24 kwietnia 2016

Vega, woda, dużo wody! Czyli o tym jak łódkę wodowałem.


Vega kupiona, zapłacona i nawet zarejestrowana, ale nadal czekała daleko za morzem. Czas brać się było za sprowadzenie, czyli za to czego niedoświadczone tygrysy boją się najbardziej.

Teoretycznie, można było zagrać vabank i wybrać się po łódkę od razu. Po prostu zwodować, ogarnąć na szybko i przypłynąć - oszczędzając tym samym sporą ilość czasu i pieniędzy. Zdrowy rozsądek przeważył jednak nad oszczędnością. Było ku temu kilka powodów.

Łódka ma 43 lata, z czego ostatnie 2 lata spędziła na lądzie. Na dodatek kupowałem ją w stanie zimowego snu i nie miałem pojęcia jak zaprezentuje się w pełnym takielunku. Czy w ogóle ma się w czym zaprezentować, bo nie było wiadomo czy takielunek był kompletny.

Dietetyczne...

DYLEMATY


Jacht, mimo że sprawny, tak w ogóle był goły. Trzeba było doposażyć go w osprzęt nawigacyjny, asekuracyjny, ratunkowy, pirotechnikę, itp. Z rzeczy, z perspektywy czasu niepotrzebnych, ale wydających się wtedy niezbędnymi, kupiłem jeszcze fok sztormowy i uszyłem fartuchy sztormowe na koje w mesie. Nabyłem drabinkę sznurową do wchodzenia na maszt, automatyczną pompę zęzową, echosondę, gaśnicę, nożyce do metalu, apteczkę, reflektor radarowy, kulę i stożek sygnałowy i wiele innych zabawek. Mimo wydanego worka pieniędzy, zakupy te sprawiały mi radość. Wszystko co się uzbierało ważyło nie mało i zajmowało w cholerę miejsca. Ciężko było przemycić tyle stafu w bagażu podręcznym tanich linii lotniczych. A na dobitkę - z lotniska do mariny na zadupiu było ponad 150km.


Nazwa jest jak rufa...

KAŻDY JACHT MUSI JĄ MIEĆ

Zmiana nazwy jachtu związana jest z żeglarskim przesądem i przez wielu żeglarzy zostaje zaniechana. Ja tam jednak przesądny nie jestem. Splunąłem przez lewe ramię trzy razy i zabrałem się za wymyślanie. Zaufałem sobie - byłem przecież inżynierem.

Ktoś, gdzieś i kiedyś obliczył i określił zarazem nad czym to programiści spędzają większość swojego czasu pracy... Nie - nie była to ani implementacja, ani testowanie, ani nawet kompilacja. Nie było tym czymś również - jak pewnie wielu złośliwie chciało by w tym momencie wtrącić - picie kawy czy granie w piłkarzyki.

Wymyślanie nazw. Tak - właśnie ta czynność skrycie wypełnia gros logowanych na projekt godzin kodowania. Mało kto klikając tu i tam zastanawia się przez jakie piekło na Ziemi przechodzą koderzy.
Trzeba bowiem nazwać każdą pojawiającą się w kodzie zmienną, funkcję, procedurę czy też metodę. Należy również ochrzcić wszystkie tworzone nazwy plików, katalogów jak i sam program, moduł czy co tam właśnie się produkuje. Nazwy powinny być nie tylko unikalne ale również zwięzłe i treściwe. To wszystko musi brać na klatę dzień w dzień każdy programista. Chyba, że chce akurat ugruntować swoją pozycję w firmie i zadbać o nieczytelność swojego kodu.

Czym jest wobec tego wszystkiego nazwanie jednej czy kilku jachtów, jakie przeciętny żeglarz armator zdąży mieć w swoim życiu? Problem wydaje się być śmieszny już przy kilkuset liniach kodu.

A jednak łatwo nie jest...

Życie zmusza nas do wyrzeczeń. Najpierw obowiązek, potem przyjemność. Tak przynajmniej pojmują świat tacy jak ja - wychowywani stresowo.
Idąc za głosem ze swojego wnętrza, najpierw postanowiłem sprawić radość mojej żonie. Wiele wycierpiała bidulka i wycierpi pewnie jeszcze więcej z powodu pasji mojej, za przyczyną kryzysu wieku średniego odkrytej.
Niestety - wpis "ELIZA" istniał już w polskim rejestrze jachtów. "ELIZA II" niebezpiecznie sugerowało albo przemilczaną przeszłość, albo niecne zamiary na przyszłość. Zrezygnowałem z tej ścieżki czym prędzej.

Na drugim miejscu na płaszczyźnie poprawności politycznej był czteroliterowiec "AJER". Pojawił się w mojej głowie niemal z automatu. Pierwsze litery imion członków naszej rodziny i skojarzenie z koniakiem brzmiało niezwykle ciepło. Tym razem nazwa była dostępna.

Ale nie wolna od pewnych wątpliwości, jakie mną targały.

Wybierając imiona dla moich dzieci paranoicznie uważałem aby polskich czcionek w nich nie było i żeby tym samym jakiekolwiek uwierzytelnianie elektroniczne w przyszłości udręką dla juniorów nie okazało się.
Siebie też nie zamierzałem krzywdzić koniecznością literowania nazwy łódki przy każdej morskiej radiowej pogawędce. Postarałem się więc aby nazwa łódki mimo swojej formy i znaczenia symbolicznego była fonetycznie łatwa na całym świecie do wymówienia i jednocześnie do zapisania w swej prostocie intuicyjna.


I wtedy to pojawiła mnie się w głowie "SANTA PASTA". Doskonała synteza wszystkiego co w nazwach najlepsze. Fonetyka z semantyką jakby się w tych dwóch słowach w miłosnym uścisku w bezkresnym morzu makaronu ciurlały.

Utwierdzony w słuszności swojego wyboru, wypełniłem PZŻ-owski wniosek o rejestrację nazwy jachtu morskiego. Aby nie siać wątpliwości i nic nie sugerować, nie podałem w formularzu żadnej nazwy alternatywnej. Na trzy tygodnie wstrzymałem oddech i zacisnąłem zwieracze... Przeszło!

Teraz ciekaw jestem tylko, czy w przypadku pomyślnej rejestracji Kościoła Latającego Potwora Spaghetti, będę mógł wystąpić o dofinansowanie na utrzymanie zabytkowego miejsca kultu religijnego ;)

Przezorny zawsze ubezpieczony czasami...

SPŁUKANY

Ubezpieczenie fajnie jest mieć. Łódka po wodowaniu będzie wszak stała samotna przez tydzień i wiele złego może się wydarzyć. Na wypadek gdybym po przyjedzie zastał jedynie wystający top masztu, postanowiłem ubezpieczyć się kompleksowo.
Agentka PZU, z której usług od lat korzystam przy ubezpieczeniach domu, auta, wakacji i wszystkiego innego co da się ubezpieczyć, poinformowała mnie o kosztach ubezpieczenia OC, NNW i CASCO. Były na zadowalającym mnie poziomie. Potrzeba było tylko dokumentu rejestracyjnego jachtu - tak mnie poinformowała.
Kiedy to, wyczekiwany dokładnie całe trzy tygodnie, zalaminowany papierek nadszedł pocztą, nagle (po złożeniu wniosku) okazało się, że mój ubezpieczyciel nie ubezpieczy CASCO bez wizji lokalnej jachtu. I tak na dwa dni przed wyjazdem zostałem bez ubezpieczenia.
Na szczęście są sailforum.pl i forum.zegluj.net, a tam wielu znudzonych morzem, wpatrzonych w monitory swoich komputerów żeglarzy, chętnych nieść pomoc w dzień i w nocy. Polecona mi na forum żeglarskim firma Proffman ze Szczecina załatwiła wszystko e-mailowo w jeden dzień.

Niestety kosztowało mnie to trzy razy więcej, a sama polisa nie była już tak atrakcyjna.

Szwedzkie...

ŁÓŻKO ZE ŚNIADANIEM


I znowu prom i auto. I zające, i sarny, i łosie wyskakujące na drogę w nocy, przez które na prawdę nie da się szybko jechać. Ale tym razem jechałem na spokojnie - za to z bagażnikiem wyładowanym po brzegi osprzętem i narzędziami.

Niespełna 2 km od mariny Båtsholm znalazłem sobie w przystępnej cenie B&B. Domek z zewnątrz niepozorny i od strony wejściowej stodołę raczej przypominający, ale w środku przytulny i przestronny.

Jako, że było poza sezonem, miałem do dyspozycji całą chałupkę z dobrze wyposażoną kuchnią i jeszcze lepiej wyposażonym salonem. Mając czasu jak na lekarstwo, rzucałem jedynie okiem na salon przechodząc wieczorem od kuchni do mojej sypialni. Straszne marnotrawstwo zasobów.



Do B&B dotarłem późno w nocy, budząc klaksonem zaskoczonych i zaspanych właścicieli. Założę się, że przyjmując zamówienie przez stronę internetową, nie czytali pola z komentarzem, w którym wspominałem moje godziny przybycia.


Każdy jacht musi sobie czasem...


POLATAĆ

Z samego rana udałem się do mariny, gdzie spotkałem pracującego przy swojej łódce sąsiada. Znaczy się gościa zimującego swoją łódkę obok mojej Vegi. Człowiek niezwykle szczęśliwy, bo jak się okazało otrzymał łódkę w akcie darowizny od swojego kolegi, któremu znudziło się żeglowanie.

Jego nowy, stary Leisure 23 stał na lądzie pełne 8 lat Dodało mi to nieco pewności siebie. Jak to dobrze, że inni mają gorzej - pomyślałem od razu po polskiemu.

Dźwig pracował już w marinie od godziny, kiedy przybyli Kenneth i Ingegerd - małżeństwo, od których tydzień temu kupiłem Vegę. Obiecywali przyjść z pomocą przy wodowaniu i taklowaniu łódki. Jak powiedzieli, tak zrobili. Przywieźli ze sobą trzymane zimą w domu materace, żagle i naładowane po brzegi akumulatory.

Prawie w samo południe przyszła moja kolej na dźwig. Sprawdziłem jeszcze raz czy korek od otworu drenażowego zęzy został poprawnie wkręcony. Fachowcy od dźwigu bardzo sprawnie podłożyli pasy pod Vegę i z wielką gracją pozbawili ją grawitacji.



Po chwili opierała się już kilem o platformę mobilnego dźwigu, na którym podjechała kilkadziesiąt metrów nad wodę. Wszystko wykonane tak sprawnie, że ledwo nadążałem z dokumentacją fotograficzną.



Kiedy łódka łagodnie osiadała na wodzie wstrzymałem oddech.



Po chwili zajrzałem do środka by sprawdzić przepusty i zawory - było sucho. Z typowym skandynawskim spokojem grabarza odczekaliśmy kilka minut. Sprawdziliśmy jeszcze raz szczelność kadłuba, zęzę i dopiero wtedy odczepiliśmy pasy.

Tyle nasłuchałem się o przeciekających jachtach kupionych na obczyźnie, że nie dowierzałem własnym zmysłom. Musi gdzieś być jakiś przeciek! Sprawdziłem jeszcze raz... I jeszcze raz... Jacht był uparty - nie zamierzał nabierać wody - dałem za wygraną.

W końcu odpaliliśmy diesla i podpłynęliśmy pod żurawik portowy do stawiania masztów.



Pierwszy raz w życiu miałem postawić maszt i otaklować morską łódkę. Z poczucia obowiązku przejąłem najbardziej odpowiedzialną rolę i zacząłem przecierać zabrudzony po zimie maszt szmatką. Kenneth z Ingegerd zdawali się wiedzieć co robią z tymi wszystkimi stalówkami i ściągaczami, więc postanowiłem im w tym nie przeszkadzać. Jedynie kątem oka przyglądałem się uważnie.


W ciągu kolejnych kilkunastu minut, pod kierownictwem Kennetha postawiliśmy maszt i wstępnie napięliśmy stalówki. Nie obyło się bez mojej wizyty na chwiejącej się, pod moim skromnym 99.99kg, kratownicy żurawia. Na wysokości salingów trzeba było odblokować kilka zaczepów.

Moi szwedzcy dobroczyńcy spieszyli się do domu. Udało mi się jednak jeszcze zaprosić ich na kawę z kanapką w otwartym właśnie w marinie plażowym bistro.

Kiedy zostałem sam było już późno. Marina opustoszała - W Szwecji widać wyraźnie, że praca to dla nich chamski sport - nawet hobbystyczna aktywność kończy się ok 1600.

Ogarnąłem kilka rzeczy na pokładzie. Założyłem bom, relingi i napiąłem mocniej takielunek. Podłączyłem kabel od światła nawigacyjnego na maszcie, ale nie zdążyłem już sprawdzić dlaczego lampa nie działa.

Zmrok przyniósł przeraźliwe zimno. Temperatura spadła poniżej zera, a wysoka wilgotność powietrza powodowała, że pokład pokrył się śliską warstwą cienkiego i niewidocznego lodu, przez który omal nie zrobiłem z siebie MOBa. Bezpieczniej i przyjemniej było udać się na spoczynek, co też niezwłocznie uczyniłem.

Uderzeniowa dawka...

ŻEGLARSKIEJ PROZY

Kolejny dzień zacząłem z samego rana od przeglądu instalacji elektrycznej.

Akumulatory przez mroźną noc nie straciły nic na napięciu. Miernikiem elektrycznym upewniłem się również, że alternator i dynastarter (po jednym ustrojstwie na każdą bateryjkę) ładują oba akumulatory.

Dwie z czterech lamp nawigacyjnych, z jakiegoś nieznanego mi powodu nie świeciły. Na szczęście wystarczyło jedynie przeczyszczenie zaśniedziałych styków przy żarówkach by odzyskały swoją świetlność.

Lampy nawigacyjne mające tyle samo lat co sama łódka, po odkręceniu od mocowania po prostu się rozsypały. Przykleiłem prowizorycznie szklane elementy do metalowej obudowy sikaflexem, aby uszczelnić lampę od wody. Dziwne uczucie - trzymać w ręku taki fragment funkcjonalnej metaloplastyki, w którym nie ma ani grama tworzywa sztucznego. Ślad minionej chyba bezpowrotnie epoki.

Kolejne godziny zleciały mi na różnych duperelach, nad którymi trzeba było się po łokcie urobić, a efekt prac trudno było uczynić widocznym. Wymieniłem kilkanaście przerdzewiałych obejm od różnych przewodów i dokręciłem pierdylion śrubek i wkrętów. Zalałem zbiornik czystej wody aby sprawdzić instalację wodną. Będąc poza zasięgiem kranu, wlałem kilka 5-litrowych baniaków. Nie napełniło to zbiornika do pełna, co miało tydzień później swoje konsekwencje.

Odpaliłem diesla na jakieś 2 godziny i dałem trochę obrotów, aby zobaczyć czy nie ma problemów z chłodzeniem. Za dużo z gazem pofolgować nie mogłem by nie pozrywać cum;) Przekładnia combi ma ten urok, że śruba napędowa cały czas jest w ruchu. Test wypadł pozytywnie - temperatura ustaliła się na poziomie 65-70 st C, a silnik pracował równo.

Udałem się też z kanistrem po diesla do pobliskiej stacji paliw. Udało mi się wlać w łódkę jakieś 7 litrów . To dobrze. Pełny zbiornik minimalizował ryzyko biologicznego szlamu powstającego w zbiornikach. Wielu polecał mi jako niezbędne czyszczenie zbiornika paliwa, ale fachowiec z Vovlo Penta odradzał taki zabieg z uwagi na trudności w późniejszym szczelnym zamknięciu pokrywy zbiornika. W separatorze wody widać było czystą ropę, co dodatkowo uspakajało mnie w tym względzie.

Wszystko działało sprawnie. Jedynie sprawdzając toaletę morską zauważyłem przy pompowaniu przeciek na uszczelnieniu tłoka pompy. Nie mając czasu i części zamiennych wykręciłem cały moduł pompy i zabrałem ze sobą do Polski.


Źródłem problemu okazała się najmniejsza uszczelka, a właściwie to co z niej pozostało po jej wydłubaniu z trudno dostępnego gniazda, w którym sparciała i się zapiekła.

Franca była dość nietypowa - jak wszystko na 40-letnim jachcie. Zakupiłem kilka najbardziej zbliżonych wymiarami uszczelek ale i tak nie pasowały.

Z pomocą przyszedł sąsiad, który pływając całe życie na statkach zęby zjadł na naprawie różnej maści pomp. W rytmie wychylanych kieliszków z chorwacką rakiją, w naszych głowach powstawały coraz bardziej zakręcone pomysły na wpasowanie uszczelki.

Przerobiliśmy wszystko - wciskanie, smarowanie, a nawet szlifowanie. Było też klejenie i gotowanie (sic!).

Zdjęliśmy sprężynkę i po nadzianiu simeringa na metalowy trzpień, wygotowaliśmy uszczelkę dobre 5 minut. Uszczelnienie na lekki wcisk weszło w gniazdo i zostało zabezpieczone klejem przed wysunięciem. Wewnętrzny pierścień po obróbce termicznej zwiększył swoją średnicę i idealnie spasował się z tłokiem.

Awaria została prowizorycznie usunięta. Ponieważ kończyła się rakija - oceniliśmy zgodnie, że dżob dan i że powinno wystarczyć na tydzień rejsu.


Tyle w kwestii pompy podnoszącej komfort żeglugi. Nadszedł czas na poważniejsze wyzwania.

Pomimo, że miałem ubezpieczenie na kwotę przewyższającą koszt zakupu łódki, postanowiłem zadbać o jej i swoje bezpieczeństwo na morzu.

Pompy zęzowe to podstawa - szczególnie gdy płynąc przez Bałtyk i nie dysponuje się tratwą ratunkową.

Kupiłem nową automatyczną (elektryczną) pompę zęzową ale nie miałem jak umieścić jej na dnie zęzy, która sięga głęboko w integralny kil. Położyłem ją więc na zbiorniku paliwa, obok akumulatorów wychodząc założenia, że przynajmniej nie dopuści to do całkowitego zalania łódki. Założenia zupełnie niemądre biorąc pod uwagę okres tygodnia i ograniczoną pojemność zasilających pompę akumulatorów. Ale sumienie miałem czyste - zrobiłem wszystko co mogłem.

Nie chciałem lać wody do zęzy więc zdemontowałem i sprawdziłem na wiadrze wody starą, wbudowaną w standardzie pompę. Okazała się sprawna.


Wygoda użycia takiej pompy była jednak mocno wątpliwa. Nieergonomiczny uchwyt i tłok wypadający przy zbyt dużym posuwie nie przekonywały mnie do funkcjonalności takiego urządzenia w sytuacji alarmowej, w trudnych warunkach. Wydajność mogła okazać się również niewystarczająca. W rufowej bakiście zamontowałem więc prowizorycznie jako zapas fabrycznie nową, większą pompę zęzową, którą podarował mi poprzedni właściciel - czyżby wiedział coś o kadłubie czego mi nie powiedział?


Dla bezpieczeństwa załogi dodałem jeszcze solidne uchwyty na szelki w kokpicie, których na Vedze brakuje.



Kiedy już stwierdziłem, że kwestie bezpieczeństwa są na łódce ogarnięte, postanowiłem zrobić coś bardziej wzniosłego - by oko choć troszkę nacieszyć. Założyłem szprycbudę i postawiłem grota. W końcu choć przez krótką tego dnia chwilę poezja żeglarstwa zagórowała nad prozą.


Szybko nadchodził wieczór. Czas było pomyśleć o tym aby nie spóźnić się na powrotny prom. Zawinąłem grota na bom (taki Vega ma patent), założyłem pokrowiec, włączyłem w tryb auto pozostawioną w zęzie pompę, zabezpieczyłem odbijaczami dziób i wzrokiem pożegnałem łódkę.