23 kwietnia 2017

Brązem z grubej rury - czyli o tym jak się robi i zatyka dziury - Remont s/y Santa Pasta, cz. 6



Tak sobie właśnie pomyślałem, że zawory na s/y Santa Pasta mogłyby być moimi rówieśnikami. Nie można wszak wykluczyć, że byliśmy "odlewani" tego samego roku, dnia (lub nocy), a może i godziny...

Ale nie wnikajmy może w szczegóły. Mam tutaj przecież o łódce pisać, a nie podróże sentymentalne w czasie odbywać.
Zainteresowanych takimi pobocznymi tematami, odsyłam na strony o tematyce metalurgia 18+. Pozostałych zapraszam do kontynuacji wątku g(ł)ównego.

Teoretycznie rzecz ujmując - solidne szwedzkie zawory nie wymagały wymiany. W zeszłym sezonie, przy kupnie łódki sprawdziłem z grubsza wszystkie - były szczelne. Kontrola odbyła się jednak z bardzo silnym naciskiem na "z grubsza". Uspakajało to, co prawda, moje sumienie, ale nie do końca dawało poczucie beztroski.

Zaworki Vegowe, wśród swoich nieprzepuszczalności i trwałości zalet, miały jednak jedną wielką wadę. Jako zawory zasuwowe, wymagały wykonania przynajmniej kilku obrotów kurkiem, aby z pozycji zamkniętej przejść do otwartej i na odwrót.
Z racji swojego sędziwego już wieku, stawiały przy tym opór niemały. A że znajdują się w miejscach niezbyt łatwo dostępnych, obsłudze podpokładowej żyły na wierzch za uszami wychodziły.

No cóż, tak musi być - żyłem w takim przeświadczeniu. Aż po dzień, w którym to obejrzałem telewizyjną reklamę jakiegoś suplementu na hemoroidy. Wtedy, od razu skojarzyłem ze sobą kilka faktów i przerażenie zawładnęło mną zupełnie.
Mało się na wodnych zaworach znałem, ale mimo to, postanowiłem się nimi zająć. Nawet gdyby przyszło mi to robić od pupy strony.

Stillson...

KLUCZ DEMOLKA


Wszystkich zaworów dennych Albin Vega, w standardzie stoczniowym, posiada pięć. Trzy ujęcia: chłodzenie silnika (3/8"), zlew w kambuzie (3/8"), spłuczka w kiblu (1/2"). I dwa spusty: toaleta (5/4") i kambuz (1"). I ponoć wszystkie wykonane z brązu.

Skutecznie nastraszony, przez publicystów forumowych, najbardziej w swoim życiu zacząłem obawiać się korozji galwanicznej. Przekonany o posiadaniu brązowego kompletu zaworów, przepustów burtowych i króćców, rozpocząłem poszukiwania nowej armatury, z tego niezwykle cennego dzisiaj kruszcu.

Znalezienie takich egzotycznych elementów łatwe wcale nie jest. Oferta krajowa jest mocno ograniczona i ciężko było znaleźć pełen zakres wymiarowy zaworów.
Dopiero za granicą na Odrze, udało się je namierzyć w kompletnym zestawie, jaki potrzebowałem.

Ceny w SVB rzucają boleśnie o glebę, ale wybór asortymentu, jakość i szybkość dostawy pozostawiają same pozytywne wspomnienia. Nie ma co udawać Wandy, kiedy łódka w potrzebie.


Dla chcących pójść moją dróżką, zachęcam jednak, przed zakupem, do sprawdzenia oferty na toplicht.de. Zawory wydają się tam zgrabniejsze (mniejsze) i ceny, akurat w tym przypadku, nieco niższe. Ja niestety zbyt późno trafiłem do ich wirtualnej przestrzeni wystawowej.

Przepustów burtowych postanowiłem nie wymieniać, ze względu na koszty i trudność demontażu. Ale też dlatego, że wieść po świecie niosła o niezwykłej, ponadczasowej ich trwałości. Armatorzy, skupieni pod szyldem Albin Vega, donosili wszak wszystkimi możliwymi kanałami, o bezcelowości takiej wymiany. A czasem trzeba ludziom po prostu zaufać (sprawdzić czy nie polityk - szczególnie z gatunku prawych i sprawiedliwych).

Zacząłem od ujęcia wody zaburtowej do chłodzenia silnika. Podszedłem do niego bardzo ostrożnie, przyglądając mu się z każdej strony. Sam nie wiem po co. Może szukałem oznaczeń, potwierdzających brązowatość? A może tylko po to, aby usprawiedliwić sobie zakup i wykazać niezwykłą przydatność nowo zakupionego gadżetu - podświetlanego lusterka, na wysięgniku teleskopowym?


Odkręcenie zaworu przykręconego 40+ lat wcześniej nie jest bułką z masłem. Szczególnie jeśli nie chce się naruszyć, osadzonego w laminatowym kadłubie, przejścia burtowego. Nawet najdrobniejsze zruszenie może spowodować potem nieszczelności - tak twierdzą ci, którzy się na tym znają (lub tylko udają).

Na pierwszy rzut poszedł króciec i kolanko, jako że nie stawiały większego oporu. I tu, od razu na wstępie - znalezisko. Taśma silikonowa w 1973? A może ktoś jednak coś poprawiał w międzyczasie?

Sam zawór nie chciał jednak puścić po dobroci, więc aby nie obniżać resztek ocalałego morale, chwilowo mu odpuściłem i zabrałem się za inne króćce i kolanka.


Poszło umiarkowanie szybko i znów odzyskałem wiarę w siebie. Króćce nie wykazywały oznak większego zużycia, więc postanowiłem podarować im drugie życie i nie kupować nowych.

W końcu trzeba było jednak podjąć prawdziwe wyzwanie i wrócić do wykręcania zaworów. Niestety - sprayowe preparaty penetracyjne i opukiwanie młotkiem nie pomagało. Nie mogłem wszak pukać zbyt mocno, w trosce o przepusty burtowe. A tak bardzo chciałem - po ponad godzinie spędzonej na siłowaniu się z kawałkiem gwintu - w ten zaworek, porządnie przyjebać.

Odpuściłem jednak agresji i już rozważałem modlitwę do jakiejś dziewicy...
Ale po uspokojeniu swojej - buchającej jeszcze przed chwilą ogniem gniewu - wewnętrznej jaźni, od razu przypomniałem sobie o pożyczonej od kolegi opalarce. Ciasnotę ciepłem zwyciężaj! - zawołałem dziarsko i przypuściłem atak.
Na drugiej flance wystawiłem zakupiony, specjalnie na tą okazję klucz nastawny.


Opalarka miała mi pierwotnie posłużyć do zdjęcia złuszczającego się lakieru z pokryw bakist, ale doskonale sprawdziła się w demontażu jachtowej hydrauliki. Rozgrzane korpusy zaworów po przyłożeniu większej siły na ramieniu klucza do rur poddawały się jeden po drugim.


Najtrudniejszy dostęp był w kambuzie. Praktycznie nie było jak operować długim kluczem. Otaczająca zawór sklejkowa zabudowa zlewu, w połowie klejona i w połowie szyta i skręcana, nie nadawała się do bezstratnego demontażu.
Musiałem użyć szlifierki kątowej i z gracją kata ujebać mu łeb.
Kiedy kurek odleciał temu zaworu, udało mi się w końcu odkręcić oporniaka. Sukcesem przy tej operacji było nie przytrzasnąć sobie wszystkich palców. Udało się w 80 procentach.


Czego oczy nie widzą,

TEGO RĘKA NIE WYCZUJE


Tam, gdzie się dało, dokonałem szybkiego demontażu dekoracji scenicznej.


To właśnie tam, w kingstonie siedział i drwił ze mnie najbardziej zatwardziały zawór na łódce. Nazwałem go "kupny". Nie chodzi oczywiście o to, że można go kupić, ale o to, że wymagał kupy do zrobienia.

W całym tym armaturowym inwentarzu, jaki posiadałem na łódce, ten zaworek stał mi się najbliższy. "Przez dupę do serca". Można się oczywiście bawić w tworzenie nowych przysłów, ale prawdą jest, że tylko dzięki niemu nabrałem pewności, co do słuszności całego hydraulicznego przedsięwzięcia.

Kiedy zdjąłem rurę, która przez lata swojej służby dla ludzkości, niestrudzenie odprowadzała produkty przemiany, niegdyś żywej materii, w bardziej ożywione kultury - zwane w pewnych kręgach artystycznych swojsko "gównem"...


Oczom moim ukazała się, nie tylko brunatna, ale i niezwykle brutalna rzeczywistość. Wyglądało na to, że zawór przeszedł na stałe w tryb "biegunka mode" i pozostał otwarty na wieki wieków. Zasuwa zamykała się tylko w jednej trzeciej.
Nie wiem tylko czy sprawiła to mroźna zima, czy już poprzedniego sezonu, przed najbardziej wstydliwym sposobem zatopienia łódki, chronił mnie jedynie zawór zwrotny w pompie toalety. Wspomniałem wtedy swoje Bałtyckie wycieczki i ciarki przeszły mi po plecach.


Bez większego namysłu, choć z niemałym trudem, ukręciłem zdrajcy łeb. I teraz już wiem, o ile lepiej czuje się kat, gdy egzekucja zdaje się być usprawiedliwiona.

Mosiądz zwany...

BRĄZEM


No właśnie - co z tym brązem?

Rynek obfituje w mnogość typów i materiałów, z których można sobie sprawić na łódkę zawory. Oczywiście, standardowa armatura stosowana w naszych łazienkach, na jachcie średnio się sprawdzi. Woda morska zeżre w skończonym czasie każdy materiał nieodporny na korozję.

Czytałem już o zaworach kulowych, w których po kilku latach pływania po bardziej słonym, automagicznie znikały kulki. A jaki to wstyd dla takiego zaworu kulkowego, kulki nie mieć - tego tłumaczyć chyba nie trzeba. Otwartość na otaczający nas świat, tak niezwykle u ludzi ceniona, w świecie zaworów pożądana nie jest.

Stąd, u ludzi morza w siłę urosło przekonanie o stosowaniu bardziej wyszukanych materiałów. I słusznie.

Największą popularnością wśród armatorów łódek cieszy się chyba stal kwasoodporna. Czytałem jednak, że w środowisku beztlenowym jej właściwości antykorozyjne podupadają. Nie pamiętam tylko czy przypadkiem nie dotyczyło to zwykłej stali nierdzewnej, czy bardziej szlachetnej - kwasoodpornej. Dociekliwy czytelnik na pewno sprawdzi to za mnie ;)

Zaraz po "kwasówce", na metalowej liście przebojów, znajduje się mosiądz. Mnogość odmian tego stopu miedzi z cynkiem przyprawia o ból głowy.
Pamiętać jednak wystarczy, aby do zastosowań morskich wybierać mosiężne elementy, oznaczone symbolami ZDR lub CR. Jedynie takie znaczki na produktach, będą gwarantować odporność na korozję. No chyba, że trafimy na chińską podróbkę. Ale na to nie ma dzisiaj mocnych, a problem nieautentyczności towarów zaczyna już paradoksalnie dotyczyć również tych lepszej jakości podróbek.

O brązie w nowoczesnym żeglarstwie słyszy się obecnie najmniej. Choć to materiał kiedyś znany i sprawdzony w morskich warunkach. Robiąc brązowe zakupy należy zwrócić uwagę na skład stopu i zawartość pierwiastków zapewniających korozyjną oporność.

Ostatnimi laty, pojawia się też oferta zaworów z tworzyw sztucznych. Plastik nigdy nie był darzony sympatią, ale jego przerażająca dla ekologów trwałość, jak i postęp materiałoznawstwa sprawił, że na rynku pojawiły się produkty warte uwagi.

Tyle teorii, do której dotarłem. Przy czym dyskusje o wyższości jednych materiałów nad drugimi toczą się na internetowych forach nie od dziś. Czyni to wybór niezwykle trudnym.

Czytając lat temu kilka, "Bombę Megabitową" pana Staszka, nie do końca zgadzałem się z przedstawioną tam wizją, nadchodzącego upadku epoki informacyjnej.

Żeglarstwo, w pewien sposób, pomogło mi jednak dostrzec ponownie  wizjonerski geniusz autora. Szum informacyjny, jaki obecnie panuje w internetowych mediach, pozwala każdemu poglądowi na znalezienie poparcia - w najbardziej godnym zaufania - słowie pisanym.
Przez kogo pisanym, to już inna sprawa. Dzisiaj wypowiada się każdy i na każdy temat. Bo można, i łatwo, i brak konsekwencji. A tekst, który właśnie czytacie jest tego dobitnym przykładem ;)

W ten sposób, dostęp do coraz większej porcji informacji, który jeszcze niedawno wywoływał u nas euforię odkrywcy nowych nieznanych lądów, teraz zmienia nas w znudzonych i utrudzonych poszukiwaczy złota, próbujących znaleźć jakiś mały, cenny samorodek, wśród ton przepłukiwanego piasku.

Tak właśnie czuję się przed każdym wyzwaniem, jakie spotykam przy remoncie. Człowiek się nie zna, a chciałby jak najlepiej (i do tego najtaniej).

Jak już wiecie, wybrałem brąz. Ale po otrzymaniu przesyłki z brązowymi zaworami i porównaniu z jej zawartości z materiałem starej armatury, pojawiła się u mnie pewna doza niepewności.

O ile istotny jest sam materiał używany na łodzi, o tyle ważniejsze jest łączenie ze sobą sąsiadujących elementów metalowych. Niefortunne zestawienie metali o znacznie różnych potencjałach elektrochemicznych, prowadzi do wytworzenia się ogniwa i korozji mniej szlachetnego metalu.

Ciężko jest jednak teoretykowi, jakim zapewne jestem, rozróżnić w świecie realnym mosiądz od brązu. Szczególnie jak się z nimi spotyka twarzą w twarz, po raz pierwszy.

Demontując stare zawory zauważyłem, że niektóre elementy były skorodowane na tyle silnie, że rozpadły się w rękach po demontażu.



Zaniepokoił mnie również różowawy nalot na powierzchniach, który podobno jest cechą charakterystyczną korozji powierzchniowej mosiądzu.



Czyżby brąz na Albin Vedze, to tylko krążąca po portowych tawernach miejska legenda? A jeżeli pozostawione przepusty burtowe są wykonane z mosiądzu (ciekawe jakiego), to jak zareagują na kontakt z brązem? Czy w takim razie powinienem wymienić również przepusty?


Pewnie tak, bo najlepiej wymieniać całość. Ale czasu już na to nie było, bo dźwig stał już przy bramie wjazdowej do klubu. Po ocenie stanu przejść burtowych na bardzo dobry, zdecydowałem wkręcić w nie nowe, brązowe zawory i przepływać ten sezon.

Na jesień trzeba będzie poczynić obserwacje lub zasięgnąć fachowej porady - co dalej robić i czy w ogóle robić. Korozja galwaniczna nie zachodzi przecież w mgnieniu oka i może niepotrzebne te wszystkie zmartwienia. Bałtyk nie jest aż tak słony. A poza tym, może jednak się mylę i przepusty są z brązu, tylko innego gatunku, wizualnie różnicującego stare elementy od nowych. A może tylko czasowa poniewierka wpływa na optyczną ocenę zjawiska.

Klubowi obserwatorzy moich poczynań, znając mnie już nieco, stwierdzili po wymianie, że cokolwiek zrobiłem - i tak osiągnąłem swój cel. Znaczy się, wydałem sporo pieniędzy i narobiłem się jak wół.

A na dodatek zostawiłem sobie jeszcze co nieco do poprawki na następny sezon.

Chemia kontra...

ZŁOTOWŁOSA


W epoce dzieciństwa, jaką pamiętam, większość chłopaków chciała zostać strażakami. Byli też zagorzali, potencjalni kosmonauci. Nikomu jednak nie przyszedł do głowy zawód hydraulika.
A szkoda, bo dzisiaj to fucha bardzo doceniana, nie tylko na rynku usług budowlano-remontowych. Część z tych fachowców otrzymuje również niezłe gaże, za pierwszoplanowe role w romantycznych filmach akcji.

Ale nie tego żałowałem, stojąc w sklepie przed półką z materiałami uszczelniającymi do montażu rur.
Brak wiedzy i doświadczenia przekłada się zawsze na straty finansowe. Albo trzeba wezwać fachowca i słono mu zapłacić, albo zmarnować trochę pieniędzy na próby i błędy. A że ja błędy popełniam zawodowo, nawet bez próby - wybrałem właśnie takie podejście.


Montaż zacząłem od zaworu przy silniku. Oczyściłem gwint szczotką drucianą i zarysowałem go w poprzek starym brzeszczotem do metalu, aby utrudnić ślizganie się materiału uszczelniającego. Po kilku niepowodzeniach z nitką, wróciłem do tradycyjnych pakuł i pasty uszczelniającej.

Dzisiaj, mając więcej czasu lub montując mniej odpowiedzialne elementy hydrauliki, na pewno spróbowałbym chemicznych środków do zabezpieczania i uszczelniania połączeń gwintowych. Wiele osób takie mi zresztą doradzało.

Póki co jednak poszedłem w starą szkołę. Pakuły są na tyle wygodne, że umożliwiają znaczną korekcję położenia kątowego, przykręconego zaworu - nawet po pewnym czasie, po którym wspomniane lepiszcze wiążą już na sztywno. A tego, przy braku ostatecznej wizji mojego jachtowego systemu kanalizacyjnego,  mogłem stanowczo potrzebować.


Pierwszy zamontowany zawór wyglądał raczej na zadowolonego. Aż mu się wajcha uniosła.


Chwilę po wejściu w rurę, przeszedł jednak w stan spoczynku i zamknął się w sobie.


Montaż przebiega szybko, pod warunkiem, że użyje się odpowiedniej ilości pakuł i nakręci się je właściwie. Trzeba do tego nieco wprawy, aby wyczuć potrzebną (i nie większą) liczbę nawiniętych włókien.


Przy drugim zaworze, czyli jakiejś szóstej próbie, robi się to już prawie bezbłędnie.


Po kilku kolejnych minutach gimnastyki, odpływowy zawór kambuzowy, ukazał się w świetle jupiterów.


I został połączony z odpływem zlewu. Przy okazji, przywróciłem oryginalny bieg, wymienianych po kupnie łódki, rurek wodnych.


Uczyniło to przestrzeń pod zlewem bardziej zagospodarowaną.


Od zlewu, idąc po jednej z wodnych rurek, na pewno trafimy do nowego zaworu znajdującego się pod prawą koją, który skręciłem jako następny.

Ach, jak łatwo było teraz operować tymi zaworami! Przepełniała mnie radość. Gdyby wtedy ktoś wszedł na łódkę, zastałby mnie, uśmiechniętego, leżącego na podłodze mesy, z ręką we wnęce, bawiącego się swoim zaworkiem.


Woda w kambuzie to dobra rzecz, ale to nie wszystko. Nie tylko pić człowiek musi. Wszak kibel bez wody człowieka udusi.
Dlatego niezwłocznie zadbałem o możliwość dopływu świeżej słonej wody do spłuczki.


W końcu, do montażu pozostał już tylko ostatni element hydraulicznej magistrali Santa Pasty. Pomieszczenie kiblowe zostało rozebrane na części, w jego większej cześci, więc dostęp był bardzo wygodny. Poszło szybko i gładko - jak po maślance.


Niedobrze. Z całą robotą wyrobiłem się na tyle szybko, że pozostało jeszcze trochę czasu przed wodowaniem. A jak armator coś zrobi za szybko, to się nudzi. A wtedy to już zawsze znajdzie sobie coś, z czym się w końcu nie wyrobi. Tak też się zdarzyło i w tej bajce o Santa Paście. Ale o tym wkrótce...