21 sierpnia 2016

Rejs "Rodzinna Twierdza", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 20.08.2016


Śledząc moje wpisy wiecie już zapewne, że żeglować nie umiem - choć bardzo lubię. Nie wiecie natomiast jeszcze, że nie umiem gotować - choć czasem muszę.

Zdarza mi się jednak robić te dwie rzeczy naraz, i to bez przymusu bezpośredniego. Tak też stało się, pewnej sierpniowej soboty 2016 roku.

Tego dnia, zadomowione na łódce pająki szeroko rozdziawiły japy, aż im wszystkie muchy i komary z pajęczyn powypadały. Po raz pierwszy bowiem, z kambuza Santa Pasty, nie dolatywał zapach fasolki z puszki, czy też innej zupy chińskiej.

Gdzie żeglarzy sześć, tam...

LECZO

Tak to już w przyrodzie się dzieje, że pokrojone, działkowe pomidory i papryka, wraz z  podsmażoną kiełbaską, po podduszeniu na patelni, zamieniają się w pyszne leczo. Korzystając z tej wiedzy, przygotowałem przynętę.


Dały się na nią złapać aż trzy pokolenia żarłoków. Chętnych było tylu, że po raz pierwszy, przydzieliłem przed rejsem wszystkie, dostępne na Santa Pasta, osobiste środki ratunkowe.

Z AKM na Górkach Zachodnich, wyruszyliśmy dopiero o 1130. Pierwsi do steru zasiedli seniorzy.


A młodzież jak zawsze ciągnęło do przodu.



Zaczęliśmy rejs przy słabym wietrze, wiejącym około 5kn, co przekładało się na nasze 2kn prędkości nad dnem. Fajnie się płynęło, choć trudno mi było w takich warunkach przekazać, czym jest żeglarstwo morskie.

Aby odwrócić uwagę od wody i pogody, przygotowałem drugie śniadanie. Kawa i drożdżówki doskonale grały na zwłokę.


Przy ostatnich kęsach, żagle nareszcie zapracowały. W końcu coś powiało, na tej naszej Zatoce. W pełnym bajdewindzie robiliśmy już 5kn i można było w końcu poczuć wiatr we włosach. Oczywiście, należało wcześniej zdjąć czapkę.


Rejs zaplanowany został - z premedytacją - jako małomorski. Z Górek Zachodnich, tylko trochę odpłynęliśmy od lądu - tak aby bezpiecznie ominąć Port Północny i złapać pozytywny hals do ujścia Martwej Wisły.

Po zgłoszeniu, w Kapitanacie Portu Gdańsk, naszego zamiaru odwiedzenia Twierdzy Wisłoujście, weszliśmy do portu. Szybko przemknęliśmy przy pomniku Westerplatte i mijając kilka holowników, już po kilkunastu minutach byliśmy przy murach twierdzy.

Z wcześniejszej rozmowy telefonicznej, z przystanią Polskiego Klubu Morskiego, dowiedziałem się o braku miejsc w tamtejszej marinie. Postanowiłem więc zaparkować nieco dalej, obok przystanku tramwaju wodnego numer F5.

Pięć, plus fotograf - kiedy wysiedliśmy z łódki, dało się w końcu policzyć wszystkich uczestników wyprawy.


Zostawiliśmy nasz jacht na cumach i poszliśmy zwiedzać.


Do celu prowadził zabytkowy most zwodzony, strzeżony przez rodzinę łabędzi.


Przy okazji, rzuciliśmy okiem na marinę. Szkoda, że miejsce o takim potencjale i tradycji, jest dzisiaj tak zaniedbane. Na szczęście, jak słyszałem, ma się to zmienić na lepsze.


Choć niektórym z nas wydało się ono już wyposażone ponad standard.


Na wieży i...

W TWIERDZY


Twierdzę Wisłoujście próbowałem zdobyć wcześniej już kilka razy, ale dopiero tego dnia, udało mi się zastać jej bramę otwartą.


To dobrze, bo ciężko by było sforsować ją bosakiem, a nawet spinakerbomem.


Timing mieliśmy znakomity. Trafiliśmy akurat na nową turę z przewodnikiem. A ponieważ, tylko tak można było dostać się do środka, szybko kupiliśmy bilety i dołączyliśmy do grupy.


O Twierdzy Wisłoujście nie wiedziałem zbyt wiele. Nigdy się tym zabytkiem jakoś szczególnie nie interesowałem.


A szkoda, bo historię miał niezwykle ciekawą.


I tylko żal, że tak niewiele przetrwało do naszych czasów.


Na szczęście ostała się wieża - i to tylko dlatego, że służyła za latarnię morską.


Zwiedzanie wymagało przemieszczania się w pionie - tak jak kiedyś wymagało tego drewno, podtrzymujące płomień, na czubku latarni.


Ale widok ze szczytu wieży, wynagradzał włożony wysiłek.



Choć piwnice też miały swój klimat.


I wyjście ewakuacyjne.


Oprowadzający nas przewodnik, to właściwy człowiek na właściwym miejscu. Chciałbym też tak lubić swoją pracę. No ale ja w biurze nie mam armaty.


Dziadek - dawny artylerzysta - przy armacie, udzielał się najbardziej z całej naszej grupy. Babcia była z niego niezwykle dumna.


A na koniec, z armaty można było sobie wystrzelić. Nominowaliśmy młodego - wszak taki się jeszcze w życiu nie nastrzelał.


Muzeum dość dynamicznie i stale się rozwija. Z tego co się dowiedzieliśmy, to raz na kilka(naście) miesięcy powstaje tam nowa ekspozycja. Właśnie trafiliśmy na jedna taką, świeżo udostępnioną.

Trochę z początku przypominała sklep odzieżowy.


Potem AGD, po trzęsieniu ziemi.


Następne było szkło. Niby oznaka statusu, w tamtych czasach - rozumiem, ale żeby regularne wojsko posługiwało się w walce tulipanami?


Aha - dowiedziałem się, co się stało z ołowianymi żołnierzykami, którymi bawili się kiedyś nasi rodzice. Jak widać, nie wszystkie poszły na balast do łódek.


A na koniec trochę impresjonizmu - znaczy się - monet.



Po zwiedzaniu, usiedliśmy na chwilę na dziedzińcu twierdzy. Doszło do mnie wtedy, jak wspaniały zabytek - praktycznie klasy zerowej - posiadamy u siebie w Gdańsku, i że nie podskoczy nam tu żaden Wawel.

W kiosku z pamiątkami nie mieli, co prawda zimnego Lecha, ale kupiliśmy sobie smaczne lody.

Wróciliśmy na łódkę, gdzie odgrzałem leczo. Zasiedliśmy w kokpicie, do obiadu.


Na świeżym powietrzu, wszystkim smakowało. Tak przynajmniej twierdzili ci, którzy nie chcieli wracać do domu tramwajem.


A mieli taką okazję.


A po obiedzie ruszyliśmy w głąb portu, do dobrze już mi znanej, z czarterowych rejsów, mariny w śródmieściu.


Gdzie żagiel nie może...

TAM SILNIK DOJEDZIE


W wyniku pewnej improwizacji, w gdańskiej marinie nastąpiła częściowa zmiana załogi.

Elizę z juniorami wchłonął, odbywający się w te dni Jarmark Dominikański. A szczęśliwym zbiegiem okoliczności, przebywający z dzieciami na wywczasie w Gdańsku, mój zacny kolega Marcin, dał się namówić na przejażdżkę do Górek.


Dzieci powoziły przez cały kanał portowy, ale jak wyjechaliśmy z portu na Zatokę, stało się i ciemno, i nudno. Zrobiło się nam też niedobrze pod wiatr, który miał już wtedy ok 10kn.

Mrok, wybudowana na prawie 35 (a może i nawet 36cm) fala, oraz kurs halsującego jachtu, nie do końca zbieżny z celem podróży, zaniepokoił moją mamę. Podczas gdy tata, z resztą załogi, delektował się magiczną, nocną żeglugą przy księżycu i gwiazdach, mama z uporem wypatrywała zagrożeń, odpalając jednego cygareta od drugiego.

- Czy ten statek na nas płynie?
- Który? Tamten? Nie. Stoi na kotwicy. Nie nosi świateł nawigacyjnych statku w drodze.
- Ale ja widzę, że on płynie prosto na nas.
- To fala rozbijająca się o stojący na kotwicy kadłub daje takie złudzenie.
- No, nie wiem... On się przesuwa...

Po chwili - bardzo krótkiej chwili.

- Gdzie ty płyniesz? Co tam jest?
- Hel?:)
- To dlaczego nie płyniemy tam gdzie mamy płynąć?
- No bo... - starałem się wytłumaczyć, że wiatr, kierunek, żagle, itd. -  Zaufaj mi, jestem inżynierem ;)
- No to czemu nie włączysz silnika. Włącz ten silnik!

I tak płynęliśmy sobie w atmosferze wzajemnego niezrozumienia. Mimo, że żegluga była pierwsza klasa (umiarkowany, ciepły, letni wiaterek, gwieździste niebo, poświata księżyca na wodzie, i inne takie romantyczne bzdety), to jednak robiło się już późno. Dzieciaki poległy dawno w kojach, a Marcin miał jeszcze przed sobą drogę do Warszawy. W końcu więc włączyłem ten cholerny silnik i skorygowałem kurs.

Dojechaliśmy na miejsce o godzinie 2230. Wraz z pierwszym krokiem na suchym lądzie, na twarzy mojej mamy w końcu zagościł spokój i uśmiech.

Jakieś wnioski?

Nawet na tak krótkim, rodzinnym rejsie, człowiek czegoś nowego zawsze się nauczyć może. W podręczniku żeglarstwa, we fragmencie omawiającym bezwzględne podporządkowanie się członków załogi pod decyzje kapitana jednostki, dodałem sobie przypis o treści "sprawdzić, czy nie matka".