Minęły już czasy, kiedy to z powodu zbyt lekkiego wiatru od rufy musiałem jeździć na silniku. Odkąd pojawił się na pokładzie Darwina spinaker, w kokpicie zrobiło się mniej duszno od spalin.
Spinaker to bardzo fajny żagiel i w miarę łatwy do prowadzenia. Oczywiście jak się go już postawi. Wymaga niestety bogatego oprzyrządowania. Linek do obsługi jest przynajmniej pięć (fał, dwa brasy, topenanta i obciągacz spinakerbomu). Jak się jeszcze dorzuci "brasołapki", to na naszym pokładzie robi się niezła pajęczyna. Do tego w bonusie otrzymujemy ekwilibrystykę z ciężkim spinakerbomem na dziobie jachtu.
Wszystko to powoduje, że w żegludze samotnej często nie chce mi się uzbrajać i stawiać spinakera - szczególnie na krótsze odcinki trasy, z kręcącym dodatkowo wiatrem. Stawianie i składanie żagla zajmuje nieraz tyle czasu, co sama jazda.
Ponieważ na s/y Darwin otwarty jestem ostatnio na usprawnienia wszelakie, postanowiłem i w tym zakresie komfort sobie polepszyć. Szczególnie, że rozwiązanie podpowiadane przez znajomych żeglarzy wydawało się trywialne - po prostu kupić genaker...