11 września 2016

Rejs "Piekielny Trójkąt", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 10-11.09.2016


Każdy raczej zna Trójkąt Bermudzki i słyszał o tajemniczych zniknięciach statków, które to wypłynęły w ten rejon po papierosy i nigdy już nie wróciły. Mało kto jednak zdaje sobie sprawę z obecności, na naszym własnym podwórku, podobnego trójkąta. Sam nigdy o nim nie słyszałem i nie dałbym wiary w jego istnienie, gdyby nie ukazał mi się on osobiście.

Było to po pewnym wrześniowym rejsie na Zatoce Gdańskiej. Jak zwykle wizualizowałem sobie pozostawiony za łódką ślad, zapisany w GPSie, gdy nagle, przecierając oczy ze zdumienia, ujrzałem tajemnicze linie łączące Górki Zachodnie, Gdynię i... Łot da Hel!?

Od tamtego oświeconego dnia, minęło sporo czasu. Sam rejs, jak i wydarzenia jemu towarzyszące, w pamięci mojej zostały już pogrzebane. Jednak wobec panującej obecnie mody na rozgrzebywanie, poczułem się zobowiązany. W tej sytuacji, postanowiłem kilka wspomnień z mojej pamięci ekshumować, aby się z Wami nimi podzielić.

Dynia i...

GDYNIA


Rejsowaliśmy się, tym razem, w weekend 10-11.09.2016 i była to kolejna próba odbycia nowej, tradycyjnej wyprawy członków AJER.

Pierwszy dzień rejsu (sobota) był jakiś taki wietrznie mało zachęcający. Podobnie jak ostatnio - łódkę z Górek wyprowadziliśmy z Kubą i pojechaliśmy po dziewczyny. Kolejny raz zmieniliśmy interpretację słów "wcześnie rano" i wyszliśmy z przystani dopiero po 1100. Skierowaliśmy się na Sopot, ale w sumie to nie wiedzieliśmy jeszcze gdzie dopłyniemy.

Dziewczęta, zajęte swoimi sprawami, miały trafić w bramkę czasową i dosiąść się na łódkę później. A że bramki były dwie, a łódka jedna - miały do wyboru Sopot lub Gdynię. Planowanym portem docelowym, na najbliższą, noc miał być Hel.


Od ostatniego, nieudanego podejścia minął tydzień. Akurat tyle juniory potrzebowały, aby porządnie nawtykać się frytek i wagą zakwalifikować się na pneumatyczne środki ratunkowe.


Kuba ledwo mieścił się w dolnej granicy przepisów.


Po skończonej pracy przy klarowaniu cum, zmuszony był natychmiast uzupełnić spalone kalorie.


Następnie, przejął odpowiedzialną rolę nawigatora. Ku uciesze załogi, stanowisko to połączone byłą, tego dnia, z funkcją KaOwca.


Wiało nie za mocno, a aura była iście depresyjna. W końcu było to już wrzesień.


I wszystkie chorągiewki na morzu, w tym dniu, były w kolorze żałoby narodowej. I próżno było rozglądać się za jakąś dobrą zmianą.


Santa Pasta też płynęła pod czarną banderą. Nic, tylko sobie w łeb strzelić...


I strzeliłem sobie - mądrym telefonem - prosto między oczy.


Trochę później, zawsze gotowy Simrad Tipiten, podłączony został do źródła swobodnych elektronów i przejął stery. A ja poszedłem rozprostować kości.


W międzyczasie ustaliliśmy z dziewuchami miejsce spotkania. Kiedy zatelefonowały z ofertą rychłego przybycia, mieliśmy już Sopot za trawersem. Wybór padł więc na Gdynię, którą wtedy ledwo dało się dostrzec we mgle.


Podejście do mariny było spokojne. Ale przy samym wejściu i tak trzeba było uważać. Tam, za falochronem, zawsze może czaić się jakiś skuter zabójca.


Zgłaszając się do bosmanatu, otrzymaliśmy instrukcję zacumowania przy falochronie wschodnim. Wypatrzyliśmy tam tylko dwa wolne miejsca i wcisnęliśmy się w jedno z nich. Była godzina 1430.


W marinie - jak zawsze w sezonie - panował duży ruch. Na szczęście, przy kambuzie nikt mi się nie kręcił.


Dzięki temu, kiedy zjawiły się dziewczyny, miałem już gotowy obiad.


Wybór menu był prosty. Dzieci zjedzą dowolne danie, byle był to makaron z sosem pomidorowym.


Po obiadku, mieliśmy jeszcze trochę czasu na spacer po marinie.

A tam zawsze znajdzie się coś, na czym można oko powiesić. Fajnie, że w marinach, które odwiedzam nadal można znaleźć statki starsze od mojej Vegi.


Szkoda tylko, że dla niektórych czas już się zatrzymał.


Tablica upamiętniająca tragedię s/y Bieszczady przypomina, że są rzeczy bardziej niebezpieczne od wzburzonego morza.


Po chwili refleksji i pogadance edukacyjnej dla młodzieży, wróciliśmy do naszych przyziemnych spraw.

Popchnęliśmy pomidorowy makaron kilkoma gałkami lodów i około godziny 1600 ruszyliśmy na Hel.


Niedaleko gdyńskiego portu trwały już przygotowania do Helloween.


Jakie to proste - kamizelka, szelki i ma się z dzieciakiem spokój. Należy tylko solidnie uwiązać takiego na dziobie i można cieszyć się ciszą w kokpicie. Szkoda, że w domu, na balkonie, nie mamy zaczepów do szelek.


W końcu zaczęło wiać nieco uczciwiej i na płaskiej wodzie, szybko osiągnęliśmy 6kn.


Rutę wypadło nam przecinać w towarzystwie większego brata, wiozącego jakieś pudełka.


Chwila emocji i pokaz "Dlaczego nie powinno się przechodzić dużym statkom przed dziobem." dobiegł końca.


Od tej pory, przez całą drogę na Hel mieliśmy już jakieś towarzystwo.

Byli tacy, co turystycznie piratowali.


Ci, co na spinakerze przed dziobem nam przelecieli.


I inni, którzy pomimo posiadania okazałych masztów, pływali tylko na silniku.


Szybko dopłynęliśmy do Helu. Ale zanim wygrzebaliśmy się z portu na żarełko w helskim Kutrze, zrobiło się już ciemno.


Spontanicznie, wyszła nam rodzinna kolacja przy świecach. Ryba z frytkami, to kolejny, jadalny zestaw dla wschodzącej młodzieży.


Budynek Muzeum Rybołówstwa na Helu, wielokrotnie oglądałem z zewnątrz. Może kiedyś wybiorę się w końcu zwiedzić wnętrzności.


Wracając do mariny zauważyliśmy obcy, acz znajomy kształt szwedzkiego wyrobu stoczniowego z lat siedemdziesiątych.


Dzień dokonał żywota przy rodzinnej partyjce Scrabble. Drużynowa rozgrywka zakończyła się wygraną dziewczyn. Uświadomiłem sobie, że nie będziemy mieli szans, póki wulgaryzmy nie będą w tej grze uznawane. W końcu - chodzi o przewagę w zasobie słownictwa, czy nie?



Bursztyny, bunkry...

I GRZYBY


Niedzielny poranek 11.09.2016 zaczęliśmy o godzinie 0945 od śniadania. Prosto z patelni zjadłem sobie kiełki. Nie afiszowałem się z moim daniem w porcie. Czasy nastały takie, że nie wypada jeść podobnych rzeczy na jachcie pod polską banderą. Przepraszam, ale schabowy jakoś nie pasował mi z samego rana.


Dzieci zaspokoiły głód czymś innym, a że zdjęcie nie ujawnia, a ja nie pamiętam - pewnie się już nigdy nie dowiemy, co to było. Trudno - trzeba będzie z tym jakoś dalej żyć.


Po śniadaniu, nie tylko my byliśmy najedzeni.


Wkrótce zostaliśmy jedyną Vegą w helskiej marinie. Nie było sensu siedzieć tak samotnie w porcie. Ruszyliśmy w teren.


Na pierwszy ogień poszedł otwarty w tym sezonie Instytut Bursztynu. W końcu coś sensownego zrobili w opuszczonej "cebulce", zwanej również "jajcem".


Ekspozycja ryb akwariowych z Amazonki, na wejściu, nieco nas zaskoczyła.


Ale na pięterku, bardziej swojsko powiało Bałtykiem. Wypasione eksponaty, wywartym wrażeniem odrobiły wydaną na bilety kasę.


Sztuki biżuteryjnej mało w życiu uważam, ale w pewnych wyrobach dostrzegłem jej sens.


Przez to oglądanie bursztynu, tylko zgłodnieliśmy. Na szczęście, nieopodal znajdowała się fabryka takich oto smakołyków.


Odczekaliśmy swoje w kolejce, chwyciliśmy po gorącym wałku i ruszyliśmy dalej w ląd.

Hel pełen jest różnych pamiątkowych tabliczek. Trudno uwierzyć, ale są tacy co nie przypływają tam statkami.


Ciekawe, co na to stary kapitan spoglądający spod parapetu Captain Morgan.



Ciasne pomieszczenia jachtowe nie sprzyjają małżeńskiemu pożyciu. A jak się żony w nocy nie zmęczy, to potem łazi taka po drzewach, jak po łuku tęczy.


Im dalej od portu się zapuszczaliśmy, tym robiło się bardziej egzotycznie.


W końcu weszliśmy do lasu. I wtedy się zaczęło...


Po grzybach pojawiły się łagodzące grawitację mchy. Szkoda, że takie zielone gąbki nie rosną wszędzie. Ozdabiały by nam lasy i chroniły obuwie naszych dzielnych myśliwych.


Znaleźliśmy też jedno uschłe drzewo. Mam nadzieję, że to nie sprawka kornika drukarza. Znając zapał naszego ministra i niechęć naszego rządu do drukowania, aż strach się bać, co by się mogło z tym helskim zagajnikiem stać.


Idąc dalej, natknęliśmy się na kilometry wybetonowanych okopów, łączących stanowiska bojowe.


Kiedyś budowaliśmy w Polsce bunkry. Dzisiaj technologia poszła na przód. Nie potrafimy, co prawda, jeszcze sprostać zapotrzebowaniu na żłobki, przedszkola czy autostrady, ale nadzwyczaj dobrze radzimy sobie ze stawianiem pomników i świątyń.


Po wydmach była już tylko plaża. A potem już nic nie było - a właściwie było wszystko.


Było morze!


Dryfująca na powierzchni sieć rybacka może narobić problemów. Ta już się jednak nikomu w śrubę nie zaplącze.


Zaletą szerokich plaż jest ich szerokość. Można sikać na wydmach i pozostać poza zainteresowaniem nadbrzeżnych formacji plażowiczów.


Wadą szerokich plaż jest ich szerokość. Trzeba się nieźle nachodzić, aby się na wydmach wysikać.


I jeszcze jedno odnośnie szeroki plaż. Zawsze znajdziemy miejsce, gdzie konar może zapłonąć.


Jak i miejsce gdzie, w glonach, umierają meduzy.


Po tej wycieczce wiedzieliśmy jedno - Hel jest super!


Plażą doszliśmy z powrotem do portu, robiąc tego dnia nogami jakieś 12km.


Po powrocie skupiłem uwagę na silniku - coś mi bowiem znajomo wyglądało. No tak - wykapany olej. Wyciek był jednak na tyle mały, że nie mogłem zlokalizować jego źródła. Dałem sobie spokój - za mało było tego - nawet na frytki.


Eliza, w tym czasie, oporządziła nasze leśne zbiory, które finalnie skończyły uduszone na patelni.


Problem...

DOMNOŚCI


Nadszedł czas powrotu. Wyjście Vegą z narożnego y-bomu, na wstecznym i to jeszcze pod wiatr, stanowiło nie małe wyzwanie.

Zaplanowałem manewr z obrotem na cumie rufowej. Chyba jedyna opcja dająca nieco zapanować nad jachtem, z konstrukcyjnie przekoszonymi nawzajem trzonem steru i wałem śruby napędowej.

Zdjąłem pozostałe cumy i lekko wypychając łódkę, wskoczyłem do kokpitu. Role były wśród załogi rozdzielone, a cały manewr wcześniej objaśniony ze szczegółami - tak mi się przynajmniej wtedy zdawało.

Z początku poszło znakomicie. Santa Pasta siłą rozpędu od samego pchnięcia, wspomagana wolnymi obrotami śruby, powoli wysunęła swoje dupsko poza stanowisko cumownicze. Będąc wolna mniej więcej w połowie swojej długości, zaczęła - jak to miała w zwyczaju - skręcać w prawo lub w lewo. Napotkała jednak na zaplanowany opór cumy rufowej, co skorygowało jej kierunek skrętu na bardziej przez nas pożądany.

Po chwili mieliśmy już y-bom na lewym trawersie, oddalony od burty o dobry metr z kawałkiem. Wystarczyło dać całą na przód i skierować się do wyjścia. Nie było na co czekać, bo wiatr zaczął już nas znosić z powrotem na keję.

I tu pojawiły się problemy. Szybko zdałem sobie sprawę, że wybór wieczorowej sukienki to pestka, w porównaniu z wyborem właściwego (jednego z dwóch) końca sznurka. Albo nie do końca dobrze wytłumaczyłem, który koniec cumy nabiegowej zwolnić, albo kobiece dążenie do perfekcyjności wzięło górę.

W efekcie, zwiało nas na keję. Zleciało trochę czasu (jak i trochę farby z burty), zanim wyszliśmy z tych malin.

Na szczęście był to jedyny żeglarski zonk tego dnia. Pogoda była przednia i żegluga, w ocenie nawet tak wybrednej załogi jak nasza, określała się gdzieś pomiędzy "może być" a "fajnie jest".


Ale nie wszyscy podziwiali widoki. Nawigator zdawał się być zapracowany opracowywaniem trasy, w taki sposób aby przy okazji wyratować z wody jakiegoś pokemona.


Żagle ładnie wypełniały się wiatrem. I tym razem, nawet jakoś nie łopotały ze starości.


Nawet Ala, w tym czasie, zdawała się być zadowolona z przydzielonej jej funkcji sternika.


Odrabianie pracy domowej na łódce nie było zakazane. Nastąpił planowany odpyt z angielskich czasowników nieregularnych. Na szczęście nie było ich za dużo. Od siebie dodałem czasownik "żeglować" i wyjaśniłem, że jako regularny, powinien być równie regularnie stosowany.


Słońce coraz bardziej chyliło się ku zachodowi. Większość z nas zwykle zachwyca się takim widokiem.


To bardzo piękna, ale i depresyjna pora dnia dla dzieci, które akurat wtedy zaczynają odczuwać całodzienny brak telewizji.


Popadają w letarg, a zachodzące słońce przypomina im o straconych kreskówkach.


Inaczej się rzecz miewa z pokoleniem wychowanym na dwóch zaledwie kanałach TVP.


Ale niech Was nie zmyli powaga twarzy ze zdjęcia. Moją głowę, w tym czasie, nawiedzały całkiem pojechane myśli.

Tego dnia, po raz pierwszy, nieśmiało i mentalnie-eksperymentalnie pomyślałem sobie o bezdomności jako pozytywie. Takim przywileju, który nie zmusza do powrotu w to samo miejsce każdego dnia i daje doskonały pretekst do dalszej żeglugi - najlepiej w nieznane.


Słońce jednak w końcu zaszło i mrok otrzeźwił mi umysł.

Wróciliśmy do Górek Zachodnich o godzinie 2100. W tamten weekend, przez 13 godzin żeglugi pokonaliśmy 41NM. W końcu odhaczyliśmy, w ten sposób, jedną z obowiązkowych imprez sezonu.