25 lipca 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 2/5 - Przez Utklippan do celu.", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 22-24.07.2016

 

POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

Szybko nadszedł kolejny weekend i trzeba się było brać za realizację kolejnego etapu wakacyjnego projektu.

Etap był teoretycznie trudniejszy od poprzedniego. Tym razem mieliśmy przepłynąć Bałtyk. I nie ważne, że w poprzek, i że nie w najszerszym miejscu.

Przepłynięcie czegoś mokrego, zawsze budzi publiczne emocje. Szum medialny jest tym większy, im większe jest to coś, co przepływamy i mniejsze coś, na czym płyniemy.


Czas na...

TRANS

Tak to już jest. Można być ratownikiem RNLI, lub całe życie spędzić na Morzu Północnym, na kutrze rybackim. Można realizować wiele, na prawdę niebezpiecznych i wymagających wyzwań. Ale jak się nie przepłynie od jednego brzegu do drugiego, to nikt tego nie zauważy.

Są od tego tylko dwa znane wyjątki, kiedy to media na pewno zainteresują się tym co robimy.
Pierwszy - jeśli między wypłynięciem i powrotem do tego samego portu, zmarnujemy trochę życia na opłynięcie świata.
Drugi - kiedy to będziemy pływać sobie, po zalanych powodzią ulicach, na materacu.

Niestety, w rejsach transbałtyckich trudno było szukać poklasku. Na nic te wszystkie nocne polucje, na myśl o uścisku dłoni Prezesa i wywiadach w "Pudelku".
Wszystkie honory już dawno, dawno temu zdobyli Szwedzi. I to pomimo tego, że nas trochę, przy tej wyprawie na drugi brzeg, podtopili.
Natomiast, dzisiejszy rynek bałtyckich zdobywców, psuje skutecznie pasażerska żegluga promowa. Nie sposób przeskoczyć takiego "króla sedesów", co przelatuje trasę Gdynia-Karlskrona, dwa razy na dobę.

Piar naszego projektu nie był więc, na tym etapie, za wysoki. Być może dlatego, łódka zapełniła się tylko w połowie. Z Łeby do Karlskrony, miałem przepłynąć jedynie z Pawłem. Ale to akurat mnie nie martwiło.

Paweł, to dobry chłopak jest. Znał już mój okręt i ogarniał samodzielne wachty. A pływaliśmy razem już tyle, że na pokładzie rozumieliśmy się bez słów.


Tak na prawdę, w tydzień poprzedzający rejs, najbardziej ze wszystkiego, interesowała pogoda.

Eliza z juniorami, miała dopłynąć do Karlskrony nieco większym statkiem. Gdybym, z powodu sztormu, utknął gdzieś w porcie na kilka dni, można było oczywiście opracować plan B. Na przykład, wynająć matce z dziećmi, jakieś hotel w Karlskronie. Jeśli byłby z WIFI, to dzieci pewnie by nawet nie żałowały takiego ciągu zdarzeń.
Ale małżonki wspomnień rodzinnych wakacji, spędzonych osobno, nie dałoby się tak łatwo wymazać z pamięci. Drastycznie spadłaby też chęć do przyszłych, wspólnych rejsów jachtem. A na to, jako świeżo upieczony armator, nie mogłem sobie pozwolić.

O dwóch takich, co pojechali...

W MORZE


Z Łeby, gdzie tydzień wcześniej zostawiliśmy łódkę, wyruszyliśmy w piątek 22.07.2016, dopiero o godzinie 2230. Prognozy zapowiadały słaby wiatr, w okolicach 5, do maksymalnie 10 węzłów, wiejący początkowo z północy.

I tak też było. Około 2330, kurs na kompasie wskazywał 280. Był to możliwie najostrzejszy kurs, dający nam jako taką prędkość i zbliżający nas do celu.

Cztery godziny później, gdy było już widno, wiatr odkręcił nieznacznie, ale opadł przy tym nieco z sił. Aby zapewnić sobie lepsze VMG, zmieniliśmy kurs na bardziej korzystny i do genuy i grota, dołożyliśmy jeszcze silnik.


Około godziny 0530 zrzuciliśmy oba żagle, które wtedy już tylko nas hamowały. I tak popierdzieliśmy sobie na silniku, kilka ładnych godzin.


W nocy, jako pierwszy, wziąłem na siebie wachtę kojową, więc przyszło mi sterować o świcie.


O 1315 złapaliśmy jakiś nieśmiały bajdewind i żagle wróciły na swoje miejsca.

Nie byliśmy tego dnia na wojnie, ale i tak przekraczaliśmy linię frontu.


Twórcza aktywność umysłowa, pojawiła się wraz z nudą.


Pierwszy raz, podczas operacji na żaglach, powierzyłem sterowanie mniej oficjalnemu członkowi załogi - Simradowi Tipitenowi. Poszło sprawnie - zrzuciłem żagle, zrobiłem klar i nawet nie obudziliśmy, chrapiącego w koi Pawła.


Niebo pozbyło się chmur, ale i wiatr gdzieś się zapodział.


W pewnej chwili  pojawiła się czarna chmura...

Coś na kształt niedorobionych komarów, w ilościach utrudniających oddychanie i patrzenie na świat, naleciało naszą łódkę. Na rejsach spotykałem już sikorki i gołębie, a nawet trzmiele, szukające chwili odpoczynku na łódce. Ale takiej ilości uskrzydlonych insektów, nigdy bym się nie spodziewał na środku morza. Wciąż dużo jeszcze musiałem się nauczyć o morskim żeglarstwie.

Tego dnia postanowiłem, że nigdy już nie zabiję pająka na łódce. Cieszyłem się niezmiernie, że tym ośmionożnym przyjaciołom człowieka, nie poniszczyłem sieci, które utkały sobie przez tydzień mojej nieobecności w Łebie. Pajęczyny najpierw przefiltrowały nam powietrze, a potem dały trochę cienia.


Na zegarku wskoczyła godzina 1600, a wiatru nadal nie było widać.


Rozejrzałem się dookoła i nie mogłem zrozumieć, czego to się moja małżonka obawiała na tym morzu. Powierzchnia była gładka jak stół, a nasz stary diesel, nie mając przeciw sobie wiatru, ani fali, bez problemu rozpędzał łódkę do prędkości ponad 6 węzłów.

Kiedy na horyzoncie zaroiło się od statków, wiedzieliśmy że byliśmy już bliżej, niż dalej, celu.


Choć wszystkie większe statki mijaliśmy z daleka, to wytwarzaną falą, przypominały nam o swoich gabarytach. Takie mini tsunami, niosło się po gładkiej tafli i ku naszemu zdziwieniu, potrafiło bujnąć naszą łajbę na tyle, by zmoczyć, zwiniętą na pokładzie, genuę.


Nie pamiętam już dokładnie kiedy, ale na jakiś czas musiało przywiać, ponieważ znalazłem jedno zdjęcie z postawionym grotem.


Wstąpić do...

OAZY


Ok 2000, na tle zachodzącego słońca ujrzeliśmy sylwetkę Utklippan. Wyczerpani (nie wiem czy bardziej nudą, czy szumem silnika), postanowiliśmy przycupnąć na noc, na wyspie.


W końcu był pretekst aby czymś się zająć. Po dobie nicnierobienia, wiązanie odbijaczy zdawało się być rozrywką.


Jeszcze nie widzieliśmy przystani, ale po ilości masztów, wiedzieliśmy, że luźno nie będzie.


Gdy wpłynęliśmy, oczom naszym ukazały się jachty, stojące po 3 lub 4 sztuki, burta w burtę - znaczy się "w tratwie". Kątem oka dostrzegliśmy jednak skrawek wolnego nabrzeża, tuż przy zachodnim wyjściu.

Skierowaliśmy się tam, wywołując poruszenie na zacumowanym obok, wypastowanym na błysk, drewnianym klasyku. Żeglujące na nim, starsze niemieckie małżeństwo, wyłożyło na burty solidne odbijacze i w odpowiedzi na pytanie: "Czy możemy?", z uśmiechem podjęło nasze cumy.


W porcie, czuliśmy się raczej wyróżnieni. Byliśmy najmniejszym jachtem, wśród około trzydziestu innych. Chyba również, jedynym polskim. Przystań wypełniały jachty duńskie, szwedzkie i niemieckie. Nie wiem do końca czy sprawiała to wielkość jednostki, czy bandera, ale budziliśmy w porcie zainteresowanie. Powaga sytuacji, powstrzymywała nas od puszczania bąków, po spożytej na obiad fasolce.

Większość załóg zagadywała nas, wypytując skąd przypłynęliśmy i dokąd zmierzamy. My, w zamian, dowiedzieliśmy się, że wyspa jest ulubionym miejscem odpoczynku dla morskich podróżników. Pozwala zregenerować siły przed dalszą drogą, nie zmuszając do wbijania się w gwarne porty, na stałym lądzie.
Jakoś doskonale to rozumiałem. Poza tym, miejsce było wybitnie magiczne. Przystań pośrodku morza, była jak oaza na pustyni.

Mimo kilkudziesięciu jachtów, w porcie panował spokój. W jednym kącie ktoś wpław delektował się letnią temperatura Bałtyku. Obok na jachcie, kolację przy świecach jadła wesoła szwedzka rodzinka. Gdzieś na pontonie, z wędką, pływały jakieś dzieciaki. A na brzegu, przy tlących się grillach, przy wsparciu różnych trunków, urzędowała cała reszta żeglarskiego towarzystwa.


Pechowo trafiliśmy na mniejszą część wyspy w wyspie i nie mogąc przedostać się na drugą, większą połowę, niewiele mieliśmy do zwiedzenia.

Znajdujące się do dyspozycji gości, bączki (łódki wiosłowe), akurat były albo zajęte albo znajdywały się przy drugim brzegu.

Nasze zapędy turystyczne, dodatkowo powstrzymywały tajemnicze tablice z zadaniami. Locja o tym nie wspominała, ale chyba trafiliśmy na jakąś "escape island". Udało nam się rozwiązać część matematyczną, ale nie rozumiejąc kolejnych trzech linijek, uczciwie uznaliśmy, że nie zasługujemy na przejście do kolejnego etapu.


Pozostało nam jedynie zrobić kilka zdjęć, wypić w kokpicie po 2 piwka, wysikać je i pójść spać.


Niedziela u...

KRÓLA KAROLA


Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano. Miło było zobaczyć wyspę oświetlaną południowym słońcem.


Odwiedziłem też tamtejszą toaletę. Jej cechy charakterystyczne bardziej rzucały się w nozdrza, niż w oczy. Mimo bardzo bujnego bukietu zapachowego, postanowiłem podzielić się, z przyszłymi pokoleniami, całokształtem widoku, z jej wnętrza, na morze.


Byliśmy jednymi z pierwszych, którzy wychodzili tego ranka z portu.


Utklippan opuściliśmy o 0730, wyjściem skierowanym na zachód.



W awanporcie, rzuciliśmy jeszcze ostatni raz okiem na charakterystyczną, czerwoną latarnię morską.

Opuszczając ten skalny przytułek na Bałtyku, wiedziałem już, że na liście przybyło mi kolejne miejsce, do którego będę chciał jeszcze kiedyś wrócić.


Za główkami przywitała nas świetna żeglarska pogoda. Korzystaliśmy z okazji. Kilka minut po wyjściu mieliśmy już postawionego grota i po brzegi, wypełnioną wiatrem genuę. Kurs na Karlskronę ustawiał nas do półwiatru, dając nam od 5 do 6 węzłów, na logu. Po poprzednim dniu, spędzonym na silniku, czuliśmy się jak młodzi bogowie.


W przeciwną stronę, gnał po falach jakiś latający holender.


Z bliska - dwukadłubowy holender, o bardzo gustownym kolorze kadłuba.


Dwie godziny później, około 0930 zbliżaliśmy się do toru podejściowego do Karlskrony. Akurat wychodził w morze prom, zmuszając nas do zrobienia dwóch zwrotów.


Na szczęście oboje mieliśmy żeglarskie patenty i jeszcze co nieco pamiętaliśmy z kursów.


Po przepuszczeniu większego brata, rozpoczęliśmy halsówkę między wyspami Aspö i Tjurkö. Wiało w pysk, ale mieliśmy już dosyć silnika, więc kluczyk od stacyjki wisiał na haku.



Pomiędzy twierdzą Drottningskärs i fortem Kungsholms, znajduje się zanurzona pod powierzchnią wody grobla. Na szczęście, wąskie przejście jest dobrze oznaczone stawami. Dzięki temu, dużo łatwiej było nam tam trafić, z naszą halsówką. Bez mapy i dyscypliny w trzymaniu się toru, można sobie w takim miejscu hucznie wyslipować łódkę.


W końcu, robiło się już tak gęsto od innych miłośników wodnej turystyki, że żagle poszły w odstawkę i zapuściliśmy silnik. Mniej w ten sposób przeszkadzaliśmy wychodzącym w morze jachtom.


W zasięgu wzroku mijaliśmy przystań promową, gdzie 3 godziny wcześniej dopłynęła druga część naszej wycieczki.


Była godzina 1030 i mieliśmy jeszcze około godziny do celu. Jechaliśmy nieco na około, podchodząc do samej mariny od wschodu.


Nie znając podejścia, staraliśmy się trzymać głównych szlaków handlowych.



Cumy na ląd rzuciliśmy 24.07.2016,  o godzinie 1130. W Karlskronie czekali już na nas miłośnicy komercyjnych podróży promowych.
Po podliczeniu, wyszło nam, że przez 36h weekendu, przepłynęliśmy 135NM. Z tego przez 10h pyrkaliśmy na silniku i 6h cumowaliśmy na Utklippanie.


Spotkaliśmy się w uzgodnionym miejscu i o zaplanowanej porze. Wyglądało na to, że wszystko poszło zgodnie z planem. Brawo my!


Zostawiliśmy łódkę i poszliśmy rozejrzeć się po marinie.


Wszystko wyglądało na nowe. I takie było. Zaplecze sanitarne wyśmienite. Nie tylko czyste toalety i prysznice, ale była też sauna, i pralki z suszarkami. I wszystko to dostępne dla klientów, w cenie opłaconego postoju.


Biuro mariny też niczego sobie. I bardzo praktycznie, połączone z restauracją.


A wszystko dobrze oznaczone i opisane na tablicy informacyjnej - również po polsku!


Był i żuraw, do stawiania masztów.


Po opłaceniu mariny i prysznicu, poszliśmy w miasto zapolować na obiad. Potem odprowadziliśmy Pawła na autobus, który miał zawieźć go na prom, płynący do Gdyni. Ten to się w ten weekend napływał!

Zostaliśmy sami. Nie mając nic innego do roboty, rozpoczęliśmy wakacje.


KOLEJNY ETAP REJSU? KLIKAJ