12 grudnia 2015

"Mądry żeglarz po szkodzie" Władysław R. Dąbrowski

Rewelacyjna moim zdaniem książka i lektura obowiązkowa dla każdego samodzielnie prowadzącego rejsy morskie. Jest to już drugie wydanie, rozszerzone o opis wydarzeń obejmujących rok 2012.

Władysław Dąbrowski zebrał w książce i przystępnie opisał wypadki i awarie polskich jachtów, jakie wydarzyły się na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat.

Wszystkie opisy przypadków uzupełnione zostały o orzeczenia izb morskich, co czyni lekturę miejscami nudną. Ale dzięki takiemu podejściu, dociekliwy czytelnik zyskuje niezwykle dokładną analizę przyczyn i skutków wypadków.

Ciągi przyczynowo-skutkowe niektórych, przedstawionych w książce wydarzeń są wręcz niewiarygodne. Myślę, że bardzo mocno działają na wyobraźnię czytelnika, wpływając pozytywnie na zmianę podejścia do kwestii bezpieczeństwa na jachcie. Niektórzy wręcz nie polecają czytania tej książki bezpośrednio przed rejsem, aby nie popadać w paranoję.

Człowiek, w genach posiada odziedziczoną po przodkach zdolność do nauki na podstawie przeżytych doświadczeń. Podzielam całkowicie zdanie autora, który twierdzi, że najlepiej jest uczyć się jednak na cudzych błędach.

Jeśli więc coś ma bezboleśnie skłonić nas do przemyśleń i wyciągnięcia wniosków, które w przyszłości mają nas uchronić od popełnienia, brzemiennych w tragiczne skutki błędów, to na pewno będzie to książka "Mądry żeglarz po szkodzie".

Polecam gorąco!

22 listopada 2015

Rejs "Zatokowy Blues", s/y Atsea I (Bavaria 32 Avangarde), 13-15.11.2015


Okazja czyni żeglarza.

Fejsbuk - wbrew powszechnej opinii, czasami pozwala oderwać się człowiekowi od ekranu komputera.

Pewnego późnego popołudnia, skrolując zawzięcie swoją ścianę zauważyłem reklamę listopadowych weekendówek oferowanych przez firmę ATSEA.

Dostać jacht w sezonie na weekend graniczy z cudem, albo z bardzo nieekonomiczną dopłatą. Ale gdy nadchodzi jesień i Bałtyk zaczyna trącić sztormem, stanowisko armatorów zmienia się diametralnie.

Niby od niechcenia, pokazałem Elizie fejsowe ogłoszenie, wzdychając przy tym głęboko i spoglądając (tak smutno jak tylko umiałem) gdzieś w dal za okno. Wtem nagle usłyszałem magiczne słowa: "No to jedź".

Nie wiem na ile zostało to z jej strony przemyślane, czy też powiedziane na poważnie i czy przypadkiem nie dotyczyło zakupów w hipermarkecie. Nie starałem się dociekać i dopytywać. "Mądrej głowie, dość dwie słowie." Namówiła mnie - rozpocząłem poszukiwania załogi.

Nie liczyłem na zbyt wielu chętnych o tej porze roku. Mimo, że moja rejsowa spamlista zawierała już kilkadziesiąt adresów mailowych - odpowiedzi było niewiele, a większość i tak negatywnych.

Początkowo myślałem o szybkiej przebieżce na Bornholm, z któregoś portu Pomorza Zachodniego. Jednak braki kadrowe i statystyki pogodowe skierowały mnie na bardziej skromniejsze cele. Zatoka Gdańska też się w końcu na łykend nadaje.

21 listopada 2015

"Praktyka oceaniczna" Krzysztof Baranowski


Dotychczas omijałem pozycje tego autora. Jeszcze zanim zainteresowałem się czynnie żeglarstwem, słyszałem już dużo o Krzysztofie Baranowskim. A ja tak już mam, że staram się pozostać poza wpływem autorytetów z danej dziedziny do momentu, aż sam nie poznam podstaw i na bazie własnego praktycznego doświadczenia nie wykształcę sobie swoich poglądów na dany temat.

Kiedy jednak przeczytałem "Praktykę oceaniczną" żałowałem, że nie zrobiłem tego wcześniej.

Autor z niezwykłą swobodą przechodzi przez wszystkie tematy związane z żeglugą - nie tylko oceaniczną. W książce znajdziemy obszerne informacje dotyczące planowania i organizacji rejsów, budowy i utrzymania jachtów, technik żeglugi i zapewnienia bezpieczeństwa w różnych morskich warunkach. Wiedza jest uporządkowana i skompresowana do odpowiednich dawek przyswajalnych dla czytelnika.

Jest to podręcznik, który czyta się z przyjemnością. Mimo pochłonięcia wcześniej wielu żeglarskich lektur, to właśnie "Praktyka oceaniczna" Krzysztofa Baranowskiego najbardziej usystematyzowała i uzupełniła moją żeglarską wiedzę.

Podręczniki RYA




Seria podręczników RYA jest moją ulobioną serią wydawniczą. Doskonale skompresowana wiedza, która po prostu działa w praktyce.

Można troszkę ponarzekać na jakość przekładów z wersji angielskiej. Zdarzają się błędy językowe, ale nie upośledzają znacznie wartości merytorycznych książek.

Brytyjczycy obarczeni są genetycznie żeglarską tradycją wielu pokoleń. I nie ma się im co dziwić - mają się wszak gdzie uczyć. Pewnie nie wszyscy się z tym zgodzą, ale słyszałem już opinie, że większym kunsztem morskiej nawigacji i umiejętności żeglarskich, należy wykazać się żeglując na pływach wokół wysp brytyjskich, niż przepływając Ocean Atlantycki "w pasatach". Myślę, że jest w tym dużo prawdy.

Każdy podręcznik serii pisany jest przez innego autora, więc trudno dokonać ich ogólnej oceny. Na uznanie zasługuje jednak bogaty w informacje, zwięzły styl wszystkich książek i ich staranne opracowanie graficzne. Są to niewątpliwie cechy dobrych podręczników, do których można stale wracać jak do poradników.

Seria RYA gości nie tylko na mojej półce w domu, ale często poszczególne jej książki udają się ze mną w rejsy. Polecam każdemu, kto chce w przystępny sposób dowiedzieć się czegoś więcej i nieco inaczej niż uczą na kursach "pod patronatem" PZŻ.

14 listopada 2015

"Nawigacja elektroniczna" Tim Bartlett

"Nawigacja elektroniczna" Tim Bartlett
Pomimo szybkiego rozwoju urządzeń elektronicznych i idącej za tym wygody i wzrostu dokładności prowadzonej nawigacji, nadal obowiązującą oficjalnie jest nawigacja tradycyjna, prowadzona na mapie papierowej.

Oznaczanie na mapie papierowej bieżącej pozycji jachtu w pewnych odstępach czasu jest dobrą praktyką, która w razie awarii urządzeń elektronicznych zapewnia nam minimum informacji o naszym położeniu.

Mało kto jednak w dzisiejszych czasach pozbywa się całkowicie wygody, jaką oferują najnowsze zdobycze techniki. Większość znanych mi żeglarzy używa mapy papierowej jedynie jako analogowego "backupu" - jeśli w ogóle jej używa. Większość z nas woli zdublować urządzenia elektroniczne zmniejszając prawdopodobieństwo całkowitej utraty wsparcia ze strony techniki. Człowiek to leniwa bestia i szybko przyzwyczaja się do wygody jaką oferuje galopujący postęp technologiczny.

Książka "Nawigacja elektroniczna" nieco dokładniej, niż instrukcje obsługi, omawia występujące na jachtach urządzenia służące nawigacji elektronicznej. Autor - Tim Bartlett omawia bardzo przystępnie ich budowę i sposób działania, ich zalety i wady, do których należą również błędy wskazań każdego z tych urządzeń.

Książka zawiera wiedzę niezbędną do zrozumienia działania i prawidłowego interpretowania wyników prezentowanych przez urządzenia nawigacji elektronicznej. Jest to wiedza, z którą każdemu żeglarzowi przyjdzie się sprawdzić w praktyce wcześniej czy później.

"O żeglowaniu" Robin Knox-Johnston

O autorze tej książki mówi się, że o żeglowaniu wie na pewno więcej od innych.

Lektura jest zbiorem felietonów, które Robin Knox-Johnston przez kilkanaście lat publikował na łamach miesięcznika "Yachting World".

Książkę kupowałem "na czuja". Nikt mi jej wcześniej w żaden sposób nie rekomendował. Zamawiając ją, miałem po prostu ochotę na coś odbiegającego od podręcznikowego stylu ostatnio przeczytanych pozycji.

Pierwsze strony nie wywarły na mnie większego wrażenia. Ale zanim zdążyłem pomyśleć, że kupując "O żeglowaniu" zmarnowałem pieniądze, byłem już w połowie - książki, oraz zarwanej nocy.

Autor dokonał podziału tematów, grupując powiązane tematycznie felietony w sekcje. Jednak rozległy obszar poruszanych tematów nadal zapewnia ich różnorodność.

W książce znajdziemy opisy zarówno niewiarygodnych przygód autora na środku oceanu, filozoficzne rozważania na temat kierunku rozwoju żeglarstwa jak i przyziemne problemy z urzędami, z którymi muszą borykać się nie tylko polscy żeglarze i armatorzy.

Książka przyjemna w czytaniu i warta polecenia.

10 października 2015

"Dookoła świata bez sztormów" Andrzej Urbańczyk

Jest to druga, przeczytana przeze mnie książka Andrzeja Urbańczyka. Spodziewałem się po niej zyskać nieco informacji na temat planowania rejsów. I otrzymałem je w dawce uderzeniowej.

O ile czytana wcześniej "Nawigacja prosta, łatwa i zabawna" - tego samego autora, pozostawiła po sobie pewien niesmak, to "Dookoła świata bez sztormów" całkowicie zrehabilitowała w moich oczach Andrzeja Urbańczyka.

Jestem pełen podziwu dla umiejętności analitycznego podejścia autora do tematu planowania rejsów. Nie byłem dotychczas świadomy tego, że można tak sprawnie posługiwać się danymi meteorologicznymi różnych akwenów i za pomocą statystyki tak znacznie podnosić bezpieczeństwo i szanse powodzenia rejsów.

Książka na pewno ostudzi zamiary porywających się na oceaniczne wyprawy bez wcześniejszego przygotowania. Uświadamia bowiem niedowiarkom, że rejs zaczyna się na długo wcześniej przed wzięciem cum na pokład.

Bardzo przypadły mi do gustu przedstawione w książce diagramy, którymi autor posługuje się osobiście w planowaniu rejsów.

Uważam, że jest to wartościowa lektura, do której na pewno jeszcze kiedyś wrócę.

22 września 2015

R'N'R - czyli Rejs Na Rugię, s/y Gefion (Bavaria 37 Cruiser), 12-16.09.2015


Aby odebrać łódkę w Świnoujściu około godziny 1400, należało wyjechać z Trójmiasta około 0730. Druga grupa załogantów jechała w tym czasie z Piły - jak później dało się słyszeć w niemieckich marinach piosence - "miasta seksu i biznesu".

Była sobota, więc drogi były przejezdne i podróż zleciała szybko. Po kilku godzinach jazdy dotarliśmy do samochodowej kolejki na prom. Nie mieliśmy tylko pewności czy to ten właściwy. Kilkadziesiąt metrów wcześniej mijaliśmy drogowskaz na Kasibór. Taką właśnie nazwę skojarzyłem z polecanym mi kierunkiem. Są dwie przeprawy i tylko jedna jest dla turystów - Kasibór.

Skręcając w drogę według znaków, zamiast na promie, prawie wylądowaliśmy w miejscowości o tej właśnie nazwie. Zawróciliśmy czym prędzej i ustawiliśmy się w tej samej kolejce, która w międzyczasie już znacznie urosła. Na szczęście załapaliśmy się na prom jako ostatni samochód wzięty na pokład.

11 września 2015

"Nawigacja prosta, łatwa, zabawna" Andrzej Urbańczyk

"Nawigacja prosta, łatwa, przyjemna" to moja pierwsza przeczytana pozycja w całości traktująca o nawigacji morskiej.

Książka utrzymana jest w formie podręcznika, z pytaniami kontrolnymi i zadaniami po każdym rozdziale. Ponieważ jestem niecierpliwy i mało systematyczny, czytałem książkę bez wykonywania większości zadań sprawdzających.

Lektura wyjaśnia dosyć obszernie wszystkie zagadnienia związane z nawigacją. Miejscami ma się jednak wrażenie czytania znanej wszystkim serii "Dla opornych".

1 września 2015

Rejs "High Wave To Hel!", s/y Reset (Gib Sea 362), 22-24.08.2015


Wszystkiemu winny jest Bartek.

W 2011 roku za sprawą kuzyna mojej żony - Bartka, pojawił się w rodzinie pierwszy patent żeglarski. Od tego czasu miałem obiecane, że przewiezie mnie kiedyś jakąś Omegą. Mijały lata, a nam nie było dane spotkać się razem w okolicach jakiejś szuwarowej czarterowni. W końcu sam zrobiłem uprawnienia, poczułem zew morza i nasze role się odwróciły.


Pewnego dnia Bartek powiadomił mnie o swoim zamiarze spędzenia żeglarskiego weekendu na Zatoce Gdańskiej. Kupiony bilet na pociąg z Wrocławia do Gdańska utwierdził mnie w przekonaniu, że sprawa jest niezwykle poważna. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Niedawno wróciłem z rejsu na Borholm i planowałem Rugię na wrzesień, a tu takie zaskoczenie.

Bardzo szybko zrozumiałem, że taka okazja zdarza się raz na sto lat! Moja żona raczej nie wyraża większego sprzeciwu, ale często konieczne są negocjacje, przed planowanym rejsem. Wszyscy znajomi już dawno wiedzą, że dla kilku dni na morzu gotów jestem umyć nie tylko okna ale i wypucować kibel na błysk. Tym razem jednak sprawa była polityczna.

Co innego odmówić mężowi kilku dni relaksu na morzu, a co innego zepsuć kuzynowi weekendowy wypoczynek. Cóż było robić? Nie dałem się długo prosić. Musiałem na szybko zorganizować ten rejs - żonie się nie odmawia!
A Bartek za karę miał ogarniać imprezę fotograficznie.

15 sierpnia 2015

Rejs "Born to holm", s/y Blonde J (Leisure 27), 07-10.08.2015


S/y "Blonde J" (Leisure 27) to łajba, która okres swojej świetności ma już dawno za sobą. Nadal jednak, pomimo ubogiego jak na dzisiejsze czasy wyposażenia hotelowego, pływa całkiem dzielnie. Ze względu na swoją długość (zaledwie 8.2 metra) jest nieco żyguśna, ale pod falę chodzi całkiem miękko.

Jacht stacjonuje w Kołobrzegu, nieopodal Mariny Solnej, przy Nabrzeżu Szkolnym.


Odbiór w moim wydaniu, jak zwykle skutkował narzekaniem armatora na upływ czasu. Oprócz znalezionych pierdółek, jak brak zawleczki w uchwycie sztormrelingu i braku refszkentli, nic nie wskazywało aby jacht nie mógł bezpiecznie pływać.

20 lipca 2015

Rejs "Rodzinny Babel na Zatoce", s/v Rewa (Delphia 29), 18-19.07.2015


Pisząc tę relację po kilku miesiącach od rejsu, żałuję że nie przeczyta jej już człowiek, dzięki któremu rejs mógł się odbyć.

Tomasza Bonarowskiego poznałem niedawno, w czasie jak startował z firmą Seaventi. Byłem jego pierwszym klientem, prowadząc swój pierwszy w życiu skipperski rejs po Zatoce Gdańskiej. Dzięki inicjatywie Tomka, jego zaangażowaniu i sumienności, mogłem to zrobić, mając jedynie patent ŻJ.

Niestety nie mieliśmy okazji poznać się bliżej, niż poza relacją klient - armator. Byliśmy co prawda umówieni wstępnie "na piwko", ale już nie zdążymy się spotkać. Tomasz odszedł 30-go listopada 2015 r.

Opowieści o piekle i niebie słabo do mnie trafiają. Nie potrafię też modlić się za czyjeś dusze. Wierzę natomiast, że najlepsze czego człowiek może w życiu dokonać, to pozostawić po sobie dobre wspomnienia i poczucie wdzięczności u ludzi, których znał. Na zawsze zapamiętam Tomasza jako życzliwego, przepełnionego pozytywną energią człowieka, bardzo angażującego się w to co robi dla innych.

Dziękuję Ci Tomku!

Zdjęcie pochodzi z profilu FB https://www.facebook.com/tomasz.bonarowski

18 lipca 2015

Rejs "Vis-a-vis Trogiru", s/v Kolibri (Gib Sea 37), 04-11.07.2015


No i stało się. Znowu zapuściliśmy się rodzinnie w rejony barbarzyńskich plemion. Od ostatnich wakacji w Chorwacji minął rok. Dokładnie 12 miesięcy wcześniej wpadłem na szalony pomysł zwiedzania tamtejszego wybrzeża i okolicznych wysp, z pokładu samodzielnie prowadzonego jachtu morskiego.

Wykorzystując końcówkę jednego sezonu żeglarskiego i początek drugiego - startując od zera bezwzględnego - dorobiłem się wszystkich niezbędnych uprawnień żeglarskich. Całą zimową posuchę spędziłem z lekturą, stając się stałym klientem wielu wydawnictw oferujących żeglarską literaturę. W grudniowe mrozy zdałem też eksternistycznie egzamin na SRC.

Po zimie, jednocześnie z wodowaniem pierwszych jachtów na Zatoce Gdańskiej, rozpocząłem pływanie, starając się przez całą wiosnę znaleźć jak najwięcej do tego okazji.

W końcu nadszedł dzień, w którym słowo stało się czynem i zamieszało między nami. A dokładnie pomiędzy mną, a moją pierwszą żoną Elizą. Wieczorne dyskusje o wyższości mieszkania na jachcie, nad hotelowym olinkluziw, bardzo często kończyły się cichymi dniami. Ale wraz z upływem czasu szło mi coraz sprawniej. Z dnia na dzień zdobywałem coraz więcej poparcia dla swoich planów. Coraz częściej rozmowy, zamiast kłótnią, kończyły się konsumpcją naszego związku małżeńskiego.

Ostatecznie osiągnęliśmy konsensus - tydzień na lądzie i tydzień na jachcie. Niestety podróż autem z Polski wydarła z okresu lądowego kilka dni. Ale nikt mi dzisiaj nie udowodni, że to moja wina;)

27 czerwca 2015

"Vademecum żeglarstwa morskiego" Zbigniew Dąbrowski, Jerzy W. Dziewulski, Marek Berkowski

"Szuwarowe" żeglarstwo nigdy specjalnie mnie nie pociągało. Owszem, byłem kiedyś na Jezioraku, ale nie poczułem tego, co udało mi się odkryć w sobie, będąc pierwszy raz na bałtyckim rejsie.

Na tym samym rejsie, skipper Krzysztof polecił mi "Vademecum..." - książkę, którą jak mówił - zawsze miał przy sobie na półce w mesie. Kupiłem ją niezwłocznie po powrocie na suchy ląd.

Kartkując wstępnie lekturę, miałem jednak mieszane uczucia. W większości monochromatyczne, odręczne ilustracje nie wzbudziły mojego zaufania i książka wylądowała na półce na kilka tygodni. W międzyczasie trochę popływałem samodzielnie po Zatoce i okolicach.

Dopiero później, gdy nie miałem już co czytać - sięgnąłem po "Vademecum żeglarstwa morskiego" i zostałem oczarowany jego poziomem merytorycznym. Mając już odrobinę praktyki, potrafiłem docenić wartość książki. Od razu uznałem ją za lekturę obowiązkową dla siebie i wszystkich przyszłych morskich żeglarzy.

Teoretycznie książka obejmuje materiał znany mi już z innych źródeł, ale skupia się szczegółowo na morskim aspekcie żeglarstwa i robi to doskonale.

12 czerwca 2015

Rejs "W Morze Ciało!" - s/y Perełka (Janmor 31) - 04-07.06.2015


Nie stało się to dziełem przypadku, że zupełnie niedawno udało mi się wypływać staż i zdać egzamin na JSM. Dzięki Akademii Jachtingu z Jastarni było to całkiem miłe doświadczenie.

Zaraz po tym wydarzeniu, doskonale zdałem sobie sprawę z odpowiedzialności, jaką za sobą niesie posiadanie patentu.
Otóż, mieć patent - to nie wszystko - należy go teraz koniecznie wypróbować!

14 maja 2015

"Angielski dla żeglarzy" Małgorzata Czarnomska

Jak to dobrze, że ktoś pomyślał o takiej właśnie książce!

Kiedy niedawno rozpoczynałem swoją przygodę z żeglarstwem i uczyłem się żeglarskiej terminologii, miałem wrażenie że już wtedy uczę się jakiegoś obcego języka. Większość terminów zapożyczona jest bowiem z języków ludów, które wieki temu parały się już morskimi włóczęgami.

W karierze każdego prawie żeglarza morskiego nadchodzi jednak moment, kiedy rusza w nieznane. Nie mam tu na myśli obszarów nie opisanych na mapach, bo takich już niestety nie ma. Myślę tu natomiast o wodach terytorialnych obcych państw, na których komunikacja w języku polskim, pomimo wielkiej liczby polskich emigrantów na całym świecie, nie zdaje egzaminu. I wtedy książka taka jak "Angielski dla żeglarzy" okazuje się bezcenna. Tłumaczeń tak niszowych przecież słów i wyrażeń jakimi posługuje się żeglarstwo, na próżno szukać w ogólnych słownikach.

Posiadanie książki nie zastąpi oczywiście całkowitego braku znajomości języka angielskiego. Dla osób władających jednak podstawami, umożliwia przygotowanie się do komunikacji na wiele różnych okoliczności. Począwszy od najważniejszej ze względów bezpieczeństwa żeglugi - obsługi radia VHF i zrozumienia komunikatów pogodowych, poprzez rozmowę z bosmanem obcej mariny, a skończywszy na umiejętności nazwania elementów jachtu i komunikacji z obcojęzyczną załogą - wszystko to obejmuje swoim zakresem książka Małgorzaty Czarnomskiej.

Rzecz niezbędna w rejsach zagranicznych, którą nie tyle należy przeczytać od deski do deski, co należy mieć zawsze przy sobie na jachcie - w razie problemów.

25 kwietnia 2015

Rejs "Pucyfik" - s/v Jurata (Delphia 33mc) - 18-21.04.2015



Od września 2014 minęło pół roku. Tyle mniej więcej czasu byłem szczęśliwym posiadaczem patentu Żeglarza Jachtowego. Od tej pory też, szukałem możliwości zdobycia stażu morskiego. Z jednej strony chodziło o wypływanie 200 godzin niezbędnych do przystąpienia do egzaminu na Jachtowego Sternika Morskiego, z drugiej chciałem nauczyć się prowadzić jacht samodzielnie. Nie miałem po prostu zamiaru utopić się razem z rodziną w planowanym rejsie po Adriatyku. Miałem już wtedy zarezerwowany i opłacony czarter jachtu, na który nie miałem jeszcze uprawnień.

Zimę spędziłem z literaturą fachową. Nigdy wcześniej nie pochłaniałem takiej ilości książek w jednostce czasu. No może podobne zboczenie uwidoczniło się, kiedy to kilkanaście lat temu nagle postanowiłem, że zostanę informatykiem/programistą. Tym razem jednak, miałem to przyjemne uczucie, że przyswajam mniej dezaktualizującą się wiedzę.

Zima jednak w końcu minęła i w portach morskich nieśmiało wodowano już pierwsze łódki. Czas uciekał, a mojego stażu na morzu nie przybywało. Posiadany przeze mnie mały skrawek PZŻ-owskiego plastiku, dawał mi możliwości pływania po Zatoce Gdańskiej. Jednak w odniesieniu do morskich jachtów balastowych, były to możliwości czysto teoretyczne. W kartach bezpieczeństwa jachtów dopuszczonych do rejsów na Zatoce, figurował zazwyczaj JSM, a nie rzadko minimalny wymagany skład załogi stanowił komplet JSM plus ŻJ.

Można oczywiście było nie kombinować za dużo i wynająć jakiegoś małego Balta 23 z NCŻ. Łódka to jednak mała i niezbyt bezpieczna na większą bałtycką falę. Na dodatek średnio chciało mi się gimnastykować w portach na samych żaglach, bez silnika i załatwiać dwójkę na fali w trybie "dupa za burtę". Pływanie polubiłem już wtedy na tyle, że mógłbym zacisnąć na kilka godzin zwieracze i zaryzykować przypieprzenie w keję na pełnych żaglach. Ale jak tu przekonać do tego innych i zebrać załogę? Społeczeństwo wszak dzisiaj wymagające i z trudem potrafiące egzystować poza strefą miejskiego komfortu.

18 kwietnia 2015

Rejs stażowy, s/y Melin (Bavaria 32), 8-12.04.2015


Wiosna tego roku była pogodna. Trochę zimno, ale słonecznie i wietrznie. A to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej!

Pierwsze łódki nieśmiało wodowano w marinach, a razem z nimi pojawiały się oferty rejsów stażowych. Najwcześniej, swoimi planami pochwaliła się na stronie internetowej Akademia Jachtingu - znana i ceniona w środowisku szkoła żeglarska z Jastarni. Już od początku kwietnia zaczęła organizować tygodniowe rejsy stażowe na Bałtyku.

Walcząc z czasem, o uzyskanie patentu JSM jeszcze przed moim czarterem jachtu w Chorwacji, nie dałem się długo prosić. Zaklepałem urlop i udałem się koleją żelazną na Półwysep.

7 marca 2015

"Sztorm - co robić? Teoria i praktyka" Dietrich v. Haeften

Od czasu do czasu udaje mi się trafić na prawdę dobrą książkę. Taką, którą czytając nie ma się najmniejszej ochoty przerzucić ani jednej strony, by pominąć mało interesujący fragment. "Sztorm - co robić?..." jest właśnie taką publikacją.

Książka bardzo przystępnie dla żeglarskiego nowicjusza tłumaczy mechanizmy pogodowe, również te prowadzące do powstania sztormu. Śmiem twierdzić, ze robi to lepiej od nie jednej pozycji w całości poświęconej meteorologii.

Autor kompleksowo omawia wszystko, co związane ze złą pogoda na morzu i nie tylko.

Dużą część książki autor poświęca analizie stanu morza i zachowaniu się jachtu na fali. Pod lupę wzięta została również dzielność morska, której coraz bardziej brakuje nowym czarterowym jednostkom.

Obecne w publikacji rozdziały o technikach sztormowania i sytuacjach awaryjnych, to coś czego naturalnie należy sie spodziewać w książce o takim "sztormowym" tytule.
Ale obszernie opisany temat manewrów portowych i zabezpieczenia jachtu w trudnych warunkach jest dodatkiem podnoszącym wartość tej konkretnej pozycji.

Najcenniejszy w treści ksiażki jest brak jednoznacznej odpowiedzi na pytanie z okładki. Morze jest nieprzewidywalne, każdy jacht ma swoje indywidualne własności, a żeglarz predyspozycje i słabości. I to jest właśnie coś, co czyni żeglarstwo tak fascynującym zajęciem.

Stanowczo polecam książkę Dietricha v. Haeftena. Przeczytajcie - na pewno nie będziecie żałować!

5 lutego 2015

"Zew oceanu" Tomasz Cichocki

"Zew oceanu" to pierwsza książka o tematyce żeglarskiej, nie mająca charakteru podręcznika, jaką przeczytałem.

Jest to pisana przez Tomasza Cichockiego relacja z rejsu dookoła Świata. Bardzo przystępny styl narracji, niemal przenosi nas na osamotniony na oceanie jacht, pozwalając wczuć się w opisywane przez autora sytuacje

Tekst odkrywa prawdę o samotnym żeglowaniu. Traktuje o potędze natury, której człowiek nie jest w stanie się przeciwstawić, ale potrafi jakimś cudem przetrwać w obliczu anormalnych sytuacji na oceanie i wielu awarii sprzętu.

Autor niemal wizualizuje to, co dzieje się w głowie osamotnionego, wyczerpanego do granic możliwości, ale jednocześnie uszczęśliwionego możliwością realizacji swoich marzeń człowieka.

Jedna z książek, do której na pewno z przyjemnością kiedyś wrócę. Polecam