Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hammerhavn. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Hammerhavn. Pokaż wszystkie posty

23 sierpnia 2025

Rejs "Duński ścisk" - Etap 4 (Karlskrona - Górki Zachodnie) - s/y Darwin (HR 312) - 12.08-22.08.2025

Tyle się naczytałem i nasłuchałem kiedyś o dobrym planie rejsu jako podstawie udanego urlopu, że faktycznie w to uwierzyłem. Tymczasem, nic się w tym sezonie według planu nie układało. A na ostatnim etapie wszystko było już zupełnie spontaniczne...

12.08.2025

Wstajemy wcześnie rano. Kuba tym razem trafia na odpowiedni prom do Gdyni. A my wychodzimy z mariny w Karlskronie. O godzinie 0810 machamy na pożegnanie Jędrzejowej Trioli.

Ale nie idziemy jeszcze w morze. Opływamy stojący przy wejściu do mariny wycieczkowiec-złomek i kierujemy się na północny brzeg zatoki, do stacji paliw.

Sprawne podejście, cumy rzuć, tankowanie, cumy na pokład i w drogę.

Aby wyjść ze szkierów, potrzebujemy przepłynąć około 8NM. Jeszcze nie wyszliśmy dobrze w morze, a już orientuję się, że trafiła mi się świetna załoga. Nie straszne nam awarie autopilota, a monotonia posiłków też chyba nie grozi.

W pewnej chwili musimy odbić nieco w prawo, aby udostępnić drogi wychodzącemu w morze promowi Stena Line.

Chwilę potem otrzymuję zdjęcie, które potwierdza, że Kuba zdążył na prom.

Jakiś czas jedziemy ze Steną Spirit burta w burtę.

Po wyjściu ze szkierów od razu stawiamy żagle. Mamy dzisiaj dobrą, żeglarską pogodę - słońce w pełni i 12kn wiatru gdzieś od połówki do pełnego bajdewindu.

Po postawieniu żagli oddajemy ster w siłownik autopilota i nadchodzi moment morskiego nicnierobienia. Wtedy to załoga zaczyna powoli zdawać sobie sprawę, że na ochotnika zaciągnęła się na rejs z totalnym nudziarzem.

Na szczęście dzisiejsza trasa nie jest długa. O godzinie 1111 podchodzimy do południowego (zawietrznego) wejścia przystani Utklippan.

Cumujemy kilka minut później, przy betonowym nabrzeżu.

Mimo wczesnej pory, port jest już praktycznie pełny.

Kilka minut po naszym przybyciu obserwujemy ciekawe zdarzenie. Na pełnej prędkości, na żaglach (sam grot) wpływa jakiś koleś. Bardzo sprawnie robi zwrot przez rufę i tak samo szybko jak się pojawił znika, wypływając drugim wejściem. Robi to dosłownie na sekundy przed wchodzącym z przeciwka do portu innym jachtem. Zastanawiamy się, co by było, gdyby akurat spotkali się w wąskim przejściu.

Ale nie pora teraz na egzystencjonalne przemyślenia. Zauważamy wolny bączek, więc wskakujemy i odbijamy.

Ze szkieru północnego (Norraskär) płyniemy zwiedzić szkier południowy (Södraskär).  Znajduje się tu kilka budynków, w tym latarnia, którą otacza dzisiaj niesamowita różnorodność krajobrazów.

Daleko, poza zasięgiem ogniskowych naszych telefonicznych obiektywów, odpoczywa sobie stado fok. Bardziej je słychać niż widać. Odgłosy przypominają wycie duchów z filmów grozy wczesnej epoki wielkiego ekranu. Ani i Michałowi od razu włączają się wspomnienia z dawnego nocnego pobytu w tym miejscu i piętrzonych wtedy domysłach o źródle pochodzenia tajemniczych cmentarnych odgłosów.

Bar dzisiaj zamknięty, więc nic tu po nas. Wracamy.

Po powrocie na naszą wyspę wyjmujemy z hundki mój nowy pneumatyczny nabytek. Zastanawiam się czy testowanie go w tym miejscu to dobry pomysł i prawie z tego rezygnuję. Na szczęście załoga nie odpuszcza i namawia mnie aż do skutku.

Dwuosobowy kajak pneumatyczny Spinera Molveno 430 stał się w tym sezonie częścią mojego jachtowego wyposażenia turystycznego. Pontonu z silnikiem spalinowym pozbyłem się już w poprzednim sezonie. Na rejsie na wschód i trochę też na północ testowałem wersję jednoosobową pompowanego kajaka. Sprawdził się, więc postanowiłem zainwestować w coś większego i bardziej stabilnego - choć nadal mieszczącego się w poręcznej i funkcjonalnej torbie.

Mieści się również, w stanie przygotowanym do pływania, na pokładzie Darwina. Sprawdziłem to już na początku tego sezonu w Pucku, ale nagłe pogorszenie pogody uniemożliwiło testy kajaka na wodzie.

Tym razem pogoda nie stoi na przeszkodzie. Pompowanie tego typu łódek nie zajmuje dużo czasu. Po kilku minutach mamy sprzęt gotowy do zwodowania.

Gdyby pneumatyk okazał się jednak niestabilny i miał się wywrócić, na wszelki wypadek puszczam na przód załogantów - woda dzisiaj dla mnie za zimna na takie niespodzianki.

Spodziewam się przynajmniej jakiegoś początkowego momentu niepewności lub zachwiania równowagi, ale się rozczarowuję. Amberki ruszają z miejsca w zawodowym stylu i nawet się za siebie nie oglądają.

Po opłynięciu mariny wszerz i wzdłuż następuje próba wypłynięcia na otwarte wody - najpierw przy zawietrznym brzegu. Niewielu chyba u nas w klubie może pochwalić się przy ognisku, że pływało kajakiem po środku Bałtyku. Ania i Michał już teraz mogą i mają na to dowody.

Potem przychodzi czas na testy konfiguracji jednoosobowej, którą producent przewidział odpowiednim umiejscowieniem i regulacją pozycji siedziska. Nie jestem pewien, czy ta klasa sprzętu dopuszcza pływanie po otwartych wodach morskich, przy prawie metrowej fali, ale my wiemy już, że jest to jak najbardziej możliwe. 

Michał kilka razy wypływa na nawietrzną stronę wyspy na tyle daleko, że kadłub kajaka i on sam znika całkowicie w falach, po czym surfując na fali, z bananem na twarzy, wpływa z powrotem do portu.

W końcu przychodzi moja kolej. Zaletą bycia ostatnim jest większa pewność odnośnie sprzętu, ale też mocniej zachlapane wodą wnętrze. Mimo wygodnego i podwyższonego siedziska, majtasy pewno będą do suszenia po tej przejażdżce.

Od razu jestem pod bardzo pozytywnym wrażeniem. Kajak nie tylko zachowuje się stabilnie, ale też świetnie utrzymuje kurs. Na każdy ruch wiosła reaguje praktycznie jak klasyczny kajak z laminatu. Technologia HDDS (High Density Dropstitch) robi tutaj doskonałą robotę.

Kończymy relaks na wodzie i wyjmujemy kajak do wysuszenia. Ślad z GPS pokazuje, że trochę popływaliśmy. Przy mniejszym zafalowaniu można by było w tym samym czasie spokojnie opłynąć archipelag dookoła.

Wypada nam też, z turystycznej przyzwoitości, przynajmniej raz obejść wyspę przy której cumujemy. Oprócz kilku mew bez śladów życia, znajdujemy domek bez śladu dachu.

Najgorsze odkrywam na koniec dnia. Tablica, przy której stoimy zawiera wyraźną informację o sposobie pobierania opłat w porcie. Trzeba po prostu spokojnie czekać na bosmana, który raz na jakiś czas przypływa do portu motorówką i kasuje za postój. Ja niestety nie doczytałem tego co mniejszym drukiem. Zaraz po przypłynięciu, w zgodzie z niedawno publikowanymi informacjami z przewodnika Marcina Palacza,  używam aplikacji mobilnej Aimo i tego dnia zostaję honorowym (jedynym) kapitanem, który wnosi opłatę za postój.

Pod wieczór gościmy przy burcie wesołego starszego żeglarza, który pływa po Szwecji z dość liczną gromadą swoich wnuków. Zapraszamy go do nas na pokład na szklaneczkę czegoś mocniejszego i spędzamy miły wieczór w jego towarzystwie.


13.08.2025

Ilość atrakcji sprawia, że o mało nie zapominam zrobić przed wyjazdem obowiązkowego zdjęcia z Utklippan. A dokładniej rzecz ujmując - ujęcia jakie robi się na bezdechu, przez stylową okiennicę tutejszego, zapełnionego akurat po brzegi, kompostowego wychodka.

Świeże morskie powietrze i cisza regenerują mnie bardzo intensywnie. Budzę się bez budzika i jestem wyspany jeszcze przed szóstą. W domu, w mieście, to dla mnie środek nocy.

Idę na poranny spacer. Cała marina jeszcze śpi. Ale nie śpią już foki. Ich wycie dobiega gdzieś zza wschodniego wejścia do portu.

Wymeldowujemy się z Utklippan tuż po godzinie 0610.

Wypływamy tak wcześnie, ponieważ chcemy spróbować wbić się do portu Christiansø jeszcze przed godzinami szczytu. Niestety pogoda nam nie pomaga. Praktycznie nie ma wiatru.

Przez godzinę jedziemy na silniku. Potem zaczyna nieśmiało podwiewać od rufy, więc stawiamy spinakera.

Wiatru po trochu przybywa i płynie się całkiem dobrze. Przy 8kn wiatru z baksztagu łódka porusza się z prędkością około 5kn.

Wiatr odkręca do połówki, więc zamieniamy spinakera na genaker.

Wygląda na to, że Chorwacka pogoda w końcu zawitała nad Bałtyk.

Zmieniamy nie tylko banderkę pod salingiem, ale i przewodnik żeglarski. Michał wciela się w rolę KaOwca i głośno prezentuje interesujący nas aktualnie fragment z "Borholm i archipelag Ertholmene".

Wiatru przybywa i płynie się coraz lepiej.

Niestety, w pewnym momencie robi się zbyt ostro do wiatru, jak na genakera i zastępujemy go genuą. O dziwo prędkość jachtu nie spada zauważalnie. Chyba w przyszłości muszę sprawić sobie nieco większy żagiel dodatkowy na lekkie wiatry. Albo uszyć mniejszą genuę :)

O godzinie 1530 rozpoznajemy już kształty budynków na wyspie Christiansø. Chwilę później mijamy najdalej wysunięty na wschód zakątek Danii.

Tuż przed 1600 wchodzimy do portu.

Nie ma już wolnego kawałka nabrzeża, więc stajemy w tratwie.

Nasze pierwsze kroki, po opłaceniu postoju, kierują się ku drzwiom oznaczonym otwieraczem do butelek.

Korzystamy z tego, że załapaliśmy się jeszcze na godziny otwarcia tutejszego spożywczaka i raczymy się zimnym Tuborgiem w szkle.

Potem ruszamy na dłuższy spacer po okolicy.

Wszystko da się tutaj obejść w nieco ponad godzinę. Co nie znaczy, że nie ma tu czego oglądać. Jest to jedno z najurokliwszych miejsc na Bałtyku.

Dzień jeszcze się nie skończył, a my i tak jednogłośnie uznajmy go za bardzo udany.

Znajdujemy też fajną miejscówkę, z najlepszym chyba widokiem na całym archipelagu - idealnym na obserwację zachodu słońca.

Tymczasem słońce nadal przypala, co kieruje nas na lokalne kąpielisko, na zachodnim brzegu wyspy Frideriksø.

Ku naszej uciesze (szczególnie Michała), jest tutaj wypasiona trampolina. Woda zimna, choć nie dla wszystkich. Na pomoście spotykamy miejscową starszą kobietę, która zanurza się w tym miejscu codziennie, niezależnie od pory roku. Dla niej woda jest dzisiaj "zbyt ciepła".

Po południu port wypełnia się jachtami...

Aż po swoje najwęższe brzegi.

Wieczorem, z butelką wina odwiedzamy znalezioną wcześniej miejscówkę, by perfekcyjnie zakończyć idealny dzień rejsu.


14.08.2025

Pozwalamy sobie pospać nieco dłużej. Nie ma się po co spieszyć. Planowany na dzisiaj przeskok do Hammerhavn to tylko niecałe 20NM. Opuszczamy port w Christiansø o godzinie 0930.

Mamy dzisiaj bardzo dobry wschodni wiatr o sile 12kn, co zapewnia komfortową żeglugę baksztagiem.

O godzinie 1230 zbliżamy się do północnego krańca Bornholmu.

Opływamy najbardziej skaliste i strome wybrzeże na całej wyspie i naszym oczom ukazuje się wzgórze z ruinami zamku Hammershus. Przystań jest nieco schowana w zatoce, więc zauważamy ją chwilę później.

Ogrodzony od morza falochronami basen portowy jest osłonięty od wschodu wzgórzami, co zapewnia nam dzisiaj zupełnie płaską powierzchnie wody.

Pomimo wczesnej pory, wszystkie miejscówki w porcie są już obstawione. Zostały tylko jakieś dwa wolne y-bomy na płyciznach w basenie wewnętrznym - poza naszym zasięgiem. Stajemy więc do burty innego jachtu stojącego już w tratwie. Spotyka się to z niezadowoleniem armatora jednego z jachtów stojących bliżej nabrzeża. 

Zwraca nam uwagę, że wybraliśmy tratwę złożoną już z czterech łódek, podczas gdy była wolna taka z trzema. W tej samej jednak chwili do portu wchodzi jacht i zajmuje czwarte miejsce we wspomnianej tratwie. Ten manewr jakoś szybko kończy nam naszą pogawędkę.

W porcie nie ma nic ciekawego. I chyba znaleźliśmy tego powód - wszystko zostało zalane betonem.

Niewątpliwą zaletą moich załogantów jest ich turystyczna aktywność. Tak jak i ja preferują wywczas w ruchu, ponad kokpitowe posiadówki. 

Ruszamy się więc od razu z portu i wspinamy na pobliską górkę. Polna droga prowadzi nas po wybrzeżu klifowym na północ.

Widoki od samego początku, warte są wysiłku wdrapania się na wyżyny.

Zaskakuje nas trochę widok jachtu na kotwicy, tuż pod stromym klifem. Ale w sumie jest po zawietrznej i jak lubi cisze i spokój, to lepszego miejsca nie znajdzie.

Mimo kilku moich wizyt na Bornholmie w tych okolicach, jakoś dotychczas nie trafiłem na trasę, którą właśnie idziemy.

A jest warta zaliczenia.

Szczególnie przy tej pogodzie, jaka się nam właśnie trafiła.

Gdzieś w okolicach godziny 1500 dochodzimy do Salomons Kapel. To ruiny małej kaplicy, położonej nad równie małym, naturalnym portem, służącym rybakom w trzynastym i czternastym wieku. 

Od tego miejsca kierujemy się w głąb wyspy. Przez kolejne kilkaset metrów mamy okazję doświadczyć namiastki różnorodności, jaką oferuje Bornholm. 

Docieramy do zatoki Osand Bugt, znanej mi już z poprzednich jachtowych wypraw.

Przy okazji zaglądamy do portu Sandvik, zaliczając oczywiście pobliską lodziarnię.

Po odpoczynku na lodach i popołudniowym espresso (to drugie to domena Michała), ruszamy na wschód. Mijamy tutejsze pole kempingowe i dzięki nawigacji w zegarku Michała, zupełnie przełajowym skrótem trafiamy do latarni Hammeren Fyr.

Jest otwarta dla zwiedzających, więc korzystamy i wdrapujemy się na górę, aby zrobić jakieś głupie zdjęcie.

Po zużytej nawierzchni schodów przypuszczam, że nie jesteśmy jedynymi, którzy wpadli na taki pomysł.

Z latarni ruszamy na południe, gdzie najpierw trafiamy na Krystalsøen (Kryształowe Jezioro).

Sto metrów dalej ukazuje się nam widok jakiego nie spodziewałem się ujrzeć na Bornholmie. To otoczone wysokimi skałami Opalsøen (Jezioro Opal) - nieczynny już kamieniołom (dawna kopalnia granitu), po którym pozostał sztuczny zbiornik wodny.

Jest tutaj podobno tyrolka, ale chyba już nieczynna. Z resztą i tak bym nie dał się na nią namówić, z moim lękiem wysokości.

Miejscówka naprawdę rzuca na kolana.

Chłopaki, jak to chłopaki - muszą zawsze wejść o jeden kamień wyżej.

I tym sposobem, po zatoczeniu kółka po północnych krańcach wyspy, dochodzimy do punkty wyjścia.

Schodzimy w dół wzgórza i wracamy do portu.

Ja mam na dzisiaj dość wędrowania. Ania i Michał zaglądają jeszcze do ruin Hammershus. Trafiają akurat na jakiś koncert, którego echa dochodzą do portu.

Ja w tym czasie idę popływać w morzu i odpoczywam w kokpicie. Przy okazji jestem świadkiem marynarskiej defilady załogi jednego z jachtów.

Wieczorem, wszyscy z dumą przeglądamy ślad, jaki zostawiliśmy na mapie. Całe szczęście, że nie węglowy ;)


15.08.2025

O godzinie 1000 opuszczamy Hammerhavn.

Fakt ten zdaje się być dostrzeżonym przez Królewskie Duńskie Siły Powietrzne i jeden z myśliwców przelatuje nad naszym pokładem. Duńczycy bardzo intensywnie ostatnio patrolują swoje wody terytorialne z morza i powietrza. Ruskie majstrują nie tylko w internetach.

Chodzi mi po głowie aby rzucić wędkę na dorsza - co jest dozwolone po zachodniej stronie Bornholmu. Ale charakter odkrywcy wygrywa z łowcą i kierujemy się ku kolejnemu portowi, w którym jeszcze jachtem nie byłem.

Opływamy ponownie północne krańce wyspy (tym razem z zachodu na wschód) i żeglujemy wzdłuż wybrzeża na południe.

Pół godziny zajmuje nam dopłynięcie na wysokość odwiedzonego ostatnio piechotą Sandvig. Muszę tu kiedyś zatrzymać się na kotwicy. Bardzo fajne miejsce i przyjemna do kotwiczenia zatoka (osłonięta przy wiatrach od NW do S).

Znowu mamy bardzo dobry wiatr z SW, więc wyspa osłania nas od fali.

Wieje stabilnie pod 15kn i pozornie płyniemy sobie połóweczką.

Piętnaście minut później mijamy Allinge. Potem jest jeszcze Tejn.

Ale my spływamy z morza dopiero do Gudjem. Trochę stresują mnie te otoczone skałami, ciasne i często zatłoczone bornholmskie porty. Ale zakładam, że nasze trzy pary ogarniętych żeglarskich rączek dadzą sobie jakoś radę.

I faktycznie dajemy radę. Bez żadnych przygód wchodzimy do portu i zajmujemy pierwszy wolny mooring.

Tak na prawdę to nasz mooring zajął (zapewne przez roztargnienie) nasz sąsiad. Proponuję wymianę podwodnych sznurków, ale niemiecki żeglarz odmawia. Twierdzi, że jest na wakacjach i nie ma zamiaru wykonywać jakiejkolwiek dodatkowej pracy poza otwieraniem kolejnej butelki z zimnym piwem. Przyznajemy mu rację i łapiemy się rufą na skrzyżowanym pod wodą linach.

Po opłaceniu postoju, od razu idziemy na zwiad lądowy. Skaliste wzniesienie, znajdujące się tuż przy porcie dostarcza nam uniesienia odpowiedniego do wysokości nad poziom morza. 

Ze wzgórza dostrzegam okazałą Araukarię - ulubione drzewo mojej żony. Wysyłam Elizie zdjęcie, aby w ten sposób zachęcić ją do żeglarstwa morskiego ;)

Obchodzimy miasteczko dookoła. Jak zwykle, na widok zadbanego wiatraka, cieszę się jak małe dziecko. Nie wiem, co takiego jest w tych konstrukcjach, że darzę je taką sympatia i zainteresowaniem.

Ale mamy w sobie też zachowania typowego polskiego turysty. Tym razem bez siatki z biedronki, ale jak każdy Polak na wakacjach, zaglądamy do każdego napotkanego kościółka.

Wracając, odwiedzamy jeszcze Cafe Rosa - piekarnię polecaną przez załogę s/y Snufkin, która penetrowała te tereny w niedalekiej przeszłości.

Choć nie jestem fanem przetworzonych węglowodanów, to zmuszony jestem przyznać uczciwie, że tak dobrych "domowych" wypieków nie jadłem od lat.

Po podwieczorku wyskakujemy jeszcze do tutejszego marketu SPAR. W pośpiechu popełniam najgorszy błąd na tym rejsie (gorszy od wpadki z akumulatorami). Nie zwróciłem uwagi i jedna ze zgrzewek Tuborga okazuje się bezalkoholowa. 

Czas na małą przepierkę. Tutejszą portową pralnię odnajdujemy... W piwnicy miejskiej biblioteki :)

W czasie gdy maszyny wykonują za nas ciężką pracę, my urozmaicamy sobie wywczas zażywając orzeźwiającej kąpieli między skałkami, tuż za portowym falochronem.

Nie ma trampoliny, ale znajduje się tu świetne miejsce do hopsania na główkę.

Jak się jeszcze okaże wieczorem, tutejsze bary bardzo dbają o atrakcje kulturalne dla swoich gości. 

Po odpoczynku i odebraniu prania, idziemy jeszcze zerknąć na drugi  port w Gudjem, o którym wspomniana w swoim przewodniku Marcin Palacz. To Nørresand. 

Po drodze odwiedzamy jeszcze lodziarnię. Pisemne ostrzeżenie (po duńsku) o mewach polujących na niesione w ręce przysmaki Michał zrozumiał dopiero na bazie swojego własnego doświadczenia.

W całym tym pechu odnajduje on jednak odrobinę szczęścia. Wspominając w lodziarni o niezamierzonej dotacji lodów na rzecz tutejszego ptactwa morskiego, otrzymuje kolejną porcję gratis.

Po tym wszystkim zostaje mu jeszcze tylko znalezienie odpowiedniej miejscówki i rutynowy łyk espresso. Teraz możemy wracać na jacht.

A w porcie kontynuujemy dzień łakomczucha. Odpalamy naszego grilla i ładujemy go karkówką i warzywami.

Wieczorem, w mesie s/y Darwin robi się bardzo imprezowo. Mimo wprowadzonego przez mnie zakazu grania na pokładzie infantylnych harcerskich piosnek, nie brakuje nam dzisiaj w repertuarze znakomitych szlagierów. Kończymy prawie nad ranem.


16.08.2025

Nie ma nic lepszego na poimprezową regenerację organizmu, jak wycieczka rowerowa za miasto :)

Michał znajduje wypożyczalnię i uzbraja się w stylowy rower. 

Ja z Anią dosiadamy tego, co udało się znaleźć w bakistach Darwina. Ruszamy w kierunku SW, w głąb wyspy.

Ja jak zwykle wypatruję wiatraków. Ale dzisiaj jakieś marne są.

Amberki wypatrują kościołów. Na szczęście tylko tych zabytkowych. Na nieszczęście na Bornholmie są chyba tylko zabytkowe.

Odwiedzamy kościół Østerlars, ale właśnie odbywa się w nim prywatna ceremonia ślubu i wejście dla turystów jest zabronione. Ubiorem dzisiaj nie przypominamy gości weselnych, więc się wycofujemy. Motto z tego powstaje nam takie, że jak chcesz na rejsie zwiedzać domów modlitw bez liku, to zamiast sztormiaka, weselny zabierz garnitur.

Pozostaje nam zrobić sobie pamiątkową fotę w stylu "my tu byli" i ruszyć dalej.

Kierujemy się dalej na południe, w kierunku środka wyspy. Królują tu typowe bornholmskie krajobrazy. Dojrzałych i soczystych jerzyn też nie brakuje, co znacznie spowalnia nasze tempo.

W pewnym momencie wjeżdżamy w las Almindingen. O 1330 znajdujemy ruiny Gamleborg. To najstarsza warownia na Bornholmie, ale niewiele z jej murów się do dzisiaj ostało. Miejsce raczej przypadnie do gustu miłośnikom kóz, niż fanom średniowiecznych warowni.

Ruszamy dalej. Droga nie rozpieszcza. Pokonujemy wąskie, wyboiste (pełne korzeni) leśne ścieżki. Końcówkę robimy nawet po schodach - na szczęście w dół. 

Ale było warto. Jesteśmy w pięknej Dolinie Echa (Ekkodalen).

Ruszamy szlakiem i zataczamy małe kółko. Co nieco też dowiadujemy się o tym miejscu. Czar pryska, gdy okazuje się, że nie zbudowali tego ludzie, a skalne wypiętrzenia to wynik działania naprężeń tektonicznych. Ze względu na panujący tutaj mikroklimat i bujną roślinność, wypasają się tutaj nie tylko turyści.

Mnie najbardziej podobała się tutejsza zejściówka.

Miejsce okazuje się być bardzo uniwersalne. Jak komuś nie w smak piesze wędrówki, może skierować swoje kroki do tutejszej knajpki.

Szacuję nieśmiało, że spędzić tutaj można cały dzień i wcale się nie nudzić. Oprócz kilku gatunków lodów na patyku, mają też pyszną mrożoną kawę.

Jest też trzecia opcja, dla tych którzy nie chcą być postrzegani jako typowi konsumenci i chcą do czegoś w życiu dojść własnymi rękami. Tuż obok znajduje się Klippely - spokojny zajazd z miejscem na społeczne ognisko.

A przy ognisku traperskie patelnie z instrukcją przygotowania czegoś smażonego - choćby jajecznicy.

Robi się późno, więc zarządzamy odwrót. Trochę już w nogach mamy, więc prosimy Michała, który pilotuje dzisiejszą wyprawę, o jakąś wygodniejsza drogę powrotną. Kierownik wycieczki staje na wysokości zadania i nie zjeżdżamy już dzisiaj poniżej asfaltu.

Po drodze, pod adresem Sigtevej 14, napotykamy domek nietoperzy.

Wewnątrz znajdujemy sporą ilość informacji o gatunkach zamieszkujących wyspę.

Wieczór spędzamy w portowym barze dla emerytów, przy skocznych dźwiękach zupełnie nieskomplikowanego rock and rolla, z lat dawno minionych.

W nogach pozostało nam przepedałowanych 40km i świetne wspomnienia. Bornholm nadal mnie zadziwia.


17.08.2025

Płyniemy dalej. Kwadrans po dziesiątej opuszczamy ciasny port Gudhjem. Sąsiad, który wyrzekał się jakiejkolwiek wakacyjnej pracy, daje się namówić i pomaga nam wykręcić dziób na cumie w kierunku wyjścia.

Oglądamy się za siebie i wcale nam się nie chce opuszczać tego magicznego miasteczka. Ale wiara w to, że gdzie indziej tez może być pięknie, pcha nas dalej w morze.

Słabej dzisiaj jednak wiary jesteśmy, bo spędzamy na wodzie niewiele ponad dwie godziny. Po drodze robimy tylko jedno zdjęcie, gdy mijamy (chyba) Listed.

O godzinie 1220 podchodzimy już do portu Svaneke.

Znam ten port dość dobrze, choć odwiedziłem go tylko raz. Było to podczas dość sztormowej nocy, w czasie sprowadzania jachtu do Polski w 2019 roku. Tym razem warunki na wejściu są dużo bardziej komfortowe. Cumujemy dziobem do kei gościnnej, rufą przytrzymując się dedykowanej bojki. 

Svaneke to bardzo popularny port wśród polskich żeglarzy, co widać po dzisiejszej frekwencji jachtów z polskimi banderami.

Idziemy się przejść po okolicy. Ania i Michał znowu ciągną mnie w kościelne mury. Na tym rejsie byłem chyba więcej razy w kościele niż podczas całego mojego życia, co z resztą zauważają już moi koledzy, gdy instagramuję kolejne zdjęcia ołtarzy.  

Mamy chyba już jednak dość nie tylko kościołów ale i miasta. Idziemy wybrzeżem na południe od portu, gdzie znajdujemy latarnię morską.

Kilka kroków dalej trafiamy na bardzo fajną plażę z kąpieliskiem, z którego z racji upału korzystamy z nieurywanym zadowoleniem.

W tym czasie na morzu, nie po raz pierwszy, zauważamy dziwne coś, holowane za statkiem.

Próba zasięgnięcia informacji w serwisach "AIS-owych" daje jedynie namiary na holownik.

Po kąpieli idziemy jeszcze okrężną drogą do portu. Jak przystało na Bornholmskie miasteczko, fotograf się tutaj na pewno nie ma prawa nudzić.

Ale jak człowiek głodny, to zaspakaja najpierw potrzeby niższego rzędu i o sztuce nie myśli. W pobliskim letnim barze (w porcie) idziemy na fish and chips.

Trochę żałujemy tego pójścia na łatwiznę, bo chwilę po posiłku, idąc na spacer w kierunku północnym od portu, trafiamy na dużo lepszy garmaż.

Menu co prawda oparte jest na wędzonkach, ale robi pozytywne wrażenie. Jesteśmy już jednak pełni, więc testowanie następnym razem.

Idąc brzegiem morza dochodzimy do małego portu Vige. 

Obchodzimy go, by dotrzeć do widocznej już wtedy na horyzoncie dziwnej wieży. 

Jest faktycznie dziwna i na dodatek wejście jest zamknięte, więc sekrety jej wnętrza pozostaną nadal tajemnicą.


Gdzieś po drodze trafia się kolejny wiatrak.

A potem jeszcze jeden. Tak sobie myślę, że wiatrak to taki kościół, tylko z ruchomym krzyżem. Czy nadejdzie kiedyś czas, że polubię kościoły? A może prędzej znienawidzę wiatraki?

Gdzieś po drodze, spod nóg Ani i Michała ucieka padalec. Po moich ostatnich rejsowych relacjach można wywnioskować, że gadów wydaje się być jakby więcej na świecie ostatnio.

Wracamy do portu.

Ale nie siedzimy długo na jachcie. Michał wyciąga nas do pubu, w którym obsługuje rodowita Irlandka, pracująca tutaj sezonowo. W planach jest szybki test miejscowego stauta i powrót na łódkę.

Nie zdążamy jednak wznieść pierwszego toastu, gdy przy barze rozlega się dźwięk dzwonu. Trafiamy akurat na świętowanie zaślubin. Pewien wesoły Amerykanin z Pittsburgha, dwa razy bije w dzwonek, a barmanka pyta nas tylko, czy ma podać to samo. Impreza sporo się przedłuża.

Gdzieś między jednym, a drugim brzegiem pucharu ma miejsce szachowy pojedynek, w którym niestety Dania pokonuje Polskę 2:1.

Po powrocie na jacht, mimo późnej pory, rozpoczynamy testowanie zakupionych wcześniej, różnych rodzajów śledzików marynowanych. Do rybki przygrywa nam Michał, który doskonale radzi sobie na moim starym PRL-owskim Defilu. 


18.08.2025

Dzisiaj śpimy trochę dłużej. Dopiero o godzinie 1100 udaje nam się wyjechać z miasta. Michał wykonuje ten sam manewr z wypożyczalnią rowerów, co ostatnio. Dzięki temu nikt nie musi biec za rowerem.

Tym razem ja wybrałem jeden z celów wyprawy. 

To Sorte Mud - budowla (może ołtarz, ale najprawdopodobniej grobowiec) z epoki brązu. Czyli z czasów na długo zanim jeszcze judaizm wymyślił swojego boga i zapragnął mieć na religię monopol.

Po mojej turystycznej zachciance, kolej na Amberki. Tu jednak znowu nie ma zaskoczenia. 

Ale tym razem, podczas wizyty w kościele doświadczam czegoś co się chyba nazywa objawieniem  - czegoś nowego i zaskakującego, czemu uparcie dotychczas zaprzeczałem. To zdarzenie zmieni prawdopodobnie na zawsze moje postrzeganie stojącego przy drodze kościelnego budynku.

I nie chodzi o kantor, który wobec powszechnego już w kościołach przyjmowania płatności kartą, w dowolnej walucie, jest po prostu dowodem na tutejszą zaściankowość. 

Zaraz za "kantorem" znajdujemy dostępne WC. Przyznam się, że jeszcze siku w kościele nie robiłem i było to dla mnie ogromne duchowe i bardzo pozytywne przeżycie - poczułem jakby ulgę, ale dokładnie trudno to opisać słowami.

Z kościoła kręcimy dalej. Do kolejnego celu prowadzi Ania. Zajmuje się zawodowo geografią, więc chyba można jej zaufać.

Jedziemy sobie, gdy nagle Ania i Michał skręcają z drogi na polanę i krzykiem oznajmiają sobie nawzajem: "Tak...To tutaj!".

Okazuje się, że ładnych kilkanaście lat temu (a może i jeszcze wcześniej) byli na Bornholmie z namiotem i właśnie w tym miejscu biwakowali. Domyślam się, że z tym namiotem mogą wiązać się różne pikantne historie, więc zostawiam ich na chwilę samych. Kryję się oczywiście w pobliskim zagajniku i obserwuję całą akcję, gotowy nagrać wszystko, co wydarzy się w przypływie wspomnień i uniesień, by móc ich potem szantażować upublicznieniem nagrania przy klubowym ognisku. Niestety nic się nie wydarza i jedziemy dalej. Okazuje się, że polanka znaleziona została przypadkiem, a cel naszej wycieczki nadal znajduje się przed nami.

Po drodze spotykamy różne drogowskazy. Nie znając jednak tutejszego języka, nie wiadomo czy warto zbaczać z drogi. Jeden z nich postanawiamy więc zweryfikować.

 Ale na skalistym pagórku znajdujemy jedynie kupę kamieni.

Wypad w bok kończy się więc tylko na jednej średnio ciekawej fotografii. I do końca nie wiemy, czy drogowskaz wskazywał na kamienie, czy przypadkiem na dużego zielonego żuka. Ten drugi wydał się nawet bardziej interesujący.

Jedziemy dalej. Postanawiamy się już się po drodze więcej nie zatrzymywać, aby nie tracić czasu. Umawiamy się, że przystanki robimy tylko w ostateczności. 

I tak przez najbliższe kilka kilometrów znajdujemy sporo takich jerzynowych miejsc ostateczności. 

Osiągamy jednak w końcu kolejny cel podróży - Rajskie Wzgórze (Paradisbakkerne). W skrócie, to bardzo ładne miejsce, ze skałami i dolinami szczelinowymi - czasem wypełnionymi wodą, tworząc jeziora. 

Rozpoczynamy od poszukania największego kamienia w okolicy. Aby to osiągnąć musimy zostawić rowery przy drodze i ruszyć skocznym krokiem po skałach.

W okolicy jest tego więcej. Jednym takim kamlotem podobno można nawet zakołysać. Żeby to wszystko zobaczyć trzeba się jednak nachodzić, a my jesteśmy jednak dzisiaj nieco wczorajsi. Odwiedzamy więc jeszcze tylko niewielką szczelinę skalną Linkisten i wracamy.

Ciągnie nas do portu - ale jakoś się tak składa, że nie do naszego.

Lądujemy w Nexø, do którego jest z Paradisbakkerne mniejsza odległość niż do Svaneke. Zaglądamy na chwilę do portu. W sklepiku żeglarskim kupujemy podsalingową banderkę Bornholmu (lepiej późno niż wcale). 

Zamierzaliśmy wrócić do Svaneke pociągiem, ale w tutejszym muzeum kolejnictwa DBJ dowiadujemy się, że ostatnia linia kolejowa została zamknięta już w 1968 roku ;)

Wracamy trasą nad brzegiem morza (oczywiście nadal rowerami). Po drodze skręcamy na chwilę do Aarsdale.

Praktycznie się nie zatrzymujemy. Jedynie rzut oka na port i chwila zastanowienia nad efektem wypornościowym, jaki działa w wodzie na syrenki, i jedziemy dalej.

Po kilku dniach spędzonych na wyspie, wszechobecne kamienie runiczne nie stanowią już wielkiej atrakcji. Ale nadal budzą nasze umiarkowane zainteresowanie.

W końcu dojeżdżamy do Svaneke. Kończymy wycieczkę w tutejszej piekarni, na kawie, z ciepłym jeszcze od świeżości croissantem.

A do naszej kolekcji dorzucamy kolejny kawałek wyspy objechany rowerem.


19.08.2025

Tak wcześnie jak dzisiaj to już dawno nie wstawałem - aż mi głupio. Dobrze, że w porcie, oprócz załogi nikt mnie nie zna. Ale w razie czego, mogę zawsze powiedzieć, że wstałem przetestować światła nawigacyjne. Nabrzeże Svaneke doskonale się do tego celu nadaje.

Wychodzimy z portu punktualnie o 0500. Ale nie jesteśmy pierwsi. Przed nami wypływa inny polski jacht i płynie na północ. My ciśniemy na wschód.

Wstępny plan zakładał krótszy przelot, do Darłowa, ale nasze wojsko zamierza akurat sobie trochę postrzelać w strefie numer 6. Mogłoby to potem utrudnić lub opóźnić nam powrót na wschód. Lecimy więc od razu do Łeby.

Prognozy się sprawdzają. Kierunek wiatru mamy dzisiaj idealny. Wychodzi nam pełny baksztag. Słońce też wschodzi według planu, o 0540.

Niestety nie wieje za mocno. Niecałe 10 węzłów podstawy przy kursie z wiatrem daje nam tylko 4 węzły prędkości nad dnem. Siła wiatru jednak powoli rośnie, więc póki co wstrzymujemy się ze stawianiem spinakera.

O godzinie 0830 mijamy się z idącym z przeciwka polskim jachtem Butterfly. Mimo zobowiązującej nazwy i wytatuowanego motyla na burcie żagle ma ustawione do bajdewindu.

Słońce wysoko, niebo bezchmurne, żagle wypełnione wiatrem - czego chcieć więcej!

I mimo, że wiatr już dzisiaj zimny i trochę jakby jesienny, to nastroje w kokpicie doskonałe. Pewnie dlatego, że już wracamy. Ania i Michał bardzo dobrze znoszą moje towarzystwo. Niestety jako skipper potrafię być upierdliwym smutasem. Amberki wykazują się dużą na to odpornością. 

Bardzo dobrze się z nimi pływa. Nie dość, że mają niezwykle silną samodyscyplinę, to jako armatorzy s/y Amber, doskonale rozumieją i szanują wysiłek włożony w utrzymanie jachtu w stanie bezpiecznej użyteczności publicznej. Jednocześnie są ogarniętymi żeglarzami, co pozwala mi czasem zapomnieć na długie godziny o pilnowaniu czegokolwiek na jachcie. Dobrze, że robią ze mną ostatni, a nie pierwszy etap, bo mnie nieźle rozleniwili.

Grot przysłania lekko genuę, więc dla spokojności dorzucamy wytyk.

Od godziny 1300 wieje już z siłą 18kn, co zwiększa naszą prędkość do okolic 7kn. To też za sprawą sprzyjającego prądu morskiego, który dokłada swoje 1.2kn. 

Kiedy dziób zaczyna coraz bardziej wywozić na nawietrzną, zwijamy kilka obrotów genui, by zapewnić stabilność kursową i nie męczyć autopilota.

Fale robią się coraz większe, ale wyglądają groźnie tylko, gdy są fotografowane z odpowiedniej perspektywy.

O godzinie 2000 wiatr znowu słabnie do 10kn. Ale my mamy już wtedy tylko jakieś 8NM do portu w Łebie. 

Wchodzimy w główki po uzyskaniu zgody z kapitanatu na kanale VHF12. Przy aktualnym kierunku wiatru wejście jest bardzo komfortowe. Jedynie w marinie, przy końcu pierwszego pomostu, na chwilę odzywa się alarm głębokości. My stajemy przy środkowym pomoście (drugim od wejścia).

Po 2215 stoimy już sklarowani na cumach w marinie.


20.08.2025

Dzień wietrzny, ale pogodny nastraja nas bardzo pozytywnie. A na dodatek marina w Łebie jest chyba najładniejszą mariną na polskim wybrzeżu.

Niestety jej stan z roku na rok się pogarsza. Obecne sanitariaty przypominają mi imprezy pierwszego roku w akademikach PG z lat 90tych. Bosman zapewnia, że właśnie zmienił się zarządca przystani i będzie już tylko lepiej. Trzymamy za słowo i za rok przypłyniemy sprawdzić.

Dzień spędzamy bardzo leniwie. Idziemy na spacer do miasta i potem na chwilę zerkamy na falochron.

Przybojowa fala nie zachęca do wyjścia z portu. Nie ma tragedii i dalibyśmy radę, ale nam się jakoś szczególnie nie spieszy. Decydujemy się zaczekać do jutra.

Wieczór spędzamy grając w tysiąca, do późnych godzin nocnych. To gra, której Kuba nauczył mnie na tym rejsie. Michał wymiata, więc nigdy nie grajcie z nim na pieniądze. Kiedy w końcu udaje mi się wyjść na prowadzenie, nie mogę powstrzymać się przed uwiecznieniem tego incydentu.



21.08.2025

Wstajemy o 0800 i pół godziny później wychodzimy z mariny. Przynajmniej próbujemy, bo przez chwilę trzyma nas mielizna przy pierwszym pomoście. Dodaję obrotów silnika i prześlizgujemy się jakoś po mulistym dnie na wolność.

Wejście do portu wygląda zupełni inaczej niż wczoraj. Zastanawiam się nawet, czy nie przegięliśmy z tym czekaniem i teraz będziemy pierdzieć całą drogę na silniku.

Ale szybko okazuje się, że nie jest aż tak źle jak wygląda. Lekki wiatr od lądu o sile 12kn, daje nam ekologiczny napęd od samego wyjścia z portu.

Żeglowanie wzdłuż polskiego wybrzeża to jedno najnudniejszych tras jakie znam. Nic tu się nie dzieje. Nie ma ani ruchu statków, ani skał, na które trzeba uważać. Obecność jakiejś niezidentyfikowanej dla nas platformy budzi więc nasz zainteresowanie. 

Kolejną rzeczą jaka się jeszcze wydarza w tym etapie, to przelot wojskowego (albo SAR) samolotu.

Nie ma zupełnie o czym pisać. Płyniemy sobie baksztagiem i tyle.

Jak to się zwykle zdarza z wiatrem wiejącym wzdłuż wybrzeża, wieje on wzdłuż wybrzeża - kierunek podąża po prostu równolegle do lini brzegowej.

W związku z tym, od godziny 1130 mamy już fordewind i jedziemy "na motyla".

Tu i ówdzie przechodzą przelotne opady deszczu, ale nas póki co oszczędzają.

Przy Rozewiu jesteśmy o godzinie 1430.

Fordewindem dopływamy do samego Władysławowa. 

O 1530 wchodzimy do portu.

Chwilę później cumujemy już przy pomoście żeglarskim w y-bomie.

We Władku z przyjemnością da się zrobić tylko jedno. Zjeść obiad "U Chłopa". Niestety, z roku na rok porcje dorsza się zmniejszają, a ilość turystów zwiększa.

Po obiedzie, przed opuszczeniem gospody, warto skorzystać z toalety. Golić się w knajpie raczej nie wypada, ale jak ktoś ma przy sobie szczoteczkę, to może ukradkiem umyć też zęby. W sprawie portowych sanitariatów nic się na lepsze we Władysławowie niestety nie zmieniło.


22.08.2025

Władysławowo opuszczamy o godzinie 0815.

Jest już dzisiaj na morzu całkiem zimno, więc wszyscy poubierani są nieco grubiej. Ja póki co utrzymuję statystyczne zero dni bez sztormiaka na tym rejsie.

Jeżeli chodzi o wiatr, to mamy powtórkę z dnia wczorajszego. 12 węzłów z baksztagu.

W każdym razie nie narzekamy, gdy wiatr wieje od lądu. Jedziemy na pełnych żaglach i po płaskiej wodzie aż do końca Półwyspu Helskiego.

Tuż przed wejściem na zatokę, postanawiam założyć pierwszy ref na grocie. Nie będziemy już osłaniani lądem i warunki mogą się nagle zmienić na gorsze. Akcja refowania musi być wykonana błyskawicznie, gdyż nie mamy za dużo miejsca na pójście pod wiatr. Udaje się dopiero za drugą próbą, ale to z mojej winy, bo nie przećwiczyliśmy tego wcześniej.

W każdym razie pomysł zrefowania żagli okazuje się bardzo dobry. Po wyjściu za Hel dostajemy porządne uderzenie wiatru. W tym samym czasie w radio słychać komunikację związaną z jakąś akcją ratunkową na zatoce. Nie wiemy, kto wzywa pomocy, ale słyszymy, że SAR wraz z innym jachtem pomagającym panują już nad sytuacją. Próbujemy zlokalizować wizualnie miejsce wypadku, ale nic w pobliżu nie zauważamy.

Wieje ponad 20kn z prawej burty, ale przez dłuższą chwilę musimy iść ostro do wiatru, aby przepuścić większe jednostki idące po rucie.

Oprócz refu na grocie, przed wejściem na zatokę, założyłem również sztormiak - zdaje się, że po raz pierwszy w tym sezonie. Nie przejmuję się jednak popsutymi statystykami. Fajnie, że na koniec rejsu trafiła nam się taka dynamiczna jazda z wiatrem.

Michał, jeszcze na spokojnych wodach przed wejściem na zarokę, wystawił pod prawym salingiem wszystkie banderki krajów odwiedzonych w tym rejsie przez s/y Darwin. Oszukujemy troszkę z ilością dorzucając kupioną niedawno banderkę Bornholnmu. W każdym razie jesteśmy gotowi na powrót do portu macierzystego.

Jazda z wiatrem i na fali trwa aż do samych główek w Górkach Zachodnich.

A nawet i nieco dalej, bo wchodzimy na żaglach i zwijamy się dopiero na rozlewisku Wisły Śmiałej.

O godzinie 1415 cumujemy na przystani AKM i tym samy oficjalnie kończymy ostatni etap rejsu.

W rejsie "Duński Ścisk 2025" s/y Darwin przepłynął 853NM, w czasie 187 godzin aktywnej żeglugi. Rejs trwał łącznie 5 tygodni i 2 dni. Odwiedziliśmy w tym czasie 25 portów, w czterech krajach, a przez pokład przewinęło się czterech załogantów. 

Porównanie wstępnego planu rejsu do rzeczywistej trasy, jaką przebył s/y Darwin w tym sezonie może być uznane za kiepski żart. Po optymistycznych zamiarach pozostała tak naprawdę tylko nazwa rejsu.

Jednak nigdy wcześniej nie byłem tak zadowolony z niezrealizowania planów, jak w tym sezonie. Nie posmakowałem pływów Morza Północnego i nie zobaczyłem nawet duńskich Bełtów, które były planem awaryjnym. Uciekliśmy za to przed złą pogodą i zwiedziłem nieznane mi części Skanii i Blekinge, które niby są niedaleko, ale jakoś zawsze było mi do nich nie po drodze.

Dopisali też ludzie. Znalazł się dobry kolega Paweł, który pomógł w przestawieniu jachtu przed urlopem. Popływałem trochę samotnie, tak jak czasami lubię. Miałem okazję spędzić sporo czasu z synem, co ostatnio zdarza się nieczęsto. Udało się też popływać z ogarniętymi i bardzo pozytywnie nastawionymi do życia Anią i Michałem, których cząstkę przekazanej mi energii mam w sobie po dziś dzień.



Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.