28 lutego 2016

Rejs "Kanaryjskie Ło Matko", s/y Mama Mia (Bavaria 42), 20-27.02.2016


Pomysł na zimowe...

FERIE


Jak większość żeglarzy amatorów stale szukam okazji by pływać. Nie jest to zajęcie łatwe, ani wdzięczne - takie szukanie i planowanie. Nie dość, że czarter kosztuje nie mało, to jeszcze urlopu ciągle brak. A i zdarza się często - tak jak u mnie, że rodzina nie podziela tego zainteresowania bujaniem się po falach bez celu. Sytuacja beznadziejna.

Ciężko jest zorganizować rejs pod pretekstem wyjazdu na zakupy do IKEI czy innej Biedronki. Ale wspomniane przez Elizę, głębokie pragnienie wygrzania się gdzieś w ciepełku podczas zimowych ferii uruchomiło mój instynkt myśliwego. Zamiast zastanawiać się czy szklanka jest w połowie pusta czy w połowie pełna, postanowiłem kupić flaszkę i spróbować szklankę dopełnić.

Niewiele jest zimą takich miejsc, gdzie można z Polski zabrać cztery osoby zapewniając im letnie temperatury i jednocześnie nie być zmuszony w przyszłości sprzedawać nerki.

Wyspy Kanaryjskie nie gwarantują co prawda upałów, ale są w zasięgu taniego desantu lotniczego. I tu właśnie skierowałem swoją uwagę.



Moją propozycją, tym razem był tydzień lądowego pobytu na Teneryfie (tę część przynajmniej akcentowałem wyraźnie w rozmowie). Z mniejszą już śmiałością w głosie - w pakiecie, dołożyłem okazyjny cenowo tygodniowy rejs po tamtejszych wodach.

Oferta jaką znalazłem na stronie rejsymorskie.org.pl była na prawdę warta uwagi. W proponowanej przez organizatora cenie znaleźć można wiele jachtów czarterowych na całym świecie, ale tutaj dodatkowo wliczona była opieka zawodowego skippera. Jeśli tylko nie okaże się on nałogowym alkoholikiem, chamskim prostakiem, czy też zwykłym zakompleksionym burakiem, to możemy liczyć na prawdziwy morski wypoczynek.

Pokerowa twarz, którą starałem się resztkami mocy zachować, nie zdradzała wielkiego napięcia w jakim trwałem, oczekując odpowiedzi żony.

Moja ciepłolubna małżonka do końca nie była przekonana, czy prognozowane na ten okres temperatury w okolicach 20°C, zapewnią jej wystarczający komfort termiczny i czy żegluga po oceanie w tak wietrznym rejonie jest najlepszym pomysłem.

W końcu jednak udało mi się ją przekonać. Różnica tych dwudziestu kilku stopni pomiędzy szerokościami geograficznymi zrobi swoje, a Atlantyk to przecież taki nieco większy Adriatyk - w końcu też na "A".


Co do odczuwalnej temperatury - nie pomyliłem się. Było nam dużo cieplej niż się spodziewaliśmy i spędziliśmy rewelacyjny tydzień zimowych ferii, kąpiąc się w morzu, chodząc po górach i obżerając się owocami - morza i tymi zwykłymi. A co do Atlantyku...

Do ręki noga i jest...

ZAŁOGA


Rozpocząłem poszukiwania reszty 8-osobowej załogi, która miała by z nami dzielić radości, ale i wypełniając po brzegi jacht - podzielić koszty rejsu.

"Albo się zarżniemy albo się zerżniemy" - tak zwykł mawiać przed rejsem mój rejsowy kolega Bartek, określając w ten sposób obrazowo problem egzystencji grupy osób na ograniczonej przestrzeni, przez dłuższy okres czasu.

Stwierdzenie to oddaje doskonale problem doboru człowieków na wspólny rejs jachtem. Źle skompletowana załoga popsuje rejs wszystkim razem i każdemu z osobna. Zgrana ekipa, na luzie ogarnie na morzu jak i w porcie wszystkie przeciwności losu i kaprysy pogodowe, pozwalając zachować jedynie pozytywne wspomnienia.

Paradoks w tym wypadku polegał na wymagającym rejsie oceanicznym - no prawie;) - i załodze złożonej po części z dwóch marudnych 10-latków. Nie wiadomo czego można było się spodziewać z takiej mieszaniny.

Na szczęście udało mi się znaleźć ludzi tolerancyjnych na familijne, turystyczne żeglarstwo, jak i spragnionych słońca oraz ciekawych wrażeń z nieco większego zbiornika wody słonej.


Martyna i Paweł

Pomimo łączącej ich więzi emocjonalnej i zapewne fizycznej, pływali już ze mną - lecz nigdy razem we dwoje. Teraz nadarzyła się ku temu doskonała okazja. Urlopy zostały więc szybko zarezerwowane i zaliczki wpłacone.

Dla mnie była to para na rejs idealna.


Martynie - jako mojej "pracowej" koleżance i miłośniczce zwierząt, nie wypadało raczej znienawidzić moich marudnych dzieci. To w ogóle pozytywnie do świata nastawiona osoba i nie ma się o co do niej przyczepić.
Tuż przed rejsem - niestety, bidulka złapała gdzieś przeziębienie i męczyła się z kaszlem przez cały rejs. Zmuszona była przy tej okazji do unikania morskich kąpieli.

A mówiłem tle razy - nie całować się zbyt namiętnie w metrze z nieznajomymi. Mogą przecież siedzieć w przeciągu.

O Pawła również byłem spokojny. Gość jak tylko zostanie wsadzony na coś bujającego się po morzu, nic więcej od życia nie oczekuje. O sobie mówi raczej nie za wiele, ale przeżył w życiu nie mało i jak się rozkręci, to umie o tym ciekawie opowiedzieć.

Oboje z patentami sterników - czyli elita statystycznych Polaków.


Marko i Żaneta

Początkowo niewielka niewiadoma - później wielka niespodzianka rejsu. Ludzie zamieszkujący na co dzień we wsi Berlin. Znalezieni metodą kontaktów pozafejsbukowych przez Martynę i Pawła. Jako ich dobrzy znajomi, nie powinni teoretycznie stanowić problemu.


Żaneta okazała się niesamowicie aktywną osobą, doskonale zarządzającą wydatkami na żywność oraz organizacją posiłków. Pełniła też niezastąpioną rolę tłumacza w kontaktach załogi z Marko. W czasie rejsu, w końcu zaspokoiła swoje dziecięce marzenia i odwiedziła - widzianą dawno temu w Teleranku - Playa de la Americas.

Marko - prywatnie miłośnik i znawca wszystkiego co ma na masce trójramienną gwiazdę. Jak na zawodowego handlowca przystało, wspierał nas przy zakupach w przeliczaniu wartości opakowania produktów spożywczych na jednostkę konsumpcyjną. Owocem jego aktywności były dłuższe pobyty w sklepach, ale i ku uciesze wszystkich - zwrot dużej części składki z kasy jachtowej po rejsie.

Pomimo bariery komunikacyjnej doskonale zintegrował się z załogą, a jeszcze lepiej z żyłką i przyczepionym do niej haczykiem. Na rejsie odkrył bowiem swoją ukrytą dotąd pasję wędkarską, której oddawał się z zaangażowaniem codziennie do późnych godzin nocnych.


Alicja, Jakub, Eliza i Rafał


Ala - zaprawiona w silnikowym żeglarstwie chorwackim, zdawała się być bardzo niemile zaskoczona ponad dwu-metrową atlantycką falą. Jednak jak każdej typowej prawie-nastolatce, prawdziwymi problemami spędzającymi sen z powiek były kołtuniące się na wietrze włosy oraz nierównomierna opalenizna.

Kuba - gdyby tylko mógł - na pewno klnął by jak szewc. Ogólnie garnął się na wodę, ale nie dziękował mi jakoś specjalnie za zorganizowanie rejsu na tak niespokojnych wodach. Pomimo wielu chwil spędzonych w objęciach wiaderka, dzielnie podejmował próby sterowania jachtem i uczenia się prac bosmańskich.

Eliza - jak sama stwierdziła - przeżyła pierwszego dnia rejsu najgorsze chwile w swoim życiu. Wywnioskowałem z tego, że zapomniała już o naszej nocy poślubnej. Zafascynowana urokiem tamtejszej przyrody, szybko puszczała jednak w niepamięć udręki morskich przelotów. Na ocean znalazła z resztą sposób, większość bujanych chwil przesypiając z innymi dziewczynami w mesie.

Rafał - chciał spróbować oceanu i nie żałuje. Nauczył się jednak, aby rejsy rodzinne organizować latem na Adriatyku, a na Kanary zabierać się raczej tylko z innymi zboczeńcami gustującymi w słonej poniewierce.


Jerzy

Jurek był na rejsie naszym kapitanem. Spokój i opanowanie to cechy szczególne tego człowieka. Oskarżany przez załogę o wyjątkowe umiłowanie jazdy na silniku, konsekwentnie realizował swój plan żeglugi, w sposób ograniczający marnowanie spożytej już przez załogę żywności. Człowiek będący idolem nie tylko kobiet w pończochach, ale i zapalonych żeglarzy amatorów. Nie każdy potrafi porzucić wygodny i dochodowy etat i puścić się w morze. On to zrobił!



Wieczorek zapoznawczy...

NA JACHCIE


Rejs miał rozpocząć się w marinie San Miguel położonej na południowym wybrzeżu Teneryfy. W sobotę po godzinie 1600 odebrałem telefon od Jurka informujący o możliwości zaokrętowania się.

W tym czasie czekaliśmy już z bagażami na pobliskiej plaży, więc w ciągu 5 minut znaleźliśmy się przy jachcie. Nasz skipper powitał nas z daleka uśmiechem, a z bliska uściskiem dłoni i zaprosił na pokład.

S/y "Mamma Mia" (Bavaria 42 z roku 2000) został dokładnie wysprzątany po poprzedniej załodze i przygotowany na nasz rejs. Po chwili zamieszania rozlokowaliśmy się po wybranych kajutach i zapoznaliśmy się ogólnie z łódką.

Po raz pierwszy płynąłem tak dużą jednostką rekreacyjną. Pełna wysokość stania (i to jeszcze z małym podskokiem) w mesie, dwa kibelki z prysznicami, osiem miejsc sypialnych, plus wyrko w mesie. Na bogato! Choć dzieciom pewnie i tak brakowało WiFi.

Jacht trzeba było jednak zaprowiantować. Ponieważ zgodnie z umową, należało to do obowiązków załogi, ruszyliśmy gromadą w kierunku wskazanym przez Jurka, jako najbardziej prawdopodobnym na znalezienie większego sklepu spożywczego. Patrząc w niebo, nie byłem jednak pewien czy zastaniemy tam sklep, czy może mokrego od deszczu karła z garncem złotych monet.


Zawierzyliśmy technice - niepotrzebnie. Wskazywany uparcie przez ajfonową mapkę sklep, okazał się zwykłym domkiem, gdzieś w dzielnicy mieszkaniowej, odległej zarówno od mariny jak i prawdziwego sklepu o jakąś godzinę drogi.

Kto wie jakimi danymi dysponuje Apple. Może niewinnie wyglądający domek był zarejestrowaną na potrzeby większych korzyści podatkowych, filią firmy?

Nas interesowało jednak tylko to, że nie można było kupić tam czegokolwiek do jedzenia. Nie potrafiliśmy więc docenić pracy włożonej w przygotowanie i udostępnienie takich danych.

A może mieliśmy do czynienia z nowatorską, modną obecnie aplikacją zmuszającą użytkownika do aktywności fizycznej.
Wyobraźmy sobie taką sytuację. Zachciało nam się pączusia z marmeladką, na deser? Zdejmujemy nasz ajfon z ołtarzyka, znajdujemy na mapce sklep i idziemy... Idziemy... I idziemy...
A tu po godzinie zamiast pączka, całujemy furtkę czyjegoś ogródka i wracamy.... Wracamy... I wracamy... Zamiast kilkuset pustych kalorii, mamy w nogach kilkadziesiąt kilometrów. Brawo Japko?!

Pozytywne myśli i dobre nastroje nie opuszczały nas jednak, więc po skorygowaniu - już na guglowej mapie - współrzędnych celu, ruszyliśmy przed siebie. Mijaliśmy śliczne domki i ogródki w nowo wybudowanych dzielnicach  oraz perfekcyjnie przystrzyżone pola golfowe. Ale po drodze spotykaliśmy też nieużytki z hałdami śmieci i gruzowiska - wstydliwą lecz wcale nie skrywaną, ciemną stronę galopującego postępu budowlanego na wyspie.


W końcu, nieco już wyczerpani - dotarliśmy... Na postój taksówek przy jakimś hotelu dla golfistów.

Od tego momentu jednak poszło dużo szybciej. Odwiedziliśmy supermarket o wdzięcznej nazwie  HiperDino, gdzie zaopatrzyliśmy się we wszystko, co potrzebne i również odrobinę zbędne, na najbliższy tydzień rejsu. Patrząc na wypakowany po brzegi koszyk z żarłem i poidłem, błogosławiłem w myślach obszerność i rozciągliwość zabranych na rejs ubrań.

Po zakupach, niestety zgasło słońce i szybko zrobiło się ciemno. Nikt nie oponował na pomysł powrotu baj taxi. Z pomocą obsługi marketu, zamówiliśmy telefonicznie jedną z obszerniejszych gablot na wyspie. Koszt kilkuminutowego przejazdu do portu wyniósł około 15 EUR i rozłożył się bezboleśnie na uczestników eskapady.

Ruszamy...

W TRASĘ


Według relacji naocznej Jurka, cały poprzedzający nasz rejs tydzień, w okolicach wysp szalał wzburzony silnymi wiatrami ocean. Charakterystyczny dla Wysp Kanaryjskich efekt dyszy, powstających między wyspami zbierał swoje żniwo. Mimo, że w dniu rozpoczęcia naszej morskiej podróży słonko prażyło na prawie bezchmurnym niebie i wiatr nieco osłabł na sile, duże fale nadal dowodziły teorii bezwładności cieczy. Nasz skipper uznał, że jesteśmy jedynie w stanie dopłynąć bezpiecznie w ciągu dnia na Gomerę. Tak też zrobiliśmy.


Początkowo kołysaliśmy się łagodnie, płynąc w osłonie wyspy, z której wystartowaliśmy. Szło gładko, a na pokładzie zagościła atmosfera relaksu.


Oglądając dzisiaj niektóre zdjęcia, nie do końca wiadomo, kto był na naszym jachcie kapitanem.


Kiedy już Gomera jawiła nam się przed dziobem w całej okazałości, dopadły nas szkwały i trochę większe fale. Część załogi - niestety, od razu poczuła dyskomfort i mniej jakby uczestniczyła w podziwianiu spektakularnych widoków.


Nie dane im było jednak znosić, tę zupełnie prawidłową reakcję swoich błędników zbyt długo. Podróż trwała zaledwie kilka godzin, z czego jedynie dwie ostatnie miały miejsce w wyboistej strefie, podatnej na przeciągi.

Idąc na zrefowanych żaglach, w lekkim przechyle - prawym bajdewindem, powoli zbliżaliśmy się do portu San Sebastian de la Gomera.


Marina tego uroczego miasteczka położona jest w miejscu, skąd można od razu, nie opuszczając pokładu, zapoznać się z przeszłością geologiczną wyspy. Jest przez to jednak bardzo dobrze osłonięta od wiatrów z kierunków północnych.



W czym się gmera, na...

LA GOMERA


Kiedy zacumowaliśmy, było już dawno po południu, więc zwiedzanie czegokolwiek poza miasteczkiem odłożyliśmy sobie na dzień kolejny.

Z przyjemnością przespacerowaliśmy się wieczorem po San Sebastian. Stwierdziliśmy zgodnie, że mieścina ma swój charakter - jakże różny od zawładniętych przez tłumy turystów, miasteczek spotykanych na Teneryfie.


Po powrocie na łódkę, rozpoczął się wieczór gier i zabaw, który trwał do późnych godzin nocnych.


Na pierwszy ogień poszedł Dixit. Doskonała karciana gra dla wszystkich, niezależnie od wieku i stanu upojenia alkoholowego.


Integracja przebiegała pełną gębą. Bez trudu skruszyliśmy wszelkie bariery kulturalne i językowe. Dzieci dodatkowo skruszyły zębami kilka opakowań ciastek i paluszków.


Kolację tego wieczoru złapaliśmy sobie sami. Mnie i Pawłowi przypadła zaszczytna rola wróżenia z rybich łusek i wnętrzności. Prawie zatkaliśmy odpływ zlewozmywaka na łódce, ale w efekcie końcowym jednak, kilka "patelniaków" wykarmiło całą populację s/y Mama Mia.


Kolejnego poranka znowu wyszliśmy na brzeg by tym razem zobaczyć nieco więcej.


Życie w San Sebastian zdawało się płynąć własnym rytmem. Nikt nie wyrywał się do pracy o świcie i nikt się nigdzie nie spieszył. Współczułem tamtejszym psychoterapeutom - słaby rynek.


Jak to dobrze, że nie mają tam pociągów - pomyślałem również. Wszyscy by się na nie spóźniali.


Nawet kupcy miejscowego targowiska rozkładali się później, niż na jachcie budzili się Ala z Kubą.


Wśród uroczych, zabytkowych uliczek dało się również dostrzec nieco aktywności współczesnych architektów. Póki co, niewiele udało im się zepsuć.


Nieopodal portu, moją uwagę przyciągnęła samotna wieża. Może nic nadzwyczajnego, ale będąc zabytkiem zasługiwała na osobne zdjęcie.


Prawie bym zapomniał o tym wspomnieć. San Sebastian miał swoje zaszczytne miejsce w historii. Dawno temu, pewien podróżnik o imieniu Krzyś, zatrzymał się tu w celu uzupełnienia zapasów przed dalszą drogą do Indii. Mimo, że nigdy celu swojej podróży nie osiągnął, z jakiegoś powodu świat o nim nie zapomniał.


Niektóre budynki zdawały się pamiętać jeszcze echa tamtych czasów.


A i rosnące w centrum zdrewniałe krzaki nie sprawiały wrażenia młodych. Wszystko to robiło klimat.



Szukanie lasu...

W LESIE


Rankiem, odwiedziliśmy w pierwszej kolejności pobliską plażę. Zawiedzie się każdy, kto spodziewa się tłumu turystów i biegających z pomarańczowymi "pamelkami" ratowników. Czarny, brudzący piasek i mało ciekawe, lekko zamulone dno morskie sprawiło, że nie zagościliśmy tam na dłużej.


W znajdującej się po drugiej stronie ulicy wypożyczalni samochodów, zamówiliśmy na cito dwa małe autka i czwórkami ruszyliśmy w głąb malowniczej i zielonej wyspy.


Naszym celem był, znajdujący się na terenie Narodowego Parku Garajonay, największy na świecie wawrzynowy las trzeciorzędowy.

Reklamowany był jako tutejsza atrakcja w każdym przewodniku turystycznym. Zupełnie nie potrafiłem zrozumieć dlaczego. Może i największy, ale nie był pierwszo, a jedynie trzeciorzędowy.

Jakby tego było mało - zupełnie bez pomyślunku, umieścili go w niezbyt dostępnym dla turystów miejscu. Nie łatwo było nam znaleźć las, gdy wszędzie widok przysłaniały drzewa.


Po zrobieniu kilkunastu kilometrów wgłąb wyspy, po krętych górskich drogach, zaparkowaliśmy auta w jakiejś turystycznej oazie. Dało się tam wypić świeżo wyciskane z owoców soki. Rozpoczęliśmy więc wędrówkę w nieznane, wzmocnieni mocą słonecznych pomarańczy.


W końcu udało nam się dotrzeć do celu naszej wyprawy. Nie wiemy do końca czy to był właśnie ten podrzędny las, ale zmęczeni poszukiwaniami, nie poddawaliśmy tego publicznie w wątpliwość.



Ilość tabliczek informujących o bogactwie i wyjątkowości tutejszych okazów fauny i flory zdawała się potwierdzać nasze przypuszczenia.


Aż strach było się gdzieś na boku odpryskać, by nie zaburzyć utrzymującego się tam od setek tysięcy lat specyficznego poziomu wilgotności powietrza.



Szybkie selfie na fejsa, z jakimś omszałym drewnem w tle i mogliśmy wracać...

Ale z rozpędu, zaczęliśmy się jeszcze wspinać na jakąś znajdującą się nieopodal górkę.


Okazała się całkiem nie mała. Z jej czubka, położonego na wysokości prawie 1500m n.p.m., widać było fragment sąsiedniej wyspy La Palma i prawie całą Teneryfę, z której przypłynęliśmy poprzedniego dnia.


Najwyższy szczyt Teneryfy - wulkan Teide, górował tego dnia nad chmurami.

Jeszcze kilka dni temu pumeksowa pustynia zewnętrznego krateru roztapiała podeszwy naszych butów.


Teraz pokryła go 2-metrowa warstwa śniegu, przez co cała okolica stała się ponoć niedostępna dla turystów.
Zauważyliśmy, że ze względu na rozległy zewnętrzny krater, stożek wulkanu widoczny był lepiej z Gomery, niż z wybrzeża samej Teneryfy.


Widok na drugą stronę wyspy też był niczego sobie. Świetne tereny trekingowe.


Niestety na szczycie nie było żadnej budy z pamiątkami czy hot-dogami. Próżno szukać tu było luksusów do jakich przywykliśmy wczasując się w takich turystycznych kurortach jak Jastarnia czy Łeba.

Gdy w końcu z głodu zassało nam żołądki, skierowaliśmy się zgodnie z turystycznym drogowskazem na restaurację.

Droga była długa ale równa i wygodna. Prowadziła jednak cały czas z górki, co nie wróżyło za dobrze na powrót. Jedynie zapierające dech w piersiach widoki utrzymywały nasze morale.


Spotkani po drodze turyści wspominali coś o skrócie. Tajemniczym, podziemnym, ciągnącym się około (pół) kilometra, dość ciasnym tunelu pod górami. Kiedy przypadkowo odkryliśmy jego ujście, zauważyliśmy, że jest on również nieco podmokły. Skrót zostawiliśmy sobie na bardziej ekstremalną wyprawę, kiedy to będziemy lepiej wyposażeni, przynajmniej  w wodery, kaski i latarki.


Zaledwie po kilkunastu kilometrach, kilkudziesięciu minutach marszu i kilku niedoszłych decyzjach o zawróceniu z drogi, w końcu zasiedliśmy na drewnianych pniakach, za drewnianym stołem, by wkrótce zjeść z drewnianych talerzy.


Restauracja do której trafiliśmy, oprócz zaspokojenia głodu i pragnienia, oferowała również możliwość odświeżenia ciała i umysłu.


Dachu w łazience nie było, ale za kostkę toaletową służyły rosnące w okolicy wonne, dzikie kwiaty. Wrażliwemu na przyrodę turyście, nie sposób było powstrzymać się od niucha.


Zarówno smak potraw, jak i sposób ich podania, z daleka trącił regionalną oryginalnością.


Na wystrój samej knajpy też nie można było narzekać.


Jedynie oznaczenie drzwi w języku hiszpańskim powodowało nieco nieporozumień. Ale uprzejmy i wyrozumiały właściciel przekierowywał odpowiednio każdego, przytupującego w panice z nogi na nogę, zagubionego wędrowca, wchodzącego za potrzebą do jego biura.

Knajpka warta polecenia, ale jej lokalizacja pozostaje dla nas tajemnicą. Może kiedyś pozwolę sobie na odtworzenie szlaku naszej pieszej wędrówki i wtedy przyszłe pokolenia wędrowców będą mogły poznać jej współrzędne.

U stóp...

GIGANTÓW


Nadszedł kolejny dzień. Nadal zachwyceni urodą wyspy, opuszczaliśmy ją kierując się z powrotem ku Teneryfie.

Stan morza uniemożliwiał komfortową podróż i bezpieczny powrót z dalej położonych wysp. Wcześniej chodziły mi po głowie La Palma i El Hiero, ale musiałem je zostawić sobie na inny rejs.


Wyjście z mariny opóźniło się trochę względem planowanego terminu. Dziewczyny, które wyskoczyły na chwilę po bułki, wróciły zadowolone po dwóch godzinach, z siatkami pełnymi kiecek. Cześć i chwała im jednak za to, że o bułkach nie zapomniały.

Problemy związane z ryzykiem wchodzenia do mariny przy wysokiej fali i niskim pływie, zdawał się być dla płci pięknej alokowany daleko za potrzebami reprezentacyjnego wyglądu. Któż by chciał w końcu zostać znaleziony martwy w niemodnej sukience?


Skipper, ukrywając umiejętnie swoje zirytowanie, zapowiedział kolejną atrakcję. Tego dnia mieliśmy zdobyć marinę w Los Gigantes, położoną u stóp kilkuset metrowych klifów. Stąd pewnie w nazwie ten "Los".

Żeglarska pogoda dopisywała tego dnia jak nie wiem co. Nawigacyjne eldorado. Przyznam się, że jeszcze nie zdarzyło mi się płynąć na tak duży nabieżnik.


Poczekałem aż skipper, znudzony naszym towarzystwem, przyśnie na pokładzie.


I wtedy dorwałem się do steru. I tylko pełny pęcherz mógł mnie od koła sterowego oderwać. Taki już jestem - mogę puścić, jedynie by nie popuścić.


W końcu odwiedziły nas długo wypatrywane przez nas delfiny. Wcześniej, w drodze na Gomerę, widzieliśmy już szwędające się tu gęsto grindwale krótkopłetwe, ale wszyscy czekali na popisy tych mniejszych morskich ssaków. Niestety, delfiny minęły nas szybko - najprawdopodobniej polując, na te wszystkie tuńczyki, których nam nie udało się na błystkę złapać.


Jedynie kilka z tych niesamowitych ryb zwanych ssakami, podpłynęło na chwilę w pobliże jachtu, by nam się przyjrzeć z bliska.


Ani się obejrzeliśmy, a klify były już na wyciągnięcie... Bardzo długiego... Bosaka?


Potężne "Giganty" osłoniły nas od wiatru i fal, więc zarówno aktywność jak i poziom zadowolenia na pokładzie wzrosły. Niektórzy potrzebowali wzmocnić nawet zanikający w tych rejonach efekt bujania.


Podejście do mariny rozpoczęliśmy w skupieniu adekwatnym do pełnionej na jachcie funkcji.


I tak, pogodne już nastroje poprawił wychodzący z portu objazdowy, turystyczny kuter. Nie otaczał się w około dyskotekowym rytmem, jak to robią nasze rodzime tego typu jednostki, ale i tak obudził w nas pozytywne skojarzenia z pozostawioną w zimowym letargu ojczyzną.


Weszliśmy do mariny. Z miejscówką, pomimo wiecznie trwającego tam sezonu, nie było problemów.


Za to w porcie znalazło się kilka białych kruków - żeby już nie nadużywać w tym miejscu słowa "gigantów" - polskiego żeglarstwa.



Zacumowaliśmy i ruszyliśmy w ląd. Tylko po to aby przekonać się, że poza plażą niewiele jest tu wartego uwagi. Są oczywiście klify ale my już obejrzeliśmy je sobie z najlepszej strony.


Znajdująca się tuż przy porcie plaża Playa Los Guios nauczyła niektórych z nas czegoś nowego. 
Mając już ponad tygodniowy staż kanaryjski i upodobanie do snorkelingu, wiedziałem że wchodzić do wody należy wraz z cofającą się większą falą, która od razu wynosi nas ponad kamieniami i skałami na głębszą i bezpieczniejszą wodę. Do powrotu na brzeg bez urazów należy wykorzystać analogicznie falę przeciwną.
Oczywiście tak wygląda to w teorii - w praktyce nie raz przyszorowałem dupskiem po kamlotach, gdy zgubiłem rytm.
W każdym razie nauczyłem się, że przy nieco większej fali i kamienistym brzegu nie należy stać w wodzie po kolana. Albo się nurzamy i pływamy albo smażymy z dala od wody. 
Niektórzy z naszej załogi tego jeszcze nie wiedzieli. Morze potrafi wyrzucić na brzeg dość duże kamienie. Skończyło się na szczęście jedynie siniakami i otarciami na kostkach i piszczelach, co niestety w słonej wodzie od razu daje się odczuć.


Wszystkie mariny jakie odwiedziliśmy na Kanarach, wyposażone były w pomosty pływające, niwelujące skutki pływów (tam, około 1.5m). Nie było więc potrzeby prowadzenia wacht cumowniczych.


Wyprawa po gigantyczne...

ZIARNKO PIASKU


Pomimo braku w kalendarzu wiadomości o wniebowzięciach, wyklęciach i pamięciach - kolejny dzień na jachcie ogłoszony został dniem wolnym od pracy.

Marko z Żanetą od razu wykorzystali tę okazję na lądową wycieczkę objazdową, po południowym wybrzeżu Teneryfy.

Reszta z nas, namówiła naszego skippera na zatokowy melanż na kotwicy, u stóp "Gigantów". Pogoda jak najbardziej pasowała do tego typu nieaktywności.


Rzuciliśmy kotwicę w zatoce przy Playa de Barranco Seco leżącej niecałe 2NM w kierunku NNW od naszej mariny.
Nie znając dna morskiego w tym miejscu, początkowo zaparkowaliśmy nieco dalej od brzegu. Kilkuset metrowa ściana klifów zakłamywała jednak optycznie nasze poczucie odległości.


Dziwiło mnie, że płynąc zaledwie kilkadziesiąt metrów, kilkakrotnie łapałem zadyszkę ze zmęczenia. Płynąłem z jachtu w kierunku upatrzonego - jak się patrząc z jachtu zdawało -  piaszczystego kawałka plaży. I dopiero gdy pojedyncze ziarenko tego piasku, okazało się z trudem mieszczącym się na mojej dłoni kamieniem, zrozumieliśmy że stoimy o wiele dalej niż nam się wydawało.


Wróciłem na stojący prawie na widnokręgu jacht, sprawdzając po drodze dno. Wszędzie piasek - bezpiecznie dla kila i laminatu, znaczy się. Ostre skały i olbrzymie głazy znajdowały się jedynie kilka metrów przy brzegu. Skorygowaliśmy naszą pozycję i drugi raz rzuciliśmy kotwicę nieco bliżej brzegu. Wtedy już większa część z nas udała się wpław na suchy ląd. Woda dawała ulgę od słońca. Ale i tak była nadspodziewanie ciepła jak na ten akwen i porę roku.

Po powrocie do portu chłodziliśmy się już tylko od wewnątrz. Z pomocą przyszły nam miejscowe specjały.



Na inspekcję do nowej...

MARINY

Po wstępnej żeglarskiej rozgrzewce, w końcu przyszedł czas na coś poważniejszego. Zamierzaliśmy wysunąć czubek nosa na północną - nawietrzną stronę wyspy. Wieść niosła, że niedawno w miejscowości Garachico udostępniono żeglarskiej braci nową marinę. Trzeba było to sprawdzić!


Wyruszyliśmy późnym rankiem i sunęliśmy prawie po płaskim morzu, w zaciszu klifów, przez ponad dwie godziny. Nikt nie chciał wierzyć, że za zakrętem będzie inaczej.


Kiedy jednak mijaliśmy Punta de Teno - najdalej na zachód wysunięty fragment Teneryfy - w ciągu kilku sekund ktoś jakby włączył wiatr i fale.


Jacht, który w y-bomach sprawiał wrażenie olbrzymiego, teraz się taki nie wydawał. Podskakiwał na fali jak prezes na wiecu. Najpierw zadzierając dziób wysoko w górę, aby po chwili opaść z hukiem i wbić się dziobem w kolejną falę, która zalewała nam pokład i nas samych.


Natychmiast rozdano wiaderka, do których zdążyła się już ustawić kolejka.


Ale byli też tacy, co to pierwszy raz na morzu i nie ruszało ich absolutnie nic. Chałwa bohaterom!


Po dwóch kolejnych godzinach pogoda pogorszyła się. Niebo zrobiło się pochmurne, a wiatr nie ustępował. Staraliśmy się płynąć możliwie blisko brzegu, przy którym wiatr i fale słabły.

Kiedy zaczęło kropić, wiatr trochę ucichł i na szczęście byliśmy już blisko celu.


Przed samym wejściem do mariny minęliśmy lewą burtą małą wysepkę Roque de Garachico, o którą widowiskowo i z hukiem rozbijały się morskie fale.


Wąskie wejście do portu wymagało skupienia sternika. Postanowiliśmy go więc obudzić;)


Na szczęście kierunek wiatru nie powodował silnego zafalowania.


I bardzo dobrze, bo było tam na prawdę wąsko i płytko. A i kołem sterowym trzeba było mocno zakręcić w odpowiednim momencie.


Szczęśliwie udało nam się wjechać i zacumować bez ofiar w ludziach i strat w sprzęcie.


Za solidnym, kilkumetrowej wysokości falochronem było już zupełnie spokojnie.


Ruszyliśmy w miasto. To znaczy do miasta, bo marina znajdowała się na jego krańcach.


Im bardziej zbliżaliśmy się do centrum, tym bardziej kolorowe budynki mijaliśmy.


Po obfotografowaniu dookoła centralnego placu miasteczka, padła komenda "rozejść się".


Daną sobie godzinę czasu wolnego, każdy spożytkował na swój sposób.


Jedni pisali listy do ojczyzny, zza oceanu.


Inni w gąszczu pamiątek, poddawali się zakupowym torturom.


Ale wszyscy i tak skończyli na zwiedzeniu zabytkowej twierdzy.


W przybrzeżnych skałach wyodrębnione były naturalne baseny z wymieniającą się, wraz z cyklem nadchodzących fal, morską wodą. Basen, w którym z czystym sumieniem można sikać - rewelacja!


Gdy już się w końcu wszyscy spotkaliśmy, każdy myślał tylko o jednym.


Zjedliśmy i popiliśmy do syta. Ja niestety zjadłem chyba jedną - i o jedną łuskę ogona krewetki za dużo. Odbiło mi się to nie tylko kilka razy dosłownie, ale i kolejnym dniem spędzonym w koi.


Po powrocie na jacht, tradycyjnie nastał czas gier.


Kolejnego ranka mieliśmy wypływać skoro świt. Wyskoczyłem z Elizą po pieczywo, ale zadanie zdobycia kawałka chleba w sobotę rano nie było łatwe.
Każdemu, kto chciałby podjąć podobne wyzwanie podpowiem, że świeżych bułek należy szukać u rzeźnika na głównym placu miasteczka. Mały niepozorny sklepik pod schodami uratował nas od deficytu glutenu we krwi.


Zaraz po śniadaniu ruszyliśmy w drogę.

Pomogłem jedynie przy cumach i ległem z powrotem w koi, w której ostatniej nocy, z powodu bólu żołądka, nie przespałem spokojnie ani godziny.

A szkoda, bo pogoda dopisała i zapowiadał się jednocześnie najdłuższy etap naszego rejsu. Planowo mieliśmy dotrzeć wieczorem na drugą - południową stronę wyspy, do Marina del Sur w Las Galletas.

Ominął mnie niestety ponad 40 NM odcinek naszej oceanicznej wyprawy. Ale może to dobrze, bo relacja z rejsu i tak wydaje się zbyt obszerna.


W każdym razie - tak jak planowaliśmy - późnym popołudniem rzuciliśmy cumy w Marina del Sur.


To znaczy wszyscy rzucili, oprócz mnie. Ja podniosłem się z koi nieco później. Cokolwiek utknęło mi na żołądku, w końcu odpuściło i mogłem wyjść zaczerpnąć ostatnich łyków kanaryjskiego klimatu.


Z tych ważniejszych rzeczy - zdążyłem jeszcze uchwycić zachód słońca i zjeść ryż na mleku. Następnego ranka o nieprzyzwoitej piątej nad ranem, pożegnaliśmy się z  Jurkiem i udaliśmy się na lotnisko.