8 maja 2016

Rejs "Home Run", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 30.04-07.05.2016


Kawałek ciastka to, czy wyzwanie?

Kupienie jachtu w Szwecji nie jest szczególnie trudnym zadaniem. Łódkę kupuje się łatwo, a z własnego doświadczenia mogę nawet stwierdzić, że zbyt łatwo.

Oczywiście mowa tu o samej tylko czynności kupna. Spełnienie dodatkowych założeń, że łódka ma unosić się na powierzchni wody oraz nie odstraszać swoim wyglądem i zapachem, sprawia że poziom trudności i stresu rośnie wykładniczo.

Prawdziwym wyzwaniem jest jednak dopiero przepłynięcie tych 300NM na grzbiecie swojej nowej inwestycji do domu. Aby się spełnić do końca, trzeba poczuć ten dreszczyk emocji, gdy zagląda się do zęzy sprawdzić czy aby łódka nie zmienia się nam w wannę z hydromasażem. A do tego wciskające się w głowę myśli, czy dławica nie zacznie przeciekać, silnik nie rzuci palenia w najmniej oczekiwanym momencie, lub wanta nie strzeli w nocy przy sztormowym bajdewindzie.

Dopiero jak uda się nam tego dokonać można mówić o sukcesie. Miarą dzielności łódki będzie suchość naszych skarpetek po rejsie. O naszym harcie ducha świadczyć będą natomiast nieobesrane ze strachu gacie - szczególnie gdyby skarpetki były już mokre.

Z dumą stwierdzam, że ja i moja nowa, stara łódka daliśmy radę. Aczkolwiek z powodu deficytu prysznica w drodze, mogę zdradzić Tobie - mój czytelniku - zamęczyłem gać bez liku.

Załogowe...

ECHO

Ujmując to wszystko w formę "ja", nieco naginam rzeczywistość. Próbując dokonać tego samodzielnie, oczywiście skończył bym gdzieś na środku Bałtyku zapłakany, obesrany, bezradny i pewnie zaplątany w takielunek.

Na szczęście na rozpowszechnianą elektronicznie wieść o moim niecodziennym pomyśle, zgłosili się chętni przygód amatorzy żeglarstwa nieco mniej ekskluzywnego.

Michał i Mariusz - oboje pływali już ze mną w różne świata strony, albo odbębniając godziny stażowe, albo też włócząc się po prostu po Bałtyku jakąś czarterowaną mydelniczką.

Mariusz podszedł do sprawy rejsu (który ze względu na nieznany stan łódki mógł być jego ostatnim) bardzo emocjonalnie. Aby pozostawić po sobie coś trwałego, poszedł w marynistyczną poezję obramowaną.


Dobór załogi okazał się strzałem w dychę. Mazurska przeszłość i bogate doświadczenie moich kolegów okazały się naszym wybawieniem.

Odkąd ja zacząłem żeglować minęły zaledwie dwie wiosny. W sumie to druga wiosna była dopiero w pełni. Wychowany na jachtach typowo turystycznych, jakoś radziłem sobie z trudami operowania kołem sterowym, fałami sprowadzonymi do kokpitu i przeróżnymi rollerami.
Moja nowo zakupiona Vega słabo jednak odzwierciedlała aktualną modę i jej obsługa wymagała mentalnej podróży do poprzedniej epoki i bardziej manualnego podejścia. Opływani od nastu lat na mazurach szuwarowcy mieli te wszystkie patenty w małym paluszku.

Jak się dużo pływa po wodzie i trochę lata w powietrzu, to czasem ląduje się...

W ŚNIEGU

Po lądowaniu w Stockholm Skavsta wszyscy sprawdziliśmy na biletach port docelowy, aby upewnić się co do szerokości geograficznej. A ja cieszyłem się, że tydzień temu dostarczyłem na łódkę farelkę.


Naszym celem był Båtsholm - zaciszna miejscówka gdzieś w przepięknym archipelagu Sankt Anna, położonym około 130km w linii prostej na SW od Sztokholmu. Wystarczająco daleko od lotniska, aby była tam już wiosna.

Serwis Volvo Penta - warsztat na wodzie.

Dojechaliśmy na miejsce autobusami. Przesiadki były w Nyköping i Söderköping, gdzie dokupiliśmy wszystkiego czego brakowało jeszcze na jachcie ze spożywki.

Ostatni kurs autobusowy mieliśmy gratis. Pokazując telefon z planem podróży ułożonym przez Google Maps, chciałem upewnić się w wyborze autobusu, ale kierowca nakazał nam od razu zająć miejsce. Ponieważ inni podróżni zmuszani byli do kupna biletu - zaoponowaliśmy. Nasz angielski okazał się jednak zbyt słabym orężem. Kierowca wytrwale odmawiał naszej zapłaty za kurs. Ulegliśmy. Czasem nieznajomość języków popłaca. Już nigdy nie będę uczył się szwedzkiego!

Tamtejszy bus-driver może i na e-biletach znał się słabo, ale za to o szwedzkich łódkach wiedział wiele. Jak zresztą pewnie każdy Szwed w tym regionie Szwecji, gdzie łódkę przy domu widuje się znacznie częściej niż samochód.

"Good old boat!" - podsumował informacje o moim zakupie. A dopytując o model silnika dodał jeszcze, że bardzo dobrze wybrałem. Odpowiedziałem przyjaznym uśmiechem. Tak na wypadek gdyby gość okazał się szczery w swoich opiniach, a nie tylko cieszył się z tego, że Polacy wywożą ze Szwecji złom.

Wysiedliśmy na przystanku szczęśliwie ulokowanym tuż przy marinie. Według moich towarzyszy podróży, z daleka przypominała ona złomowisko. Wcześniej nie patrzyłem na to w ten sposób - ale teraz dało mi do myślenia. Dlaczego moja łódka tak dobrze wpasowuje się w tamtejszy krajobraz?!

Wnętrze mojego jachtu nie wyglądało wtedy lepiej. Zajęło trochę czasu zanim mogliśmy wpakować się do środka z naszymi bagażami.


Uśmiech szczery i...

RUSZAMY W SZKIERY

Tydzień wcześniej zwodowałem jacht, zrobiłem ogólny przegląd i doposażyłem w rzeczy niezbędne. Oczywiście znalazło się też kilka niepotrzebnych drobiazgów, których radość kupowania przeważała szalę z armatorskim pragmatyzmem.

Zakupiłem nowe pneumatyczne kamizelki ratunkowe z uprzężami, pirotechnikę, automatyczną pompę zęzową, czajnik elektryczny, farelkę oraz trochę narzędzi i wyposażenia aby zaradzić potencjalnie prawdopodobnym awariom. Czyli kołki drewniane i głównie duże ilości wodoodpornej naprawczej taśmy klejącej.

Naprawiłem pompę ssąco-tłoczącą do kibelka, zamontowałem nową ręczną pompę zęzową w rufowej bakiście i automatyczną, elektryczną w zęzie obok akumulatorów. Wymieniłem kilkanaście przerdzewiałych obejm w przewodach różnych instalacji oraz podokręcałem kilka śrubek i wkrętów pomiędzy rufą a dziobem.

Wynajęty, miejscowy specjalista od Volvo Penta - Ingemar - zajął się w tym czasie dieslem. Wiekowy już Volvo Penta MD6A palił na dotyk i chodził równiutko, ale wymagał nieco troski. Wymienione zostały filtry oleju i paliwa, powyciągane do granic regulacji paski klinowe zostały zamienione na nowe. Pod korek wlewowy poszedł nowy olej mineralny 15W40. Niestety zarobiony fachowiec nie chciał lub faktycznie nie miał czasu ogarnąć cieknącej po wale przekładni kombi. Zmartwiło mnie to trochę, ale cóż było robić. Wymiana uszczelnienia wymaga rozebrania całej linii wału z przekładnią - dużo czasochłonnej roboty. A czas to pieniądz - i to dla fachowca nie mały - a w sezonie, w Szwecji jeszcze większy. Nie namawiałem więc.

Dla spokojności kupiłem i wymieniłem jeszcze wirnik pompy wodnej - jedyne co umiałem w tym silniku wtedy wymienić.

Oprócz cieknącej przekładni obawiałem się jeszcze biologicznego syfu w zbiorniku diesla. Ostrzegali mnie przed szlamem, który może zalegać w nieużywanych przez dłuższy okres zbiornikach z ropą. Konieczność czyszczenia baku jest w takich przypadkach jedynym sposobem uniknięcia problemów z zapchanym filtrem paliwa na morzu.

Ingemar twierdził jednak, że bardziej ryzykowne będzie rozszczelnienie zbiornika. Podobno nie jest tak łatwo potem przykręcić szczelnie pokrywę otworu rewizyjnego. Cóż było robić. Puściłem silnik na dwie godziny na jakieś 1000 obr/min (oceniane bez obrotomierza, na słuch) i obserwowałem szklany separator wody. Żadne farfocle nie wpadały z wizytą. Sam zbiornik przez dwa lata postoju łódki na lądzie był prawie pełny, co zapewne ograniczyło możliwość wykwitów. Ten zbiornik najwyraźniej nie miał w sobie za grosz kultury.

Korzystając z tego, że przyjechałem w poprzednim tygodniu autem, zaprowiantowałem przy okazji jacht w to co cięższe, oraz to co bez lodówki może wytrzymać dłużej niż tydzień i nie pełzać.

Teraz pozostało nam tylko ogarnąć burdel jaki zostawiłem po sobie tydzień wcześniej, zamontować uszyte fartuchy sztormowe, podłączyć wąż do nowej, ręcznej pompy zęzowej, zawiesić reflektor radarowy i ogarnąć jeszcze kilka mniejszych pierdół.

Jedną z tych pierdółek było naklejenie oznaczenia na kadłubie. Jakoś tak się złożyło, że zabrałem ze sobą tylko naklejki z nazwą jachtu, a o numerach rejestracyjnych zapomniałem. Ale to był mały problem. Duży problem na jachcie pojawia się dopiero wtedy, gdy nie można rozwiązać go przy pomocy taśmy klejącej.


Albin Vega uważana jest za pancernik i znane są przypadki najechania kilem na skały z pełną prędkością, skutkujące jedynie kosmetycznymi uszkodzeniami. Takie informacje jak i wiele innych znalazłem na stronie albinvega.pl, którą polecam wszystkim zainteresowanym tym "laminowanym klasykiem". My nie chcieliśmy jednak tego sprawdzać i zostaliśmy na noc w porcie. Rano, po śniadaniu i kąpieli w umywalce z zimną wodą, zrobiła się godzina 1100. Byliśmy gotowi do drogi.


Ruszyliśmy, oglądając się tylko jeszcze przez rufę, aby ostatnim spojrzeniem pożegnać historyczny już dla naszej łódki port macierzysty. Fabrycznie nowa polska bandera, zawieszona przed wypłynięciem na flagsztoku, z dumą wdarła się w kadr zdjęcia.


No i zaczęło się. Szkiery. Jeden widok piękniejszy od drugiego. Mogliśmy zazdrościć Szwedom tak malowniczego regionu do żeglugi. Ale jak przystało na prawdziwych Polaków poszliśmy nieco dalej.


Doszliśmy do wniosku, że i tak mamy w Polsce lepiej. Piękno szkierów w nadmiarze szybko staje się monotonne i nudne. Absolutnie odbiera żegludze sens. Po co wszak płynąć w inne miejsca, jeśli te w którym jesteśmy jest tak samo urocze? Szwedzi mają więc ogólnie nie za fajnie - podsumowaliśmy temat..


Zupełnie wbrew planom udało nam się, w tych wąskich przesmykach między wyspami, postawić pełne żagle.


I prawie tylko na jednym halsie daliśmy radę wyjechać na pełne morze.


Słoneczko świeciło pełną gębą, ale zimny wiatr robił swoje. Ciężko było złapać wiosenną opaleniznę.


Dym na wodzie...

OGIEŃ NA NIEBIE

Loftahammar został wybrany w trakcie pierwszego etapu jako pierwszy port docelowy. Wejście do portu poprzedzał bardzo wąski i płytki przesmyk. Ciężko było tak na trzeźwo trafić, ale na szczęście był dobrze oznaczony.


Po przeciśnięciu się przez trzciny, wieczorem o 2100 cumowaliśmy już w zacisznej, śródlądowej marinie.


Zanim jednak znaleźliśmy się w porcie, na jednym z brzegów oczom naszym ukazał ogień. Duży płomień na jakieś trzy metry w górę, na miarę pożaru lub - jak się okazało - bardzo dużego ogniska.
Była noc z 30-go kwietnia na 1-go maja. Szwedzi świętowali Noc Walpurgi. Potem, w marinie obserwowaliśmy niedaleko drugie dymiące ognisko zakończone pokazem sztucznych ogni.



Tej nocy wiele jeszcze obserwowaliśmy zjawisk na niebie. W pewnym momencie, wszyscy podnieceni doniosłością chwili podziwialiśmy... Kometę!. Z całkiem długim i dobrze widocznym warkoczem, ukazała się nam na niebie.

Święto było pogańskie, więc widok gwiazdy tego gatunku, pomimo że było nas trzech, nieco nas zaskoczył.

Z mniejszym entuzjazmem zaakceptowaliśmy nieco później fakt, że okazała się ona tylko lampą pozycyjną dźwigu, oświetlającą swym bladym światłem jeden z elementów kratownicy, tworzący w ten sposób w naszych wrażliwych na cuda natury, żeglarskich głowach obraz warkocza komety..


Jak w sposób inteligentnie bezczelny...

ZATOPIĆ JACHT SZCZELNY

Niewiele brakowało abyśmy zostali nominowani do tegorocznej nagrody Darwina.

Jak to zwykle przed wypłynięciem czynią żeglarze, staraliśmy się doładować jacht we wszystkie osiągalne w danym porcie media. Ponieważ zbiornik wody nie był zainicjowany pełną pojemnością, postanowiliśmy go napełnić.

Kiedy to Mariusz, po kilku minutach lania wody we wlew na dziobie zapytał mnie, będąc nieco już znudzonym o pojemność zbiornika, coś nas tknęło. Michał zaglądając do zęzy odkrył, że woda sięga już do połowy wysokości akumulatorów.
W ten sposób odkryliśmy kolejną przypadłość Albin Vegi. Nieszczelność pokrywy zbiornika czystej wody jest ponoć dobrze znana w kręgach armatorów tej marki.

Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Mogliśmy w końcu przetestować pompy zęzowe w prawie realnych warunkach zagrożenia zalaniem jachtu.

Tak jak zapomniałem o pełnym teście zbiornika wody, tak samo nie wspomniałem załodze, że nie miałem odpowiednio długich wkrętów, mocując tydzień wcześniej pompę zęzową w rufowej bakiście. Wyszło to na jaw po kilku ruchach dźwignią pompy. Szybko jednak poprawiliśmy mocowanie i wypompowaliśmy wodę.

Pompa okazała się bardzo wydajna i od razu poczuliśmy się bezpieczniej. Ale, tak jak ze wszystkim na jachcie - było z nią kilka problemów.

Trochę nam się, za przeproszeniem, ulało. Złe pasowanie rury do króćca, brak dedykowanego przepustu w kadłubie (odpływu) dla pompy (wąż z bakisty był po prostu przytrzymywany tak aby kierować wodę za burtę) oraz sztywny wąż z brakiem kolanka przy wylocie z pompy czynił pracę pompowego i jego asystenta bardzo mokrą. Ale była to w końcu tylko prowizorka (która przetrwa pewnie kilkanaście następnych sezonów).

Oryginalna pompa zęzowa mimo mniejszej wydajności i uciążliwości użycia, okazała się skuteczniejsza w wybieraniu resztek wody. Jej przewód prawdopodobnie był fabrycznie wepchnięty lepiej i sięgał głębiej do dna zęzy.

Pompa elektryczna, z uwagi na wysoko położony punkt mocowania (na zbiorniku paliwa), okazała się urządzeniem dobrym jedynie do skutecznego rozładowywania akumulatorów. Przy małej ilości wody i dużej objętości przewodów pracowała na okrągło bez spektakularnego efektu. Ćwiczenia pokazały, że w warunkach bojowych, pompka powinna być umieszczona dużo głębiej przy dnie zęzy.

Hakerzy i...

KABANOS

Jak niewiele wyposażenia, w porównaniu do współczesnych wypasionych jachtów potrzebowali dawni żeglarze - wszyscy wiemy. Przy porannej jajecznicy przekonaliśmy się jednak, że współcześni ludzie morza nie zatracili przez to zdolności do improwizacji. Z powodu braku drewnianego mieszadła do nowej teflonowej patelni, dość funkcjonalnym narzędziem stał się kabanos. Obiecuję, że już nigdy nie spojrzę na jedzenie tak samo przedmiotowo jak parzyłem na nie wcześniej.

Miejscowy sklep otwierali o 1000, więc zdążyliśmy uzupełnić zapasy świeżego paczkowanego pieczywa. Co ważne - nabyliśmy też drewnianą łopatkę i mogliśmy w końcu zjeść ostatniego kabanosa.

O godzinie 1100, popierdując w rytmie starego traktora wychodziliśmy z mariny. Wiało prawie wcale, więc z braku zajęć przyjąłem swoją ulubioną, relaksacyjną pozycję na dziobie.


Po godzinie, w końcu przywiało 10 knotów, co w ostrym bajdewindzie dawało nam ponad 5 węzłów zupełnie bezgłośnej prędkości. PKP.


Wyszliśmy na pełne morze i skierowaliśmy się do Nabellund - portu leżącego na północnym krańcu Olandii.


Spokojne morze, umiarkowany wiatr i słoneczko - był czas na relaks i kilka zapierających dech w piersi dynamicznych ujęć z pozycji obserwatora rejsu;.


W pewnym momencie ktoś znowu wyłączył wiatr. Pozazdrościliśmy przemykającemu w oddali szybkiemu promowi. Takie grubaśne motorowce często spotyka się w tych rejonach. Nie wiem jaka jest ich rzeczywista prędkość, ale ten na oko robił ze 30 węzłów. Trzeba na takich mieć oko jak się czuwa na wachcie.


Spokojna woda dała nam jednak inne atrakcje. Mieliśmy możliwość zaobserwowania bałtyckiej foki. Okazała się jednak wstydliwa i mało fotogeniczna. Dla aparatu o krótkiej ogniskowej, w jaki wyposażony jest mój telefon, zajmowała jedynie kilka pikseli kadru. Zupełnie jak te odkrywane galaktyki na zdjęciach z teleskopów. Przynajmniej nikt nam nie udowodni, że foki nie widzieliśmy. Nurkując i wynurzając się na krótkie chwile wokół jachtu, bardziej to ona obejrzała nas, niż my ją.


Zanim nastał kolejny malowniczy zachód słońca, w zęzie ponownie pojawiła się woda. Najlepszy w wykrywaniu źródeł awarii okazał się znowu Michał. Zlokalizował małą stróżkę wody cieknącą z pompy umywalki toaletowej. Kropelka po kropelce prawie cała zawartość zbiornika wody wylała się nam do zęzy. Obeznani już z problemem pełnej zęzy, szybko się ogarnęliśmy, wypompowując ile się da z kila oraz spuszczając resztę wody w zbiorniku do morza - przyczyniając się niestety w ten sposób do dalszego wzrostu poziomu wody w oceanach.


Przed godziną 2000 rozpoczęliśmy podejście dobrze oznakowanym torem do Nubbelund.


Port wyglądał na nieczynny i taki też był. Sezon rozpoczynał się tu widocznie nieco później. Jeśli w ogóle się oficjalnie rozpoczynał, bo okolica wyglądała na opuszczoną i zapomnianą.


Byliśmy jednak drugim jachtem przy pomoście umiejscowionym przy nieczynnej przystani promowej.


Szybko zorientowaliśmy się, że przystań żeglarska nie oferowała żadnych mediów. Udało nam się jednak znaleźć skrzynkę z prądem przy nabrzeżu dla kutrów i przeparkowaliśmy się tak aby sięgnąć do niej przedłużaczem. Trochę niepokoiłem się cumami pozostawionymi w tym miejscu na brzegu. Ale do końca naszego pobytu nikt nie przyjechał i nie kazał się nam wynosić precz.


Uwielbiam fotografować wszystko co naznaczone upływem czasu. Dobry temat zdjęcia skutecznie uzupełnia braki umiejętności fotografa. Stary, niszczejący pirs nadawał się do tego doskonale.


Tuż po zmroku zyskaliśmy sąsiada. Jakiś zagubiony szwedzki kuter rybacki zawinął na nockę. Zaproponowałem pomoc przy cumach, widząc że kutrem powodził tylko jeden człowiek. Ale rybak miał swoje patenty i w manewrach ogarniał się wzorowo. Postanowiłem nie przeszkadzać.


Pod mostem...

DO CYWILIZACJI

Nadszedł kolejny dzień. Rankiem przystań wyglądała bardziej przyjaźnie. Stojący samotnie jacht został oceniony przez Mariusza na "taki mógłbym mieć".


Tymczasem na naszej łódce...

Odłączyłem cieknącą pompę. Zaślepiłem za pomocą drewnianego korka i stalowej obejmy przewód doprowadzający wodę. Niestety nie mieliśmy gdzie napełnić zbiornika. Czekał nas kolejny dzień na bogato - kąpiele tylko w mineralce.

Chyba nikt nie spojrzał wcześniej na zegarek, bo z portu wyszliśmy wyjątkowo jak na nas wcześnie. Był 2 maja 2016, godzina 0745 - jajecznym śniadaniem na wodzie rozpoczynaliśmy trzeci dzień naszego rejsu. Jak na razie wszystko szło po naszej myśli. To znaczy - nie musieliśmy póki co walczyć o życie.

Powietrze tego rześkiego poranka stało w miejscu, a tafla wody była jak buźka modelki po botoksie. Postanowiliśmy więc trochę pobełtać wodę naszym podwodnym śmigiełkiem. Kawka, herbatka i tak jak kolejny dzień w biurze - jakoś zleciało do obiadu.

Michał okazał się wirtuozem rumpla i podczas posiłku zafundował nam jazdę bez trzymanki. Obalił w ten sposób teorię o braku możliwości ludzkiego mózgu do skupiania się równolegle na więcej niż jednej aktywności. Chyba, że nie czuł smaku obiadu i się nie przyznawał.


Taki obiadek - fasolka na dwa smaki, skrzyżowane w jednym garnku i zagryzane barwionym karmelem szwedzkim pieczywem - wymagał selfiaka.


Znowu pojawiła się ciekawska foka.

Na potrzeby bloga zastosowano zoom cyfrowy.

Ciekawiej od bałtyckiej fauny, na zdjęciach wychodziły jednak mijane zabytkowe latarnie morskie.

W końcu powiało i po dziewięciu godzinach na silniku, znowu można było żaglami wybić maszt z pionu.


Znowu bajdewind - mój ulubiony kurs względem wiatru.


Przy odrobinie cierpliwości można było upolować bardziej stromą falkę i nieco lepsze foto.


Zbliżając się do Mostu Olandzkiego coraz częściej pojawiała się okazja by zanucić sobie pod nosem: "Było morze, w morzu kołek..."


Trzymanie się toru podejściowego gwarantowało tym razem nie tylko bezpieczną głębokość, ale co było ważniejsze w tym przypadku - bezpieczną wysokość. Trafiliśmy na totalny bezruch statków i nie musieliśmy gimnastykować się z mijaniem większych jednostek.


Most robił wrażenie. Mając na pokładzie obcokrajowca, można by pewnie usłyszeć coś w stylu "Beautiful!", "It's huge!" lub inny "Wow!". Tymczasem fale okalające naszą łódź rozproszyły dźwięk zachwytu bardziej bliski polskiemu sercu - "O ja pierdolę!".


Pod mostem przepłynęliśmy "just in time", a moja kolekcja kiczowatych zachodów słońca znowu powiększyła się o jeden.


O 2100, tuż przed zmrokiem, wchodziliśmy do portu w Kalmar.


Wjechaliśmy w y-bomy i po szybkim prysznicu ruszyliśmy upolować coś na ząb. Miasto, będące w sezonie kurortem na miarę Sopotu, czy nawet Jelitkowa, tego dnia trwało jeszcze w zimowym letargu. Po przejściu kilku przecznic z pozamykanymi jadłodajniami wróciliśmy w pobliże portu, gdzie w barze "Stars & Stripes" dokonaliśmy konsumpcji. To był najdroższy ale i smaczny hamburger zestaw jaki w życiu jadłem.


Dwie Vegi...

JEDEN PROBLEM

Jeżeli kiedykolwiek będziecie mieć problem z rozpoznaniem tego modelu jachtu w porcie, to należy zwrócić uwagę na łódki z otwartą w kokpicie podłogą, odsłoniętą komorą silnika i właścicielem uwalonym po łokcie w oleju silnikowym. To będzie na pewno Albin Vega.

Kolejny dzień przywitał nas znowu słoneczną pogodą..


Najładniejszym budynkiem w porcie okazał się śmietnik. Dlatego pewnie tak trudno było nam go znaleźć.


Opłatę za marinę w wysokości 220 SEK wnieśliśmy w portowej informacji turystycznej robiącej jednocześnie za sklep z pamiątkami. Zalegalizowaliśmy w ten sposób dostęp do mediów na kei i znany już od wczoraj kod do pryszniców.


Kilka miejsc dalej cumowała inna Vega.


Żeglująca nią samotnie oraz z przyjaciółmi Szwedka - Nina, korzystała w Kalmar z pomocy kolegi - Dana. Mieli na łódce do rozwiązania problem, z którym my mieliśmy się dopiero na poważnie zmierzyć za dwa dni (wtedy jeszcze o tym nie wiedzieliśmy).

Kiedy poprzedniego wieczora zaprosili nas na swoją Vegę na łyczek wina, dowiedzieliśmy się, że mają spory wyciek oleju z przekładni kombi. Dolewają do silnika od 0.5 do 1 litra oleju dziennie. Wyjaśnili mi, że wyciek zdaje się być proporcjonalny do prędkości obrotowej wału, co było logiczne - choć smutne.

U nas kombi jedynie brudziło komorę silnika pojedynczymi bryzgami, ale zainspirowany doświadczeniami sąsiadów na wszelki wypadek postanowiłem sprawdzić to i owo.
Bagnet w silniku wskazywał prawidłowy poziom, więc wyciek kombi dalej traktowałem jako problem kosmetyczny.
Zainteresowałem się natomiast dławicą, z której nieśmiało zaczął sączyć się rozwodniony smar. Po wykręceniu korka od smarownicy, zauważyłem emulsję z przeważająca ilością wydostającej się przez otwór wody. Dławica nie ciekła jeszcze wodą na uszczelnieniu wału, ale uznałem że już najlepszy czas aby przed najdłuższym etapem doładować jej trochę więcej smaru. Zawsze łatwiej zrobić to za dnia porcie - kiedy można, niż w nocy na fali - gdy już trzeba.


Udałem się po pomoc do znajdującego po drugiej stronie ulicy, bardzo dobrze wyposażonego sklepu żeglarskiego. Tam oznajmili mi, że mają pompkę do smaru ale nie mają końcówki przyłączeniowej do mojej dławicy. Zaproponowali załatwienie na godzinę 1700 kalamitki. Przytaknąłem. Mieliśmy kilka godzin na zwiedzanie miasta.


Zepsuta od "nowości" knaga szczękowa przy bloczku talii grota została naprawiona prowizorycznie przez Michała. Złamana sprężynka została zastąpiona odpowiednio powyginaną zawleczką. Nie była to co prawda stal sprężynowa, ale spełniała swoją rolę.


Przy okazji przeglądu postanowiłem przebalastować łódkę, aby odciążyć trochę rufę. Wystarczyło przenieść dwie ciężkie kotwice i narzędzia z rufowej bakisty do bocznej i napełnić zbiornik wody na dziobie (tylko do około 75% - by znowu nie przelać), aby namalowana na kadłubie linia wodna wyrównała się z taflą wody.


Gdy żeglarz stwierdza, że...

FAJNA TWIERDZA

Kiedy już chwilowo nie było co robić na łódce - ruszyliśmy w miasto.


Od razu za portem natknęliśmy się na dziwne drzewa. Po zmianie kierunku przyrostu gałęzi, wywnioskowałem że zostały na pewno przesadzone jakiś czas temu z półkuli południowej.


Miasto na każdym kroku identyfikowało się ze szwedzką dumą i tradycją. Cóż - jak się nie ma papieża, pomniki pozostają bardziej bezosobowe. Metalurgia i morze w pigułce.


W pewnej chwili naszą uwagę przykuł zamek Kalmarlott - średniowieczna warownia znajdująca się na skraju Starego Miasta.


Była chyba przerwa w oblężeniu, bo most zwodzony był akurat otwarty. Wpadliśmy więc z krótką, niezapowiedzianą wizytą.


Na wejściu pokonaliśmy długi korytarz.


W studnię na dziedzińcu nie zaglądaliśmy, bo nie zauważyliśmy, że to studnia. Chyba, że to nie była studnia. Wtedy - nie zaglądaliśmy, bo nie było gdzie zaglądać.


Zaskoczony byłem powtarzalnością wzoru zdobiącego wnętrze dziedzińca. Malarz musiał odbywać chyba jakąś karę.


Nie znam się na zabytkach, więc w razie czego robiłem zdjęcia wszystkich napotkanym płaskorzeźbom.


Jak przystało na średniowieczną warownię - armat nie brakowało.


Odkryłem też chyba pochodzenie zwrotu "postawić na kimś krzyżyk".


Tablice informowały o przepięknym widoku roztaczającym się na zatokę. W średniowieczu chyba widok był mniej industrialny i pewnie piękniejszy.


Po zwiedzeniu warowni, jako kolejny cel upatrzyliśmy sobie górującą nad starówką samotną wieżę. Cały romantyzm prysł w chwili gdy okazała się zwykłym biurem, niedostępnym dla księżniczek i turystów.


Prawie pod samą keję można dojechać do Kalmar pociągiem.


Czas na kawę z ciastkiem poczuliśmy akurat mijając miejscową kawiarenkę na starówce.


Wróciliśmy do portu. Tego dnia nie brakowało w nim polskich akcentów. Polskie jachty zdawały się mieć monopol na gościnną keję.


Potem dobiły jeszcze dwie dzielne stalowe Jotki - s/y Mestwin i s/y Freya.


Postanowiliśmy nie manewrować na wsteczu, kiedy nie musimy i przy okazji nie budzić paniki wśród wypolerowanych szwedzkich burt. Korzystając z darmowych rowerów dla klientów mariny, uzupełniliśmy paliwo. Nie dźwigaliśmy nadmiernych ciężarów. Mariusz zadbał aby wszystko odbyło się w zgodzie z BHP.


Zamierzaliśmy udać się do portowego baru studenckiego na obiad. Niestety posiłki wydawane były tylko do 1400. Skończyło się na typowej szwedzkiej lasagne w innym portowym barze.
Ktoś z nas zauważył przy tym, że popełniliśmy małą niedbałość nie dywersyfikując jadłospisu załogi. Gdyby to wykwintne danie, przygotowywane ze statystycznych resztek ostatnich dni, okazało się ciężkostrawne, nie było by komu poprowadzić łódki.

Jeszcze przed godziną 1700 odebrałem obiecaną smarowniczkę ze sklepu. Podłączyłem pompkę i próbowałem wpompować nieco smaru. Niestety to zielonkawe mazidło wyłaziło od razu przez uszczelnienie na wale na zewnątrz. Zaśrubowaliśmy podłogę i zagraliśmy w grę - kto pierwszy wspomni o dławicy, ten bałwan.

O godzinie 1715 zgarnęliśmy cumy na pokład i ruszyliśmy w drogę. O dziwo tym razem Vega skręciła z y-bomów na wstecznym dokładnie w kierunku jaki jej wychyleniem płetwy sterowej wskazałem. Nie ma to jak dobrze przesmarowana dławica.


Kierowaliśmy się na Grönhögen - gdzieś na południowych krańcach Olandii.

Mniej więcej w połowie drogi zastał nas zachód słońca.


Zrobiło się przeraźliwie zimno i tylko stara, kopcąca ponad stan kuchenka sprirytusowa podtrzymywała nasze morale. A dokładnie, to gorące kubki i herbatki, które mogliśmy dzięki niej przygotować, trzymały nas w formie.


Wejście do nieznanego portu nocą, to rzecz której niedoświadczony żeglarz powinien przynajmniej starać się unikać. W mojej krótkiej karierze skiperskiej takie przypadki zdarzały się niestety nadzwyczaj często.

Dobra nawigacja elektroniczna z mapą batymetryczną oraz locja w takich sytuacjach są niezastąpione. Mimo, że byliśmy w to wszystko jako tako wyposażeni, podejście wymagało naszego skupienia i użycia szperacza. Zachodnia kardynałka, którą musieliśmy minąć, jak i boje toru podejściowego nie były oświetlone. Dopiero przeczesanie okolicy strumieniem światła latarki uwidaczniało ich pozycje.

Z moim obserwacji, głębokości w portach oznaczone na mapach nawigacyjnych często są zaniżone. Nie stanowi to jednak reguły, więc jak zawsze byłem czujny. Po wejściu do mariny, od razu za główkami skierowaliśmy się ku zachodniemu nabrzeżu, gdzie według Navionicsa powinno być około dwóch metrów wody. Trochę strachu napędziło mi gdy poświeciłem latarką w dół przed dziobem i oszacowałem, że jest dużo płycej. Niesamowicie czysta woda sprawiała wrażenie bliskości dna. Na szczęście to było tylko złudzenie i bezpiecznie zacumowaliśmy alongside.


Jakoś wszyscy jednocześnie poczuliśmy ochotę na piwko, więc sięgnęliśmy do naszej lodówki, zwanej bakistą. Sięgaliśmy tam potem jeszcze raz, i jeszcze... Potem zorientowaliśmy się co, jak i gdzie w marinie i poszliśmy spać. Trzeba było wypocząć póki się dało, bo następnego dnia mieliśmy iść na całość w morze na kilkadziesiąt godzin.

No to siup...

FALĄ W DZIÓB

Zrobił się nam 4 dzień maja 2016 roku. Obudziłem się jako pierwszy na jachcie, około 0800. Wstałem, bo musiałem - chwilę później w kibelku portowym siusiałem. Wracając rozejrzałem się po porcie. Tego dnia byliśmy tam jedynym jachtem.


Ale mimo to, udało nam się w pewnym stopniu wtopić w otoczenie.


Sezon na łódki jeszcze nie nadszedł, ale kamperowcy próbowali ratować honor miejscowości robiąc sztuczny tłok na portowym parkingu.


Chwilę później przyjechał bosman. Skasował nas 180 SEK, ale z tego dostaliśmy od niego 30 SEK w blaszkach na prysznice. Skorzystaliśmy z komfortu jaki oferowała czysta, ogrzewana łazienka z ciepłą wodą.


Pożałowałem jedynie, że nie mamy na jachcie zbiornika na fekalia. Port umożliwiał bowiem zdobycie nowej sprawności żeglarskiej.


Ponieważ mieliśmy tego dnia pływać trochę więcej niż zwykle, zajrzeliśmy pod podłogę do dławicy, sprawdziliśmy poziom oleju w silniku - wszystko było OK. Dopełniliśmy zbiornik diesla używając kanistra. Wyszło na to, że oprócz ponad 30 litrów w baku, mieliśmy jeszcze około 30 litrów zapasu. Teoretycznie mogliśmy więc przepłynąć Bałtyk i wrócić, pyrkając tylko na silniku.
O godzinie 1030, przy słonecznej i umiarkowanie wietrznej pogodzie, wyszliśmy w morze. Celem kolejnego etapu było Władysławowo - port dobrze mi już poznany i choć sam w sobie szału nie czynił, to jednak mający w pobliżu bardzo zacną jadłodajnię. To ona miała podtrzymywać nasze morale w przypadku mentalnego kryzysu w drodze i być naszą nagrodą za trudy żeglugi.


Przebiegającą na południe od Olandii rutę dużych statków, nawet bez mapy nie sposób było przeoczyć. Udało się nam jednak wpasować w lukę między statkami bez robienia zwrotów czy nawet zmiany kursu.


Wiejący nam idealnie w plecy wiatr osłabł w niecałą godzinę z 10 kn prawie do zera. Włączyliśmy motor. Około 1500 brzeg Olandii znalazł się poza zasięgiem wzroku. Morze otoczyło nas szczelnie ze wszystkich stron.

Gdzieś w okolicach godziny 1800 postawienie żagli znowu nabrało sensu. Szliśmy najpierw półwiatrem, potem baksztagiem, z mało zawrotną ale skuteczną prędkością 4 węzłów. Niestety, nie trwało to długo. Wiatr osłabł znowu, dając nam zaledwie 2-3kn więc postanowiliśmy podgonić na diesel-grocie.

Około 2200 byliśmy w połowie drogi. Od tego momentu, nie opłacało się już zawracać.

Noc minęła spokojnie. Nie katowaliśmy się sztywno ustalonymi wachtami, więc udało się nad ranem nie czuć zmęczenia.
Prawie w samo południe rozpoczęliśmy podejście do portu we Władysławowie.


Po wejściu za główki, wystarczyło tylko wyminąć slalomem kilka spławików...


Przepłynąć obok kutrów...


I już byliśmy przy wystawianych w sezonie przy Nabrzeżu Jachtowym y-bomach.


O 1245 byliśmy trwale zacumowani w marinie.


A we Władku jak we Władku. Jest tylko jedna sensowna rzecz do zrobienia. Obiadek "U Chłopa". Kolejny raz się nie zawiedliśmy. Porcje duże, smakiem i zapachem świeżości przepełnione.
Co jeszcze można robić we Władysławowie? Próbowaliśmy sobie odpowiedzieć na to pytanie snując się po ulicach miasteczka.
Można wyskoczyć na plaże na jedno zimne. Ale ile w końcu można patrzeć na morze.


Miasto ma też do zaoferowania dużą różnorodność architektoniczną, co czyni spacer ciekawszym od stacjonarnego spędzania czasu na piasku.


I aż się można zdziwić jak niedaleko jest od morza, w góry - te najwyższe.


Przez "piekło"...

DO DOMU

Był już 6 maj 2016. Przesycenie atrakcjami Władysławowa ruszyliśmy w dalszą podróż do Gdańska. Po drodze jednak zaplanowaliśmy obiad na Helu.

Kiedy około 0900 rano chcieliśmy opuścić port, nasz poczciwy Volvo Penta rzucił palenie. Poprzedniego dnia dzielnie przeciągnął nas ponad 25 godzin przez Bałtyk i chyba mu coś zaszkodziło, bo nawet nie chciał zakaszleć.

Zdjęliśmy pokrywę ze schodkiem zejściówki, za którą była komora silnika. Silnik wyglądał zwyczajnie, za to pod nim znajdowała się spora plama oleju. Na oko jakieś pół litra lub troszkę więcej.

Poszukaliśmy śladów wycieku ale nic nie znaleźliśmy. Jedynym podejrzanym była przekładnia kombi. Widocznie trochę za bardzo wczoraj pocisnęliśmy manetkę.

Silnik nie został wyposażony w obrotomierz więc ustawiając obroty polegaliśmy na naszym słuchu i wskaźniku temperatury. Dość niedokładna metoda i jak się okazało bardzo zawodna..

Nie było co płakać nad rozlanym olejem. W końcu to nie było piwo. Wyczyściliśmy tymczasową miskę olejową pod silnikiem i zutylizowaliśmy nasączone ręczniki papierowe w odpowiednim śmietniku. Uzupełniliśmy olej z zapasu jaki zostawił szwedzki mechanik.
Sięgnąłem do kluczyka w stacyjce. Nastąpiła chwila napięcia...
Silnik jakby nigdy nic się nie stało - zaskoczył od pierwszego dotknięcia. Pochodził sobie jeszcze chwilkę zanim zamknęliśmy go znowu szczelnie. Oczywiście po upewnieniu się, że nie ubywa mu smarowidła.
O 1045 opuściliśmy Władysławowo. Pogoda znowu była wybitnie silnikowa i tylko dwie z siedmiu godzin żeglugi udało się popływać na żaglach.


A dalej było jak w polskim filmie... Nic się nie działo... Dłużyzna... Mierne dialogi... Brak akcji...


O 1730 tego samego dnia byliśmy już przy Helu. Objechaliśmy zgodnie z przepisami kardynałkę HL-S. Zrobiliśmy to chyba tylko dla zasady, bo mając jedynie 1.2 metra zanurzenia mogliśmy ciąć zakręt dużo wcześniej.


Wkrótce potem mieliśmy przed sobą pierwszy widok helskiego jajca w tym sezonie!


O 1745 przycumowaliśmy w marinie zgłaszając przez radio jedynie zamiar postoju do dwóch godzin. Przysłuchujący się rozmowie, zawsze czujny pan z Kogi nie omieszkał dodać, że tylko tyle właśnie mamy aby zmieścić się w darmowym postoju.


Obiad w knajpce Kutter i już nas nie było. Zgłaszając wyjście usłyszeliśmy znajomy głos, który zdawał się być nieco zawiedziony - "No, udało się wam zmieścić w dwóch godzinach".

Wychodząc z portu mieliśmy okazję obserwować manewr podejścia do nabrzeża s/y Zawiszy Czarnego. Nie znam się na żaglowcach, ale chyba im się za daleko pojechało i coś kombinowali by to odkręcić.


Pora była już taka, że większość wracała już z morza do portu na noc..


Ostatni etap okazał się najbardziej żeglowny. Cztery godziny w baksztagu to było coś, czym chciałbym kończyć każdy rejs.


Niedługo potem przecinaliśmy rutę podejściową do Gdyni. Statek, który jeszcze kilka tygodni temu pomógł mi w zdobyciu łódki, teraz stanął nam na drodze. Musieliśmy zrobić dwie rufy aby nie wpaść mu pod dziób.


Do Górek Zachodnich wchodziliśmy o 2330. Dużo już nie było widać. Minęliśmy nowy pomost NCŻ, marinę AZS i prawie po omacku trafiliśmy do przystani AKM. Znaleźliśmy wolne miejsce i zacumowaliśmy..


Się udało i...

PODSUMOWAŁO

7 maj 2016 - zakończenie naszego rejsu. Czas było się spakować i wrócić do tego wszystkiego od czego ucieka się w morze. No i do tych, za którymi się tęskniło. Tak - moja żona czyta tego bloga;.


Rano znaleźliśmy bosmana i przeparkowaliśmy się na przydzieloną mi klubową miejscówkę. Dostało mi się reprezentacyjne miejsce z samego frontu, tuż przy wejściu na pomost. To zobowiązuje - czas pomyśleć o odświeżeniu łódki.


Widok budynku NCŻ jak zwykle przywoływał we mnie wspomnienia. Kiedy kilkanaście lat temu jeździłem tu codziennie rano do pracy, nawet nie pomyślałem przez chwilę, że kiedyś będę tu z tego powodu, którego właśnie byłem.


Nasz rejs trwał cały tydzień. Mogliśmy to zrobić w trzy albo cztery dni, ale nie spieszyliśmy się łącząc przyjemne z pożytecznym. W ciągu tego czasu przepłynęliśmy 312 mil morskich, co zabrało nam łącznie 76 godzin żeglugi.
Kupno jachtu za granicą bywa może nieco stresujące i kosztowne, ale przyjemność sprowadzenia własnej łódki do domu jest bezcenna.