. Simrad Tipiten dostał tamtego dnia swoją szansę na zdobycie mojego zaufania.


A ja w tym czasie uwieczniałem jachtowe zaćmienia słońca.


Obawiając się nadciągającej narodowej cenzury, wykonałem też obowiązkowe zdjęcie z motywem patriotycznym.


A potem przyszedł czas na to, co samotni żeglarze lubią najbardziej - eksperymenty z gumką.
Wymyślony na poczekaniu patent działał, choć paraliżował możliwość przemieszczanie się w kokpicie. Dowiódł jednak, że takie sznurkowe autopiloty sprawdzają się. Działają nieco mniej wszechstronnie ale na pewno są bardziej ekologiczne.
W przyszłym sezonie warto poświęcić trochę uwagi i zmontować sobie coś takiego - tylko lepszego.


Robiło się coraz bardziej nastrojowo.


W końcu słońce przestało świecić w oczy i można było zrobić ładne zdjęcie.


To dziwne uczucie, gdy pierwszy raz zostawiasz łódkę samą sobie i idziesz na dziób. Ręka drży i nie sposób zrobić nieporuszonego zdjęcia. Tak pewnie wygląda śmierć kliniczna, gdy unosisz się nad swoim ciałem i obserwujesz dalszy ciąg zdarzeń, w których czynnie już nie uczestniczysz.


Ale dla takich chwil warto jest żeglować.


Na przystani AKM w Górkach Zachodnich zacumowałem już po zmroku. Gdybym chciał znowu płynąć do pracy, powinienem już niedługo wychodzić w morze. Po tym mikro-rejsie zastanawiałem się czy nie przerzucić się na codzienne dojazdy łódką. Fajny pomysł - tylko wtedy, po co by mi były weekendy? Aha - no i co by powiedziała na to żona? ;)