30 lipca 2016

Rejs "Santa Pasta na wakacjach - 3/5 - Z rodzinką po dziurach", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 25-29.07.2016



POPRZEDNI ETAP REJSU? KLIKAJ

Znający moją żonę czytelnicy, znają również jej zamiłowanie do morskich podróży. Wszyscy więc, zgodzimy się, że w zamian za odwagę i poświęcenie kilku swoich dni z życiorysu, na jachtową włóczęgę, należało jej się nieco obcowania z suchym lądem.

Popołudnie i cały kolejny dzień, po naszym przybyciu do Karlskrony, spędziliśmy zatem zwiedzając miasto i jego okolice.

Rozpoczęliśmy od znalezienia wypożyczalni rowerów, które miały nas ponieść nieco szybciej, ku nowym miejscom. Niestety, niedzielna nieczynność rowerowego biznesu, przesunęła nam termin pedałowanej wycieczki na kolejny dzień.

Trochę lądu...

NA ZAPAS


Zadowoliliśmy się spacerem po mieście.


Wtedy to, po raz pierwszy, znaleźliśmy starożytne metro.


Zaciągnąwszy się tym historycznym tchnieniem miasta, wylądowaliśmy w Muzeum Morskim.


Po wejściu do środka, od razu poczuliśmy się, jak po dwudziestu tysiącach mil podmorskiej żeglugi.


Główną atrakcją muzeum był jednak, ukryty przed turystami w półmroku, HMS Neptun.


Był to pierwszy szwedzki okręt podwodny, z komputerem pokładowym. Może dlatego, obsługa maszynowni, była dla dzieci tak bardzo intuicyjna.



Muzeum, nie zapomniało o żeglarzach, dla których okręty podwodne stanowią bezpośrednie zagrożenie, dla ciągłości materialnej wyglancowanych kadłubów ich jachtów. Ekspozycja, oprócz informowania o sposobach, w jaki te skryte łobuzy, mogą zrobić nam kuku, podawała również kilka sposobów radzenia sobie z nimi.


Zwiedzając wnętrze podwodnej, metalowej puszki, Albin Vega nie wydawał się szczególnie ciasny.


HMS Neptun miał jednak kilka udogodnień, których Santa Pasta nie miała. Ciekawe, czy posiadając taki luk torpedowy (oczywiście z wkładem), nadal musiałbym ustępować większym, na rucie?


Dzieciom pokazałem, jak wyglądał "ręczniak" VHF z tamtych czasów.


Kibel bezdyskusyjnie był bardziej stylowy. I posiadał system spłukiwania wzorowany na cyklonach.


A to już stanowisko, pozwalające zrozumieć zjawisko kawitacji śrub napędowych. Efekt ruchu, na zdjęciu, popsuty niestety przez stroboskop;)


W przerwie między ekspozycjami, skierowaliśmy się do bufetu. Tam, zaatakowani szwedzką polszczyzną, straciliśmy apetyt. Zyskaliśmy jednak dobry nastrój.


W pewnej chwili, dziewczyny gdzieś zniknęły. Odnalazłem je w kolejnej sali ekspozycyjnej, obnażając skrywaną przez nie tajemnicę.


Zrozumiałem, że deklarowana publicznie, niechęć do żagli, była jedynie elementem kobiecych gierek. W rzeczywistości, tematy morskie pochłaniały je w całości.


Moją uwagę bardziej przykuwały tematy skandynawskiej architektury.


Oraz tamtejszej opieki zdrowotnej.


Młodszych chłopaków, jak zwykle przyciągały militaria.


Ja kierowałem oczy ku niebu, by podpatrzeć jachtowe patenty.


Takie jak, na przykład, sprowadzanie fałów do kokpitu.


Na wyjście, strzeliliśmy sobie jeszcze fotkę, do rodzinnego albumu.


Sześć bułek i...

OSIEM KÓŁEK


Poniedziałkowy dzień, ciężko było zacząć.


Chyba koje były za wygodne.


Wykorzystałem tę rodzinną opieszałość, na spacer po marinie.

Port to takie miejsce, gdzie zawsze coś ciekawego można znaleźć i oddać się refleksji. Czy po takim widoku, wypada narzekać na moc silnika, w swoim jachcie?


Skorzystałem też, z będącego do dyspozycji klientów mariny, roweru  i udałem się do oddalonego o kilka minut drogi, sklepu żeglarskiego.


Zachęcony cenami, jakie widziałem, odwiedzając w maju sklep żeglarski w Kalmarze, miałem nadzieję na okazyjne doposażenie łódki.


Przeliczyłem się niestety. Asortyment, owszem -  niezwykle bogaty, ale ceny napompowane, jak u nas w Gdyni. Kupiłem jedynie żarówki diodowe, będące zamiennikiem, do posiadanych na Vedze, tradycyjnych żarówek. Zabiegiem tym, obniżyłem sobie zużycie prądu na jachcie, prawie dziesięciokrotnie.


Podczas gdy ja pedałowałem do sklepu, typowy mieszkaniec Karlskrony, przypłynął sobie właśnie na zakupy, do Lidla... motorówką:)


Korzystając z obecności tego budżetowego sklepu, w pobliżu mariny, zrobiliśmy zakupy spożywcze. Potem udaliśmy się do rowerowej wypożyczalni. Po drodze zajrzałem głębiej w tajemniczy tunel.

Cóż to za naród optymistów! Każdy tunel budują od razu ze światełkiem.


Wiedząc już, gdzie znajduje się wypożyczalnia (na ulicy Hantverkaregatan), trafiliśmy tam w kilkanaście minut, od wyjścia z portu.

Po kilku korektach zamówienia, w końcu dokonaliśmy idealnego wyboru naszych dwukółków.


Ruszyliśmy w stronę wyspy Saltö, gdzie przywitały nas całkiem ładne widoki.




Naszym celem, obranym przy pomocy lokalnego przewodnika turystycznego, była wyspa Dragsö. Tam prowadziła jedna, z wielu w tym rejonie, tras rowerowych.


Jak się szybko okazało, nie była ona tylko naszym celem.


Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Tam gdzie są turyści, tam są i desery.



Po konsumpcji i wizycie na tamtejszej plaży, postanowiliśmy nieco się przespacerować. Obeszliśmy całą północną część wyspy, która była niedostępna dla ruchu rowerowego.

Pewnie dla tego, aby relaksujące się na swojej plaży psy, nie musiały gonić i obszczekiwać rowerzystów.


Idąc dalej brzegiem wyspy, natknęliśmy się na smoczkowe drzewo.


Miejsce przepełnione dziecięcym smutkiem. To właśnie tam, dzieci rozstają się na zawsze ze swoimi, wyciumkanymi oralnie przyjaciółmi.


Ale to nie jedyna trauma, jaką dziecko szwedzkie zapamięta z takiego spaceru. Kilka kroków dalej rozpoczyna się zaczarowany las trolli.


Jak informowało dwujęzyczne ogłoszenie, skamieniałe za dnia trolle, ożywają po zmroku.


Wyspa reprezentowała typowy krajobraz tamtych rejonów. Nic wielkiego - takie bardziej skaliste mazury.


Wracając zahaczyliśmy o małą wysepkę Stakholmen, na którą wiódł wąski, drewniany mostek.


Ot taka większa skała, wystająca z wody, nieco wyżej od innych.


Chyba z racji wzrostu, kiedyś ozdobiona została, albo raczej oszpecona, fortyfikacjami. Resztki z nich ostały się po dziś dzień.


Wracając, przejechaliśmy jeszcze wzdłuż i wszerz samą wyspę Trossö, na której znajdowała się nasza marina. Udało się nam nawet znaleźć, kilka wartych zatrzymania się, szczegółów.



Nasi tu byli! W szkole podstawowej, stosowałem identyczny sposób, aby w temacie ortografii, nie podejmować pochopnych decyzji - dając w ten sposób nauczycielowi pole do interpretacji.


Karlskrona to ciekawe miasto. Nie za duże, przy odrobinie dobrej pogody, przyjemne w odbiorze i miejscami zagadkowe


Wróciliśmy na jacht, gdzie do wieczora, oddaliśmy się rozrywce umysłowej. Ponieśliśmy straty.  Kanały odpływowe kokpitu są bezlitosne dla upuszczonych, kulistych pionków.


W końcu płyniemy...

W SZKIERY


W dniu 26 lipca, w tym roku przypadał wtorek. Niestety, nikt nie zarezerwował, na ten pierwszy dzień rejsu, słonecznej pogody.

Wypływając, obejrzeliśmy sobie jeszcze raz muzeum - tym razem od jego mokrej strony.


Samotna żegluga nie stresuje tak bardzo, jak bycie, na jachcie pełnym ludzi, jedynym ogarniającym temat żeglugi. Dlatego, od samego początku rozpocząłem żeglarskie szkolenie na sternika.


Pierwszy etap rejsu potraktowaliśmy rozgrzewkowo. Już po 3.5h podróży i przebyciu zaledwie 7 NM, znaleźliśmy się w porcie przeznaczenia - Drottningskär, na wyspie Aspö.


Trafiliśmy tam, tuż przed porą poboru opłat.


Nie znając jeszcze, na prawdę zacisznych, szwedzkich portów -  ten uznaliśmy właśnie za taki.


Pogoda nie była odpowiednia na przesiadywanie w portowej świetlicy, a na grilla nie mieliśmy ochoty. Za to, na znajdującą się w tle twierdzę, jak najbardziej.


Kierowaliśmy się drogowskazami, które jedynie intuicyjnie rozumieliśmy.


Szybko trafiliśmy do celu. Wszystkie informacje, na temat zabytku, można było wyczytać z tablicy informacyjnej i nie marnować sobie wakacji. Ale my, nie mając nic innego do roboty, postanowiliśmy twierdzy przyjrzeć się z bliska.


Tam chyba nie grają w kręgle i wciąż poszukują zastosowania dla kul.



A może to tylko twórcze wykorzystanie nadprodukcji armatniej amunicji? Wszak wieść po świecie całym się niesie, że nie bardzo ktokolwiek chciał ich tam kiedykolwiek napadać.


Wnętrze twierdzy okazało się surowe i mało przytulne.



Za to widok za oknem - wystrzałowy!


W sumie, to nie daleko jest takiej kozie do armaty.


Korytarze zostawiały niewiele możliwości penetracji twierdzy. Znaleźliśmy za to sekretne wyjście.


Prowadziło do kamiennego nabrzeża, przeznaczonego chyba dla promów wycieczkowych. Cały pokryty tajemniczymi, białymi plamami.


Nagle, z morza dał się słyszeć głośny, anielski śpiew.


I nie były to syreny, lecz... głośniki! Przetarliśmy oczy i uszy ze zdumienia.


Oszołomieni, wróciliśmy w mury twierdzy.


Jak nie wiadomo gdzie dzwonią - lepiej zrobić zdjęcie.


Znaleźliśmy tabliczkę, z numerem seryjnym twierdzy - zupełnie jak na mojej Vedze.


Rozśpiewany żaglowiec, miał chyba jakieś problemy, z umieszczeniem się w naszym porcie.


Symetria jest ponoć estetyką głupców. Nie będąc mędrcem, ze spokojem wykonałem poniższy kadr.


Kiedy wróciliśmy na przystań, zastaliśmy już zacumowanego s/y Shalom, przymierzającego się do ewangelizacji, tamtejszej ludności. Czy była to reakcja na wizytę Świętego Makaronu?


Na godzinę 1800, planowany był jakiś performance z ukrzyżowania Jezusa. Ale ponieważ znaliśmy już zakończenie, nie skorzystaliśmy z oferty. Ruszyliśmy na spacer, brzegiem wyspy - na północ.


Niesłychane, ile fajowskich rzeczy, da się znaleźć, zbaczając z przewodnikowych szlaków.

Zaczęło się od niepozornej wieżyczki obserwacyjnej.


Następna, była stylowa brama do lasu.


A w lesie zaroiło się od, mchem obrośniętych, bunkrów wszelkiego rodzaju.


Co nas zaskoczyło po wejściu do jednej z takich żelbetowych chatek, to względna czystość. Brakowało puszek i butelek, a najbardziej uderzał brak zapachu obszczanego muru, z którego tak słyną nasze fortyfikacje.


Spacer był coraz bardziej przyjemny. Co chwila pojawiały się miejsca piknikowe.


A niektóre bunkry miały nawet swój urok.


Nawigacyjnie, byliśmy cały czas bezpieczni. Z jednej strony widać było twierdzę.


Z drugiej strony na horyzoncie majaczyła Karlskrona.


Pomiędzy skałami spotkać można było trochę gadów. Na szczęście nie trafiliśmy na nic jadowitego.


 Ścieżka wiodła tuż nad brzegiem, pomiędzy kamieniami. A było tam wiele dużych kamieni.


Niektóre widoki, strach było interpretować przy dzieciach.


Inne nadawały się zupełnie na fototapetę w spa.


Ktoś się nie bał i w szuwarach łódkę zostawił.

Nieco dalej cumowały większe motorówki.


Traktora, zrobionego ze starego odkurzacza, kosiarki i tostera, nikt się tam nie spodziewał.


Szliśmy dalej. Po drodze mijaliśmy kolejne nakryte stoliczki...


Zaciszne plaże.


Mikro przystanie.


W pewnej chwili, ktoś krzyknął do nas "PRIVATE PROPERTY!". Dziwne - nikt z nas nie miał na imię Property. Człowiek kultury uczy się całe życie i nie wszystko od razu rozumie. Pomachaliśmy przyjaźnie i odkrzyknęliśmy, na powitanie, miłemu człowiekowi - zapewne Rosjaninowi - "Privet, privet!".

Dochodziliśmy już wtedy do końca wyspy, więc skręciliśmy w głąb, w poszukiwaniu drogi powrotnej.

Kiedy zobaczyliśmy ogrodową, szwedzką lodówkę - traktor nie budził już w nas tak wielkiego entuzjazmu.


Gdy na poboczu zaczęło przybywać skrzynek - wiedzieliśmy, że byliśmy na dobrej drodze - ku cywilizacji.


Aha - nie opowiadajcie w Szwecji kawału "O turyście i bacy, co ciągnął łańcuch". Tam, raczej nie będzie on śmieszny.


A kiedy tak już szliśmy sobie po asfalcie...

Pomyślałem sobie, że jeszcze tylko drzewa z anteną na szczycie brakowało, do tych wszystkich cudów, co je tego dnia widzieliśmy.

Chwilę potem, bałem się już o czymkolwiek pomyśleć.


Spacer zakończyliśmy w sklepie ICA, odległym od mariny o jakieś pół kilometra.
Zaprowiantowani na najbliższy dzień lub dwa, wróciliśmy na łódkę.

Czas na szkier...

NUMER 002


Gdzie płynąć dalej? Takie pytanie gnębiło nasze dusze i ciała. Dostępnych zaledwie kilka dni, a wysepek i portów w okolicy, aż nadto.

Na szczęście, wszystkie porty, małe i duże, opisał bardzo starannie, w swoim przewodniku, Marcin Palacz. "Południowa Szwecja. Przewodnik dla żeglarzy", o którym już wcześniej się rozpisywałem, sprawdził się podczas naszego rejsu doskonale. Pomógł nam wybrać miejsca warte odwiedzin oraz pozwolił na szybkie ogarnięcie się w każdym nowym porcie.

Dnia 27.07.2016, wypłynęliśmy z mariny Drottningskär szerokim łukiem na południe, aby zmieścić się w przesmyk w grobli.


Brak wifi, starałem się dzieciom zastąpić aktywnością na łódce. Jedynie Kuba dawał się na to nabrać.


Po wyjściu z toru podejściowego, postawiliśmy żagle. Po kilku halsach, skierowaliśmy się do portu Stenshamn, leżącego na najbardziej wysuniętej na południe, wyspie archipelagu Karlskrony.


Tym razem wiało mocniej i trasę długości 10NM pokonaliśmy w 2.5 godziny.
Mimo to, dzieci, pozbawione ekranu LCD przed oczami, bardzo silnie odczuwały względność czasu.


Jednak, kiedy Kuba zaspał na swoją wachtę...


Ala przejęła obowiązki sternika. Buźka od razu poszła w banan.


Był to pierwszy raz, kiedy siadła za sterem i nie oddała go już do samej mariny.


Obowiązki swoje wykonywała z nadmierną gorliwością, wypatrując nie tylko znaków nawigacyjnych, ale i występujących w tym rejonie wielorybów.


Rzeczywiście, podejście do Stenshamn wymagało nieco uwagi i nadłożenia drogi. Jakże złudne były te rozległe przestrzenie wodne. Należało je bezwzględnie opłynąć, ze względu na czające się tuż pod powierzchnią skały.

Pamiętać należało, że tylko niektóre z tych skał udawały większe morskie ssaki i wychylały się nad powierzchnię. A na pewno, nie wolno kierować się na najbliższy widoczny, komplet czerwonej i zielonej pławy - tak jak początkowo robiliśmy.


Na szczęście, mieliśmy na pokładzie Navionicsa. I na szczęście, coś tknęło mnie aby sprawdzić naszą pozycję.

Udało nam się ominąć skały i w jednym kawałku zacumować w porcie. Tym samym, nie staliśmy się kolejną kreską na drzwiach tutejszego sklepiku, którego właściciel, w ten właśnie sposób, zaznaczał sobie każdy pechowy jacht.


W porcie, urzekł nas system realizowania opłaty postojowej. A wyglądało to mniej więcej tak...

Wchodziło się do otwartego biura szeryfa portu, samodzielnie dokonywało wpisu w księdze gości, wypełniało druk, a odliczoną kwotę za postój, pakowało do koperty i wrzucało do skrzynki.

I po co my w Polsce tę komunę obalali, skoro to jakoś tam funkcjonuje?



Dokonując opłaty, zdałem sobie sprawę, że pierwszy raz w życiu, ktoś tak bezgranicznie mi ufał. Z przejęcia, pomyliłem rubryki i zmarnowałem jedną linijkę w książce wpisów.


Po wszystkim, pozostało jeszcze oklejenie jachtu dowodem wpłaty i można było ruszać w teren.


Jeszcze taka mała dygresja, odnośnie kolejnego zdjęcia. Nie mając własnego jachtu, również można zwiedzić archipelag. Między wyspami kursuje niezliczona ilość pasażerskich statków. Jeden taki przyłapaliśmy na manewrach.


We wspomnianym, portowym sklepiku, wypożyczyć można było również rowery. Była to najtańsza wypożyczalnia, na jaką się natknęliśmy tego lata. Ale szybko zrozumieliśmy dlaczego. Całą wyspę wraz z połączoną, sąsiednią Utlängan objechać można w niecałą godzinę.

Dobrze, że na tamtejszej trasie rowerowej można podziwiać coś więcej, niż tylko skrzynki pocztowe.


Wypożyczalnia nie dysponowała rowerami dla dorastającej młodzieży. Duma zabraniała naszym milusińskim dosiadać szwedzkich "reksiów", więc przypadły im rowery dla dojrzałych turystów.


Było w związku z tym nieco marudzenia, teatralnych wywrotek i związanych z nimi postojów, ale sumarycznie daliśmy radę.





Na samym południu wyspy Utlängan, dotarliśmy do latarni morskiej.


A za latarnią, można było się już do woli inhalować gnijącymi wodorostami.


I poskakać z kamienia na kamień.


Oraz cyknąć sobie wakacyjne selfie.


Wracając, postanowiliśmy zrobić coś złego. Nadarzyła się do tego doskonała okazja.


Trafiliśmy jednak tylko na puste kąpielisko.


Nic dziwnego, że w Szwecji podział na żeglarstwo morskie i śródlądowe nie istnieje. Sam sprawdzałem mapy, czy aby faktycznie nie jesteśmy gdzieś nad jeziorem.


Słoności wody nie próbowałem, ale roślinność otaczała nas, typowo bagienna.


W sumie dobrze, że nie testowałem wody.


Toaleta nie miała żadnych rurek, za to w trawie znalazłem kamienny murek.


Wróciliśmy do portu i oddaliśmy rowery na pożarcie następnym frajerom.

A w porcie znowu dopadły mnie filozoficzne myśli... Skąd tyle dużych łódek, sterowanych rumplem, w tak bardzo rozwiniętym żeglarsko społeczeństwie...


Dzień zakończyliśmy kolejnym wieczorem gier i zabaw.


Nocą, poszliśmy jeszcze zobaczyć z bliska, jak działają nabieżniki sektorowe.


Jak to robił kundel bury...

PENETRUJEMY WSZYSTKIE DZIURY


Kalendarz pokazywał już czwartek 28.07.2016, kiedy z mariny Stenshamn wypłynęliśmy rano, przy pochmurnym niebie.


Ale potem chmury poszły precz i się rozjaśniło.


Ster w swoje zwinne ręce wzięła Eliza.


I ostrym bajdewindem, poprowadziła nas ku wyspie Sturkö.


Po 3.5h i 13.5NM zacumowaliśmy na miejscu gościnnym, w porcie Ekenabben.


Tak to jest, jak się pokocha żeglarstwo. Wszyscy wołają już na wycieczkę po lądzie, a człowiek jeszcze chce się czymś na jachcie zająć. Jeszcze fały zbuchtować, albo chociaż jakąś cumę poprawić...


Oznaczenie miejsc dla gości, przypominało grę miejską. My jednak mieliśmy przewodnik Marcina, który wyraźnie wskazywał nam gdzie cumować.


Najważniejsze w porcie, to zlokalizować WCet. Ten akurat znajdował się po przeciwnej stronie portu. Za to, posiadał kanalizację i prysznic z ciepłą wodą, co w tych rejonach nie koniecznie jest normą - jak już się zorientowaliśmy w poprzednim porcie, wyposażonym w suche, ziemne sralnie.


Do najbliższego miasta było ze 4km. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o składanych rowerach na jachcie.

Oficjalnie, o ojcu mówi się, że jest głową rodziny. Tym bardziej bolesne jest widzieć, z jaką łatwością zastępuje go zwykły słonecznik.


Był tam autobus. Ale autobusy są dla mięczaków. Mimo protestów młodzieży, dalej darliśmy podeszwy.


Jadąc autobusem, można przepuścić takie, przydrożne znaleziska.


Spotkaliśmy Volvo, które pamięta pewnie narodziny mojej Vegi. Oba wytwory szwedzkiej myśli technicznej - jak widać - nadal w pełnej formie.


W całej Szwecji, starszy był chyba tylko napotkany młyn, który odwiedziliśmy z kilku powodów.


Po pierwsze - były tam pyszne lody.


A obok była też łódka.


Po drugie - był fotogeniczny.


Po trzecie - miał ciekawą historię. Tego w sumie nie byliśmy pewni, nie znając szwedzkiego.


Wiedzieliśmy za to, że nigdy nie pełnił funkcji sakralnej. Wszystkie przychody były zbyt sumiennie zaksięgowane.


Za to, na pewno miał dużo schodów.


I zacny widok z okna.


I kilka muzealnych gadżetów.



W budynku obok, znajdowała się wystawa malarstwa, lokalnego artysty. Można było sobie w spokoju kontemplować sztukę. A na wyjście, zakupić upatrzony obraz, za jedyne kilkadziesiąt tysięcy SEK.


Po wyjściu z młyna, ujrzeliśmy flagę z bocianem - symbolem wyspy. Wtedy stwierdziliśmy, że widzieliśmy już wszystko i rozpoczęliśmy odwrót.


Z głównego szlaku, zboczyliśmy w las, skuszeni drogowskazem na zabytek. Dobrze, że w lesie objedliśmy się do syta tutejszymi jagodami. One to wynagrodziły nam wysiłek włożony w zobaczenie czegoś, co nie budziło zachwytu.


Są takie miejsca, wyłącznie dla miłośników określonego gatunku. Przeciętniaki, taki jak my, niewiele mogą o czymś takim powiedzieć, nie przeczytawszy wcześniej czegokolwiek w przewodnikach.


Ot, jakieś pozostałości po kolejnej zabawie dużych chłopców w wojnę. Jedynie ślady czegoś na podobieństwo fosy, mogło stanowić o jakiejś wartości oglądanego betonu. Na moje, wyglądało na jakieś wcześniejsze obcowanie naszego gatunku na tym terenie.


Za to - duże kamienie, na które można się wdrapywać - to jest coś, co zawsze lubimy.


Flaga Sturkö przypomniała mi o naszej banderze, którą przygotowałem specjalnie na nasz rejs. Takie czasy nastały, że z pirackiej flagi na jachcie, bardziej od dzieci, cieszył się ojciec.


W porcie zjawiliśmy się pod wieczór, oczekując poborcy postojowego.


Po całym dniu, w nogach mieliśmy ponad 8km.



Dzieci miały już dość, więc zostały na łódce. A ja z Elizą ruszyliśmy na romantyczną, wieczorną przebieżkę na sąsiednią wyspę Tjurkö.


Droga była prosta i trudno było zbłądzić.


Na przywitanie, oczom naszym ukazała się flaga z godłem wyspy.


I bardzo dobrze, bo już się ściemniało, a komary zaczynały ucztę. Wróciliśmy grzecznie do portu.

No to...

EWAKUACJA

Rankiem, człowiek obsługujący port, zjawił się ponownie i uprzejmie zaproponował, że wyrzuci nam śmieci z jachtu. Dzieci od razu obiecały, że będą już grzeczne. Ale pan zabrał tylko worek z odpadkami i zniknął w głębi portu. Jak się okazało, śmietnik jest, w tym porcie, z jakiegoś powodu, pilnie strzeżony.


Do źródła czystej wody, na drugim brzegu, też nie łatwo było się dostać. Zarośnięty kanał portowy nie zachęcał, aby pchać się tam ze swoją śrubą. Skończyło się na dostarczeniu wody na jacht, przy pomocy plastikowych butelek.

Przy odejściu od kei, mieliśmy dość silny wiatr dopychający. Po raz pierwszy wypróbowałem, na swojej łódce i swoich dzieciach, możliwość odejścia na szpringu dziobowym.


Dało się, choć łódka maksymalnie odeszła, tylko na jakieś 45 stopni. Po układzie napędowym Vegi i rachunku wektorowym, nie można było spodziewać się więcej. Ale to wystarczyło, aby wyrwać się spod panowania wiatru.

Ruszyliśmy w ostatni etap. Kończył się nasz rejs, ale zdobyte umiejętności pozostały.

Eliza robiła buchty z zamkniętymi oczami - zarówno na trzeźwo, jak i będąc zdenerwowana przez męża.


Kuba nawigował z taką łatwością, jakby prowadzenie łódki, było grą w Minecraft.


A Ala, oprócz perfekcyjnego opanowania steru pod żaglami, potrafiła też wysuszyć włosy pokładową farelką.


Ale najbardziej dumny byłem z 43-letniego diesla. Startował kiedy tego chcieliśmy, kaszlał równo i ciągnął łódkę po wodzie z prędkością 4-5kn, trzymając cały czas 60st C. Czas sprawdzić czujnik temperatury;)


W drodze do Karlskrony, postanowiliśmy wpaść do Fortu Kungsholms. Niestety, na podejściu przywitały nas tablice, informujące o zakazie cumowania prywatnych jednostek. Pozostało nam tylko zajrzeć przez dziurkę od fortu.



Przy marinie stacjonował statek szwedzkiej straży przybrzeżnej. Abyśmy nigdy nie musieli zapraszać go na morze.


Jeszcze tego samego dnia, miałem wyruszyć w drogę powrotną do Polski, więc nie wpychałem się w y-bomy. Przycupnąłem półlegalnie przy pomoście dla większych jednostek. Nie było tłoku, więc nie było problemu - co później potwierdził bosman mariny. Uwielbiam ten skandynawski bezstres egzystencji.


I tak Santa Pasta znowu, szczęśliwie zakołysała się na cumach, w bezpiecznym porcie. Przez ostatni tydzień przepłynęła niewiele, bo tylko 33NM, ale pozwoliła nam poznać kolejny zakątek, naszego ciekawego, a tak niedocenianego często, Bałtyku.


Odprowadziłem rodzinkę na autobus, ogarnąłem łódkę i wykorzystując wniesioną opłatę za postój, zrobiłem pranie. Pozostało mi tylko czekać na Michała i Pawła, którzy wtedy już wysiedli z promu i czekali na autobus, aby dostać się na przystań. Nie śpieszcie się... - pomyślałem:)




KOLEJNY ETAP REJSU? KLIKAJ