20 lipca 2018

Rejs "Bałtycka Włóczęga - cz. 3/5 - Rafał sam w łódce. Ystad - Karlskrona", s/y Santa Pasta (Albin Vega 27), 19.07-20.07.2018


Najgorszym wrogiem żeglarskiej turystyki jest wiatr. Ale nie dlatego, że tworzy korelację między żeglarstwem a fasolą na kolację.
Kiedy kierunek wiatru zgadza się z kierunkiem podróży, nic nie zatrzyma na dłużej żeglarza w porcie. Cierpią na tym nie tylko okoliczne muzea, ale przede wszystkim portowe tawerny.

Mnie również spotkał taki los. Odkąd wyruszyłem samotnie z Kopenhagi, nie miałem sposobności wyspać się spokojnie w porcie. Prognozy pogody każą mi bezwzględnie wykorzystywać sprzyjające wiatry i nabijać na licznik kolejne mile morskie, póki się je nabijać z wiatrem da.

Tak było i tym razem, kiedy wyruszałem z Ystad, z zamiarem dotarcia do Karlskrony. Pomimo pogodowego pośpiechu, udało mi się jednak po drodze zobaczyć rzeczy, których nigdy wcześniej nie dane mi było widzieć. A było to tak...


Ale...
KAMIENIE


19.07.2018 o godzinie 0820, wydłubuję śpiochy z oczu i zaliczam wypad z mariny Ystad.


Płynąc na wschód, przecinam wejście do portu, gdzie grasują wielkie, dymiące tyłkiem bestie.


Pogoda taka sobie. Ale nie narzekam, bo wiatr wieje z kierunku NNW. Jak na moje położenie i najbliższe plany żeglarskie - to kierunek idealny.


Kiedy wiatr zawiewa od lądu, żegluga jest raczej komfortowa. Zmieniając odległość od brzegu, można niemal regulować wysokość fali i siłę wiatru. Trzymając się około 1.5NM od brzegu i trymując żagle do półwiatru, ustawiam sobie na nawigacyjnym telewizorku prędkość nad dnem na poziomie 7.5kn.


Akwen, na którym aktualnie się znajduję, nie jest zatłoczony. Zaprzęgam więc do pracy Simrada Tipitena i schodzę do kambuza zrobić sobie śniadanie.


Ledwie mija godzina od opuszczenia Ystad, gdy w zasięgu wzroku pojawia się pierwszy cel dzisiejszego dnia.


Mimo optycznego zbliżenia, nadal nie bardzo widać o co mi chodzi.


W końcu, na trawersie pojawia się to, co chcę sobie dziś z bliska obejrzeć.


Aby to zrobić, muszę znaleźć przystań ukrytą gdzieś za zakrętem.


Skręcając za cyplem ku północy, przechodzę w pełny bajdewind i doznaję lekkiego przechyłu.


A oto i przystań - Kåseberga Småbåtshamn.


Zwijam żagle i wpływam na silniku.


Ilość jachtów odwiedzających port jest idealna - zajmuję ostatnie wolne miejsce przy nabrzeżu dla gości. Zamykam jacht i idę poszukać bosmana.


Nie zastaję nikogo. W sklepiku obok uzyskuję informację, że cumowanie bez noclegu jest darmowe i mam nie zawracać gitary.


Korzystając z okazji podziwiam lokalne rękodzieło.



Strzelam sobie też piwko. Tym razem nie tylko dlatego, że lubię. Robię to aby sprawdzić tutejszy, unikalny na skalę światową, alkomat.

Na starcie mam 0,6 promila. Ruszam w górę.


Po pokonaniu kilkudziesięciu stopni schodów, sprawdzam ponownie. Musiałem nieco wypocić, bo alkometer wskazuje już tylko 0,4 promila.


To bezpieczna wartość, aby jeszcze rozumieć tutejszą tablicę informacyjną.


W końcu osiągam cel, o którym wcześniej wspominałem na pokładzie.


Ales stenar - dla jednych zwykłe kamloty, a dla innych magiczna budowla z epoki kamienia układanego. A tak na prawdę, jest to tylko dość wczesna wersja aplikacji kalendarza.

Cokolwiek to jednak jest, ma w sobie dużą dawkę mistycyzmu.


To znaczy - miałoby, gdyby nie cieszyło się taką popularnością wśród turystów.


Czekam cierpliwie, kiedy będę mógł zrobić bezludne zdjęcie, ale z każdą kolejną chwilą mijającego przedpołudnia robi się już tylko gorzej.


Stoję więc tak sobie nad znajdującym się nieopodal urwiskiem opadającym prosto do morza i nie wiem co robić dalej.

I wtedy właśnie doznaję wewnętrznej burzy mózgu.

A może właśnie na tym polega tajemna moc tego kamiennego czopka, że tylu ludzi przyciąga? A jak przyciąga, to po co? I czy przyciąga tak sobie, czy też ma tego przyciągania świadomość? A jeśli ma, to może niesłusznie patrzymy na to jak na martwy element krajobrazu. Może to coś... żyje?!


Ale dopiero gdy patrzę w dół na kamienistą plażę, ciarki przechodzą mi po plecach. Cały oblewam się zimnym potem. Odkrywam bowiem, że to coś nie tylko żyje, ale i wręcz wykorzystuje turystów do... o nie...

To się rozmnaża!!! Odkrywam przerażającą prawdę.

Udaje mi się nawet zaobserwować pełny cykl rozrodczy tego kamiennego bytu.

Turysta, po wizycie wewnątrz kręgu, udaje się od razu na brzeg skarpy. Patrzy się otępiale w morze, przez kilka minut.


Potem, nagle rzuca się pędem w dół, ku kamienistej plaży.


A po chwili widoczne już są nowo powstałe formy kamienne.


Zauważyłem, że kolejne pokolenia kamiennej istoty przyjmują o wiele bardziej wyszukane kształty. To się chyba nazywa ewolucją. Dla archeologów z dalekiej przyszłości będą pewnie nie mniejszym wyzwaniem od samego Ales stenar..


Trochę mnie to przeraża. Postanawiam szybko opuścić okolicę, zanim kamienna bestia każe mi porzucić żeglarstwo i oddać życie układaniu kamiennych niby-kręgów.

W drodze powrotnej dostrzegam dachy domów, znajdującej się nieopodal portu, wioski Kåseberga.

W końcu dochodzę do ścieżki prowadzącej do mariny. Chyba uda mi się stąd bezpiecznie odpłynąć.


Moc wrażeń zapewne przyspieszyła mój metabolizm, bo na alkomacie mam już tylko 0,2 promila. To bezpieczna wartość aby usiąść za rumplem.


Port, w czasie mojego obcowania z kamiennymi mocami, nieco opustoszał.


Na szczęście, przy tym kierunku wiatru, jest dobrze osłonięty od wiatru i mogę odbić od nabrzeża nożną metodą "na kopa". Szybko daję dyla z mariny.


Ale...
AUTA


Kieruję się dalej wzdłuż wybrzeża na zachód. Moim celem ostatecznym dzisiejszego dnia jest port Simirshamn.

Kåsebergę szybko zostawiam daleko za rufą. Na wysokości Sandhammaren, zgodnie z linią brzegową, odbijam nieco w górę mapy. Pełny bajdewind i wiatr od lądu czyni żeglugę mniej morską a bardziej szuwarową. Ale zupełnie mi to nie przeszkadza.


Zawiewa całkiem przyjemnie, chociaż co do kierunku wiatru się trochę niepokoję. Płynę już ostro bajdewindem i jak się dalej wiater odkręci, będę musiał się nieco podhalsować.


Jest tuż przed godziną 1200, gdy mijam jakiś zmotoryzowany kemping. To chyba bardzo popularny w Szwecji sposób spędzania wakacji.


Po drugiej stronie kadłuba, mnie mija w tym czasie jakaś ładna łódeczka. Ech, jak mi się takie pływające starocie podobają. Może dlatego, że z wiekiem człowiekowi jest miło ujrzeć coś, co ma więcej lat niż on sam.


Płynąc dalej mijam jakiś port - to chyba Skillinge. A może raczej Brantevik. Dla mnie to bez znaczenia, więc się nie zastanawiam, tylko płynę dalej.


W końcu oczom moim nieuzbrojonym ukazuje się Simirshamn. Przynajmniej mam taką nadzieję, bo port ten odwiedzam po raz pierwszy, a z wody prawie wszystkie porty są do siebie podobne.


A jednak to on. Zwijam żagle i wpływam. Pogoda robi się wakacyjna.


W główkach wita mnie jakaś motorówka, z której ktoś uśmiechnięty wymachuje górnymi odnóżami i głośno krzyczy, że Albin Vega zawsze welcome. Fajnie jest.


W porcie jachtów nie brakuje, ale miejsc jest pod dostatkiem.


Opływam sobie spokojnie i uważnie oba pomosty przeznaczone dla gości, aby zająć miejsce odpowiednie dla swojej długości. Jakoś nie lubię blokować większych, którzy mogą się jeszcze w porcie przed wieczorem pojawić. W końcu cumuję przy ostatnim pomoście E.


Od razu wyjmuję z bakisty rower i jadę na drugi koniec mariny do basmanatu.


Szybko robię opłaty i ruszam rozejrzeć się po porcie za budką z lodami. Na lądzie upał zaczyna doskwierać nieco bardziej niż na morzu.


Jak to zwykłem robić w każdym nowym porcie - upewniam się co do swojej geograficznej pozycji.


W samej marinie i okolicy nie za wiele się dzieje.


Jedyną atrakcją są pływające po portowych płyciznach półmetrowe szczupaki. Sa jednak bardzo płochliwe i ciężko im się przyjrzeć z bliska - mimo, że powinny czuć się bezpiecznie.


No dobra - zrobię jeszcze zdjęcie armat strzegących kanciastego fallusa i będzie trzeba coś sobie do roboty wymyślić.


Mówi się, że szwedzkie miejscowości portowe mają jedną wspólną cechę - nie ma w nich nic ciekawego.

I to w sumie prawda. W całym miasteczku znalazłem tylko jeden obiekt, który (mimo, że kościół) nadaje się na pocztówkę z wakacji.


Na szczęście, czytałem wcześniej rozdział o Simirshamn, w przewodniku dla żeglarzy i wiem gdzie się zaraz udam.

Po kilku minutach ostrej jazdy, z trzymanką na składaku, osiągam cel.

Autoseum - znajdujące się około 1.5km od portu muzeum samochodów (i nie tylko).


Wejście trąci trochę amerykańską sensacją, ale nie zraża mnie to.


Wchodzę do środka. I mimo, że nie ma w nim żadnych łódek, od razu jestem pod ogromnym wrażeniem.

Niektóre eksponaty sięgają na prawdę dalekich początków motoryzacji, kiedy to auta składano z części od roweru, ulicznych latarni i drewnianych komód z przedpokoju.


Obok znajduję dowód na to, że hybrydy to nie tylko przyszłość, ale i przeszłość. Oto ciekawe połączenie motocykla z samochodem. Szczególnie ciekawy patent, dla tych co lubią mieć silnik zawsze na oku. Do prawdy nie wiem, czemu nie przyjęło się to na jachtach żaglowych.


Ilość eksponatów jest tu na prawdę imponująca.


To samo można powiedzieć o ich różnorodności.


Szczerze przyznaję, że prędzej spodziewałem się hiszpańskiej inkwizycji, niż samochodu rakietowego w otoczeniu czerwonych skuterów.


Ale to nie wszystko. Jest tu również kilka aut w stylu gangsta.


Jest też samochód, który mógł być wyprodukowany w każdym kolorze, pod warunkiem że był to czarny.


A to niby zwyczajny samochód z lat 70-tych. Ale spójrzcie na zdjęcie uważnie... Nie tak - bardziej uważniej... O właśnie! Tak - to przedłużacz. I pierwszy kryptoelektryk na europejskim rynku.


A takiego Merca kiedyś miałem... To znaczy resoraka miałem - z firmy Majorette. Był to jeden z trzech posiadanych przeze mnie miniaturowych modeli samochodów. Niestety mój zbiór nie był pokaźny. Dzieciństwo me przypadało bowiem na czasy, kiedy jeden taki samochodzik kosztował (w Pewexie) tyle, co 15% nauczycielskiej pensji mojej mamy.


A gdyby ktoś przypadkiem kiedyś tędy przechodził i chciał sięgnąć wstecz w historię tej marki, może to śmiało zrobić tutaj.


A i dla żeglarzy regatowców coś odpowiedniego ich rangi się znajdzie.


Nie brakuje też odrobiny wielkomiejskiego amerykańskiego kiczu.


A ten okaz zawstydzi niejednego specjalistę samochodowego tuningu.


Jest też stylowe BMW, które mimo swojego wieku, jakimś cudem, nie zostało jeszcze sprowadzone do Polski.


A tu pocieszenie dla wszystkich, którzy kiedyś musieli zaciskać pasa, aby kupić wymarzonego Fiata 126p. Dawni posiadacze Porsche też nie mieli łatwo.


A przy tym eksponacie poczułem jak wracają wspomnienia z dzieciństwa przed telewizorem.


A tu eksportowa wersja Pana Samochodzika.


Przed opuszczeniem sali samochodowej podziwiam jeszcze ekspozycję niezwykle interesującej kolekcji wiszących lamp.


I zupełnie przypadkowo i nieświadomie, ze świata spalin, udaję się w krainę dźwięków.

Przy wejściu wita mnie sam "Król".


Wkraczam w krainę zabytkowych gramofonów.


I czegoś w rodzaju programowalnych pozytywek.



Jest jeszcze pomieszczenie z zabawkami. Przydatne, gdyby ktoś podróżował z owocem (owocami) swojego pięciominutowego zapomnienia.


Opuszczam muzeum oczarowany jego zawartością i wracam do portu.

Ale...
ŻÓŁTY


A w porcie w tym czasie pojawił się on. S/y Tigern - najbardziej żółty z żółtych jachtów Morza Bałtyckiego, o którego przygodach można poczytać na jego własnym blogu. Ale nie jego kolor mnie cieszy, a załoga jaką ze sobą przywiózł - Olę i Grzegorza - moich znajomy z klubowej kei AKM.


Takie nieplanowane spotkania nie zdarzają się na co dzień, więc korzystając z okazji zasiadamy do wspólnej piwnej wieczerzy. Czas szybko zlatuje na polaków wieczornych rozmowach, a że następnego dnia obie załogi planują dalsze wojaże (niestety w przeciwnych kierunkach), udajemy się na spoczynek, bez wcześniejszego upodlania się procentami do poziomu podłogi.


Ale...
TO JUŻ BYŁO


Ranek kolejnego dnia (20.09.2018) przywitał nas piękną żeglarską (słoneczną i wietrzną) pogodą. S/y Tigern wychodzi z mariny dosłownie sekundy przed s/y Santa Pasta. Jest godzina 0910.


Tuż za główkami mariny Simirshamn kursy jachtów stają się bardzo rozbieżne i żółty kadłub szybko znika mi z oczu.


Dzisiaj płynę do Karlskrony. Będzie to najdłuższa samotna podróż jachtem, jaką kiedykolwiek odbyłem. Czeka mnie 65NM - na szczęście wiatr mam mieć w plecy.

Żeby dobrze wypaść na żeglarskim blogu, zaczynam od trymu baksztagowego.


Po godzinie przechodzę na motyla i zaprzęgam do rumpla Simrada Tipitena.


Czas zaczyna się dłużyć, a łagodne kołysanie na fali zaczyna mnie usypiać. Czuję, że odpływam. Walczę ze snem.

Ale że walka nie jest wyrównana, postanawiam zrobić coś, czego wcześniej nie planowałem - chcę iść spać.

Zabezpieczam się jednak w sposób, który wcześniej obmyśliłem, na podstawie różnych przeczytanych lektur o samotnych rejsach.

Sprawdzam horyzont dookoła i AIS w promieniu 10NM. Na AISie ustawiam alarm CPA na 2NM. Potem nastawiam dwa minutniki na 15 minut. Jeden na telefonie, a drugi na zwykłym mechanicznym minutniku do jajek. W końcu zalegam w kojo i od razu zasypiam.

Ale nie jest to głęboki sen, a raczej drzemka. Budzę się mniej więcej co 5 min i sprawdzam stan minutnika.
Po 13 minutach nie wytrzymuję i wyrywam do kokpitu. Szybko ogarniam wzrokiem horyzont - na szczęście pusto.
Ponownie rzucam okiem na AIS, ustawiam stopery (tym razem na 20 min) i powtarzam drzemkę.

Robię tak cztery razy i ku swojemu zdziwieniu stwierdzam, że to działa - spałem tak w sumie niecałą godzinę i nie tylko przeżyłem, ale i czuję się wypoczęty.

Wiatr odrobinę kręci, ale generalnie trzyma się z tyłu. Wypada mi w sumie kurs baksztagowy, ale wkurza mnie łopocząca (zasłaniana grotem) genua. Nie wracam więc do baksztagu, a jedynie wywracam motyla na drugą stronę.


W tej konfiguracji dopływam pod sam tor podejściowy do Karlskrony.

W okolicach między wyspami Aspö i Tjurkö niebo chmurzy się i wiatr zaczyna niespodziewanie  kręcić w różne strony. Zwijam na kilka minut genuę, nad którą na wytyku ciężko mi zapanować.


Po chwili jednak znowu robi się wiatrowo stabilnie i bez problemu przechodzę przez (znaną mi już z wcześniejszych wypraw) groblę, między twierdzą Drottningskärs i Fortem Kungsholms.


Fort jest o tej porze dnia bardzo ładnie oświetlony promieniami zachodzącego słońca. Robię więc kilka zdjęć aby mieć czym zapchać bloga.


Wiem, że nie będę miał o czym pisać na tym etapie rejsu, więc focę jak głupi wszystko dookoła, cokolwiek podejdzie pod obiektyw.


W oddali widać już przystań promową.


A całkiem blisko kadłuba widać wystające z wody coś.


Karslkrona zdaje się już spać.


Ale to dobrze, bo można spokojnie pływać i nie stresować się promami.


Spokój przeradza się w mojej głowie w artystyczne natchnienie. Bawię się nastrojowym światłem.


I w końcu dopływam do celu.


O godzinie 21:00 cumuję przy kei w Karlskrona Stadsmarina.


W marinie nie zastaję bosmana. Nie znajduję bowiem bosmanatu, który mieścił się w restauracji na terenie mariny, gdy byłem tu w 2016 roku.
Za to, przy sanitariatach, spotykam nowy automat, w którym kartą kredytową reguluję opłatę za postój. Świat się zmienia i trzeba za nim (nawet na żaglach) nadążać.

Wracam na jacht i otwieram piwko na znak zwycięstwa.

Teraz dopiero czuję zmęczenie po całym dniu. A było to jedynie 12 godzin samotnej żeglugi i to w komfortowych warunkach. Nie sposób tego nawet porównać z tym, czego dokonują samotnicy przeprawiający się na setkach przez Atlantyk. Niemniej czuję się teraz równie dumny z siebie i nikt mi tego nie jest w stanie odebrać.