29 maja 2016

Rejs "Morskie CIAO", s/y Masquenada (Bavaria 32), 21-28.05.2016, cz. 1/2



Wyprawy morskie o tej porze roku, to już jest tradycja. Ewolucji podlega jedynie nazwa rejsu. Morskie było już w zeszłym roku "ciało", teraz mieliśmy "ciao", a za rok też pewnie będzie się "działo".

Tego roku, pochód ludożerców wypadał dużo wcześniej, bo już 26 maja. Algorytm postępowania z urlopem jednak się nie zmienił. Tak jak poprzednio, za jedyne cztery dni na wniosku urlopowym, można było odebrać od otaczającego nas świata znacznie więcej.

Za port macierzysty, tym razem wybraliśmy Szczecin. Tak akurat najlepiej pasowało nam, zarówno z łódką, jak i z planowanym rejonem żeglugi.

Dlaczego czarter - można zapytać - skoro w AKMie, w Górkach Zachodnich rwała się na cumach w morze - dopiero co sprowadzona - s/y Santa Pasta?

Ano dlatego, że najpierw zarezerwowałem, a potem kupiłem. Trzeba było wypływać co zapłacone, by się nie zmarnowało - taka ekologia ekonomiczna.

Bavaria 32 o niezwykle melodyjnej nazwie Masquenada, miała być naszym morskim bolidem. Jacht udostępniła nam na tydzień, ciesząca się dobrą opinią, firma Stratus Czarter.


Po odbytym rejsie, "Stratusa" też mogę polecić swoim znajomym. Przyzwoita i (przy odpowiedniej argumentacji) negocjowalna cena, dobry kontakt z armatorem i starannie utrzymany jacht.

Do stacji kolejowej Szczecin-Dąbie, dojechaliśmy z Trójmiasta pociągiem, w cztery godziny i trzy kwadranse. Dalej też poszło gładko.
Z dworca kolejowego, jedna taksówka pojechała do mariny - z bagażami, a druga do sklepu - po prowiant.

Jacht czekał na nas w Marinie Centrum Żeglarskiego. Dostępne u bosmana przystani, wózki bagażowe, oszczędziły nasz czas i nasze kręgosłupy.


Trzeba było jeszcze tylko dokonać odbioru jachtu. Poszło sprawnie, według przygotowanej przez armatora "czeklisty". Po kilkudziesięciu minutach, można było ładować się na pokład.


Sprężaliśmy się mocno. W planach był (jeszcze tego samego dnia) przeskok do Świnoujścia.

Manewr odejścia od kei i wyjścia z mariny przebiegł bez problemów i obserwujący wszystko armator mógł chyba odetchnąć z ulgą.

Gdybym tylko prowadził dziennik jachtowy - pojawiła by się tam notka, opatrzona stemplem czasowym 21.05.2016, godz. 1545.

Ruszyliśmy na Dąbie, by pomiędzy licznie rozstawionymi, na tym akwenie, rybackimi sieciami, przedostać się na Zalew Szczeciński. Taki labirynt chorągiewek i pływaków, to jest małe piwo przed śniadaniem - dla każdego, w miarę ogarniającego River Ride.


W morze...

POJECHALI

Tym razem:

Alina - królowa estrady, promowa przewodniczka turystyczna, pragnąca spojrzeć na morze z mniej stabilnej perspektywy. Debiutująca na jachcie morskim załogantka.


Asia - doświadczona morskimi rejsami, przepełniona pasją i pozytywną energią rasowa żeglarka. Pierwsze "ciao" oficerskie rejsu.


Rafał - niezniechęcony traumatycznymi przeżyciami na Pucyfiku, postanowił wejść na kolejny poziom żeglarskiego wtajemniczenia. Na tym rejsie wystąpił w funkcji oficera wachtowego.


Sławek - urodzony inspektor bezpieczeństwa i nieustraszony łowca belon. Po rejsie - także, mistrz Południowego Bałtyku w wiązaniu węzła knagowego. Uzdolniony załogant, odważnie stawiający swoje pierwsze kroki na pełnym morzu.


Rafał (jeszcze jeden) - stale zdobywający, kosztem innych (i trochę swoim), nowe doświadczenia żeglarskie. Młody - jeszcze tylko stażem - kapitan rejsu.



Inicjacja...

NA ZALEWIE


Pogoda była wybitnie silnikowa. Pracujący diesel zagłuszał skutecznie odgłosy otaczającej przyrody. Ale nie przeszkadzało nam to dostrzec kryjącego się uroku tamtejszej okolicy.



Obawiałem się nieco pierwszej wizyty na nieznanym mi dotąd (praktycznie śródlądowym) akwenie. Okazał się jednak - tak jak z resztą zapewniali koledzy z forów żeglarskich - łatwy nawigacyjnie, dzięki wyjątkowo dobrze oznakowanym torom wodnym.

Wyznaczone ruty były na tyle szerokie, że problemu nie sprawiało nawet mijanie dużych jednostek. Można było się im przy okazji dokładnie przyjrzeć.


Ze względu na porę dnia, mijane statki z każdej strony wyglądały nieco inaczej.


Romantyczny nastrój zachodzącego słońca, od razu udzielił się tej bardziej wrażliwej części załogi. Młodość i wiosna mają swoje prawa.


Kursujące dość często w poprzek kanału promy Karsibór, wymagały nieco wzmożonej uwagi. Do bezkolizyjnego przejścia, wystarczyła nam jednak tylko mała korekta prędkości.


Było już zupełnie ciemno, kiedy wchodziliśmy do portu w Świnoujściu. Promów było tak wiele, że nabrzeże promowe świeciło się z daleka, jak drzwi knajpy w dniu wypłaty.


Przy przeciwległym brzegu kanału portowego, dostrzegliśmy sporych rozmiarów akcent żeglarski.


Na szczęście, znałem już okolice portu jachtowego w Świnoujściu na tyle, by mieć jakąś tam, minimalną szansę trafienia do mariny.

Tuż przed godziną 2300, szczęśliwie dotarliśmy do celu pierwszego etapu. Od razu wypatrzyłem jacht o nazwie, do której nadal czułem sentyment. Nie był to jednak ten Czardasz, na którym zaliczyłem swoją pierwszą morską poniewierkę.



Buszujący...

W MORZU


Na kalendarzu wskoczyła już data 22.05.2016. Rankiem, o godzinie 0800 - od razu po śniadaniu, opuściliśmy marinę w Świnoujściu.

Zgodnie z 502-ką, jako statek poniżej 20 metrów, nie zajmowaliśmy eteru VHF. Zgłosiliśmy tylko swoje zamiary bosmanowi przystani, który odnotował to w swojej książce wejść i wyjść. Wychodząc, podsłuchiwaliśmy jedynie kanał 12, aby z grubsza wiedzieć co się w porcie dzieje.

Słyszałem jednak ostatnio od kolegi żeglarza, że coś się chyba zmieniło. Z przyzwyczajenia, nikt tego nadal nie robi, ale ponoć wymagane jest już zgłaszanie każdej migracji wewnątrz portu, niezależnie od wielkości jednostki. Będę musiał to jeszcze sprawdzić, przed ponowną wizytą w tych stronach.


Wschodzące słońce nastrajało bardzo optymistycznie.


Choć niektórzy i tak wyglądali na zmartwionych. "Czy w ogóle coś zawieje na tym naszym Bałtyku" - przelatywało przez głowy rządnych przygód, młodych wilków, którym obiecałem...  morską przygodę ;)


Portowe dźwigi żegnały nas gestem, przypominającym ten, jakim niektórzy politycy zwykli zamawiać w barze piwo.


Od razu za główkami, lekko powiało. Duńska bandera powędrował pod prawy saling. A my obraliśmy kurs na największe miasto Bornholmu - Rønne.


Zapowiadało się super, ale po krótkim szkoleniu z bezpieczeństwa i obsługi morskiej toalety, nic już więcej ciekawego się nie wydarzyło.


Płynęliśmy więc sobie... Było nudno... Nikt jednak nie narzekał. Nie mieliśmy wszak nic innego do roboty.


Zdarzył się co prawda nagły alarm CZB, zwany z angielska MOB'em.


Coś tam po drodze nam w morzu zakwitło.



Ktoś tam pierwszy raz sobie posterował, robiąc od razu 8kn i ustalając w ten sposób rekord prędkości rejsu.


Coś dużego w pobliżu przepłynęło.


Inne coś na wobler się złapało...


...niestety się urwało.


Ale i tak w sumie nic takiego się nie działo...


I weź tu człowieku, pisz potem z czegoś takiego relacje.


Obcy - szósty, siódmy i...

ÓSMY PASAŻER MASQUENADE


Są ma świecie rzeczy, o których się hodowcom gołębi nawet nie śniło.

Wszyscy naiwnie myślą, że jak wywiozą swojego ptaka gdzieś w pizdu daleko i puszczą wolno, to ich wychowanek, kierując się jakimś super zmysłem terenowej orientacji, przeleci setki kilometrów, by wrócić wycieńczony do domu.

Nic bardziej mylnego!


Zarówno, bajki o ptasim móżdżku jak i legendarnych dystansach gołębi pocztowych, można wsadzić sobie już tylko w Wiadomości TVP. Ptaki te są o wiele bardziej leniwe i co za tym w parze idzie - o wiele inteligentniejsze niż przypuszczaliśmy.


Podczas przelotu na Bornholm odwiedziły nas łącznie trzy takie, spędzając po kilka godzin na pokładzie. Jeden sprawiał nawet wrażenie, jakby obserwował kompas. Nie stroniły w tym czasie od jedzenia i picia - niestety, również od związanych z tym, nieodzownie następujących czynności.


Z naszych obserwacji wyglądało, że taki sposób podróżowania mają opanowany do perfekcji. Jedynie podejście do lądowania na jachcie zdawało się wymagać dopracowania kilku szczegółów. Choć w zaobserwowanym przez nas kształcie, udowadniało sceptykom, że ponowny start gołębia, wpadniętego do wody, jest wysoce prawdopodobny, czyli możliwy.



Pierdolone muchy...

I DALBY JEBANE


Gdyby było mi dane śpiewać szanty w tamtym czasie, na pewno byłem bym zmienił lirykę tu i tam. Jakoś kiepsko mi się ogarnia parkowanie wśród tych wbitych w morze kołków. A jak jeszcze przyjdzie robić to w ciasnej marinie, przy silnym wietrze, w nocy, w nieznanym porcie i z załogą co to pierwszy raz... To nigdy nie wiadomo co z tego wyjdzie.


Tym razem wyszło. Była 2300, kiedy z pomocą przypadkowego niemieckiego żeglarza, który akurat miał nieszczęście znaleźć się w tym czasie na pomoście by odebrać rzucone sznurki, zacumowaliśmy w marinie Nørrekås na obrzeżach Rønne.

Nocne podejście wymagało trochę uwagi i refleksu sternika. Wejście do mariny zasłaniał  wewnętrzny falochron, którego nie było w locji, jaką dysponowaliśmy. Dobrze jest mieć przy sobie, w takich chwilach, Navionicsa.

Kolejnym wyzwaniem była mała przestrzeń manewrowa między dalbami, a usypanym, kamienistym falochronem, schodzącym łagodnie do dna. Aby nie przytrzeć kila należy trzymać się z dala o jakieś 3 metry od tego falochronu.


Opłaty postojowej można było dokonać w automacie, przy pomocy karty płatniczej, i to w języku polskim. Był to bardzo miły akcent na początek. Oczywiście miły był tylko interfejs użytkownika - nie sama płatność.


Większość jachtów przy naszej kei, należała raczej do prywatnych armatorów.


Nie było problemu ze zlokalizowaniem zaplecza sanitarnego portu, w którym znaleźć można było wszystko, co żeglarzowi potrzebne.


Port obfitował w zagadkowe artefakty.

Na pierwszym planie przymiarka do skandynawskiego Stonehenge.


A nieco dalej, jedne z pierwszych prototypów Albin Vegi.


Standard pobliskiej informacji turystycznej budził nasz podziw. Ilość broszur dostępnych w języku polskim, przekraczała możliwości czytelnicze, nawet dwutygodniowego urlopu.

 


Żeglarze i...

PEDAŁY


Jedną z planowanych atrakcji rejsu była wycieczka rowerowa. O znalezienie dowolnego typu dwukołowca na wyspie nie trudno. Najbliższa wypożyczalnia znajdowała się już 300 metrów od mariny.

Około godziny 1300 ruszyliśmy na północ wyspy, zostawiając za sobą panoramę Rønne.


Tempo wycieczki opóźniały spotykane po drodze, liczne plaże.


Lazurowy kolor Bałtyku zachęcał do kąpieli, pomimo braku strojów kąpielowych na naszym wyposażeniu.


I tylko temperatura wody przypominała o tym, że nie jesteśmy nad Adriatykiem.


Zamiast kąpieli uraczyliśmy się serią zdjęć.

Pierwsze - coś w rodzaju lojalki i wdzięczności za przyznane urlopy - poszło na firmowego Yammera.


Kolejne dwa udowadniały, że informatycy wcale nie są już tacy nieśmiali względem dziewczyn, jak byli w latach 90.


I posługują się już nie tylko kodem binarnym... Choć nadal pozostają niezrozumiani.


Czas naglił. Spotkany na jednym z postojów, miejscowy rowerzysta wydawał się być mocno zadziwiony, naszymi planami osiągnięcia północnego krańca wyspy, i powrotu, jeszcze tego samego dnia. Ruszyliśmy więc niezwłocznie w dalszą drogę, wzdłuż wybrzeża - aby nie zawieść człowieka, dla którego właśnie staliśmy się idolami.

Krajobraz zmieniał się z każdym obrotem naszych kółek i wkrótce zrozumieliśmy, że rower miejski kiepsko turla się po górzystych, leśnych drogach. Na mapie może i żadnych przerażających górek nie ma, ale w rzeczywistości podjazdy i zjazdy o kącie nachylenia powyżej 15% dawały nam w kość. Wiele byśmy wtedy oddali, za "górskie" przerzutki i bieżnik na oponach.


Trafiliśmy na wielobranżowy sklep, którego próżno szukać na mapach, czy w przewodnikach turystycznych. Niestety, przerzutek nie mieli.


Pędziliśmy niczym "Łatwi Jeźdźcy" Drogą 66. Wyzwolone z jarzma PRL-owskich traktorów, nowe pokolenie polskich kobiet, pokazywało całemu światu, że boso można nie tylko iść przez świat.


Jechaliśmy tak długo, że nie wstyd było już solidnie zgłodnieć. Znajdująca się na  naszej trasie, regionalna wędzarnia, w miejscowości Hasle, pojawiła się w samą porę.


W końcu spróbowałem tradycyjnego bornholmskiego Słońca nad Gudhjem. Była to tak wyjątkowa i długo oczekiwana okazja, że popiłem go najdroższym chyba piwem, jakie tylko w swoim życiu piłem (nie z wyboru - tańszego nie było).  Późniejsza wizyta w markecie uzmysłowiła mi, że cena przyporządkowana była bardziej do lokalu, niż do trunku.


Miejscówka godna polecenia - szczególnie w dni ciepłe i słoneczne. Przy okazji można też zwiedzić muzeum wędzarnictwa, na co my nie mieliśmy już czasu.


Napełnieni mieszanką piwno-śledziową, poczuliśmy moc. Dosiedliśmy nasze rumaki i ruszyliśmy z piskiem. Mi dla przykładu piszczał i zgrzytał nienasmarowany łańcuch, ocierający się o metalową osłonę.

Nie było już również czasu na zwiedzanie portu w Hasle, który minęliśmy ledwo o trzy rzuty beretem. Trudno - pomyślałem - będzie trzeba tu kiedyś przypłynąć ;)


Co jakiś czas skręcaliśmy z drogi rowerowej ku morzu. Ale widok plaż bez parawanów wydawał się nam jakiś niedorobiony.


Zaniechaliśmy części widokowej i popędziliśmy dalej na północ. Jako cel pośredni obraliśmy sobie ruiny zamku w Hammershus.

Narzucone przez innych tempo utrudniało mi robienie fotoreportażu z trasy. Udało mi się w locie utrwalić jedynie kilka migawek...

Dom miłośników wędzonych śledzi i konia podróżnika.


Dom miłośników wiatru (i deszczu) we włosach.


Domki miłośników japońskich hoteli kapsułowych.


Dom miłośników mieszkania w małym domku przy drodze.


Podróżowanie z dwoma certyfikowanymi administratorami mikrego softu, tłumaczy moje następne zdjęcie. Należy je oczywiście oglądać po angielsku.


No i na koniec jeszcze jakaś bezdomna fotka.


Ups! A to nie wiem skąd się tutaj wzięło... Tak wyglądała wycieczka od dupy strony.


Nie same przyjemności czekają jednak na rowerowej ścieżce życia. Stało się to czego obawia się każdy żeglarz na wyjeździe - złapaliśmy gumę.


Dobrze, że w komplecie z rowerami dostaliśmy zestaw naprawczy do dętek. Niedobrze, że nie dostaliśmy żadnego klucza do odkręcenia koła.


Szczęście w nieszczęściu - całe zdarzenie miało miejsce w pobliżu jakiegoś gospodarstwa. Uprzejmy tubylec, przerwał pracę przy koszeniu ogrodowego trawnika i zniknął w drzwiach swojego garażu. Po chwili wrócił z kluczem nastawnym.

Francuz i sprawne ręce dziewczyn zdziałały cuda. Aż miło było sobie popatrzeć - z boku.



Wzgórze

W RUINIE


Słońce dawno już minęło zenit, gdy nieco wyczerpani dotarliśmy przed zamek Hammershus. Parking rowerowy bardziej nadawał się do uwiązania koni, ale wpasowaliśmy tam jakoś nasze współczesne welocypedy.


Pewien drogowskaz narobił nam dużego apetytu. Niestety - jedyna na miejscu kawiarnia, była już o tej porze zamknięta.


Drogi do zamku strzegło tajemnicze graffiti...

Niby zwykły rycerz na koniu, a jednak było w tej sztuce ulicznej coś, co mnie przez chwilę zatrzymało...

Maluczki człowieczek - zakuty łeb, afiszujący się trójcą na kiju, ukrywający swoją mierność za orłem. Na dodatek wykorzystujący swojego czarnowłosego, posłusznego sługę, do prowadzenia wojny...

Coś, jakby przez chwilę mi się skojarzyło, coś pod czaszką zaskoczyło... To jakiś kod Leonard DiCaprio, czy coś w tym stylu - pomyślałem. Ale znając się na sztuce prawie wcale, nie siliłem się na pełne, przekazu ukrytego w czarnej farbie, zrozumienie.


Ruszyliśmy ku bardziej namacalnym śladom minionych wieków.


Krajobraz na zamkowym wzgórzu do złudzenia przypominał polskie miasta i wsie, jeszcze sprzed "dobrej zmiany".






Niektóre miejsca zdawały się być bardziej symboliczne od innych.


Całe szczęście, okiem można było rzucić również na otaczający ruiny krajobraz.



Potrzeby naszych fejsbukowych ścian nie dawały nam odpocząć.


Wychylając się nieco dalej, dawało się zauważyć (położony jeszcze bardziej na północ) kolejny bornholmski port - Hammershavn.


W pewnej chwili znaleźliśmy wyjście ewakuacyjne. Mimo, że zdawało się prowadzić ku stromej przepaści, wykorzystaliśmy je do symbolicznej emigracji z przygnębiających ruin.


Przepaść okazała się dobrze zabezpieczona poręczami, ale droga i tak wymagała od nas posiadania większej odwagi, niż przypuszczaliśmy.


Po prostu - trzeba było mieć jaja!


Krajobrazy widoczne z niższych pięter wzgórza, niczym nie ustępowały tym wcześniej utrwalonym na matrycach naszych aparatów. Ciężko było nam uwierzyć, że cały czas jesteśmy nad Bałtykiem.


Światło o tamtej porze dnia dopisywało. Rozproszyliśmy się więc nieco i zeszło nam trochę czasu na obfotografowaniu wszystkiego, co się w kadr zmieścić dało.



 





Końcowy odcinek ścieżki, również wymagał zaciśnięcia pośladów i wstrzymania oddechu. Saperskim... (a może jednak staropolskim) zwyczajem, kobiety puściliśmy przodem.


Po tym spotkaniu zrozumieliśmy, w jaki sposób mogły powstać, zapierające dech w piersiach zdjęcia, kreujące naszych mistrzów drugiego planu.


Ostatni raz rzuciliśmy okiem na ruiny Hammershus, oświetlane ostatnimi promieniami słońca i ostatkiem sił ruszyliśmy w dalszą drogę.


Głodni i zmęczeni, bardzo szybko (przynajmniej tak nam się zdawało) dotarliśmy do najbliższej miejscowości, w której jeszcze o tej porze była jakaś szansa na obiad.

Wybór padł na Allinge. W centrum tego niewielkiego miasteczka, ulokowaliśmy się w ogródku Restaurant Margeritten - restauracji serwującej regionalne dania w zaskakującej oprawie.


A i zacnej, regionalnej popitki w ofercie tam nie brakowało.


No ale w załodze zawsze znajdą się jacyś konformiści.


Zachodzące słońce, szybko i odczuwalnie, obniżało temperaturę powietrza. Restauracja była na to doskonale przygotowana. Koce reklamowe poszły w ruch. Właściwie w bezruch, ale dobrze zrobiły swoją robotę, mimo klimatu napojów chodzących


Powrót przebiegł dużo, dużo szybciej. Nie bawiliśmy się już w leśne ścieżki i plażowe widoczki. Hasłem przewodnim asfaltowego sprintu stał się wyścig z ciemnością.

Do Rønne wróciliśmy na tyle późno, że rowery zostawiliśmy już pod zamkniętą wypożyczalnią (praktyka często spotykana na wyspie) i wróciliśmy na jacht. Była godzina 2200.

Nasze nogi lekko odczuły te wypedałowane 50km, podczas gdy nasze delikatne, żeglarskie pupcie przeklinały każdą godzinę kontaktu z rowerowym siodełkiem.


Partyjka Dixita i butelka gorzałki pozwoliły nam zapomnieć o fizycznym bólu i wyciszyć się przed snem.


Dotlenieni i fizycznie przeciągnięci, zasnęliśmy tego dnia dość prędko. Na jachcie zawsze opłaca się zasypiać szybko - najlepiej jako pierwszy. W myśl tego co mówi stare żeglarskie przysłowie: "Kto pierwszy snem wpadnie w staw ciszy, ten chrapnięcia żadnego, ni pierdu nie usłyszy".


W hołdzie...

PIĄTEMU CHRISTIANOWI


24.05.2016 o godzinie 0930 wyswobodziliśmy się z dalb i opuściliśmy port Nørrekås. Obejrzeliśmy sobie przy okazji wejście do portu, bo jak wchodziliśmy w nocy, nie było takiej okazji.


Naszym zamiarem było opłynięcie Bornholmu od północy i zdobycie wyspy Christiansø.

Na tym etapie rejsu inicjatywę na jachcie wyraźnie przejęły dziewczyny. Zrzuciły nie tylko pokrowiec grota, ale i swoje zahamowania.


Aby ukryć swoją bezsilność udawałem, że zająłem się robieniem zdjęć.


Zawiedli się ci, którzy pod kobiecymi rządami, spodziewali się 2-daniowego obiadu z deserem. Otrzymali jedynie szkolenie z prac bosmańskich.


Na pogodę tego dnia nie wypadało narzekać.


Po postawieniu żagli, pozostało tylko stanąć za kółkiem...


I przy pomocy czujnego nawigatora...


Opłynąć wyspę, odwiedzając jeszcze raz ruiny Hammershus - tym razem od wody strony.


Na zakręcie panował wzmożony ruch.


Ale po wyjściu na prostą, opustoszało całkowicie.

Odczuliśmy natomiast silniej wschodni wiatr, przed którym dotychczas osłaniała nas wyspa. Trzeba się było nieco do-ubrać.


Przechył, i większa dynamika jazdy pod falę, przełamała nudę. Na twarzy naszej sterniczki, oprócz bajdewindowej fryzury,  pojawił się również bajdewindowy uśmiech.


Dziewczyny dosłownie opanowały jacht.



Nam - chłopakom, pozostała jedynie zabawa naszymi małymi gadżetami, noszonymi w spodniach.


Aż niewiarygodne, co potrafi, takie niewygodnie i uwierające w kieszeni, 7-calowe cacko z autofokusem.


Ale również wtedy dziewczyny starały się dominować.


W końcu jednak - odurzone niecodzienną dawką świeżego powietrza - straciły czujność.


A tę właśnie trzeba było wkrótce zwiększyć, aby nie przegapić celu naszej podróży. O godzinie 1630, na horyzoncie ukazał się skąpany w słońcu archipelag Ertholmene.


W końcu trafiło mi się jakieś podejście, do nieznanego portu, za dnia!


Po wpłynięciu za główki portu, przyszedł czas na robotę przy cumach i odbijaczach.


O tamtej porze, miejsca dla gości było dosyć. Po zrobieniu małego kółka rozpoznawczo-uspokajającego, przylgnęliśmy miękko prawą burtą do nabrzeża.


Kości zostały...

OBGRYZIONE


Chcąc wykorzystać pogodę, postanowiliśmy przełożyć obiad, na kolację i po zlokalizowaniu kibelka i opłaceniu postoju w automacie, ruszyliśmy zwiedzać.

Taka mała wyspa, a jak cieszyła!


W środku znaleźliśmy obrośnięte zielenią resztki kamiennych budowli.


Tu i ówdzie pojawiały się znienacka stawy i bajorka z cenną tutaj deszczówką.


A na skalistych brzegach, jak to zwykle bywa, znajdowały się skały.


Pomimo wyraźnej niechęci miejscowej ludności do turystów, znaleźliśmy drzwi stojące otworem.


Były też informacje dla turystów.


Z północnego brzegu dostrzec można było trawiastą wyspę Græsholm. W tym świetle wyglądała mało trawiaście.


Dziur w całym nie brakowało.


A w miasteczku...

Armata być musiała.


Wąskie uliczki. Nie dziwię się, że nie mają tam samochodów.


A tutaj przysłowiowe, najciemniejsze miejsce na wyspie.


Oskarża się kraje dalekiego wschodu o zmuszanie dzieci do pracy, a tu pod nosem, w EU nie jest dzieciakom lepiej. Może tylko tyle, że mogą wyjść ze swoją produkcją na ulicę.


Te skały, przy wejściu do portu, wybudowali chyba w złym miejscu. Należy byś cholernie ostrożnym przy podejściu.


A taką armatę, ktoś kiedyś ponoć odpalił tam nielegalnie. Wejście do portu jest czasem bardziej niebezpieczne, niż by się mogło z morskich map wydawać.


Dziewczynom, tego dnia najwyraźniej brakowało sztormowej pogody.


A tu skała i to co z niej można zrobić. Coś jakby zdjęcie mleka i sera.


Umieszczanie tabliczki z zakazem wchodzenia na mury, na tym samym murze - w przypadku krótkowidzów - mijał się z celem.


Znaleźliśmy nabieżniki! Lepiej późno niż wcale.


Sądząc po ilości armat, kiedyś musieli spodziewać się tam wielu nieproszonych gości. Albo hucznie obchodzili nowy rok. Dzisiaj wiemy, że gdyby nie częstowali polskich emigrantów napływowych kulami z armat, mury obronne mieli by pewnie lepsze, bo z zaprawą murarską.


Czas pokoju jest dla takich maszyn bezlitosny. Nasz dzielny Antek zapłakałby pewnie, na ten widok.


Przed obiadem, postanowiliśmy jeszcze zdobyć najwyżej położony punkt na wyspie.


Po 2 minutowej wędrówce...


Na wysokości 22 metrów, osiągnęliśmy szczyt.


Niestety - okazało się, że ktoś był już tu przed nami. Ech!


Trochę smutni - ale jednak spełnieni, postanowiliśmy wrócić i poszukać jadłodajni.

Puściliśmy się wąską, zarośniętą ścieżką, środkiem wyspy.


W jednej z wypełnionych wodą dziur w ziemi spotkaliśmy kilka kumkających głośno żabek. Dokładnie nie wiadomo czy było to kilka dziesiątek, czy może kilka setek.


A tak zapewnie, sąsiednie Frederiksø, widzi żaba.


Wyspa cierpi na wrodzony brak dyskotek, ale i tak postanowiłem jeszcze tam kiedyś wrócić.


W końcu trafiliśmy do jedynej, otwartej (i może w ogóle jedynej) na wyspie knajpki. Miała jeden szyld...


I jeden taras, na którym nie dane nam było jednak zasiąść. Nikt z nas nie rozumiał dlaczego, ale warunkiem złożenia obiadowego zamówienia, było zajęcie miejsca wewnątrz gospody. Byliśmy zbyt głodni by dociekać.


Wybraliśmy pierwszy stolik przy barze i od razu oddaliśmy się hazardowi. Gier, w sali jadalnej, nie brakowało. Planszówki i talie kart były ogólnie dostępne. Prawdziwe wrażenie skansenu kultury robiły jednak skórzane kubki do gry w kości, będącej wieloletnią tradycją na wyspie.

Pozostaliśmy przy kartach. Ilość rozegranych kolejek makao, kuku i innych gier dla opornych, była przerażająca. Pozostało mi jedynie topić marzenia o partyjce brydża, w kieliszku.


Menu restauracji zawierało kilkanaście pozycji, włączając w to napoje. Wybór jednego z czterech dań obiadowych był niezwykle łatwy - tylko dwa z nich były tego dnia faktycznie dostępne w bufecie.

Jedzenie smaczne i ładnie podane, choć drogie i w ilościach na pograniczu zaspokojenia głodu. Atmosfera za to pierwszorzędna. Wypite piwko rozweseliło nas do tego stopnia, że obsługa zaczęła dopytywać się o naszego dilera.

Pomimo prymitywizmu karcianego, staraliśmy się zachować kulturę. Byliśmy po prostu nadzwyczaj weseli, co pomogło sprowokować rozmowę z tubylcami.

Wszyscy byli zaskoczeni wizytą w knajpie Polaków, mających do niedawna opinię stłoczonych w porcie na małych, wylatanych jednostkach pływających i biesiadujących wyłącznie na ich pokładach.

Po konsumpcji i zapłaceniu rachunku, przy próbie wyjścia z lokalu, zostaliśmy prawie siłą zatrzymani przy stoliku.

Kiedy z kuchni wyszedł do nas, szerszy i wyższy od futryny w drzwiach kucharz, nikomu nie było do śmiechu. Odczuliśmy niepewność, a każdy z nas przeszukiwał starannie - acz w pośpiechu - swoje sumienie.

Czy aby napiwek był wystarczający? A może niedokładnie obgryźliśmy baranie żeberka? A co, jeżeli tutejszy zwyczaj zobowiązywał sytego klienta do tęgiego beknięcia, po zjedzonym obiadku, na znak zaznania smakowej rozkoszy? Czy może w końcu - to była najgorsza myśl - posiłki przygotowywane były z wcześniej dokarmionych turystów? Zgarbiłem się, wciągnąłem brzuch i napiąłem mięśnie jak do bąka, aby wyglądać na bardziej suchego i żylastego...

Poczciwy szef kuchni miał jednak zupełnie pokojowe zamiary. To co na wejściu błysnęło w jego dłoni, nie było tasakiem do mięsa, a jedynie tacą z deserami.

Ze smakiem zjedliśmy, specjalnie dla nas przygotowane, gratisowe babeczki i dziękując za szczególne miłe przyjęcie, opuściliśmy lokal o własnych siłach.

Kiedy wróciliśmy na łódkę, nabrzeże gościnne było już pełne jachtów, a do naszej burty właśnie przystawiał się drewniany s/y Gwarek.



Piwko i...

BRYDŻ


A jednak był brydż tego wieczoru. Nie do końca taki, o jakiego mi chodziło, ale za to ładny i zabytkowy.


Pobraliśmy z jachtowej lodówki zapas chmielowej herbaty i ruszyliśmy mostem na Frederiksø.


Nigdy wcześniej nie miałem chyba lepszej miejscówki na wypicie rytualnego, wieczornego browarka.


Kładące się do snu słoneczko, malowało nam piękne obrazki.



A w młodych krew znowu zawrzała i poczuli chęć na romantyczną sesję.


Ja odkryłem, że aby zyskać nieco cienia, najlepiej zaprosić na piwo kolegę, który jeszcze nie siedzi.


Słońce zaszło kilka minut po 2100. Kończyło się piwko, ale nikt nie był z tego powodu smutny. Kończył się bowiem kolejny, bardzo udany dzień naszego rejsu.



(O)Polska...

NOC


Nocka nie należała do najprzyjemniejszych. Liczni załoganci Gwarka, pomimo stosowanego żeglarskiego savoir-vivre, sygnalizowali butami swoje przegrupowania, z jachtu na keję i z powrotem. Ale to w tratwie normalne i nikt nie miał do nikogo pretensji.

Załoga tego ładnego drewnianego klasyka, wcale nie była drewniana. Z wnętrza słuchać było z cicha miłą dla ucha gitarę.


Jednak na innym jachcie rezydowali tej nocy inni rodacy  - amatorzy śpiewacy i zawodowcy pijacy!

Tacy jak oni, dość często są na wyspie powodem bezsenności, a i pewnie przyczyną, zauważonej przez nas, rezerwy miejscowej ludności do turystów.

Przez kilka pełno-nocnych godzin, słuchaliśmy rozgłaszanego całą siłą przepitych gardeł, spaceru wokół melodii. Od patriotycznych gniotów o ułanach, poprzez znośny folklor szant, aż po oklepaną klasykę polskiego rocka, z Jolką na przedzie.

Pomyślałem sobie wtedy, że obecny na wyspie posterunek policji, powinien chyba funkcjonować dłużej, niż tylko do godziny 1500.


Dobrze, że poranne widoki dnia następnego, szybko pozwoliły zapomnieć o uciążliwościach nocy. W drodze do kibelka na poranną kupę, zrobiłem jeszcze szybką i równie owocną rundkę z aparatem.






Sielanka nie trwała jednak długo. O godzinie 0900, nagle przyszła mgła i zrobiło się mało przyjemnie. Źle się działo, bo akurat nadszedł dla nas czas ruszać w dalszą drogę.


KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

KTO NIE MA DOSYĆ, NIECH KLIKA TUTAJ