4 września 2016

Rejs "Do Sopot, na dziewczyny", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 03.09.2016


Wielokrotnie, w swojej krótkiej żeglarskiej karierze, przyszło mi opisywać rejsy ciekawe, udane i te niezapomniane. Ktoś, kto czyta i patrzy na to wszystko z boku, mógłby sobie pomyśleć, że to żeglarstwo całkiem fajne jest. Że może warto samemu spróbować... A po co nam kolejny żeglarz? Mały to mamy obecnie tłok w polskich marinach? Na szczęście, zdarzył mi się jeden taki rejs, co nie do końca wypalił...


A jednak...

LICZY SIĘ DŁUGOŚĆ


Wśród najkrótszych morskich wypraw, jakie Santa Pasta miała okazje odbyć, znaleźć można prawdziwe perełki gatunku.
Był na przykład taki 25 minutowy wypad na Zatokę ze znajomymi, którzy przy okazji pobytu w Górkach Zachodnich, skusili się na makaronową jazdę próbną.

Wyszliśmy na silniku jedynie kilkadziesiąt metrów za główki. Fali trochę było, więc nieco chlapnęło i zabujało. Dzieciom nawet się podobało i chciały więcej, ale rodzice (przytłoczeni życiowymi obowiązkami) musieli wracać. Silnik nie był jeszcze rozgrzany, gdy cumowaliśmy z powrotem w AKMie.

I by się to wszystko obyło jakoś bez świadków i wstydu, gdyby nie czujny i życzliwy klubowy kolega Krzysztof, który akurat znalazł się w pobliżu z aparatem. Do Jasnej Ciasnej!

Na szczęście - przed wyjściem - w razie gdyby silnik nagle rzucił palenie - przygotowałem sobie awaryjnie foka. Wyciągnięcie z worka, przypięcie do sztagu i zabezpieczenie na fordeku trwało dłużej niż rejs, ale było warto. Dzięki temu, na zdjęciu wyszliśmy bardziej wyjściowo, niż w rzeczywistości wyszliśmy.

Zdjęcie ukradzione z forum żeglarskiego


Dysk mu wypadł...

TEMU MISIU


Rodzina trójmiejskiego armatora ma swoje obowiązki. Przynajmniej raz w sezonie musi odbyć wspólną wycieczkę na Hel. U nas, ten szczęśliwy weekend przypadł na 03-04.09.2016.

Piękniejsza połowa rodziny była mniej gotowa do poświęceń i swoimi sprawami zajęta niesłychanie. My chłopaki przejęliśmy inicjatywę, więc. Ogarnęliśmy sprawy porannego przygotowania łódki do wyprawy. I aby nie czekać bezczynnie na przyjazd dziewczyn, umówiliśmy się na dookrętowanie w Sopockiej marinie.


Może kiedyś będzie można umawiać się na naszym podwórku. Póki co istnieją jedynie plany rozbudowy, a molo w Brzeźnie nadaje się do cumowania jedynie płaskodennych mieczówek. I to wyłącznie przy "dobrej" fali przybojowej - takiej co to nie sięgnęłaby slipek, stojącego po kostki w wodzie prezesa.

Pogoda początkowo nie była zła i Kuba od razu wyrwał do przodu.


Kurs na Sopot implikował żeglugę w lekkim bajdewindowym skosie. Od połowy drogi przechył się nieco pogłębił.


Zerwał się chłodny szkwał i szybko spotkaliśmy się z Kubą w kokpicie.


Wiało na bogato i przy płaskiej wodzie, bez wysiłku robiliśmy ponad 6 węzłów.


Za rufą zostawialiśmy spieniony kilwater. A ja jak zwykle zastanawiałem się czy kadrować poziom do kosza dziobowego, czy do widnokręgu.


W pewnym momencie sięgałem po coś do bakisty i... Nie wierzcie tym, którzy radzą sięgać tam, gdzie wzrok nie sięga.

Dobrze mi znany i całkiem nieprzyjemny nerwoból, przeszył moje plecy. To znowu odezwał się przesunięty, dawno temu dysk. Krzyż w moim życiu zawsze mnie uwierał - to ponoć bardzo popularna cecha u pracujących umysłowo.

Jakoś dopłynęliśmy do Sopotu, ale chodząc po pokładzie na czworaka, nie chciało mi się już dokumentować podróży. Udało mi się jeszcze, przed wejściem do mariny, zrzucić i zabezpieczyć żagle oraz przygotować cumy i odbijacze.

Na molo czekały już na nas dziewczyny i (na szczęście) pomogły w cumowaniu.

Przez chwilę zastanawiałem się, czy z powodu mojej tymczasowej niepełnosprawności, nie zostawić łódki i wrócić do domu lądowymi środkami komunikacji. O tym, jak nie wzbudzając sensacji, przejść przez molo na czworaka, póki co nie myślałem.

Odpocząłem jednak chwilę, leżąc na słonecznym pokładzie. Potem delikatnie porozciągałem się i powoli rozchodziłem ból, przy okazji zwiedzając marinę. Widocznie nie było tak źle, bo po kilkunastu minutach wróciłem do siebie i odczuwałem jedynie mały dyskomfort przy pochylaniu się. Co prawda, ból nadal ograniczał mi pełen zakres ruchów, ale nie w takim stopniu, aby nie ogarnąć łódki. Wśród legendarnych piratów, znane były przecież przypadki dużo większej niepełnosprawności.


Aby nie popuścić...

CZASEM TRZEBA ODPUŚCIĆ


Zdecydowałem jednak, że ze względów bezpieczeństwa, nie będziemy pchać się tego dnia na Półwysep. I aby całkowicie nie obarczać siebie niepowodzeniem misji, z nadzieją sprawdziłem najnowsze prognozy pogody. Po raz pierwszy ucieszyłem się na zapowiadany - na kolejny wietrzny dzień - deszcz. Z premedytacją użyłem go jako solidnego argumentu i kilka minut później, po wyjściu z mariny, wracaliśmy do Górek Zachodnich.

Tego dnia szlak naszej żeglugi przechodził, nie tylko przez ruty wielkich statków, ale przecinał również akwen treningowy windsurferów.


Umiarkowany wiatr dobrze służył uskrzydlonym deskom. Wietrzni jeźdźcy osiągali całkiem widowiskowe prędkości. A idąc w ślizgu, przepływali tak blisko naszego jachtu, że w pewnej chwili zacząłem podejrzewać ich o złośliwość. Reprezentowali wszak taki rodzaj żeglarstwa, którego akurat nie byłem tego dnia w stanie uprawiać.

Postanowiłem odegrać się i ostentacyjnie korzystać z tego, czego stojąc na desce i trzymając bom z żaglem, nie da się komfortowo zrobić - wygodnie usiąść i spokojnie zjeść.

Eliza przysnęła gdzieś pod pokładem. A gdy kota nie ma, myszy harcują. Juniory od razu zaproponowały przejście do słodkiego, z pominięciem głównego posiłku.


I jak nigdy nie wiedzą gdzie na łódce jest bosak i odbijacze - tak słodycze zlokalizowały w mgnieniu oka.


Zapewniwszy dzieciom zapas energetycznego cukru, zostawiłem im łódkę i poszedłem zwijać żagle. Jakoś tak szybko zleciało i dojeżdżaliśmy już wtedy do Górek.


Wejście do portu chciał nam zablokować mały kuter rybacki. Rozciągał sieć dokładnie między główkami (WTF?!). Najwyraźniej, wszystko tego dnia zwracało się przeciwko nam. Ale przynajmniej Santa Pasta nie zawiodła. Przewidując zamiary złego szypra, pocisnąłem manetkę silnika i większość jego niegodziwego manewru obserwowaliśmy już za naszą rufą.


Rejs nie był do końca udany - przynajmniej w sensie zaplanowanego przebiegu i czasu trwania. Ale i tak spędziliśmy przyjemną 8-godzinną dniówkę na morzu, zostawiając na Zatoce Gdańskiej prawie 23NM śladu.

A co z weekendem na Helu? Nie dałem za wygraną. Ale o tym wkrótce...