15 sierpnia 2015

Rejs "Born to holm", s/y Blonde J (Leisure 27), 07-10.08.2015


S/y "Blonde J" (Leisure 27) to łajba, która okres swojej świetności ma już dawno za sobą. Nadal jednak, pomimo ubogiego jak na dzisiejsze czasy wyposażenia hotelowego, pływa całkiem dzielnie. Ze względu na swoją długość (zaledwie 8.2 metra) jest nieco żyguśna, ale pod falę chodzi całkiem miękko.

Jacht stacjonuje w Kołobrzegu, nieopodal Mariny Solnej, przy Nabrzeżu Szkolnym.


Odbiór w moim wydaniu, jak zwykle skutkował narzekaniem armatora na upływ czasu. Oprócz znalezionych pierdółek, jak brak zawleczki w uchwycie sztormrelingu i braku refszkentli, nic nie wskazywało aby jacht nie mógł bezpiecznie pływać.

Blondyna jedzie na...

BORNHOLM


Po raz pierwszy jednak, zdarzyło mi się czarterować jacht na Bałtyku bez EPIRB'a. Radio VHF posiadało co prawda przystawkę DSC (nawet podpiętą do GPS), ale nie miało zarejestrowanego numeru MMSI. Guziczek "DISTRESS" pełnił więc rolę mentalnego placebo. Dobrze, że na wyposażeniu była tratwa ratunkowa. Przechowywana jednak była pod stołem w mesie, co ograniczało przestrzeń mieszkalną. Rzadko spotykanym w tej klasie jachtów luksusem, okazało się wyposażenie siedzisk w kokpicie, w obszyte skóropodobnym tworzywem poduszki. Każdy kto przesiedział kiedyś kilkanaście godzin na laminacie doceni takie ulepszenie.

Zdjęcie pochodzi ze strony armatora http://www.super-czartery.pl/Leisure/Leisure.html

Biorąc pod uwagę wiek jachtu, to że się z nim jeszcze nie znamy, jak i sugestie załogi, aby nie wypływać na noc, postanowiłem wyjść z portu dopiero o świcie. Umówiliśmy się na pobudkę o 0400 rano, ale gdy zadzwonił mój smartbudzik, wyłączyłem go i... Nasłuchiwałem czy ktoś wstaje. Jak się później okazało, inni robili to samo. Ponieważ nikt nie chciał się sfrajerować, wyszliśmy z portu dopiero po godzinie 0700. Oczywiście zgłaszając się wcześniej w porcie na kanale VHF 12.

Katalogowa pojemność jachtu 5-6 osób to czysta teoria. W praktyce łódka jest tak ciasna, a ilość schowków na rzeczy osobiste tak mała, że przy kilkudniowym rejsie, daje umowny komfort przy maksymalnie 4-osobowej załodze. Dobrze się więc stało, że z zadeklarowanych sześciu osób, popłynęło w końcu tylko cztery. Bytową ciasnotę zrekompensowała turystyczna lodówka, dostarczona przez armatora w ostatniej chwili jako bonus czarterowy.


Do załogi tym razem udało się zwerbować dwóch rasowych wilków morskich. Michał i Paweł byli wielce opływani po świecie, na różnych żaglach - małych i dużych. Pływali za młodu podobno nawet na tych największych - wspominali coś nawet o jakichś "darowanych młodzieży".

Łódka, na której postanowiliśmy zdobyć Bornholm, pozbawiona była spotykanych powszechnie wspomagaczy. Nie było rollera foka, leniwego jacka, itp. Jak na złość - genuę wymienialiśmy na mniejszy fok i odwrotnie kilka razy podczas rejsu, gdyż dmuchało bardzo różnie. Ale już po pierwszej akcji Pawła i Michała na dziobie wiedziałem, że jesteśmy doskonale ogarnięci do takich zabaw ze szmatkami. Ich dynamika pracy przypominały akcje dobrze wyszkolonej i zgranej załogi w pit-stopie formuły jeden.



W załodze znalazła się również pełnomorska dziewica. Dorota nad wyraz dobrze znosiła niewygody jachtu i kaprysy pogody. Na dodatek całkiem dobrze radziła sobie za sterem. Popsuło nam to zupełnie plany doprawienia atmosfery rejsu, kawałami o blondynce za kierownicą;)


Droga na Borholm przebiegła bez większych przygód. Wiatr szedł z kierunku NW i sąsiednich. Nie wiało zbyt mocno, więc na żaglach robiliśmy zaledwie 3.5 kn. Ponieważ nikt nas nie podglądał, pomogli ś my sobie silnikiem.

Od zachodu zbliżał się do nas mały front burzowy, więc chcieliśmy jak najszybciej wylądować na Bornholmie. Prognozy co prawda, oprócz deszczu, nie zapowiadały szczególnie silnych wiatrów, ale z burzą nigdy nie wiadomo. Na diesel-grocie szliśmy już lekko powyżej 5 węzłów.

Do południa udało się pożeglować na sucho, zmieniając jedynie, z powodu silnych szkwałów, foka na mniejszego i refując grota. Potem jednak przyszły tak obfite opady, że założony przeze mnie letni, lekki sztormiak, rodem z Decathlonu, zaczął powoli przemakać. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie niezabezpieczony przed wodą telefon, schowany w kieszeni sztormiaka.
Niestety okazało się, że w przeciwieństwie do człowieka - telefon można nie tylko zniszczyć, ale i pokonać. Po podłączeniu do ładowarki (czego nie należy robić z zalanym telefonem) i włączeniu, zaświecił tylko krótką chwilę diodą od lampy błyskowej na pożegnanie i więcej nie dał oznak życia. Porejsowa wizyta w serwisie poddała w wątpliwość również wiarę w telefonowe "życie po życiu".

Od tej chwili płynęliśmy bez nawigacji elektronicznej Navionicsa. Dublowanie przyrządów nawigacyjnych okazało się dobrą praktyką. W zapasie na wyposażeniu łódki był jeszcze działający chartplotter, oraz mój prywatny ręczny Garmin eTrex 10.

W drodze na Borholm wyprzedzał nas, kursujący między Kołobrzegie m a Nexø , prom pasażerski m/s "Jantar". Wychodząc rankiem z Kołobrzegu, widzieliśmy jak załadowują go w porcie rowerami i turystami. Był to jedyny tego dnia spotkany na pełnym morzu statek.

Około godziny 2000 rozpoczęliśmy podejście do portu w Nexø. Wychodził w tym czasie jakiś większy jacht z polską banderą, ale minęliśmy się w zbyt dużej odległości aby dojrzeć czy załoga miała wąsy. Przy torze podejściowym trzeba było uważać na rozstawione w pobliżu sieci rybackie. Po wejściu do portu skręciliśmy w prawo, według znaków wskazujących basen dla małych jachtów - poniżej 10 metrów długości.

Wejście do basenu jachtowego jest wąskie i przy większym zafalowaniu może wymagać nieco skupienia i uwagi. My na szczęście wpływaliśmy, gdy w całym porcie nie było ani jednej zmarszczki na wodzie. Z miejscem nie było problemu, więc po przygotowaniu odbijaczy i cum, wjechaliśmy dziobem w y-bomy. Uprzejmy tubylec podpowiedział nam ciekawy patent na cumowanie w tamtejszych y-grekach. Brak cum i wszystkie cztery szpringi pracujące w kierunku śródokręcia. Nigdy jakoś dotychczas nie stosowałem tego niezwykle skutecznego i stabilnego sposobu wiązania łódki. Po ogarnięciu jachtu dokończyliśmy manewr cumowniczy w mesie, wznosząc toast za "cudowne ocalenie" i poszliśmy obejrzeć port.

Niestety, bosmanat był już zamknięty, więc na kartę do prądu i łazienek musieliśmy poczekać do rana. Ogłosiliśmy w związku z tym "dzień dziecka" i zapomnieliśmy o prysznicach. Jak się potem okazało, o umywalce w porcie też mogliśmy zapomnieć. Jedyna dostępna publicznie toaleta w marinie przypominała, wyglądem i zapachem, zaniedbany PRL-owski wychodek. Za to z akumulatorami na jachcie nie było problemu, bo prawie cały etap zrobiliśmy z pomocą silnika.


W poszukiwaniu...

PEDAŁÓW


Następnego dnia obudziliśmy się w okolicach dojrzałego świtu, czyli gdzieś około 1000. Opłaciliśmy postój w bosmanacie z obsługą w języku polskim (sic!). Podłączyliśmy się do prądu oraz w końcu spłukaliśmy z siebie pot i łzy ostatniej doby. Uczesani i pachnący wyruszyliśmy w głąb wyspy w poszukiwaniu wypożyczalni rowerów.

W naszych planach, po zdobyciu pojazdów napędzanych siłą naszych mięśni, mieliśmy odwiedzić południowo-wschodni skrawek wyspy. Naszym celem podstawowym była plaża Dueodde. Błękitna, krystalicznie czysta woda, wydmy i plaża wypełnione po brzeg morza, sławnym na cały świat, drobnoziarnistym piaskiem do klepsydr, to było to coś, co obiecały nam przed rejsem przewodniki turystyczne.

Wypożyczalnia rowerów nie była wcale taka łatwa do zlokalizowania i wymagała przejścia kilku przecznic. W naszym przypadku wymagała również wyłamania zamka w drzwiach, bo okazała się zamknięta. Ostatnim nabieżnikiem na wypożyczalnię był dla nas odjeżdżający van z rowerową grafiką na burcie. Wydedukowaliśmy na tej podstawie, że spóźniliśmy się dosłownie kilka sekund i na dodatek odprowadziliśmy, spokojnie i bez wyrzutu, wzrokiem odjeżdżającego właściciela wypożyczalni.

Szybki telefon do kierowcy, owej rowerowej ciężarówki, dał nam jednak dodatkową nadzieję. Filia wypożyczalni znajdowała się zaledwie 3 km od nas, w miejscowości Balka i była jeszcze otwarta. Leżała ona na trasie naszej planowanej wyprawy. Po potwierdzeniu przez lokalsów braku innej wypożyczalni w Nexø, ruszyliśmy na nogach w kierunku południowym.

Do pieszej przeprawy wykorzystywaliśmy drogę rowerową wzdłuż wybrzeża. Wiodła ona przez tamtejszy "ptasi raj". Zastanawiały nas graniczące z ptasimi zaroślami, zadbane lecz puste o tej porze roku domki letniskowe. Czyżby sezon na Borholmie się już skończył? A może wczasowicze obawiają się ptasich pocisków "powietrze - poranna kawa na tarasie"?



Tuż przed Balką minęła nas kolumna zabytkowych, drogowych oldtimerów z uśmiechniętymi, wystylizowanymi nienagannie załogami. Idąc piechotą, zamiast jechać rowerem, wzbudziliśmy pewnie u nich tyle samo zdziwienia, co oni w nas.



W samej Balce ujrzeliśmy z daleka, na wejściu do jednego z plażowych barów najpiękniejszy szyld, jaki można sobie w życiu tylko wymarzyć. Niestety, w skali mikro pojawiły się niechciane dodatki, psujące ogólny koncept estetyczny.



W Balce, wypożyczalni było dwie. Trafiliśmy akurat do tej, do której trafić nie chcieliśmy (czyt. wcześniej nie dzwoniliśmy). Była droższa, ale nie chciało nam się już szukać tej drugiej, więc szybko zostaliśmy klientami.

Za sztukę roweru zapłaciliśmy w przeliczeniu około 60 polskich nowych. Co było fajnie zaskakujące - nikt nie chciał od nas kaucji, a dane osobowe brali "na gębę". Szkoda, że przyjechaliśmy tak małym jachtem;) Ruszyliśmy z piskiem opon i po przejechaniu kilkuset metrów natknęliśmy się na "naszą" wypożyczalnię. Trudno si ę mówi - przepłaciliśmy - jeden deser w życiu mniej.

Pierwszy raz w życiu dosiadałem roweru miejskiego. Byłem oczarowany wygodą i łatwością obsługi zintegrowanego z torpedo systemu przerzutek.
Kilka pierwszych zakrętów prawie pozbawiło mnie życia. Ale po kolejnych kilkuset metrach pamiętałem już o hamowaniu pedałami do tyłu. Wygodne siodełko nadawało jeździe szczególny wymiar komfortu. Moje dupsko, gdyby umiało tylko mówić ludzkim głosem, na pewno podziękowało by mi za to.



Po przejechaniu 7 km w ciągu kilkunastu minut dotarliśmy do celu. Zaparkowaliśmy rumaki na dziko, w przydrożnym zagajniku i ruszyliśmy przez wydmy ku plaży.



Piasek faktycznie był pierwszego sortu i każdy by chciał taki mieć. Ale gnijące na brzegu brunatne glony barwiły wodę na kolor niezwykle daleki, od tego w przewodnikach turystycznych. Być może trzeba odwiedzić wyspę o innej porze roku, kiedy to glony idą sobie precz. Na poczekaniu wymyśliłem styczeń. Ponieważ nie chciałbym jednak kąpać się w zimowym Bałtyku, odszukałem fragment plaży wolny od większej ilości brązowego zielska i... woda okazała się cieplejsza niż na naszym Półwyspie.



Po kąpieli i małym piwnym co nieco - nieco zgłodnieliśmy. Nie ma to jak amerykańska kuchnia w Danii. Szczególnie jeśli nie ma innego wyboru w okolicy. Zasiedliśmy przy stoliku w Dueodde Dinner & Steakhouse. Lokalne piwko i bogate porcje steków dały nam siłę na powrót. Michał spożytkował swoją nadwyżkę energii na walkę z kluczykiem, złamanym w zamku blokady rowerowej.


W drodze powrotnej zwiedziliśmy kameralny port w Snogebæk. Jak widzieliśmy - przy spokojnym morzu i odrobinie ostrożności, marinę można odwiedzać nie tylko tymi najmniejszymi jachtami.


Tuż przed zachodem słońca oddaliśmy rowery i uderzyliśmy piechotą w trzy kilometrową drogę powrotną do Nexø.

Czas wracać w...

OKOLICE BRZEGU

Aby zdążyć na czas z oddaniem łódki w Kołobrzegu, musieliśmy opuscić Bornholm około godziny 0200 w nocy. Ponieważ lubuję się w żegludze nocnej i wschodach słońca, zgłosiłem się na ochotnika. Druga połowa mojej wachty - Dorota - z automatu też się zgłosiła.

Gdy przyszło mi jednak wstać po ciemnicy, zrozumiałem jak bardzo wspomnienia poprzednich malowniczych wschodów przysłoniły mi niewygodę nocnego zrywania się ze snu. Poszło jednak jakoś, a gorący prysznic w marinie przed wyjazdem, pobudził krążenie, przytomność umysłu i podciągnął morale.

Wychodziliśmy nocą i niestety we mgle, która jednak rozrzedzała się stopniowo, aby tuż przed świtem zupełnie zaniknąć. Utopiony telefon zapobiegł umieszczeniu kolejnego kiczowatego zachodu słońca na tym blogu. Szliśmy znowu od samego początku na silniku. Pogoda tego dnia była słoneczna, a według prognoz miało się wkrótce rozwiać.


Po zmianie wachty poszedłem odespać zaległości. W tym czasie, druga wachta rozwiązywała problemy nawigacyjne z ośmioma (tak opowiadali) statkami, przecinającymi właśnie wtedy kurs naszego jachtu. Na szczęście - nie obudziło mnie w tym czasie rozpaczliwe wołanie sternika, ani syrena alarmowa mijanego o kabel, dziobu kontenerowca. Chłopaki ogarnęli prawo drogi wychodząc z założenia, że najlepiej będzie, jak im nie będę przeszkadzał.

Po powrocie na pokład, z radością stwierdziłem, że się rozwiało i to w całkiem dobrym kierunku. Odstawiliśmy silnik i pognaliśmy półwiatrem z prędkością ponad 6 knotów ku brzegom ojczystym. Doszło do mnie wtedy, że nasza łódka miała jedną poważną zaletę. Bardzo łatwo dawała sobie wytrymować żagle oraz szybko i zgodnie z książkową teorią reagowała prawidłowo na każdą ich zmianę ustawienia.


Około godziny 1500 , przy wzburzonym już nieco morzu, rozpoczęliśmy podejście do Kołobrzegu. Wiało w okolicach 25kn i zaczęły rozbudowywać się fale. Zdjęcie żagli wymagało nieco gimnastyki. W osłoniętym od morza porcie panowała jednak cisza.
Tak jak często bywa w Trójmieście, tutaj też, przy wejściu do portu spotkaliśmy prujące wodę turystyczno-dyskotekowe motorowe oldtimery. Może to i ładne - ale czemu takie głośne?


Wkrótce potem rzuciliśmy cumy, sklarowaliśmy jacht, odzyskaliśmy zaliczkę pomniejszoną o koszty paliwa i powróciliśmy do szarej rzeczywistości. Z reszty przygód, czekała nas jeszcze tylko kilkugodzinna podróż do domu. W drodze odwiedziliśmy samoobsługową myjnię. Auto po kilkudniowym postoju pod drzewami odwiedzanymi przez miejscowe ptactwo, przypominało zamaskowany wóz bojowy i poprzez opór indukowany powietrza traciło znacznie na współczynniku Cx;)


W tym szybkim wypadzie na wyspę zwaną, nie tylko przez jubilerów - "Perłą Bałtyku", przebyliśmy łącznie 125 mil morskich, w czasie 28 godzin żeglugi. Część z tego udało się nawet przepłynąć na samych żaglach:)