10 lipca 2016

Bloczki, listwy i gadżety - Remont s/y Santa Pasta, cz.3

Po remoncie kadłuba, chciałem jak najszybciej zacząć pływać. Całą resztą łódki miałem zająć się po sezonie. Z reszty tej, wybrałem jednak kilka wyjątków.

Przed ponownym postawieniem masztu, dobrze było wykonać kilka rzeczy, aby później nie być zmuszonym do pracy na wysokościach.

WYDATKI...

NA WYSOKOŚCI

Za jednym rzutem na taśmę, postanowiłem wymienić uszkodzony wimpel, zamontować bardziej trwale reflektor radarowy, oraz przymocować do masztu bloczki do Leniwego Jacka.

Aby zapobiec przyszłym problemom z połamanym wiatrowskazem - zakupiłem taki ze stali nierdzewnej. Mam nadzieję, że przeżyje dłużej niż "plastik", zamontowany zaledwie przed sprowadzeniem łódki do Polski.


Reflektor radarowy to takie metalowe coś, co raczej warto mieć, ale nigdy nie wiadomo gdzie powiesić. Podczas sprowadzania łódki, dyndał sobie gdzieś - mało reprezentacyjnie, między wantami. Postanowiłem to zmienić i przytwierdzić go gdzieś na stałe, w miejscu gdzie nie będzie przeszkadzać. Było tylko jedno takie miejsce.

Do zamocowania użyłem płaskownika aluminiowego, który odpowiednio przyciąłem i złożyłem w dwie warstwy, by zapewnić większą sztywność całej konstrukcji. Potem, wygiąłem pod odpowiednim kątem i przykręciłem do topu masztu, wykorzystując istniejące już tam otwory montażowe.


Ustawienie w pozycji "zbierania wody", uznawane jako najbardziej efektywne, zostało skutecznie przetestowane przez Straż Graniczną Władysławowo, w czasie późniejszego wakacyjnego rejsu do Szwecji.


Bloczki Leniwego Jacka okazały się słabym pomysłem. Mocując je, nie pomyślałem, że na kołyszącym się jachcie będą zbyt dobrym zaczepem dla poluzowanych fałów, utrudniając operacje stawiania i opuszczania żagli.
W przyszłym sezonie będę musiał to przemyśleć od nowa. Może dodam jakieś obłe osłony, wymienię bloczki na coś bardziej opływowego (może starczą zwykłe przelotki), albo przesunę je w inne miejsce. A może nauczę się z tym żyć... Albo zrezygnuję w ogóle z "leniucha".



POGODA...

DLA PRÓŻNIAKÓW


Po ponad miesiącu wyczerpującej fizycznej pracy, postanowiłem nagrodzić się kilkoma, nie do końca niezbędnymi drobiazgami. Zamontowałem je od razu w widocznym miejscu.

Z lekko tandetnych elementów, zestawiłem sobie stację pogodową.
Nigdy w życiu nie interesowałem się ciśnieniem atmosferycznym. Nie wiedziałem, po co mierzy się wilgotność powietrza. Termometru używałem tylko w przypadku przeziębienia.
Ale teraz otrzymałem szansę stać się innym, lepszym człowiekiem.


Zafundowałem sobie również zegar pokładowy znanej marki Noname. Czas na jachcie biegnie wolniej, ale jednak przyda się go czymś odmierzać.

Otrzymane w spadku lusterko, zostawiłem w spokoju - niech dalej straszy odbiciem pomiętych twarzy, sponiewieranych żeglarzy.



STABILIZACJA...

W ZWIĄZKU


Zakupom nie było końca. Nabyłem uchwyt do mojego niezawodnego ręczniaka. Garmin eTrex 10, zjechał ze mną już kilkaset mil, będąc podwieszany gdzie i jak się tylko dało. W końcu, na swojej łódce, montaż uchwytu na stałe miał jakiś większy sens.

Myślałem o zakupie stacjonarnego urządzenia GPS, ale niezależność ręczniaka od zasilania jachtowego, w pewnych okolicznościach, może być jego nieocenioną zaletą. Jedyną niedogodnością, jest konieczność wymiany akumulatorków - średnio, raz na 25 godzin rejsu. Nic oczywiście (oprócz kosztów) nie szkodzi posiadaniu na jachcie obu tych urządzeń.

Póki co do nawigacji wykorzystuję genialnie wypasionego i niedrogiego (chyba jedynie w wersji mobilnej) Navionicsa. Na ręcznym GPSie wbijam tylko kolejne punkty drogi, dające sternikowi dużo lepsze samopoczucie i pewność w dążeniu do celu.


SIĘGAJĄCA DNA...

KOSMICZNA TECHNOLOGIA


Nareszcie znalazłem też chwilę na montaż, kupionej miesiąc wcześniej, echosondy. Wybrałem - pasującą wartością do łódki - NASA MARINE Target 2.

Czujnik zamocowałem używając sikaflexu, bez wiercenia kolejnej dziury w kadłubie. Wylądował w schowku pod koją dziobową, tuż przed kilem, w osi jachtu, obok czujnika logu. W ten sposób, zawsze będę miał ten ułamek sekundy aby, przed mielizną, dać całą wstecz.


Nad czujnikami, zamontowałem listewkę przytrzymująca, na odpowiedniej wysokości, podłogę schowka. Zabezpieczyłem w ten sposób nie tylko wrażliwe na nacisk czujki, ale również zamaskowałem, dopiero co wymienione, przewody wodne.


Istniejąca instalacja elektryczna logu, ułatwiła mi przeciągnięcie kabla, od czujnika sondy, do wyświetlacza.


Będący częścią opakowania sondy, szablon, ułatwił wiercenie dziur w laminacie.


Wszystko przypasowało za pierwszym razem. Czyżby coś mi w końcu w życiu wyszło? Sprawdzałem dwa razu - na prawdę pasowało.


Na zewnątrz, urządzenie prezentowało się nienagannie. W środku jednak wyglądało mniej wyjściowo. Powstał problem kabli, których nie można było w tym przypadku, po prostu uciąć.


Poczyniłem założenie, że prowizoryczne mocowanie klejącą taśmą naprawczą, powinno utrzymać kable, do póki nie zdecyduję, którędy je ostatecznie poprowadzić.


Nie obyło się bez ingerencji w rozdzielni elektrycznej. Krótko mówiąc - lutnąłem sobie nie raz. Przetasowałem kilka kabelków przy włącznikach. Uznałem, że od wietrzenia zęzy, bardziej potrzebna będzie możliwość włączania i wyłączania, z kokpitu, przyrządów nawigacyjnych.


Po zmierzeniu głębokości, wykonanym naprędce, ręcznym logiem, ustawiłem odpowiedni offset. Na wyświetlaczu od razu otrzymałem informację, czy żeglarskie życzenia się spełniają.


Pokrywka sondy konkurowała z nieco mniej już śnieżnobiałą, bielą kokpitu.


Przy okazji prac montażowych, tchnąłem również życie w stary log, którego wyświetlacz odleżał już swoje na półce w mesie. Nie byłem pewien czy zadziała i w jakim stanie był czujnik zamontowany w kadłubie. Ale finalnie, na testach, otrzymałem jakieś wskazanie. Czekała mnie jeszcze kalibracja względem wskazań GPS, bo ten mechatroniczny wynalazek zawyżał prędkość o jakieś 10%. Aby to skorygować, konieczne jest odkręcenie wyświetlacza i przestawienie, zgodnie z instrukcją, kilku zworek. Zostawiłem to sobie na kolejny sezon.



O CZYM MARZY...

LENIWY STERNIK


Niezwykle dużo przyjemności dostarczył mi zakup autopilota. Urządzenie to ułatwia pływanie przy ograniczonej załodze, i jest raczej niezbędne przy samotnej żegludze.  A taka, prędzej czy później, pojawi się w życiorysie każdego żeglarza.

Kupiłem najprostszy model, więc odpadły mi połączenia kabli transmisyjnych NMEA i inne diabły. Tylko czysta 12-voltowa elektryka. Zacząłem od montażu elektrycznego gniazda przyłączeniowego.


O gniazda, kablami dojechałem bezpośrednio do akumulatora. Zgodnie z instrukcją producenta, przewód dodatni zabezpieczyłem bezpiecznikiem - z tego co pamiętam, o wartości 8A.


Po kilkunastu minutach gniazdo było gotowe.


Nastała pora na montaż siłownika. Potrzebna była dziurka w kokpicie, w której mocuje się gniazdo, dla bolca korpusu autopilota. Korzystając z doświadczenia kolegi Marcina, otwór wywierciłem w odległości umożliwiającej otwieranie bakisty przy operującym urządzeniu. W ten sposób zmniejszyłem nieznacznie jeden z zalecanych przez producenta, wymiarów pozycyjnych otworu. Uznałem, że będzie to miało znikomy efekt, w postaci pomijalnego zwiększenia siły na siłowniku i kąta wychylenia płetwy sterowej.


Złota tulejka wpasowała się tak ciasno, że aż miło. Mimo to, zapodałem odrobinę kleju - dla spokojności.


Od spodu konieczne było "przylaminowanie" kawałka drewna, gwarantującego odpowiednią sztywność i wytrzymałość gniazda. Tak też zalecała instrukcja montażu.


Aby w miarę wygodnie wykonać prace z żywicą epoksydową i matą z włókna szklanego, należało wejść do bakisty. Przekonałem się wtedy, jak wygląda świat, z pozycji nieużywanego odbijacza.


Ostatnim elementem układanki był bolec mocowany do rumpla, za który zaczepiana jest końcówka sterująca siłownika.  Ze względu na kąt pod jakim znajduje się rumpel, starałem się odpowiednio krzywo zamocować stalowy bolec. Udało się za drugim razem. Drewno, po 40 latach, nie jest już pierwszej twardości, więc bolec osadziłem wspomagając się klejem montażowym.

Oczywiście można też zamocować bolec prostopadle do osi rumpla, co było zdecydowanie łatwiejsze do wykonania. Ale wtedy, należało nieznacznie odkręcić końcówkę siłownika. Nie lubię luźnych końcówek, więc wybrałem poprzedni wariant.


Po dłuższej chwili, autopilot Simrad TP10 był gotowy do pierwszego użycia.


Niezwłocznie udałem się na szersze wody Rozlewiska Wisły Śmiałej, celem kalibracji, wbudowanego w urządzenie kompasu.


Całość operacji była banalna i polegała na powolnym kręceniu dużego kółka na wodzie. Poprawność wykonywanego manewru potwierdzała aktywność odpowiedniej  zielonej diody na panelu urządzenia. Czerwone światełko sygnalizowało potrzebę dokonania korekty promienia skrętu.

Po skalibrowaniu, przyszedł czas na szybki test. Na płaskiej wodzie wszystko działało znakomicie. Testy na fali musiały poczekać na bardziej żeglarską pogodę.


Po raz pierwszy w życiu, musiałem tego dnia odcumować i zacumować łódkę samodzielnie. Trochę tremy miałem, bo na manewrówkach uczyli, że potrzeba do tego przynajmniej 4 osoby.

JEDZIE...

NOWE


Miałem pewien problem z mechanizmem trymowania grota. Przede wszystkim brakowało mi oryginalnych śrub dociskowych.

Dobrane, calowe śruby z gniazdem sześciokątnym i łbem radełkowanym, dawały co prawda radę, ale nie były szczytem wygody. Nic lepszego nie udało mi się jednak znaleźć, na szybko.

Obsługa czegoś takiego na fali, zmarzniętą dłonią, lub w rękawiczce, bez względu czy kręciliśmy śrubkę ręcznie czy przy pomocy klucza imbusowego, nie była ani prosta, ani wygodna.


Elementy starego wózka, mimo iż wykonane solidnie z brązu, naznaczone były już upływem czasu i ogromem pracy jaką wykonały przez kilkadziesiąt lat.


Długo szukałem możliwości renowacji listwy i wózka talii grota. Chciałem koniecznie zachować klimat starej łódki. Ale przyszedł czas, że sentymenty ustąpiły wygodzie i bezpieczeństwu. W końcu uznałem, że szybciej i skuteczniej (niestety nie taniej) będzie wymienić całość na nowe.


Wybór padł na ogólnie dostępną listwę, w systemie 25mm. Wózek i ograniczniki przyjechały ze stajni Bartona.


Będąc właścicielem Vegi, na szwedzką myśl techniczną, nie wypadało mi narzekać. Nie wiem jednak, o czym myśleli inżynierowie czy też może montażyści, przymocowując listwę do kokpitu i drewnianej belki usztywniającej. Nie znalazłem ani jednego powtarzalnego rozstawu otworów montażowych.


Szwedzka rozrzutność czyniła montaż nowej szyny nieco mniej szablonowym.


W istniejących podkładkach, należało wywiercić kilka nowych otworów.


 Cała robota, z wierceniem i pasowaniem, zajęła przeszło godzinę.


Nową listwę trzeba było odpowiednio przyciąć i również nawiercić dodatkowe otwory. Dowiedziałem się, że w PEMie można zamówić na wymiar z otworami na miarę, ale okres 2-tygodniowego oczekiwania dyskwalifikował mnie jako klienta.


Efekt końcowy cieszył i wykręcał gębę, w europejsko nienormatywnego banana.
Tak wiem... Kiedyś w końcu zajmę się tym drewnem;)


ŻAGIEL NA KAŻDY...

WIATR


Istniejący na Vegach, system rolowania grota na bomie, oprócz niezaprzeczalnej pomysłowości i ideologicznej prostoty, ma również swoje wady.

Po pierwsze - wymusza wypięcie obciągacza bomu przed rolowaniem i pozbawia go nas przy pełnych kursach.

Po drugie - kształt zrolowanego częściowo grota budzi wątpliwości - nie tylko estetyczne, ale i w kwestii aerodynamiki żagla. W miarę akceptowalne efekty przynosi refowanie przez dwie osoby - jedna kręci korbą, wyjmuje pełzacze, i reguluje w razie potrzeby topenantę, a druga naciąga odpowiednio żagiel, wygładzając nierówności. Samodzielne refowanie daje opłakany kształt grota, zarówno fragmentu zwiniętego na bomie jak i części pozostałej na wietrze.

Po trzecie - konieczność wyciągania i wkładania pełzaczy przy każdej zmianie refu, jest również wysoce upierdliwa.

Na dodatek, ze względu na krój grota, rolowanie obniża znacznie bom, wymuszając konstrukcyjnie, niezwykle niewygodną zejściówkę, z której Vegi są znane.

Doświadczeni żeglarze powiadają, że refować należy się nie później, niż gdy się o tym pomyśli. Aby mieć o czym w ogóle myśleć, postanowiłem wprowadzić na jachcie system dwóch klasycznych refpatentów.

Wybrałem dość prosty system. Dwie refliny zaczepione końcami na listwie, przechodzące przez luwersy w żaglu i wracające do bloczków, na tej samej listwie. Wybieranie "z ręki" i obkładanie, na knagach przy pięcie bomu.

Dokładając bloczki i przedłużając refliny, można w przyszłości, nie ingerując w istniejący system, sprowadzić refliny do kokpitu. I jeżeli nie przeszkadzają nam, i potrafimy ogarnąć, zawijające się wokół bomu refliny, nadal możemy korzystać z mechanizmu rolowania żagla na bomie.

Refbanty, na oryginalnym jeszcze (40-letnim) grocie, wykonała mi w trybie "na wczoraj" firma VectorSAILS, którą serdecznie polecam, za jakość usług i znakomity kontakt z klientem.


Mając już przerobiony żagiel, na bomie zamontowałem, gotowy zestaw do refowania (firmy Barton), składający się z listwy i dwóch bloczków, umieszczonych na wózkach. W tym miejscu można nieco zaoszczędzić i przymocować bloczki w odpowiednim miejscu, bezpośrednio do bomu. Pozbawiamy się w ten sposób możliwości regulacji, ale w końcu jak często zmieniamy ustawienie wózków na tej listwie? Przy zmianie żagla, przy... No właśnie. Szkoda, że pomyślałem o tym dopiero po montażu.


Mocowanie listwy oraz knag przy pomocy wkrętów z nierdzewki to koszmar. Albo wywiercimy otwór, który będzie zbyt luźny albo urwiemy kilka wkrętów przy wkręcaniu. Takie było moje doświadczenie i na przyszłość będę próbował albo z przelotowymi śrubami, albo z nitami.


Całość przetestowałem ostatnio przy 6B - zdało egzamin. Można by jeszcze tylko pomyśleć nad przelotkami na bomie, aby refliny nie zwisały tak ostentacyjnie. Ale nie wszystko na raz - coś musi zostać do roboty, po sezonie.


JESZCZE DWA...

WÓZKI


Jak już zacząłem wszystko wymieniać, pomyślałem też o wózkach foka/genuy. Problem był z nimi ten sam. Brak śrub dociskowych i ogólnie średnio wygodny, w użytkowaniu, patent. Idąc przykładem kolegów ze świecącego przykładem Free Sailor'a, nawierciłem istniejące szyny i postanowiłem dać szansę nowym bloczkom PEM, które w systemie 20mm, idealnie wręcz pasują na szwedzkie torowiska.


ODBIJA SIĘ...

JEST DOBRZE


Klubowe łabędzie (aka Wojtki), spotkane na początku sezonu, kiedy to rozpoczynałem remont Santy Pasty, stały się dość przekonującym miernikiem upływającego czasu.


Gdy wodowałem łódkę, były już ze mną całkiem oswojone i przypływały regularnie na kolację.


Od klubowego kolegi Julka, otrzymałem w prezencie fachowy odbijacz pomostowy. Biedak - nie mógł już pewnie dłużej patrzeć, na moje nieudolne próby zawieszenia, w tym miejscu, odbijacza burtowego.


Sezon był już prawie w pełni. Postanowiłem rzucić szkutnictwo i w końcu zająć się żeglarstwem. W planach miałem wakacje po drugiej stronie Bałtyku...

Ale o tym - jak Wam się jeszcze nie znudziło - poczytacie sobie następnym razem.