23 listopada 2014

Rejs stażowy, s/y Czardasz (Tyler 31), 16-21.11.2014



Z wizytą u...

WŁADKA


Szukając możliwości wypływania stażu morskiego, znalazłem w sieci dość ciekawie brzmiącą ofertę, pod tytułem "Mała załoga, dużo pływania". Dla mnie brzmiało niezwykle zachęcająco.

Na kursie Żeglarza Jachtowego, podczas zajęć praktycznych, w kolejce do steru oczekiwało się do znudzenia. Tak już jest na szkoleniach, że najdłużej przy sterze utrzymują się najbardziej w sztuce żeglarskiej oporni. Zbyt późno załapałem, że wykonując manewry mniej perfekcyjnie od innych można dłużej pozostać w roli.

Perspektywa posiadania władzy nad sterem przez kilka godzin wachty, powodowała więc u mnie ślinotok.

Organizatorem rejsu był doświadczony, ponad setką pełnomorskich rejsów, sternik - Krzysztof. On to na własnoręcznie odremontowanym i wypucowanym na połysk s/y"Czardasz" (Tyler 31), od kilku lat pływał po morzach dużych i małych.


Sam pomysł, pierwszego w życiu wyjścia 9-cio metrowym jachtem na pełne morze, na cały tydzień, budził we mnie tyle samo podniecenia, co strachu. Był już listopad. A Bałtyk, o tej porze roku, nie bywa zbyt spokojny.

Pierwotnie zakładaną trasą rejsu był przelot z Gdańska na Bornholm. Niestety, warunki na morzu spowodowały, że poprzedni rejs zakończył się we Władysławowie i tam miała właśnie rozpocząć się nasza wyprawa.

Dojazd pociągiem z Trójmiasta do "Władka" był raczej bezproblemowy i nawet pomimo wprowadzenia w tym okresie komunikacji zastępczej, na trasie Puck-Władysławowo, dotarłem na miejsce w niecałe 2 godziny.

W zastępczym autobusie poznałem Michała - jednego z towarzyszy mojej przyszłej, kilkudniowej niedoli. Nie trudno było się nam rozpoznać - niewielu pasażerów, o tej porze roku, pcha się do Władka z plecakiem i śpiworem.

W porcie panowała typowa jesienna Bałtycka pogoda. Na jedynym w porcie jachcie, przycumowanym przy Nabrzeżu Jachtowym alongside (y-bomy montowane są tylko na sezon), czekali już skipper Krzysztof, Marcin i drugi Michał - z Gliwic. Jak się okazało - byłem na rejsie jedynym pomorskim lokalsem.


Po krótkim przywitaniu nastąpiła szybka akcja przydziału miejscówek. Mnie, jako niestandardowo długiemu, przypadła koja w mesie, z czego byłem raczej zadowolony.

Jacht projektowany był w latach 70-tych - w czasach, gdy zwracano uwagę przede wszystkim na dzielność jednostki. W morze wychodzili, w większości żeglarze pragnący przede wszystkim dobrze pływać - wygoda mieszkalna była na dalszym planie.

Hotelowa przestronność wnętrza - tak charakterystyczna dla nowoczesnych konstrukcji jachtowych - była wtedy ograniczona mocno tendencją budowania wąskich kadłubów. Kadłuby te, już samym swoim kształtem, zapewniały większą dzielność morską i "miękką" pracę jachtu na fali.
Zwolennicy nowoczesnych plastykowych mydelniczek, w kształcie żelazek, wytykają powolność tego typu konstrukcjom. Niezależnie od korzyści, czy wad nautycznych, ciasne kadłuby nie dawały pola do popisu morskim architektom wnętrz.

Nasz jacht posiadał 2-osobową kabinę dziobową, dwie koje w mesie oraz skiperską hundkoję na rufie, "zintegrowaną" ze stanowiskiem nawigacyjnym.

Koję rufową, z racji pełnionej na jachcie funkcji, zajmował Krzysztof. Ja cieszyłem się, że nie czeka mnie rzyganie w dziobowej, która na kursach na falę ma prawdopodobnie największą amplitudę.

Koja w mesie zapewnia może mniej prywatności i spokoju, ale jest za to bardziej stabilna i mniej klaustrofobiczna. Fartuchy sztormowe, w które wyposażone były koje w mesie, dodawały tym miejscówkom kilka dodatkowych punktów mocy.

Po upakowaniu się na jachcie, odwiedziliśmy serwującą zacne jadło pobliską gospodę "U Chłopa". Pojedliśmy do syta, a przy okazji trafiliśmy na poczęstunek grzanym winem.


Na fali, w rytmie...

CZARDASZA


Tuż przed rejsem Krzysztof wypowiedział prorocze słowa, które wtedy puściłem prawie mimo uszu, traktując jako żart, który miał nas trochę wystraszyć. Chodziło mu o jakieś sponiewieranie na morzu, które nas czeka podczas tego rejsu.

Z tą poniewierką było niestety zupełnie tak jak mówił. Około godziny 1600 wciągnęliśmy cumy na pokład. Zaraz przy wyjściu z portu dostaliśmy dużą falę przybojową. Jak dla mnie o wiele za dużą. Jacht wspiął się na nią dzielnie, ale zwalając się w dolinę, zaraz potem na pokład weszła kolejna, w którą zaryliśmy dziobem.

Całe szczęście byłem już w zapiętym sztormiaku. Jako pierwszy zgłosiłem się do steru, więc byłem przygotowany, od stóp do głów na nocną wachtę. W każdym razie, w ciągu pierwszej minuty rejsu byliśmy już zaznajomieni z morską solą.

Tylko Krzysztof, mający nienaganny refleks i wyczucie chwili zdołał schować się na czas do zejściówki pod szprycbudę. Reszta dostała słony i zimny prysznic wprost na niezakapturzone jeszcze głowy i w niedopięte sztormiaki.

W odległości kilkudziesięciu metrów od główek portu fala była już bardziej regularna i mniej stroma. Ustawiliśmy się z kursem do półwiatru.

Był to wtedy najbardziej przerażający dla mnie kurs, ze wszystkich możliwych. Dwumetrowe fale nadchodziły prosto na burtę, co powodowało u mnie obawy o wywrotkę jachtu. Przed oczami przechodziły mi, jeden po drugim, scenariusze morskich filmów katastroficznych, w których niemal standardem jest obrócenie statku burtą do fali tuż przed katastrofą. Póki co, cała moja wiedza o sztormach pochodziła właśnie z takich filmów.

Na szczęście, obawy nie były uzasadnione i wynikały z mojego braku doświadczenia oraz nieco asekuracyjnego stylu bycia. Krzysztof od niechcenia stwierdził, że jeszcze sporo brakuje nam do wywrotki, a stan morza daleki jest od niebezpiecznego. I tak faktycznie było.

Mijały godziny, a ja coraz mniej spinałem się na każdą kolejną przychodzącą falę. Jacht doskonale sobie z nimi radził. W utrzymanie rumpla przy korygowaniu kursu trzeba było włożyć trochę siły, ale większość energii i tak marnowałem na paniczny uścisk knagi, której trzymałem się asekuracyjnie. Napięcie mięśni, wynikające trochę ze strachu, a trochę z braku techniki utrzymania się nieruchomo w rozkołysanym kokpicie, objawiło się na drugi dzień, odczuwalnymi zakwasami wszystkich mięśni - nawet tych o których istnieniu nie miałem wcześniej pojęcia.

Po jakiejś godzinie od rozpoczęcia rejsu zaczęła się prawdziwa impreza. Wszyscy po kolei na zmianę, a czasem i jednocześnie, walcząc o miejsce, przewieszali się przez relingi, oddając hołd Neptunowi. Trwało to nieprzerwanie przez ponad dobę. Nigdy wcześniej nie widziałem tak niewielu, zwracających tak wiele.

Jednoosobowe nocne wachty trwające 3 godziny zdawały się ciągnąć w nieskończoność. Pierwsza godzina mijała zwykle dość spokojnie. Wiatr na twarzy, wchodzące od czasu do czasu na pokład fale, wypełnione wiatrem żagle i prędkość jachtu ponad 5 węzłów dawały niezapomniane wrażenia. Rzyganie schodziło mentalnie na drugi plan.

W drugiej godzinie wachty zerkało się już nieśmiało na zegarek i zaczynało się zauważać te mniej przyjemne rzeczy. Zimno było przenikliwe, a nocą ciemność jak w D u Afroamerykanina.

Pomimo ubrania się we wszystko co możliwe, w trzeciej godzinie wachty zaczynało się zagłuszać własne myśli szczękającymi z zimna zębami. Najbardziej marzły stopy. Pomimo, że miałem na sobie dwie pary wełnianych skarpet i kalosze z ocieplaczami filcowymi, po zejściu do mesy mijały ze dwie godziny, zanim czułem w stopach ponownie komfort termiczny.

Ostatnie minuty na wachcie doskonale oddawały myśl zawartą w wypowiedzi wujaszka Alberta na temat względności czasu. Odliczało się minuty, które zdawały się wtedy być godzinami. A jeszcze do tego wszystkiego zmiennik, walczący jednocześnie ze sztormiakiem i chorobą morską, nie zawsze zjawiał się na czas.

Mnie osobiście, zebranie się z koi, odwiedzenie kibelka i ubranie sztormiaka zajmowało około 45 minut. Każdy niemal ruch wywoływał wspomnienia po ostatnim posiłku wywracając żołądek na drugą stronę.


Do odwodnienia i wycieńczenia z powodu niezdolności do przyjmowania pokarmów, dochodził jeszcze w moim przypadku kompletny brak snu. Jakoś zapomniałem o spaniu, będąc stale zajęty rzyganiem. W drugiej dobie rejsu dawało to o sobie coraz bardziej znać.

Zmęczony do granic, z trudem potrafiłem już wtedy wyostrzyć wzrok na kompasie, a godziny na wyświetlaczu LCD zdawały się pojawiać w sposób losowy. Bieżąca wachta myliła mi się z poprzednią. I tak zaczynając sterować o 0300, około 0530 wypatrywałem z utęsknieniem końca o 1800, zgłaszając przy tym kapitanowi awarię zegara.

Nie było to jedyne tragikomiczne zdarzenie, które pozostało we wspomnieniach z tego rejsu. Nic nie przebije krążącej wokół nas rosyjskiej łodzi patrolowej... Ale to są już "morskie opowieści" na inny rejs, lub spotkanie w tawernie.


W końcu...

SPOKÓJ


Dopiero w drugiej dobie rejsu, błędnik zaczął się powoli przyzwyczajać. Morze też trochę odpuściło. Mogłem w końcu uzupełnić braki płynów. Na jedzenie nadal nie miałem ochoty - na siłę wmuszałem w siebie banana. Z prawdziwą radością przyjąłem to, że bez napadów nudności, mogłem w końcu pod pokładem przyjmować inne pozycje poza leżeniem na plecach z zamkniętymi oczami.


Udało mi się również trochę nadrobić braki snu. Przez kolejne godziny reju odczuwałem coś w rodzaju euforii. Nie wiem czy było mi wtedy tak dobrze, czy po prostu przestało mi być aż tak źle. W każdym razie zacząłem oddychać pełną piersią i rejs zaczął sprawiać mi prawdziwą przyjemność. Ostentacyjnie też dałem do zrozumienia swojemu błędnikowi, że już mną nie rządzi. Zacząłem czytać, znalezione w jachtowej biblioteczce Krzysztofa, "Opowieści nawigacyjne" Józefa Gawłowicza - ciekawa lektura, co zdawała się potwierdzać zużyta okładka.



Spóźnieni na...

KONCERT


Odzyskując przytomność umysłu zorientowałem się, że nie płyniemy tam gdzie zamierzaliśmy. O zmianach planów z Bornholmu na Gotlandię, wiedziałem przed wypłynięciem. Ale okazało się, że ktoś na wachcie przysypiał i nie trzymał się wystarczająco ostro do wiatru, który w międzyczasie odkręcił z E na N. Kapitan, oceniwszy nasze położenie względem prognoz, podjął decyzję o zmianie kursu na port Lipawa (łot. Liepāja). I w taki oto sposób, nad ranem, zamiast w Danii wylądowaliśmy na Łotwie.


Ljepaja to kolejna po Władysławowie przystań, w której byliśmy jedynym jachtem żaglowym. Ze względu na porę roku, nie dziwiło nas to. Dostarczyliśmy listę załogi do recepcji Hotelu Promenada, gdzie również opłaciliśmy postój i tym samy uzyskaliśmy całodobowy i nielimitowany dostęp do pryszniców w marinie. Ciepła kąpiel i możliwość wysuszenia sztormiaków była dla nas w tamte dni luksusem.

Po kąpieli i ogarnięciu wnętrza jachtu ruszyliśmy na wieczór w miasto. Trochę czasu błądziliśmy szukając jakiejś pijalni chmielowej herbaty. W końcu, zaczepieni przez nas na ulicy uczynni tubylcy odprowadzili nas do drzwi jednego z tamtejszych lokali. Na bramce zostaliśmy zatrzymani z powodu mało wyjściowego stroju Marcina, którym były spodnie od sztormiaka. Bar nie sprawiał wrażenia wytwornego, a że nie dojrzeliśmy wśród innych klientów ni jednego krawata, postanowiliśmy iść w zaparte. Poskutkowało i już po chwili raczyliśmy się regionalnym złotym trunkiem. "Na jednego" zaprosiliśmy również dwójkę naszych łotewskich przewodników.

Liepaja nie rzuca swym urokiem na kolana. Kiedy zwiedzaliśmy miasto następnego ranka, ciężko było znaleźć coś interesującego.

Tuż obok przystani, na przeciwległym brzegu kanału, znajduje się stary cmentarz z rozpadającymi się, zaniedbanymi i pewnie zapomnianymi już nagrobkami i grobowcami..



Po mieście próbowaliśmy poruszać się szlakiem osadzonych w chodniku nutek, które miały nas oprowadzić po wartych uwagi punktach miasta - uważanego za stolicę łotewskiej muzyki. Szybko jednak zrezygnowaliśmy. Tego dnia zabrakło nam chyba odpowiedniego nastroju i artystycznej wrażliwości. Dotarliśmy na targ, gdzie oprócz jabłek, kupiłem sobie czapkę (ta, którą miałem, niesamowicie się rozciągnęła pod wpływem słonej wody). Potem dopiero zauważyłem na metce "Made in Poland". Czyżby istniał zakątek świata nie opanowany jeszcze przez Chińczyków.

Wyjście poza ścisłe centrum miasta dostarczało za to wrażenia podróży w przeszłość. Żałowałem, że nie zabrałem ze sobą mojego aparatu fotograficznego i skazany byłem na kadrowanie komórką. Dzielnice zabytkowych, często rozpadających się domów i kamienic są zawsze wdzięcznym tematem do zdjęć.



Takie architektoniczne kąski znajdują się jedynie w okolicach centrum. Gdy jechaliśmy autobusem w kierunku byłej bazy radzieckich okrętów podwodnych, przez cały czas, za oknem ciągnął się bardziej monotonny widok. Szare, obskurne bloki mieszkalne miały już za sobą lata swojej świetności i wyglądały naprawdę przygnębiająco.


Od kierowcy autobusu dowiedzieliśmy się, że trafiliśmy akurat na narodowe święto. 18-go listopada 1918 w Rydze nastąpiło proklamowanie niepodległości.

Zamierzając zwiedzić pozostałości po porcie Marynarki Wojennej ZSRR, można przy okazji zajrzeć obok do prawosławnej cerkwi św. Mikołaja. Nie wiadomo czy bardziej zaskakującym jest spodziewając się świątyni ujrzeć jej otoczenie, czy spacerując po blokowisku niespodziewanie ujrzeć odstającą architektonicznie od reszty cerkiew.




Po mojej pierwszej od kilkunastu lat wizycie w kościele, udaliśmy się na najdłuższy pirs jaki widziałem i jaki dane mi było przejść własnonożnie. Nie dość, że ustrojstwo miało prawie 2 km, to jeszcze od połowy swojej długości zaświadczało o jakości radzieckiego betonu, użytego do jego budowy. Spacer na koniec budowli przypominał górską wędrówkę - i to wtedy, gdy zboczy się przez pomyłkę z wytyczonego szlaku.



Widok starej "kozy" od razu obudził u mnie empatię i współczucie dla wszystkich, którzy musieli zimową porą odbębniać wartę na tym skrawku betonu wysuniętym we wzburzone morze. Chciałoby się lepiej wierzyć, że w tym miejscu poniewierali się dużą ilością gorzałki, imprezujący weseli sołdaci.


W pewnej chwili postanowiliśmy przetestować samowyzwalacz aparatu Michała - nie pamiętam już którego.


Po powrocie do portu czekała na nas niespodzianka w postaci głośnych i efektownych fajerwerków, na cześć niepodległego państwa. Chcieliśmy również pójść na koncert, który rozkładał się przez cały dzień na placu niedaleko mariny. Ale skończył się zaraz po fajerwerkach około godziny 1900, zanim zdążyliśmy zjeść na obiado-kolację pyszny krupnik (specjalność kapitana) i włożyć nasze stroje wieczorowe.



W mieście...

"K"


Wiatr zmienił się na kierunek E, wobec czego postanowiliśmy na noc, pod osłoną brzegu, przeskoczyć do Kłajpedy.

Pomysł był bardzo dobry. Wiatr od lądu nie miał miejsca na zbudowanie fali, a my spokojnie - półwiatrem, po kilkunastu godzinach dotarliśmy na Litwę.

Dane mi było wachtować podczas nocnego podejścia. Nie widząc wcześniej planu portu ani locji, kierowałem się według poleceń, czuwającego nad wszystkim Krzysztofa. Ilość świateł miasta skutecznie oślepiała mnie w rozpoznawaniu tych właściwych - nawigacyjnych. "Płyń na tą czerwoną pławę" nie za wiele mi wtedy mówiło, kiedy widok przysłaniał las czerwonych światełek. I tak zdarzyło mi się od czasu do czasu, przez kilkanaście minut płynąć na jakiś bliżej nieokreślony maszt radiowy, czy inne budowle naznaczone czerwonym światłem.

Wejście do mariny prowadzi kanałem portowym i ujściem rzeki Dangi. Marina położona jest w starym forcie. Do fosy fortu gdzie mieszczą się pomosty cumownicze, wpływa się po otworzeniu obrotowego, obsługiwanego ręcznie mostu, będącego atrakcją samą w sobie.

Wchodząc w nocy przycupnęliśmy alongside, przed mariną (przed zamkniętym o tej porze mostem). Nabrzeże w tym miejscu stanowczo nie jest przystosowane swoją wysokością do jachtów wielkości "Czardasza". Aby wyjść na ląd trzeba było wcelować w okolice drabinek.


Zmęczony wachtą, poszedłem spać zaraz po zacumowaniu. Kiedy się obudziłem, staliśmy już wewnątrz mariny. Operację otwierania mostu widziałem dopiero na drugi dzień, przy wychodzeniu z mariny.



Wewnątrz było nawet przyjemnie i można było upolować zdjęcie ciągle jeszcze pływających zabytków sztuki szkutniczej, wykonanych prawie w 100% z drewna.


Budynek mariny mieści od frontu bosmanat, restaurację i hotel, a zachodząc od tyłu i posiadając kartę magnetyczną, można skorzystać z toalet i pryszniców. Stojące wokół mariny odnowione, stare budynki spichlerzy robią dzisiaj za hotele.


Po ogarnięciu się ruszyliśmy w miasto. Jak przystało na nieplanowaną wizytę, nie byliśmy uzbrojeni w informacje z przewodników turystycznych. Mimo wszystko, coś tam udało nam się zobaczyć.

Charakterystyczne, widoczne z daleka budynki, tworzące wyimaginowane "K", nie pozwalają pomylić się w nawigacji z innym miastem.


Włócząc się z jednego kąta w drugi, natknęliśmy się na jeden z symboli miasta. Jest nim odremontowany, prawie "from scratch", żaglowiec "Meridianas", na którym obecnie znajduje się restauracja.


Tuż obok dużej białej łódki z masztami można zapewnić sobie cały rok szczęścia, dotykając jedynego w swoim rodzaju guzika kominiarza. Aby zadziałało, trzeba tego niestety dokonać w Nowy Rok o poranku. Czyli chyba nie kłaść się spać po sylwestrowej bibie.


Oprócz fortu, w którym znajduje się marina, zwiedzić można też inny. Osobiście wolałem ten z jachtami.


W parku rzeźb obejrzeć można w dużej ilości kamienie ciosane na różne style - od klasyki Majów po współczesną industrialną awangardę.


Mnie od razu rzucił się w oczy linuxowy akcent pewnego zakątka parku..


Można też było manualnie się wyfotoszopować i złapać się za cycki. Po tym ujęciu zrozumiałem, że muszę jeszcze popracować nad talią.


Przy tej formie sztuki nie mieliśmy jasności. Interpretacje rozbiegały się nam od Czarnej Madonny, do Luka Skywalkera.


I tyle by było z Kłajpedy. Z ciekawostek widzieliśmy jeszcze popularne w tym rejonie "małe wódeczki, co to jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziły". Pakowane w plastikowe pojemniki o podręcznej, jednorazowej objętości, spoczywały w dużych ilościach na tamtejszych półkach sklepowych. Po skromnym nocnym melanżu, doprawionym ostrą polityczno-religijną dyskusją, wywołaną przez Marcina - grzecznie zalegliśmy w kojach. Następnego dnia ruszyliśmy w drogę powrotną do Trójmiasta.



Całus w...

KLAMKĘ


Skuszeni opowieściami Krzysztofa na temat zacnego, muzycznego klimatu helskiej tawerny "Kapitan Morgan", postanowiliśmy spędzić wieczór na tej znanej turystom końcówce Półwyspu.


Do portu na Helu dobiliśmy porą dzienną, więc jak przystało na dużych chłopców - poszliśmy w las. Dziura w napotkanym płocie okazała się wystarczająco duża, dla trzech takich jak my.




Po wyjściu z lasu, w drodze powrotnej do portu, też było na czym oko zawiesić..



Na piwko pod...

ŻURAW


Niestety, "Kapitan Morgan" nie zamierzał tego wieczoru otworzyć dla nas swych wrót. Nie widząc sensu w przesiadywaniu na Helu, postanowiliśmy na szybko przepłynąć do Gdańska.

Przejście kanałem portowym do gdańskiej mariny w nocy zawsze dostarcza atrakcyjnych wrażeń estetycznych.



Po zacumowaniu w marinie Szafarnia, poszliśmy jeszcze zrobić jedno pożegnalne w tutejszym Hotelu Brovarnia. Piwko okazało się bardzo zacne. Żarło niestety drogie i podłe.


I tak oto dobiegł kres mojej pierwszej morskiej przygody. Rejs, który dał mi w niecały tydzień 79 godzin morskiego pływania, ale był czymś dużo więcej niż tylko odbębnieniem części stażu dla PZŻ.
Dzięki tym kilkudziesięciu godzinom, na nieco bardziej niż zwykle pomarszczonym morzu, doświadczyłem czym jest całodobowa morska żegluga. Poczułem siłę i potęgę morza, ale i też przestałem się go panicznie bać.

Z tych jeszcze pozytywnych rzeczy - uświadomiłem sobie jak dużo wysiłku trzeba dać z siebie, aby mimo choroby morskiej, wycieńczenia i przenikliwego zimna, stawić się na wachtę i wziąć na kilka godzin odpowiedzialność za jacht i bezpieczeństwo załogi. Zrozumiałem, że każda ciężka chwila na morzu jest wyzwaniem przeciw własnym słabościom i lękom, które trzeba pokonać - bo po prostu kurna nie ma innego wyjścia.

Wbrew temu na co liczyła po cichu moja żona, trudne warunki listopadowego Bałtyku nie wystraszyły mnie i nie zniechęciły do pływania. Stało się wręcz odwrotnie. Od tamtego czasu ciągnie mnie na morze, jak księdza do burdelu.

Krzysztofa i jego "Czardasza" polecam jak najbardziej wszystkim, którzy chcą pod opieką doświadczonego skippera poczuć, czym jest prawdziwa morska przygoda.