2 października 2016

Rejs "Rejs z kolegą", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 30.09-02.10.2016


30.09.2016. Wszystko, co istotne tego dnia, zaczęło się po godzinie 1800.

Odcumowaliśmy z mariny AKM...

I od razu zauważyliśmy, że coś jest nie tak. Po przesterowaniu manetki, diesel wchodził na wysokie obroty, ale jacht ledwo poruszał się do przodu.

Przypomniałem sobie, że podczas ostatniego, własnoręcznego przeglądu silnika, przestawiłem nieco kąt krzywki, odpowiadającej za napięcie cięgna. Chciałem poprawić - a najwidoczniej popsułem.

Poruszając się z prędkością maksymalną 2kn, zawróciliśmy do mariny. Korekta ustawienia krzywki, osadzonej na stożkowym wale i dociśniętej nakrętką, zajęła kilkanaście minut - z czego większość zajęło znalezienie, wyjęcie i schowanie narzędzi.

O godzinie 1900, drugi raz tego dnia, wychodziliśmy z Górek Zachodnich.
Schowaliśmy cumy i odbijacze i zdjęliśmy pokrowiec grota, który po poprzednim rejsie miał założone dwa refy. Nie rozbrajaliśmy ich. Rybacka prognoza pogody ostrzegała przed sztormem, a numeryczna też coś około 25kn pokazywała. Na sztag, zamiast genuy, zapięliśmy foka marszowego.

Wiało tego dnia z kierunku zachodniego, czyli od lądu.  Powodowało to, że w Górkach wiatr nie okazywał swojej prognozowanej siły. Zdjęliśmy więc refy i na foku i pełnym grocie ruszyliśmy na północ.

O jeden ref...

ZA DALEKO


Plan trasy był nieprecyzyjny, bo i mocno zależny od niezdecydowanej ostatnio,  pogody.
Marcin, jeszcze przed rejsem, zaproponował, mający trwać dwie doby, pobyt na pełnym morzu. Coś na melodię treningu setkowiczów - do których niewątpliwie już należał. W zeszłym sezonie rozpoczął bowiem budowę 5-metrowej łódki. A już za 2 lata, zamierza samotnie przepłynąć na niej Atlantyk. Nie kiepski z niego gość. I ja go znam!

Niezwykle niezręcznie odmawia się komuś, czegoś w dzień jego urodzin - nawet jeżeli pomysł jest porąbany. Jakoś te dwie doby przecież wytrzymam - pomyślałem. A ponieważ lubię pływać w jakimś celu - a właściwie do jakiegoś celu - szybko go sobie znalazłem.

Obrałem sobie za czelendż opłynięcie, odległej od Gdańska o jakieś 60NM, platformy Petrobaltic. Oczywiście z przepisowym zapasem odległości, aby nie drażnić naftowiertów. Tym sposobem nasze oczekiwania odnośnie rejsu stały się bardziej spójne.

Marcin - tak w ogóle i w szczególe,  jest kolegą na taki morski rejs idealnym. Ogarnia każda łódkę - dużą i małą. A że chorobie morskiej zupełnie nie podlega, więc w sztormie można uroczyście przekazać mu ster, a samemu spokojnie złożyć się w koi.

Niestety, Marcin ma również poważne wady. I to aż dwie. Pierwsza - nie mieszka w Gdańsku. Druga - ma za mało czasu na pływanie. Na co dzień bowiem oddaje się sumiennie "pracy z ciałem", w czym ponoć jest niezwykle skuteczny.

W dzień rejsu, nasze ambitne plany rejsowe zderzyły się niestety z kapryśną pogodą i weekendowym ograniczeniem czasowym. Wiatr o sile 6-7B, Albin Vega powinna jeszcze przetrzymać - nawet pod ręką świeżo upieczonych sterników morskich. Ale w niedzielę zapowiadała się odkrętka i miało przywiać porządnie z SE i S. Ciężko byłoby wtedy, już po zrobieniu sobie selfiaka z platformą, zaorać z powrotem 60NM pod wiatr, w te kilka godzin, jakie by się ostały do końca weekendu.

Zamiennie, postanowiliśmy spróbować dopłynąć do Władysławowa - ale póki co, skierować się na Hel i zobaczyć jak się sytuacja pogodowa rozwinie.

A ta potrafiła się rozwinąć w zaledwie kilku minut. W połowie drogi na Hel, siła wiatru gwałtownie wzrosła i jacht stał się mocno nawietrzny. Z racji lepszej znajomości lokalnej sznurkologii, to ja udałem się do masztu w celu założenia, zdjętych niedawno refów. Kolega został za sterem.

Brak baranich rogów, do szybkiego podczepienia luwersów rogu halsowego grota, zaowocował małym opóźnieniem i bałaganem. Zawiązałem refhals i przyciągnąłem mocno reflinę - niestety nie od tego refa, co trzeba - ale o tym jeszcze wtedy nie wiedziałem. Na morzu było już ciemno, ana pokładzie coraz mniej stabilnie. Dodatkowo, widok na bloczki i refliny przysłaniał mi wybrzuszony od wiatru i poluzowany grot.
Wybrałem fał, obłożyłem na knadze, zawiązałem reflinki do bomu i wtedy dopiero, przechodząc na drugą stronę żagla, zauważyłem swój błąd. Dociągnąłem więc prawidłową reflinę, ale kształt żagla pozostał dalej nieco awangardowy - nie byłem już w stanie napiąć liku dolnego. Nie chcąc powtarzać wszystkiego od początku, założyłem do końca drugi ref i wróciłem do kokpitu, robiąc dobra minę do złej gry.

Prawdopodobnie wygenerowałem w ten sposób największe opory indukcyjne, jakie moje żagle przez 43 lata swojej morskiej służby miały okazję wytworzyć. Mimo to jacht płynął teraz bardziej swobodnie, a sternik nie musiał używać swoich ukrytych mocy, aby utrzymać kurs. Biorąc pod uwagę pogarszające się warunki i skopane refy, zdecydowaliśmy zawinąć na Hel.

Dopływając do południowej kardynałki HL-S, zgłosiliśmy w bosmanacie (VHF 10) nasz zamiar wejścia na noc do mariny. Ubrałem kalosze i udałem się na dziób, aby zrzucić żagle. Marcin odpalił motor i na czas puszczania fału foka, skierował jacht na wiatr. Poszło zadziwiająco sprawnie i już po chwili kierowaliśmy się na główki portu Hel.

Coś mi jednak nie pasowało. Światła główek świeciły się, tak jak mają w zwyczaju, czerwienią i zielenią, ale... Gdzie się podziało jajco? - ta myśl nie dawała mi spokoju. Miałem na to swoją teorię, ale upewniłem się jeszcze na androidowej nawigacji.
Tak jak podejrzewałem - szliśmy prosto w główki..., ale Portu Marynarki Wojennej. Port rybacki i marina znajdowały się po naszej prawej burcie, a oświetlenie tamtejszych główek wtopiły się gdzieś w tło innych portowych świateł. Spostrzegliśmy to w samą porę.
Przyświeciliśmy jeszcze po falochronach latarką (bardzo lubię to robić) i już pewni swego, razem z falą, weszliśmy do portu - tego co chcieliśmy.

Niestety, zachodnie kierunki wiatru na Helu, nie czynią z tej mariny zacisznej przystani.

Były plany przycumowania do zawietrznej kei, ale w prognozach kręciło wiatrem na wszystkie strony, więc okazaliśmy brak zainteresowania tym pomysłem.
Miejsc w porcie nie brakowało, toteż podciągnęliśmy się dodatkowo na nawietrznej cumie, aby nie zedrzeć resztek farby z burty. Tak zabezpieczeni, postanowiliśmy przeczekać noc w porcie.


Podróż...

SENTYMENTALNA


Na szczęście cum nam w nocy nie zerwało. A następnego dnia było już dużo spokojniej. Jak się później okazało - zbyt spokojnie.


Helskie jajco polubiłem już na tyle, że dosyć często, idąc z karnecikiem Kogi do WC-kontenera, nie odmawiam sobie tam fotki. Oczywiście dopiero jak wracam, aby zdjęcie nie wyszło poruszone.


Zanim wypłynęliśmy, odwiedziło nas dwóch uczestników, rozpoczynającego się właśnie Jesiennego SIZu Zatokowego. Właśnie w tym roku, Spotkanie Internetowych Żeglarzy odbyło się na Helu.
Sailforumowy kolega "colonel", namówił mnie skutecznie na członkostwo w SAJ. A poznany, dopiero co, Rysiek - żeglarz szukający po świecie swojej Vegi - po obejrzeniu wnętrza Santa Pasty, zaciągnął się na moją rejsową spam-listę.


Po śniadaniu, rozplątaliśmy poplątane zeszłej nocy refliny i w okolicach godziny 1100 ruszyliśmy do Jastarni - jedynego celu, z którego według pogodowych wróżbitów, nie będzie później trudno wrócić do Górek.


W robieniu selfików jestem jak błyskawica. Nawet człowiek nie zdąży zdjąć okularów i zrobić dziubka.


Po raz kolejny w tym sezonie mijaliśmy prezydenckie, letnie apartamenty.


Marcin nie lubi za dużo gadać - nie lubię i ja. Ale czasem, po prostu, mam lepszy dzień. Od moich przydługich, nudnych opowieści i irytujących pytań, Marcin uciekał w dużo ciekawsze dla niego treści książek, o budowie jachtów.


Po około godzinie żeglugi wyłączono wiatr. Na resztkach podmuchów bujaliśmy się prawie 2 godziny, w tempie około 1.5 węzła.


W końcu żagle dopadła niemoc nieludzka. Mimo to, jakoś nie chciało nam się zakłócać ciszy silnikiem. Nigdzie się nam wszak tego dnia nie spieszyło.


W okolicach Kaszycy, przestaliśmy już udawać, że żeglujemy. Włączyliśmy silnik, zwinęliśmy żagle i poprawiliśmy krawaty. Chcieliśmy dobrze prezentować się w porcie, który był przecież kuźnią naszych żeglarskich talentów.


Ubrani na galowo, w przepisowym nakryciu głowy, rozpoczęliśmy podejście.


Jednak w główkach portu, tylko kormorany witały nas z otwartymi skrzydłami.


Człowiek wrażliwy, podczas wejścia do portu, pełnego dobrych wspomnień, powinien pozostać na dziobie, by ukradkiem ocierać łzy wzruszenia.


O godzinie 1400 zacumowaliśmy w marinie i postanowiliśmy tam przeczekać, póki się wiatr nie rozbuja.


W Jastarni trafiliśmy na posezonową wyprzedaż jachtów.


Tuż obok znajdowała się ekspozycja kaszubskich pomeranek.




Patenty znajdowane na rybackich łodziach, zawsze budziły mój podziw. Ale tym razem znaleźliśmy coś, co zatrzymało nas w zadumie na dłuższą chwilę.


Zaglądając do wnętrza niektórych statków, można było zostać obdarowanym przez los i znaleźć inspirację, na wystrój własnej łódki. W niektórych przypadkach nie zaszkodzi, taką nową dekorację, przedyskutować z żoną.


Tuż obok rozgrywała się mrożąca krew w żyłach scena z filmu "Jastarniacka masakra szlifierką kątową".


A spotkana niedawno na Helu, s/y Empatia, przygotowywała się do zimowego snu.


Odwiedzając pomieszczenia biurowo-sanitarne portu, nie przypuszczałem, że zrobię to z połykiem. Nie tylko opróżniłem pęcherz, ale i łyknąłem odrobinę lokalnej historii.


Uwielbiam tę dylatację czasu, odczuwalną na każdym rejsie. Najbardziej jednak delektuję się leniwą atmosferą portu po sezonie.


Jastarnia była doskonałą okazją, by nie przyprawiając żony o depresję, pójść z kolegą do Łóżka. Knajpa jak zwykle pełna, a zacne żarełko, już od kilku sezonów trzyma poziom zadowolenia klientów.


Aha! Nasi tam byli.


W porcie, spotkaliśmy kowala naszego żeglarskiego rzemiosła - Maćka z Akademii Jachtingu, który w przerwie między egzaminami, dokonał towarzyskiej inspekcji naszego jachtu.

Resztę bezwietrznego i deszczowego wieczoru zleciało nam na pokładzie, na urodzinowych toastach i konsumpcji, przywiezionej przez Marcina, swojskiej kiełbasy i ogórków kiszonych. Ile ja tego stuffu potrafię zjeść - lepiej nie będę tutaj opisywał. Z resztą, nie znana mi jest pisownia dźwiękonaśladowcza beknięcia z powodu nieumiarkowania.

Perfekcyjne...

ZAKOŃCZENIE


02.10.2016. Było uroczyście. Nie odbył się co prawda żaden apel, ale wyjściu jachtu Santa Pasta z portu, towarzyszyły bijące, o godzinie 1000, dzwony. Ich interpretację pozostawiam czytelnikowi.


Założyliśmy genuę. Bardzo słaby półwiatr pozwalał nam, na przemieszczanie się na żaglach, jedynie z prędkością dwóch małych węzełków. Potem było jeszcze słabiej i skrzyżowanie rut, przy pławie bezpiecznej wody GN, przecinaliśmy już na silniku.


Była godzina 1200. Słabe zafalowanie wykorzystaliśmy na zrobienie obiadu. Kuchenka spirytusowa sprawiła się doskonale. Odkąd przestałem używać kopcącego palnika, można było nawet dostrzec, co się gotuje. Uszczupliliśmy trochę jachtowe zapasy chili con carne, które z domieszką swojskiej kiełbachy, wciągnęliśmy ze smakiem - aż nam się uszy trzęsły.

Do pracy zaprzęgliśmy Simrada Tipitena, o którego obecności przypomniałem sobie podczas konsumpcji obiadu, podpierając rumpel nogami i starając się utrzymać obrany kurs na Górki Zachodnie.

Po obiedzie, nie mając nic pożytecznego do roboty, zająłem się fotografią zapokładową.


W okolicach godziny 1400 czasu lokalnego, trochę w końcu powiało. Na pełnym grocie i foku, który właśnie co rozwiesiłem na sztagu do wyschnięcia, uzyskiwaliśmy prędkość nad dnem, na poziomie 5 węzłów.



Autopilot sprawia jednak, że człowiek na jachcie jeszcze bardziej się nudzi. A tu na dodatek, jak grom z jasnego nieba, dopada człowieka iście dekadencki nastrój. Oczy oślepiają promienie wściekłego słońca, przebijające się usilnie przez chmury i odbijające się kiczowato w wodzie. Uszy drażni wszechobecny szum morza, pomieszany z odgłosem kadłuba, rozdzierającego każdą napotkaną falę. I jeszcze ta wywołująca lęk pustka dookoła, z bielejącymi na horyzoncie sylwetkami innych żagli. To lewackie poczucie wolności, przy akompaniamencie miarowego, łagodnego kołysania. Pfe!


Człowiek, pozostawiony sam sobie, w takich warunkach, gotów jest znienawidzić żeglarstwo, raz na zawsze. Marcin umiał jednak skrywać emocje. Siedział sobie na pokładzie i marzył o powrocie do Warszawy.


Czy wspominałem już kiedyś o przełożeniu zgrania załogi, na sukces udanego rejsu? Pewnie tak - przepraszam. Jeżeli czytaliście te bzdury, to szybko o nich zapomnijcie. Rejs z sympatycznymi, ciekawymi ludźmi może okazać się waszym gwoździem do trumny. Zajmujące rozmowy w kokpicie, znacznie upośledzają bowiem nasze zmysły nawigatora.

Fok zobowiązuje. Zaniedbanie kontroli obszaru morza, ukrytego za żaglem, może powodować różne zdarzenia, a nawet zderzenia.
Lecz jeżeli już przyjdzie Wam brać kiedyś udział w takim rejsie, musicie liczyć na to, że skipper, oprócz sklerozy, będzie miał również odrobinę szczęścia. Wtedy niezauważoną pławę, wasz jacht minie bezpiecznie, w odległości przynajmniej 5 metrów.


Po tym zdarzeniu, dla bezpieczeństwa, zdjęliśmy żagle i wyznaczyliśmy wachty kardynalskie. Zrozumiałem, czemu stale rośnie sprzedaż motorówek.


Najgorsze, co można zrobić, to wrócić z rejsu późnym popołudniem - prawie na kolację. Zdjęcie zacienionej strony przystani masakrycznie szpeci z rejsu relację.


O godzinie 1600 cumowaliśmy już w porcie macierzystym AKM w Górkach Zachodnich. Do autobusu Marcina mieliśmy jeszcze 2 godziny. To starczyło na spakowanie się, sklarowanie jachtu i spokojne wypicie kawy, zagryzionej czymś słodkim.

Rejs nie przysporzył nam wielu godzin stażu. W 12 godzin żeglugi (w połowie motorowodnej), nabiliśmy na log 46NM.

I tak oto, zamiast dwóch dób na morzu, były jedynie dwie flaszki w porcie. Niestety, każdy rejs jest trochę jak taka flaszka - kiedyś musi się skończyć. I kończyć się wtedy również musi, z tego rejsu relacja.


I jeszcze wiadomość...

Z OSTATNIEJ CHWILI


Właśnie zauważyłem w moich cyfrowych zasobach zdjęciowych, że dość bogaty dla mnie żeglarsko sezon 2016, też się już skończył. Tak - to już ostatnia relacja. Dzięki, że czytacie. I chociaż w reklamy bardzo słabo klikacie, żywię nadzieję, że choć raz, czytając, poszczaliście się w gacie;)