29 maja 2016

Rejs "Morskie CIAO", s/y Masquenada (Bavaria 32), 21-28.05.2016, cz. 2/2




TO JUŻ CZĘŚĆ DRUGA
KTO NIE CZYTAŁ CZĘŚCI PIERWSZEJ, NIECH SZYBKO KLIKA TUTAJ

Wilgoć, chłód i... Czekaliśmy jeszcze tylko na silny wiatr i stromą falę, żeby móc sobie ponarzekać na typowy, bałtycki klimat.


Mgła przysłoniła słońce i zrobiło się na prawdę zimno.


"Tabliczka mnożenia - PAMIĘTAMY!" - myślałem sobie ostatnio na plecach wydziarać. Dobrze, że myśl tę porzuciłem. Przy bałtyckich rejsach, ciężko cokolwiek wyeksponować. Poza tym - nigdy nie nauczyłem się na pamięć całej tabliczki mnożenia.

Drogą mleczną...

NA RUGIĘ


Bałtyk niby taki szeroki, a my około godziny 1300, byliśmy znowu przy Bornholmie, w tym samym miejscu, co poprzedniego dnia.


Wtedy, było jeszcze cokolwiek widać.


Kilka godzin później było już tylko gorzej.


A kiedy wydawało się, że jest jak w horrorze i gorzej już być nie może...


Ktoś nagle wyłączył słońce i wiatr.


Musieliśmy odpalić naszą katarynę. Przy tak słabej widoczności, odbierało nam to kolejny, dostępny człowiekowi zmysł. Zmniejszyło się znacznie bezpieczeństwo uniknięcia kolizji z inną jednostką, która mogła znaleźć się w tym samym miejscu, o tej samej porze.

Brak rogu mgłowego na wyposażeniu jachtu i zagłuszanie otaczającej nas ciszy własnym silnikiem, było słabe. Ale cóż było robić. Brnęliśmy dalej w mleko, w kierunku wskazywanym przez przyrządy nawigacyjne. A jak się komuś, coś wydawało - wyłączaliśmy silnik i nasłuchiwaliśmy.

Na nieszczęście, planowaliśmy przeciąć kilka szlaków, uczęszczanych przez większe jednostki. Tak duże, że nie odróżniłyby zderzenia z nami, od pierdnięcia kapitana na mostku.

Mieliśmy co prawda na pokładzie dwie kobiety, co dawało nam spory zapas kobiecej intuicji. Obserwowałem ukradkiem obie - na zmianę, ale oprócz dłubania w nosie, nie wykazywały żadnych oznak niepokoju.

Ale ja byłem spokojny o nasz los, z innego powodu. Podczas rejsu nikomu się nie przyznawałem, ale miałem ukryty w kieszeni obrazek z papieżem - tak na wszelki wypadek.

No i udało się. Przez noc, mgła została w niebo wzięta. Obrazek działał!

O godzinie 0430, przy dobrze odczuwalnym już wietrze, ale spokojnej wodzie, wchodziliśmy do portu w Sassnitz.


26. dzień maja 2016 roku, próbował obudzić się do życia. My też nie byliśmy jeszcze dobrze obudzeni, a niektórzy nawet jeszcze nie zdążyli być zaspani.

Manewr podejścia do kei, naszpikowanej dalbami, o tak nieludzkiej porze dnia, miał nikłą szansę zakończyć się sukcesem.

Zaczęło się od błędu kapitana i podejściu z wiatrem, dziobem do kei. Potem już poleciało z górki - a właściwie z wiatrem. Ktoś nie założył w porę cumy rufowej na dalbie, coś poszło jeszcze nie tak z cumą dziobową, a na koniec wiatr skręcił kadłub o 90 stopni.

Aby zachować twarz, mogliśmy udawać, że podchodzimy alongside, ale o tej porze nie było przed kim. Zmuszeni byliśmy improwizować z planem B. W ruch poszły mobilne odbijacze i bosak.

W końcu, udało nam się zacumować prawidłowo, bez wyrządzenia łódce, sobie i pomostowi najmniejszej szkody, ale wiatr zniósł nas ze trzy miejsca postojowe obok - szczegół.

Kiedy jednak sklarowaliśmy jacht, a marzenia o odespaniu nocy stawały się rzeczywistością...


Jak przejść przez dalby, o rozstawie mniejszym niż szerokość jachtu? - zapytał mnie Rafał, a ja nie bardzo umiałem odpowiedzieć.

Prawda była okrutna. Miejscówka, w którą niechcący weszliśmy przez kuchnię, była najwyraźniej przeznaczona dla łódki, pół metra szczuplejszej. I jak się też później okazało - przynajmniej 30 cm krótszej.

Owe 30 centymetrów (brane męską miarą, oscyluje w okolicach rzeczywistych 15 cm), zahaczało o dalby, skutecznie blokując możliwość wygodnego przeciągania łódki w kierunku prostopadłym do osi jachtu.

Poczucia winy pozbyliśmy się, zrzucając wszystko na błąd projektowy Bavarii 32. Ale i tak trzeba było się jakoś wydostać. A łatwiej było to zrobić, póki sąsiednie miejsca były jeszcze wolne.

Trudno - jeśli długość jest problemem, trzeba nadrobić techniką. Ciągaliśmy łódkę pod skosem, omijając przy okazji słupy, do których zamocowany był pływający pomost.

Przesuwaliśmy się pod wiatr, co nie ułatwiało roboty. Nie łatwe było również łapanie cumą rufową kolejnych dalb. Zapamiętane, z sylwestrowych westernów, "kombojskie" rzuty lassem, nie działały. Ale już przy drugiej dalbie, ogarnęliśmy do perfekcji zaczepianie liny bosakiem, do umieszczonego na niej, stalowego zaczepu.

Cała ta nieskomplikowana operacja, przy 5-tonowej łódce i bocznym wietrze, zajęła nam prawie godzinę. Postanowiliśmy odłożyć opijanie cumowniczego sukcesu na później.

Kiedy już w końcu wyspaliśmy się, było dobrze koło południa.


W marinie pojawiło się kilkanaście jachtów, z czego większość z polską banderą. Wszystkie - nie wiem dlaczego - zacumowały po drugiej stronie pomostu.


W porcie, od razu rzucił nam się w oczy budynek Muzeum Rybołówstwa i Portu.


Zlokalizowaliśmy tam kibelek i punkt informacyjny dla żeglarzy - niestety nie czynny. Nadal, nikt z nas nie wiedział jak i gdzie zapłacić za marinę.


Wskazówkę dał nam, cumujący właśnie przy nabrzeżu, kecz rodem z Gdańska - s/y Bonawentura.
Na pierwszym piętrze, znajdującego się w tle budynku, znaleźliśmy biuro mariny. A przy drugim podejściu, zastaliśmy tam również bosmana, z którym mogliśmy uregulować opłatę postojową i zdobyć, legalnie, kod do toalet i pryszniców - w końcu!


Poziom usług w porcie nie zachwycał. W informacji turystycznej nie szło dogadać się po angielsku. A zmiana kodu do WC, w środku nocy (bez informacji na ten temat), mogła znacznie uszczuplić jachtowy zapas czystych majtek.

Ale nie samym portem żeglarz żyje. Gdy po prysznicu i zmianie bielizny, ponownie odzyskaliśmy pełny zakres ruchów, zachęciło to nas do aktywności krajoznawczo-turystycznej.

Puściliśmy się więc w miasto, w poszukiwaniu wypożyczalni rowerów. Naszym celem dnia były, szeroko opisywane i bogato fotografowane w przewodnikach, kredowe klify Parku Narodowego Jasmund.

Była już godzina 1500, więc trzeba się nam było streszczać. Nie było już czasu na penetrację zabytkowego brytyjskiego U-Boota HMS Otus.


W Sassnitz, NRDowska przeszłość wychodziła, jak słoma z butów, na każdym kroku.
W PRL-owskiej Polsce zdarzało się nam co prawda, budować rozmaite wiadukty tylko z piachu i wody, gdy cement nocami teleportował się na budowy domków letniskowych, dygnitarzy partyjnych (obecnie jako naród zmądrzeliśmy i cement inwestujemy w okazałe świątynie i pomniki króla Polski i Wszechświata). Były to jednak braki jakościowe - geometria jakoś się trzymała kupy.
Dlatego nie zrozumiem nigdy Niemców... Jak można było, aż tak krzywo, pociągnąć taką ładną kładkę?!


Zastanawialiśmy się czy na nią wchodzić. Zwichrowana była, ale stanowiła najkrótszą drogę do miasta. Weszliśmy - lenistwo jest jedną z niewielu rzeczy, które potrafią pokonać strach.


Okazało się całkiem stabilnie, i można było sobie zerknąć na nieco większy fragment portu.


W mieście, nie było lepiej. Nic nie było proste w te dni.


Szkoda, że Asia zainwestowała w galanterię odzieżową, zamiast w wypożyczalnię rowerów, bo tej znalezienie również nie było proste.


Pojawił się jednak przeciek i dowiedzieliśmy się, że rowerami będzie nam po klifach mało wygodnie. Polecono nam autobus.

Na przystanek podjechał polski Solaris - grzechem śmiertelnym i obrazą uczuć przemysłowych było nie skorzystać.


Około godziny 1600 dojechaliśmy do celu.

Zdecydowaliśmy, że nie ulegniemy komercji i nie odwiedzimy płatnego miejsca widokowego. Chcieliśmy zobaczyć coś, czego nie można obejrzeć na widokówkach.

Poprawiliśmy jedynie błędy językowe w polskim tłumaczeniu, tamtejszej ulotki informacyjnej. Od zawstydzonych nieco bileterek, dostaliśmy w podziękowaniu po cukierku.

Pół godziny później, mogliśmy już do woli szczerzyć się, na tle pierwszego, kredowego klifu. Był tak biały, że prześwietlał nam zdjęcie. Przestraszyliśmy się, że oto nikt nie uwierzy w naszą obecność w Jasmund.


A było czego się bać, bo widok był na prawdę taki, że o ja pierdolę.


Jednak kolejne, szybkie korekty ustawień HDRa przynosiły lepsze efekty. Można było rozluźnić przeponę.


Ale co tam klify. Nieopodal znaleźliśmy idealny balkon do fejsowych profilówek.

I tak na szybko powstały 3 ujęcia, które przeszły do historii, jako najbardziej pikantne zdjęcia rejsu. Uwierzcie - nie wygooglacie takich pod hasłem "dirty photos"!

Zdjęcie z brudnym telefonem.


Z brudnymi myślami.


I z brudnymi gaciami.



A Rafał ciągle tylko te klify, i klify.


A o tym, jak powstały te skalne urwiska i czemu do cholery są takie białe, można było sobie poczytać. Kto znał niemiecki, mógł nawet zrozumieć co czyta.


Niedocenianą zaletą bezpłatnych miejsc obserwacyjnych, jest możliwość bezpłatnego obserwowania miejsc płatnych.


Zdecydowaliśmy się na spacer wzdłuż brzegu, który z takim uporem, od tysięcy lat, zabierało nam morze. Do Sassnitz planowaliśmy wrócić, bez sprawdzania rozkładu jazdy autobusów.


Kusiło nas zejść na plaże, ale wszystkie cywilizowane ścieżki w tym kierunku były zamknięte.


Ech, taki już jestem - jak tylko jakąś ładną dziurę zobaczę, od razu pcham się do niej ze swoim aparatem.


Pech chciał, że zapomnieliśmy kosmetycznego lusterka. Do poprawy makijażu musiało wystarczyć wodne odbicie.


Było nam zupełnie jak w piosence...

Był strumyk, płynący z wolna. I był szumiący gaj... Niestety nie mieliśmy zioła. No i ani jednaj polnej stokrotki... Damn! Chyba jednak nie zupełnie jak w piosence.


Znaleźliśmy usypaną białą kreskę, po której można było zejść. Nikt się nie odważył.


W życiu widziałem nie jedno urwisko. Zaczynałem..., jeszcze w dzieciństwie - od plaży w Orłowie. Potem były w moim życiu inne klify - większe i mniejsze - Burton, moherowe, no i centrum handlowe. Ale te, które mieliśmy tego dnia pod stopami były równie wyjątkowe.




I nasi też tam byli - nieco dalej.


Konserwatorzy parku dawali nam do zrozumienia, że jeszcze opłacało się zawrócić.


My jednak nie oglądaliśmy się już wtedy za siebie, bo oto znaleźliśmy w końcu wejście (a raczej zejście) na plażę.


Były tam też skalne stokrotki (odmiana zachodnio-bałtycka). Tylko strumyk, już wtedy, nie płynął tak z wolna.


Alina i Asia odkryły, skąd się woda w Bałtyku wzięła i wlała.


Sławek stanowczo zaprzeczył - Nie jest słona! - nie mogła być morska.


Jak przystało na odkrywców - podpisaliśmy się kredą na płocie.


Zrobiliśmy zdjęcie do kronik i...


Doszliśmy do punktu podejmowania ostatecznych decyzji.


Po niełatwym wyborze, odpoczęliśmy sobie na typowej, parkowej ławeczce.


Po drodze było jeszcze kilka widoków, ale ile można było sobie dech w piersiach zapierać i się nie udusić. W trosce o zdrowie, wkrótce przestaliśmy robić zdjęcia. To było ostatnie.


W końcu doszliśmy do Sassnitz. Na zegarze wybiła 1930, gdy właśnie znaleźliśmy knajpkę, o profilu dla nas akceptowalnym.


W PRL-u na łańcuchach były łyżki. W NRD-owie najwidoczniej wiązali całe stoły i krzesła.


Na naszą prośbę, łańcuchy zostały rozkute, a my mieliśmy z tego bekę.


Nie tylko kładka w Sassnitz była krzywa. W tutejszej hucie szkła, szklanki do piwa stygną chyba na silnym wietrze, nabierając żeglarskiego charakteru. Dobrze przynajmniej, że regionalne piwa nie wykrzywiały pyska.



Kiedy usiedliśmy, zrobiło nam się na tyle zimno, że szybko przenieśliśmy się do wewnątrz. A tam oddaliśmy się testowaniu nadmorskiego menu. Uczta była znakomita, godna pochwały i polecenia. Nie wiem, gdzie łowili te dorsze, ale w Polsce, takiego grubasa nigdy nie jadłem.


Do portu wróciliśmy już po zmroku. Poker wypełnił nam resztę czasu, a my brak żetonów wypełniliśmy sobie... ryżem. Wygrane i przegrane sięgały obiadowej porcji risotto.


Powrót...

DO ŚWINKOWA


Kolejny ranek przywitał nas na kalendarzu datą 27.05.2016. Czas zwrócenia jachtu, prawowitemu właścicielowi, zbliżał się nieubłaganie.


Tego dnia wstaliśmy prawie w nocy.  Nasza łódka, z lekkim zapasem przeszła - na wsteczu, między dalbami. O godzinie 0730 wychodziliśmy już z portu.


Upewniliśmy się, że SAR jest do naszej dyspozycji i dopiero wtedy wyszliśmy za główki.



Jeszcze tylko splunięcie przez lewe ramię - na szczęście - i można było obrać kurs na Świnoujście. I gdyby nie, znajdująca się w połowie drogi, mała wyspa Greifswalder Oie, i jej najeżone skałami okolice, można by jechać zupełnie prosto.


Płynęło się nad wyraz spokojnie. Podganialiśmy od czasu do czasu silnikiem, bo wiatru brakowało, a Rafał śpieszył się na pociąg.


Płynęliśmy cały czas we wzrokowym zasięgu lądu, więc na plażach można było wypatrywać nudystów.


Gdzieś w okolicach 1530, dało się już, nieuzbrojonym okiem, dostrzec okolice ujścia Świny.


Tuż przed wejściem do portu, dostrzegłem w dali znajomy mi charakterystyczny, żółty kadłub jachtu. Lornetka potwierdziła - był to s/y Radian, którego o mały włos nie zostałem kiedyś właścicielem.


Chwilę później, wpływaliśmy już w ramiona portu Świnoujście.


Czekała nas jeszcze mijanka z promem konkurencji. Alina kazała nam odwrócić głowy i nie patrzeć. Kto więc zrobił to zdjęcie?!


Bosman Sławek dokonał kontroli czystości pokładu, przed wejściem do mariny.


Asia ogarnęła cumy i odbijacze. A co ja zrobiłem?... Chyba tylko zdjęcia.


No i jeszcze zaparkowałem dupcią w y-bomach.


W Świnoujściu, uściskiem dłoni i kieliszkiem chleba, pożegnaliśmy Rafała, który musiał pilnie stawić się w domu, jeszcze przed zakończeniem rejsu. Wydarzenie to stało się genezą tytułu dla następnego rozdziału.

W marinie spędziliśmy spokojną noc. Nie było komu szaleć, gdyż kolejnego dnia mieliśmy dość napięty kalendarzyk.

Czwórką

PRZEZ ZALEW


28.05.2016.
Aby oddać łódkę w okolicach południa, trzeba było wyjechać wcześnie rano.

Nie marnowaliśmy czasu i poranną kawę, wraz z kapitańskim (nie mylić z kapitalnym) śniadaniem, wciągnęliśmy w trasie. Chłopaki na pokładzie, dziewczyny w kojach. Stąd pewnie brak tych drugich, na fotograficznej dokumentacji, ostatniego etapu rejsu.


W portowych kanałach, zawsze znajdzie się coś ciekawego.

Łódź ratunkowa SAR robiła wrażenie. Kiedyś widziałem, co taka potrafi. Poczułem wtedy szacunek zarówno dla konstruktorów, jak i obsługujących ją ratowników.


Pogoda była taka sobie. Nie miało  to wielkiego znaczenia, bo i tak byliśmy w kanale.


Zresztą - wilgoć ma też swoje uroki ;)


Pyrkaliśmy sobie powoli w spacerowym tempie.


 Za to na Zalewie...


Niech żyje wolność i swoboda...!


Na płaskiej wodzie, dostaliśmy tak silny zastrzyk wiatru, z odpowiedniego kierunku, że śmignęliśmy na żaglach prawie cały Zalew, w dwie godziny.


Pędziliśmy tak szybko, że na zakrętach wyrzucało nas z toru.


Tak rozpędzeni wpadliśmy na Jezioro Dąbie. Wiatr zaniemógł, więc dołożyliśmy do pieca dieslem.

Przelatywaliśmy dosłownie przez stada dzikiego ptactwa.


A rybacy pospiesznie zwijali swoje sieci, aby nie poszły w strzępy.


Będąc jeszcze na Zalewie Szczecińskim, rzuciliśmy wobler, ale chyba tylko po to, aby zająć czymś przygnębiające myśli o powrocie.
Przy 6 węzłach prędkości, do złapania przynęty, potrzebowaliśmy co najmniej marlina, którego dość rzadko widuje się w tamtejszych wodach.
Nie jestem znawcą mowy ciała, ale wydawało mi się, że Sławek nie liczył chyba zbyt mocno, na powtórzenie swojego sukcesu z Bałtyku.


Ale prędkość i zabawa żyłką, jedynie chwilowo, pozwalała zagłuszyć smutek.


Chciało się nam szlochać i tylko obecność dziewczyn hamowała nas przed okazaniem słabości.


Ale wtedy właśnie dostaliśmy znak od boga. Nie wiemy którego, ale na pewno jakiegoś bardzo fajnego, bo wskazał nam jednoznacznie, że jesteśmy debeściaki - po prostu numer jeden!


Od chwili objawienia, nie martwiliśmy się już wcale. Dzięki boskiej interwencji zrozumieliśmy, że dzisiejszy rejs się kończy, ale będą kolejne, i następne, i jeszcze te zaraz po nich, i te po tych co już były. Na nowo zachciało się nam żyć.
Pojęliśmy, że właśnie zobaczyliśmy niekomercyjny kawałek świata, wypiliśmy razem rzekę zdrowotnej gorzałki, i że gdzieś tam, w Bornholmskiej Głębi, rozpuszczają się teraz nasze kupy, neutralizując złoża toksycznego iperytu.

Zupełnie w innym już nastroju, czekaliśmy na pociąg do Trójmiasta.


Lecz nie tylko bogowie pocieszali nas tego dnia. W dworcowej, męskiej toalecie znaleźć można było, niezwykle pomysłowo ozdobiony, pojemnik na ręczniki... - chyba do rąk ;)


Sobotnia

SUMA


Rejs zakończył się tam gdzie się zaczął. W Marinie Centrum Żeglarskiego w Szczecinie, cumy rzuciliśmy w sobotę 28.05.2016 o godzinie 1300.

Z karty rejsu wynika, że przejechaliśmy 315NM, w czasie 74 godzin żeglugi.

KONIEC CZĘŚCI DRUGIEJ I OSTATNIEJ