18 kwietnia 2015

Rejs stażowy, s/y Melin (Bavaria 32), 8-12.04.2015


Wiosna tego roku była pogodna. Trochę zimno, ale słonecznie i wietrznie. A to jest właśnie to, co tygrysy lubią najbardziej!

Pierwsze łódki nieśmiało wodowano w marinach, a razem z nimi pojawiały się oferty rejsów stażowych. Najwcześniej, swoimi planami pochwaliła się na stronie internetowej Akademia Jachtingu - znana i ceniona w środowisku szkoła żeglarska z Jastarni. Już od początku kwietnia zaczęła organizować tygodniowe rejsy stażowe na Bałtyku.

Walcząc z czasem, o uzyskanie patentu JSM jeszcze przed moim czarterem jachtu w Chorwacji, nie dałem się długo prosić. Zaklepałem urlop i udałem się koleją żelazną na Półwysep.

Impreza...

NA MELINIE


Połączenie z Trójmiastem jest bardzo dobre. SKM-ką do Gdyni, a tam przesiadka w czekający już na peronie dalekobieżnym REGIO. Cała podróż zajmuje nieco ponad półtorej godziny. Dojście od dworca kolejowego w Jastarni do portu zajmuje 5 minut lub dowolnie dłużej, jeśli ktoś zamierza odwiedzić znajdujące się po drodze knajpy. Niezależnie od tempa wędrówki, po przejściu około 500 metrów w odpowiednim kierunku, nawet pryszczaty na jedno oko powinien bez problemu ujrzeć marinę.


Statkiem, który miał w tydzień zrobić z nas prawdziwych żeglarzy, okazał się jacht o wdzięcznej nazwie s/y "Melin". Od razu go polubiliśmy. Była to wysłużona armatorska wersja popularnej niemieckiej marki - Bavaria 32 Holiday. Jacht mimo swojego leciwego wieku, sprawował się ponoć bardzo dobrze. Tak przynajmniej zapewniał nas - Maciej - właściciel AJ.


Wieść po porcie niosła się taka, że ze względu na nieludzkie warunki na morzu, poprzedni rejs stażowy odbył się w okolicach portu i to wyłącznie na silniku. I właśnie motorek był jedynym sprawdzonym i niezawodnym przez cały czas rejsu podzespołem naszej łódki. Reszta osprzętu okazała się być akurat na granicy teoretycznych obliczeń wytrzymałościowych. Ale o tym będzie jeszcze co nieco w dalszej części relacji...

Póki co, zobowiązany jestem przedstawić załogę naszego rejsu.


Jak palce u jednej...

RĘKI


Nieskromnie tym razem zacznę od siebie. Nie dlatego aby coś o sobie pisać - znacie mnie pewnie wystarczająco, skoro czytacie ten tekst - ale dlatego, że akurat pod ręką miałem swoje niezwykle twarzowe zdjęcie z tego rejsu.


Całym przedsięwzięciem dowodziła młoda, lecz niezwykle doświadczona - również w oceanicznej żegludze - kobieta. Stanowcza, ale zarazem niezwykle miła Jadzia.


Aż dziw brał z jaką lekkością, ta drobna i delikatna dziewczynka potrafiła poustawiać po kątach naszą czwórkę mentalnie wyluzowanych i fizycznie rozleniwionych pasibrzuchów.

Kolejnym odważnym, wiosennym żeglarzem na pokładzie był Marcin. Cichy, spokojny i niezwykle opanowany człowiek, szukający żeglarskiej przygody, ale jednocześnie potrafiący znaleźć odrobinę samotności na każdej łódce, z dowolnym składem załogi. Wielki potencjał na prawdziwego wilka morskiego.


Czas na Bartosza. To najkrócej ujmując, uzależniony od adrenaliny młodzieniec. Orgazmujący wielokrotnie i głośno za kołem sterowym na sztormowej fali, fascynat ekstremalnego żeglarstwa. Aktywny i niesamowicie efektywny popularyzator brydża towarzyskiego, w środowisku żeglarskim.


Został nam jeszcze Krzysztof. Ambitny żeglarz i bardzo zrównoważony uczestnik naszych biesiad. Mistrz zaprzęgania mobilnego oprogramowania do analizy skomplikowanych algorytmów gier karcianych. Partyjka brydża, z tym wesołym kolegą, na zawsze pozostaje człowiekowi w pamięci.


Skład załogi jak widać niewiele odbiegał od doskonałości. Jak palce jednej dłoni (z racji wzrostu chyba symbolizowałem ten najdłuższy;) - mimo, że nie mieliśmy psa, byliśmy gotowi na wszelakie morskie wyzwania.


Łej, hej...

ROLUJ GO!


My może i byliśmy gotowi na morze, ale nasz jacht już nie całkiem.

Zaraz po wypłynięciu z Jastarni za "Kaszycę" okazało się, że nie byliśmy w stanie rozwinąć foka. Wróciliśmy do portu, aby przyjrzeć się mechanizmowi rollera na spokojnie. Niestety nic, poza kilkoma idiotycznymi pomysłami nie wymyśliliśmy. Podjęta więc została decyzja żeglugi na samym grocie do Gdyni. Tam, w cieniu Sea Towers, nazajutrz ktoś miał nam wszystko naprawić.

Aha. Pisząc "wszystko", winien jestem wyjaśnienia. Roller nie był jedynym naszym zmartwieniem. Grot nie miał linek od refpatentów. Na dodatek, brakowało nam jakiejś zakrętki od zbiornika wody pitnej, co uniemożliwiało jego napełnienie. Jechaliśmy więc w trasę bazując na pięciolitrowych baniakach z wodą, zakupionych w sklepie. Kurek do zbiornika mieliśmy również otrzymać w Gdyni.


Potem okazało się, że z suportu w Gdyni nici i musimy skierować się do Stoczni Conrada w Górkach Zachodnich. Tam podobno urzędował zaprzyjaźniony spec od jachtowych ustrojstw, który mógł nam przyjść z pomocą.


Robiło się jednak późno i wszyscy magicy od rollerów wkrótce mieli iść spać. W związku z tym, nocleg na Gdańskiej Starówce wydawał się bardzo praktyczną opcją. Do Górek, odległych stamtąd o rzut beretem, mieliśmy zajechać następnego dnia rano.

Byliśmy już dobrze przemarznięci, kiedy dopływaliśmy do główek portu w Gdańsku. Odliczaliśmy już minuty do wejścia, kiedy to po zgłoszeniu naszych zamiarów na radio (VHF 14) do kapitanatu, zostaliśmy wstrzymani na około godzinę. Powodem był duży ruch większych statków na wyjściu. Ponieważ byłem debiutującym, a tym samym nierozgarniętym jeszcze radiooperatorem, próbowałem negocjować wejście z zachowaniem szczególnej ostrożności. Odebrane to zostało jak zapowiedź parady równości pod pomnikiem Westerplatte, więc dłużej nie nalegałem. Odczekaliśmy swoje i weszliśmy do portu. Było już grubo po zmroku, kiedy cumowaliśmy w marinie "Szafarnia". Gorący prysznic oraz toast za cudowne ocalenie, jak zwykle skutecznie odbudowały nasze morale.

Rano, po opłaceniu postoju, ruszyliśmy do Górek. Kolejny dzień ładnej żeglarskiej pogody dawał nam dużo zadowolenia. Fajnie jest poczuć radość z życia bez konieczności przebierania się w obcisłe i podnoszenia sobie poziomu endorfin wszechmodnym ostatnio bieganiem.


W porcie jak zwykle można było spotkać statki dużo większe od naszego jachtu. Takim lepiej z daleka ustępować drogi.


Tym razem w kanale pojawił się również skandynawski akcent profesjonalnej żeglugi pasażerskiej.


A i turystycznego kiczu też nie zabrakło.


Po wyjściu z portu, żegluga przebiegała na tyle spokojnie, że pozwoliłem sobie na chwilę relaksu w świątyni dumania.


W ładną pogodę, jest to miejsca na jachcie na tyle zaciszne i odludne, że przyciąga nie tylko ludzi.


Szybko dopłynęliśmy do Górek, gdzie naszym rollerem zajął się specjalista. W czasie serwisu męska część załogi udała się na polowanie (czyt. w poszukiwaniu sklepu), celem uzupełnienia zapasów i zabicia nudy.

Kiedy wróciliśmy, roller śmigał już w obie strony. Chcąc wcześniej znaleźć przyczynę awarii, zbytnio skupialiśmy się na mechanizmie rollera, który nic nie zawinił. Problem był trywialny, ale na przeciwnym końcu sztagu. Po przesmarowaniu zaciętego krętlika mogliśmy znowu w pełni korzystać z foka. No i w końcu mogli ś my bez wstydu ruszyć w morze.



Odrobina morskiej żeglugi...

DO WŁADKOWA


To na co należy uważać po wychyleniu się za Półwysep Helski, to na pewno są rybackie kutry. Jedno - to omijać je szerokim łukiem podczas prac połowowych, a drugie - nie dać się rozjechać stadom kutrów wracających do portu. Większość z nich leci na autopilocie, a załoga zajęta jest obrabianiem złowionych ryb, w tylnej części pokładu. Takie kutry nie prowadzą zazwyczaj stałej obserwacji nawigacyjnej związanej z prawem drogi. Postawione na naszym jachcie żagle dają nam więc pierwszeństwo jedynie teoretycznie.


Wiało z zachodu jakieś 10 węzłów więc w turystycznym tempie jechaliśmy sobie półwiatrem.


Nie ma co tu więcej pisać - było fajnie!


Nockę spędziliśmy na morzu, a nad ranem wchodziliśmy już do portu we Władysławowie. O tej porze roku mieli już zwodowane y-bomy i świeżo pomalowaną keję. Czyżby się nas spodziewali?


Prawie całą noc do rana spędziliśmy grając w brydża. Była też krótka, wieczorna wycieczka na miasto, urozmaicona interwencją miejskich strażników. Na szczęście funkcjonariusze byli wyrozumiali dla oszołomionych bogactwem lądowych atrakcji, powracających z dalekiego rejsu żeglarzy.


Dziesięć halsów...

NA HEL


Powrót do Jastarni nie był już taki łatwy. Orka pod wiatr zawsze wymaga nieco więcej aktywności i dużo więcej czasu, niż pokonanie tego samego odcinka z wiatrem.
Dodatkowym utrudnieniem okazał się palnik kuchenki gazowej, który z niewiadomych przyczyn buchał pół metrowym płomieniem w losowych kierunkach. Od tej pory do zrobienia herbaty potrzebowaliśmy trzech osób. Jedna obsługiwała czajnik, druga starała się regulować płomień a trzecia ubezpieczała całość z gotową do użycia gaśnicą. Przystanek na Helu, w drodze do Jastarni, stał się wobec tego wszystkiego opcją nie wymagającą namawiania kogokolwiek. Po kolejnej nocy na morzu nad ranem weszliśmy do stolicy Półwyspu.


A na Helu... Nuda... Jak w polskim filmie. Kolejna noc z kartami i gorzką żołądkową.

Ranek przywitał nas bardzo silnym wiatrem. Pizgało na tyle mocno, że rozbijające się o falochron fale trafiały często do kokpitu naszego jachtu, zacumowanego w marinie. Wiedzieliśmy już wtedy, że ostatni dzień będzie tym najbardziej "mięsnym" w całym rejsie. I tak też było.


Sztormowo...

DO JASTARNI


Zgłaszając zamiar wyjścia z portu musieliśmy potwierdzić, że robimy to świadomie. Nikt jednak na radio nie podskoczy Jadzi, więc ruszyliśmy w pole na orkę.

Kierunek wiatru zmusił nas do czterech godzin żeglugi w głąb Zatoki, aby po zrobieniu sztagu móc ustawić się na odpowiednim kursie na Jastarnię.

Wiało konkretnie. Na wskaźniku anemometru mieliśmy od czasu do czasu ponad 35kn. Na szczęście był to dopiero początek "zatokowego sztormu" i wiało z głębi zatoki, tak więc fala jeszcze nie zdążyła się rozbudować. Drugi ref grota i zredukowana do 1/3 swojej powierzchni roboczej genua, dawały całkiem dobry napęd i umiarkowaną stabilność kursową. Jacht w nieco większym niż zwykle przechyle gnał bajdewindem w kierunku Jastarni. Konieczne były tylko lekkie korekty kursu, celem ominięcia na bogato wystawionych w tych rejonach sieci rybackich.


Jacht dotychczas żeglował sucho. Jednak zdarzające się co jakiś czas większe zafalowania zapewniały nam obfite słone prysznice w kokpicie.


Ci bardziej pragmatyczni i mniej emocjonalnie niedojrzali, przeczekali najgorsze na sucho we wnętrzu jachtu.


Ale my - młode wilki - nie chcieliśmy przegapić ani chwili, z tej mięsnej zakąski. Udało nam się również nakręcić kilka ruchomych ujęć z tej przeprawy.



Bavaria...

AVARIA


Tak na nią wołają, ci co się na jachtach trochę więcej znają...

Każdy rejs się kiedyś kończy. My też wreszcie wylądowaliśmy w marinie, z której tydzień temu wyruszaliśmy. Byliśmy z początku wściekli na awaryjność jachtu i na to, że wstrzymywało nas to przed wyjściem na dalsze wody.
Potem jednak, z perspektywy czasu i pozostałych w pamięci wspomnień, muszę stwierdzić, że rejs sporo mnie osobiście nauczył. Ilość zaskakujących sytuacji i nieplanowanych wejść do portów podniosły wartość edukacyjną rejsu. Nieco głębiej od strony praktycznej poznaliśmy budowę osprzętu i niektórych instalacji jachtowych, a przynajmniej zostaliśmy zmuszeni do zastanowienia się jak niektóre z nich działają, albo raczej - dlaczego nie działają. Samo wypływanie brakujących godzin stażowych zdawało się być przy tym wszystkim jedynie efektem ubocznym.

Łódka okazała się być całkiem dzielną. Ja w każdym razie nie spodziewałem się, że na takiej małej Bavarii, przy tej sile wiatru będziemy mogli spokojnie żeglować i nie walczyć o życie. Była to jednak Bavarka budowana jeszcze w czasach, kiedy liczyła się na świecie jakość. Swoje już oczywiście przeszła i pewnie akurat trafiliśmy na kumulację usterek, pojawiających się na każdym jachcie od czasu do czasu. Cały poprzedni sezon ponoć pływała bez najmniejszej awarii.

Na "Melinie" miałem jeszcze potem okazję mieszkać przez kilka dni, podczas majowego kursu na sternika morskiego. Robiłem go również w Akademii Jachtingu. Wcześniej uczestniczyłem w kilku innych kursach organizowanych przez różne szkoły żeglarstwa, ale z żadnej nie byłem tak zadowolony. Nikt tak jak zarządzający Akademią - Maciej, nie ceni tak bardzo czasu kursantów. Czasu, który większość z nas ukradła rodzinie, przyjaciołom czy po prostu obowiązkom zawodowym. Zajęcia na kursie planowane były dynamicznie i bardzo efektywnie. Przekazywana wiedza była usystematyzowana, podawana w sposób pozwalający na przyswojenie, ale w rytmie i z dozą humoru, która nie pozwalała przysypiać na wykładach. Zajęcia praktyczne na wodzie dostarczały dużej dawki umiejętności manewrowych i kierowania załogą.

Ja przynajmniej, po skończonym kursie czułem się za sterem jachtu morskiego dużo bardziej pewnie i mniej trząsłem portkami ze strachu na myśl o samodzielnym, rodzinnym rejsie po Adriatyku.

Vivat Academia! Vivant Professores!