Jedną z rzeczy, która urzekła mnie w żeglarstwie morskim od samego początku jest to (wspaniałe raczej) uczucie, jakie daje na pełnym morzu utrata zasięgu sieci telefonii komórkowej.
Gdy mniej więcej po godzinie oddalania się od cywilizowanego brzegu znika ostatnia kreska wskaźnika zasięgu... Gdy chwilę wcześniej wykonaliśmy ostatni telefon do kogoś, kto będzie za nami tęsknił... Kiedy sprawdziliśmy ostatnią prognozę pogody... Gdy właśnie zostajemy sami ze swoimi myślami...
Wtedy właśnie, w tą nasza mentalną ucztę, wchodzi z brudnymi butami nowoczesna technologia :)
Internet w żeglarstwie (nie tylko) morskim od zawsze był niezwykle użyteczny. Najważniejsze zastosowanie, to oczywiście dostęp do aktualnej prognozy pogody. Ale nie oszukujmy się - nie tylko do tego. Jesteśmy dzisiaj od tej globalnej sieci uzależnieni na każdym kroku. Kto potrafi oprzeć się pokusie i nie przeczytać kolejnego odcinka na rawonsails ;)
Istnieje obecnie bogata oferta dostępu do internetu za pomocą sieci telefonii komórkowej. Jest ona jednak bogata tylko w zakresie terytorium naszego kraju.
Za granicą wchodzimy już w roaming danych i tu jest już dużo skromniej. Podczas kilku swoich rejsów zagranicznych zmuszony byłem wielokrotnie do dokupienia dodatkowego pakietu danych w roamingu, lub kombinowanie z lokalnymi kartami sim i tamtejszymi pakietami danych, co zawsze powodowało znaczne zwiększenie wydatków. Może nie bardzo znaczące w całości kosztów rejsu, ale często stanowiło krotność mojego standardowego abonamentu telefonicznego. Strasznie mnie to wkurzało i ciężko mi było z tym żyć ;)
Chcąc zaoszczędzić na wydatkach, próbowałem "łapać" sieci WiFi w marinach i portowych knajpach. Ale z tym bywa różnie (czyt. beznadziejnie). Jakość połączenia i przepustowość takich sieci jest z reguły tragiczna. Starcza czasami na sprawdzenie prognoz, ale już przesyłanie zdjęć na chmurę często jest wyzwaniem.
Ponieważ w tym sezonie będę potrzebować dostępu do sieci nie tylko dla potrzeb turystyki, ale również do pracy, postanowiłem zainwestować w schodzącą obecnie pod strzechy technologię internetu satelitarnego. Decyzję podjąłem po uświadomieniu sobie, że obecna cena najtańszego mobilnego abonamentu Starlinka stanowi połowę miesięcznych wydatków na internet, jakie poniosłem podczas rejsu do Norwegii. Bardzo pomogła mi też rozmowa z kolegą Grzegorzem, który w zeszłym sezonie ze Starlinkiem opłynął Morze Północne dookoła i podzielił się ze mną swoimi doświadczeniami.
Z zakupem odczekałem do wiosny, aby zimą nie musieć utrzymywać nieużywanego abonamentu. Jest, co prawda możliwość zawieszenia usługi, ale też trzeba opłacać wtedy jakąś symboliczną kwotę. Nie ma co wyrzucać pieniędzy - nawet drobnych.
W końcu przyszedł kwiecień i skończyły się żarty. Przez stronę producenta zamówiłem zestaw Starlink Mini . To antena z wbudowanym routerem WiFi, o zasięgu spokojnie wystarczającym na mój mały statek.
Niestety nie zawiera żadnego kompletnego uchwytu do mocowania anteny na jachcie. Wiedząc o tym już przed zakupem, próbowałem oszukać system i zamówić coś już wcześniej.
Skorzystałem z jednej z chińskich platform sprzedażowych. Po otrzymaniu przesyłki dowiedziałem się, że istnieje kilka różnych wersji anten i większość tych tańszych uchwytów nie pasuje już do mojej anteny.
Chińscy sprzedawcy zdawali się znać wartość tego, co sprzedawali bardzo dobrze. Po złożeniu reklamacji, otrzymałem pełny zwrot kosztów zakupu z informacją, aby nie odsyłać im zwracanego towaru :)
Kiedy przysłali mi już zestaw Starlink, mając już antenę i znając kształt gniazda mocowania, podjąłem kolejną próbę dopasowania uchwytu. Tym razem różnica była mniejsza, ale również nie pozwalała na montaż anteny. W grę i w tym przypadku, wchodziły różnice między kolejnymi wersjami (generacjami) modelu anteny, ale były one zauważalne dopiero w czasie przymiarki. Już miałem podjąć się oszlifowania głowicy uchwytu by wcisnąć go w dostarczany przez Starlinka adapter, gdy znalazłem inny (chyba bardziej funkcjonalny) uchwyt, w bardzo dobrej cenie.

Był on regulowany, więc umożliwiał korektę ustawienia anteny, co według niektórych jest niepotrzebne, a według Starlinka, jeżeli nie niezbędne, to zalecane.
Przyszedł czas na pierwsze testy - jeszcze na podłączeniu do sieci 230V. Ustawienie anteny faktycznie miało znaczenie, choć było mało zauważalne podczas użytkowania.

Póki nie włączymy aplikacji Starlink, monitorującej ustawienie anteny, praktycznie nie zauważamy chwilowego gubienia sygnału i obniżenia przepustowości łącza.
Najlepszą jakość połączenia otrzymujemy oczywiście przy nieruchomej antenie, ale na wodzie jest to raczej niemożliwe.
Zasilanie 230V jest dla szczurów lądowych. Prawdziwy żeglarz do wszystkiego używa 12V - a na morzu często jest do tego nawet zmuszony.
Ze Starlinkiem jest jednak pewien problem. Sieć jachtowa działa na umownym nominalnym poziomie 12V, ale w praktyce jest to często napięcie nieco wyższe. I to w sumie bardzo dobrze się składa, bo 12V jest dla Starlinka dolną granicą akceptowanego napięcia. Jednak spadki poniżej tej wartości mogą powodować problemy w połączeniu z internetem. Przy zdrowych i naładowanych do pełna akumulatorach oraz dobrze zaprojektowanej i wykonanej instalacji niskoprądowej, na jachcie nie powinniśmy doświadczać żadnych problemów. Ja jednak należę do pesymistów, którzy doświadczyli napięć rzędu 11.5V (z różnych przyczyn) nie raz i nie lubią przykrych niespodzianek.
Aby zagwarantować sobie niezakłócone działanie urządzenia (szczególnie w sytuacjach kryzysowych), postanowiłem (wzorem wielu łódkowych użytkowników Starlinka Mini z YouTube) zamontować w układzie przetwornicę DC-DC podwyższającą napięcie.
Znowu zwróciłem się w kierunku niezwykle bogatej w tym zakresie oferty Państwa Środka. Nabyłem coś, co nosiło prawidłowe oznaczenia. Ale to, czy etykieta odpowiadała rzeczywistym parametrom urządzenia, należało sprawdzić. Ze względu na hermetyczną konstrukcję obudowy pozostał jedynie pomiar działającego urządzenia.
Podłączenie na krótko i pomiary napięcia potwierdziły, że przetwornica z 12V robi 30V. Teoretycznie powinna być w stanie dać też prąd o wartości maksymalnej 3.5A. To dobrze, bo antena Starlinka działa w zakresie 12-48V i konsumuje maksymalnie około 60W. Czyli, przy napięciu 30V będzie potrzebować maksymalnie około 2A.
Przy okazji sprawdziłem też pobór prądu anteny z baterii. Zrobiłem to przy normalnej pracy, jak i "rozruchu" (intensywnej transmisji danych). W tym celu musiałem odwiesić zawieszenie usługi u Starlinka i wykupić abonament. W "zawieszeniu" przepustowość jest gdzieś na poziomie wartości modemu TPSA z lat 90-tych i nie odzwierciedla prawdziwych wartości mocy pracującego urządzenia. Ciekawostką natomiast jest, że nadal możemy wtedy korzystać z nielimitowanego internetu w podstawowym zakresie - bez problemu sprawdzimy skrzynkę mailową i pobierzemy wiatrowego GRIBa, ale już nie obejrzymy nic ciekawego na YouTube.
Cieszył mnie mały rozmiar przetwornicy, bo bez trudu znalazło się dla niej miejsce pod hundką, w pobliżu rozdzielni. Fajnym gadżetem była też gotowa do podłączenia końcówka kabla od strony anteny (gniazdo). Pasowała do dostarczanego w zestawie przewodu o długości 30m. Niestety, jakość tego przewodu (małe średnice żył) i jego długość mogła być powodem spadków napięcia. Na pewno nie ma to znaczenia w instalacji domowej, gdzie i tak używamy zasilacza pracującego na 230V. Ale w instalacji jachtowej należy takie kabelki optymalizować również po długości. Zamówiłem więc dodatkowo dedykowany przewód 10m.
Gotowa wtyczka oszczędzała czas potrzebny na połączenie przewodu z przetwornicą. Ale oszczędność czasu była tylko pozorna. Grubość końcówki implikowała konieczność wykonania większych średnic otworów, przez które kabel miał zostać poprowadzony od anteny w kokpicie do jachtowej rozdzielni.

Dobre i ostre wiertło do metalu zrobiło jednak robotę.
Do schowania kabla i zabezpieczenia go przed uszkodzeniami wykorzystałem oczywiście bramkę rufową.
Nie miałem pewności jak wspawane zostały poziome poprzeczki i czy pionowe kolumny są drożne, ale okazało się że tak.
Znalazłem w piwnicy stary przepust kablowy, który był na tyle duży, że nawlekłem go przez wtyczkę na kabel.
Do przedostania się kablem przez pokład, do bakisty rufowej, wykorzystałem stary, zaślepiony kiedyś otwór po przewodzie anteny GPS.
Aby lepiej zabezpieczyć przewód przed przecieraniem, krawędzie otworów w nierdzewnych rurkach starannie wyszlifowałem pilnikiem i dodatkowo zabezpieczyłem gumowymi dławicami. Skręcana dławica przepustu pokładowego wymagała zastosowania nylonowej podkładki, aby lepiej docisnąć gumową dławicę i nie pozwolić jej wyskoczyć górą. Dla bajeru dorzuciłem jeszcze kawałek peszla osłonowego ;)

Wewnątrz bakisty przewód został przybity do sufitu za pomocą standardowych uchwytów kablowych z gwoździem. Sprawdziło mi się już takie rozwiązanie wcześniej.
Przeciągnięcie nad hundkoją wymagało demontażu maskownicy sufitowej. Zajęło to trochę czasu.
Najtrudniejszym etapem było jednak przeciągnięcie kabla za "boazerią", od rozdzielnicy pod hundkę. To ciasny odcinek i jest tam już sporo kabli, co utrudnia operację.
Kawałek sztywnego, grubego kabla robił za pilota i za czwartym, czy piątym podejściem, w końcu się udało.
Trzeba było wymyśleć jeszcze coś do włączania i wyłączania zasilania anteny.
W samą porę przypomniałem sobie o wyłączniku hydro-magnetycznym, który przy montażu ogrzewania został zastąpiony innym, o większym zabezpieczeniu prądowym.
Na poczekaniu, u osiedlowego grawera, dorobiłem panel maskujący.
Na mojej tablicy rozdzielczej nie mam już miejsca, więc multi-toolem wydziergałem prostokątną dziurę w panelu sklejkowym obok.
Przy montażu uzmysłowiłem sobie, że mogłem jeszcze w panelu zrobić miejsce na małą diodę sygnalizującą włączenie urządzenia. Ale to zawsze można dołożyć potem. A w sumie to nie przewiduję częstego osobnego wyłączania zasilania Starlinka.
Pozostało doprowadzić przewody. Włącznik znalazł się oczywiście na plusowym przewodzie zasilającym.
Przewód minusowy poszedł do listwy masowej, gdzie jeszcze znalazło się dla niego miejsce.
Antena jest zdejmowana z uchwytu i można to zrobić bez użycia narzędzi. Aby zabezpieczyć jakoś nieużywane wtedy wtyczki przed kurzem i solą kupiłem silikonowe kapturki. Dedykowane kosztują niemało, ale udało mi się, za dosłownie grosze, znaleźć pasujące średnicą zaślepki silikonowe do przewodów hydraulicznych.
Jak już tak zajmowałem się drobiazgami, bo przekonany byłem, że wszystko działa jak należy, w pewnym momencie zaniepokoił mnie cichy, ale wyraźny dźwięk brzęczenia.
Podejrzane odgłos zlokalizowałem we włączniku hydro-magnetycznym. Po analizie i konsultacjach z kolegami, którzy coś więcej na tematy elektryczne wiedzą (Dawid, Tomasz - dzięki!) powód był oczywisty. Tania przetwornica "sieje" pulsacją napięcia po kablu i powoduje wzbudzanie się cewek włącznika. O tym, czy jest to szkodliwe dla cewek czy nie, zdania były podzielone. Mnie natomiast martwił nieco fakt, że takie impulsy prądowe mogą wpływać na całą instalację i zakłócać radio VHF.
Oszczędność 150pln nie jest warta bezpieczeństwa na morzu. Tak uznałem i w Globetechnic kupiłem przetwornicę Orion-Tr 12/24-5A (120W) Isolated DC-DC marki Victron Energy.
Czasami jakość ma jednak znaczenie. Przetwornicę podłączyłem, włączyłem Starlinka i... Nic - cisza :)
Pojawił się natomiast problem z upakowaniem dużo większego urządzenia pod koją. Na szczęście kadłub w tym miejscu poszerza się w osi jachtu, w kierunku dziobu, więc wystarczyła mała podkładka z grubszej sklejki.
Przetwornica została zamocowana na trzech z czterech wkrętów, co i tak gwarantuje jej stabilność w każdych warunkach.
Szlak trafił natomiast całą moją przebiegłość i robotę przy przepychaniu gotowej i dedykowanej do Starlinka wtyczki. Finalnie i tak musiałem łączyć przewody, ponieważ nowa przetwornica gniazda starlinkowego, z oczywistych względów, nie posiadała.
Prace zakończyły się jednak sukcesem i obecnie jestem zadowolonym użytkownikiem internetu satelitarnego. Parametry pracy anteny zostały potwierdzone na komputerze pokładowym. Starlink potrafi chwilowo szarpnąć z sieci nieco ponad 4A, ale przez większość czasu nie pobiera więcej niż 2A.
Pisząc ten artykuł mam za sobą jedynie kilkudniowe testy na wodach Zatoki Gdańskiej oraz małym odcinku polskiego wybrzeża Bałtyku. Nie stwierdziłem jednak najmniejszych nawet problemów z dostępem do internetu podczas żeglugi, jak i postoju w portach.
















.jpg)
















