Podczas, gdy wielu armatorów jachtowych boryka się z problem doboru odpowiedniej załogi na rejsy, ja mam swój sprawdzony sposób. Wychodzę z prostego założenia, że osoby wspierające WOŚP raczej nie są dupkami. I jak dotąd jeszcze się nie pomyliłem...
10.05.2026
Tegoroczni zwycięzcy aukcji Allegro dla WOŚP pobili zeszłoroczny rekord i wylicytowali rejs na s/y Darwin za kwotę 1925 PLN. Tym samym przyczynili się do uzbierania w 34-tym już finale Orkiestry sumy 263 477 929,83 PLN.
Spotykam się z nimi w okolicach godziny 1000 pod śmietnikiem AKM. Ja akurat wyrzucam śmieci, gdy oni wjeżdżają w bramę do klubu. Po uściskach dłoni, wymianie grzeczności i przerzuceniu bagażu z samochodu na jacht, od razu ruszamy w morze. I od razu wyczuwam, że się jakoś na tym morzu zrozumiemy.
Rafał, Ola i Olek, czyli rodzinka w formacie dwa plus jeden. Już na pierwszym zdjęciu z morza wszyscy wyglądają na szczęśliwych, choć każdy z innego powodu.
Rafał w czasach studenckich skipperował zawodowo w Grecji, wiec cieszy się na myśl, że czeka go rejs, na którym nie będzie musiał podejmować żadnych decyzji.
Ola jako zarządca nieruchomości zadowolona jest chyba z zajęcia najbardziej wygodnego pomieszczenia na naszym jachcie, czyli kabiny dziobowej. Cieszy ją też majowe słońce, którego dzisiaj mamy pod dostatkiem.
Czternastoletniego Olka energetycznie napędza fakt, że pierwszy raz w życiu będzie żeglował po morzu.
Moje zadanie tym razem wygląda na bardzo proste - nie popsuć tego pozytywnego nastroju jak najdłużej :)

Morze dzisiaj płaskie, mimo że wiatr wieje ze wschodu - idealne warunki na moją ulubioną zatokową trasę - rejs do Pucka.
Olek szybko aklimatyzuje się do życia na jachcie i przechodzi w standardowy tryb nastolatka na morzu.
Od dwóch dni sprawdzam prognozy, martwiąc się trochę wiatrowym deficytem. Ale niepotrzebnie. Wiatru dzisiaj pod dostatkiem. U podstawy mamy 12 węzłów, a porywy sięgają do 23. Z jakiegoś powodu nie działa mi log i to akurat mnie dzisiaj martwi. Szykuje się bowiem w tym roku na rejs na pływach i ten wodny kręciołek może okazać się niezwykle przydatny.
Do Głębinki lecimy jednym halsem, prawie po prostej. Na czas pokonania wąskiego przejścia między Cyplem Rewskim, a Rybitwią Mielizną zwijamy genuę, żeby się nie trzepała po wantach. To moja ulubiona konfiguracja żagli w tymczasowym, przymusowym fordewindzie. Akurat na robienie zwrotów przez rufę, wiatr słabnie - jak na zamówienie.
Starając się wejść w rolę przewodnika turystycznego, opowiadam moim gościom o marszu śledzia, co wzbudza ich poważne zainteresowanie batymetrią tego miejsca, jak i samą imprezą, o której dotychczas nie słyszeli.
Po pokonaniu Głębinki wracamy na połówkę prawego halsu i ciśniemy dalej na północ. W lekkim przechyle robimy obiad - dzisiaj kurczak w sosie korma, z ryżem i świeżą rukolą.
Na wysokości Rzucewa próbujemy wypatrzeć Osadę Łowców Fok. Mimo słonecznego dnia czuć jeszcze, że to nie lato.
Do nowej mariny w Pucku wchodzimy przed godziną 1700.
Po wcześniejszym kontakcie telefonicznym z bosmanatem, otrzymujemy na SMS kod do otwarcia furtki na pomoście i jednocześnie instrukcję pozyskania czytnika RFID, czyli dostępu do portowych toalet.

W marinie wita nas chmara komaro-podobnych owadów, które momentalnie obsiadają łódkę i masowo wpadają w pajęczyny, chyba je nawet przeciążając.

Następuje chwila krótkiego odpoczynku, podczas której wznosimy toast za cudowne ocalenie. Moi załoganci zdają się chyba teraz oczekiwać oprowadzenia po miasteczku.
I tu pojawia się problem. Namówiłem ich na wizytę w Pucku, ponieważ lubię tu pływać. Trasa niekrótka i Głębinką urozmaicona, marina nowa, a miejscowość jeszcze niezatruta do reszty turystycznym badziewiem. Ale żeby coś ciekawego do zwiedzania zaproponować, to się na to nie przygotowałem. Przyszedł więc czas na improwizację.
Zaglądamy najpierw do starego portu, gdzie nadal cumuje legendarny s/y Czarny Diament. Potem kierujemy się do miasta. Docieramy na stary rynek (gdzie jak zwykle nic się nie dzieje) i robimy małe kółko po przylegających do niego uliczkach.
W końcu los się do mnie lekko uśmiecha i znajdujemy kawałek parkowego zakątka. To Park Dziejów Pucka. Nic mi to nie mówi, ale robię dobrą minę do złej gry.

Wskazuję na tutejszy pomnik obrońców Pucka. Nie bardzo wiem jak wielka jest to atrakcja dla turystów z Warszawy, ale pomnik to pomnik - jaki jest, każdy widzi i nikt się o nic więcej nie będzie przynajmniej dopytywać.
Najważniejszą w dzisiejszych czasach funkcjonalnością tego monumentu jest chyba możliwość potwierdzenia swojego położenia, niezależnie od obecnych w tych dniach zakłóceń sygnału GPS.
Wracając, przechodzimy obok zamkniętej (znowu) smażalni ryb u Budzisza. Jakoś nie mogę nigdy trafić tutaj w godzinach otwarcia i zweryfikować dobrą sławę tej jadłodajni.
Po drodze zahaczamy jeszcze o Harcerski Ośrodek Morski, gdzie remontowany drewniak budzi nasze zainteresowanie.

A w naszym porcie cisza. Trwa co prawda budowa falochronu zachodniego, ale dzisiaj niedziela, więc hałas wbijanych w dno metalowych pali będzie nam przeszkadzał dopiero jutro rano.
Budzi nas odgłos pracującego kafara. Ale i tak jest fajnie. Prognozy zapowiadały zachmurzenie i przelotne deszcze, a tymczasem przez chmury przebija się słońce.
Wczoraj ambitnie planowaliśmy wyjść w morze rano o 0800. Dzisiaj wychodzimy jednak dopiero o 0930.
Jest mocno pod wiatr. Wieje z południa ponad 20 węzłów, prosto w dziób. Do Głębinki jedziemy na silniku.
Potem wiatr nieco odkręca i daje już nam płynąć bajdewindem. Stawiamy grota na drugim refie i rozwijamy nieco więcej niż połowę genui. Kierujemy się dzisiaj na Gdańsk.
Pomimo małej powierzchni ożaglowania, jacht leci jak głupi ponad 6kn i robi to zadziwiająco ostro do wiatru. Jednocześnie nie generuje to wszystko dużego przechyłu. Warto się refować.
Ku uciesze załogi, torpedownię w Babich Dołach mijamy dzisiaj w odległości "lornetkowej".
Przecinamy obszary rezydencji morskich komandosów. Nasłuchuję na VHF, czy ktoś nas nie przegania, bo nie sprawdziłem, czy strefy te nie są przypadkiem dzisiaj zamknięte. Nikt się jednak do nas nie przyczepia.
Chwilę później robimy zwrot przez sztag, by przepuścić wchodzący właśnie do portu w Gdyni prom pasażerski.
Szybko wracamy na kurs i płyniemy dalej. Olek dzisiaj w formie - pytania co, jak i dlaczego sypią się jak z rękawa. Człowiek ciekawy życia - tak trzymać!
Jesteśmy w połowie drogi do Gdańska - to już najwyższy czas na wspólne, pamiątkowe zdjęcie z tego rejsu.
Około 1345 zgłaszamy się do Kapitanatu Gdańsk na VHF 14. Mamy zgodę na wejście do mariny na Szafarni, więc jedziemy.
Po zatokowej pustce, kanał portowy budzi duże zainteresowanie. Mijamy pomnik na Westerplatte.
Za pierwszym zakrętem ukazuje się nam Twierdza Wisłoujście.
Rzadko mam okazję wchodzić do tego portu poza weekendem, więc mnie również zaskakuje natężenie ruchu na nabrzeżach. Sądząc po zajętych dokach, Stocznia Remontowa ma się chyba dobrze.
Chwilę potem mamy pierwsze spotkanie z karaibskimi piratami.
Są też widoczne duże zmiany od mojej ostatniej tutaj wizyty. Branża IT może i się sypie, ale deweloperzy budowlani nie próżnują.
Trafiamy na zamknięta kładkę, więc na 15 minut musimy przycupnąć przy nabrzeżu. W tym czasie dzwonimy do mariny. Zostaje nam przydzielone miejsce numer 57 - gdzieś w skośnych y-bomach.
Kładka otwiera się o pełnej godzinie. Kilka minut po 1500 ruszamy na starówkę.
Oficjalnie jesteśmy już w Gdańsku.
Na ostatniej prostej czeka nas jeszcze mijanka z pędzącą środkiem kanału Czarną Perłą.
Rzut okiem na Generała...
I naszym oczom ukazuje się w końcu Marina Gdańsk- cel dzisiejszego etapu.
Tak głęboko w tej marinie to ja jeszcze nie stawałem. Ale jest wygodnie i przestronnie. Na dodatek jesteśmy dobrze osłonięci od wiatru. Tylko do wyjścia daleko i trzeba za potrzebą wychodzić z małym zapasem mocy ;)
Odkrywam, że automaty prysznicowe w marinie działają nadal na pięciozłotówki, których niestety brak w bosmanacie. Należy się jednak zastanowić, czy narzekać na trudność zdobycia monety, czy raczej cieszyć się stałą ceną prysznica od lat, pomimo inflacji ;)
Idziemy w miasto. Niestety, od razu lapie nas ulewny deszcz i pół godziny musimy przeczekać pod okapem Narodowego Muzeum Morskiego (przy Sołdku). Żałujemy, że jest zamknięte.
W krótkiej przerwie między ulewami przeskakujemy do pobliskiej restauracji Bazar, gdzie zostaję przez moich załogantów zaproszony na obiad. Rola gości i gospodarza chwilowo się zmienia. Jedzenie bardzo smaczne i knajpkę szczerze polecam.
Po obiedzie deszcz się kończy i robimy jeszcze rundkę po gdańskiej starówce. Staram się zabłysnąć znajomością mojego portu macierzystego, ale średnio mi to chyba wychodzi.
Dzień kończymy pod namiotem kokpitowym Darwina, na nocnych Polaków rozmowach.
12.05.2026
Poranek mamy dzisiaj pochmurny. Wstajemy dopiero o 0900. Akurat gdy wracam z porannej toalety, mam okazję przyjrzeć się fachowcom w akcji. Do mariny wchodzi s/y Bonawentura i cumuje rufą przy y-bomie. Pomagam z jedną cumą i wracam na Darwina.
Jak ktoś chce kiedyś usłyszeć pękający odbijacz, to w okolicach Szafarni jest chyba obecnie największa na to szansa.
Nie śpieszy nam się dzisiaj. Wychodzimy z mariny dopiero parę minut po 1100. W kapitanacie dyżur pełni dzisiaj ktoś z tych mniej przejmujących się formalnościami i na każde zgłoszenie od razu odpowiada, aby po prostu jechać i nie gadać.
Jest dzisiaj dużo chłodniej, więc cała załoga szuka okazji do rozgrzewki przy ogarnięciu cum i odbijaczy.
Płyniemy za s/y Genarał Zaruski, który również akurat przeprawia się pod podniesioną kładką.
Rafał ma ostatnią nadzieję na etap ze spinakerem. Wyciągamy nawet worek do kokpitu, ale wieje dzisiaj bardzo nieregularnie w porywach ponad 20kn i nie chcę swoim brakiem umiejętności narażać moich załogantów na stres.
Na szczęście zawiewa z zachodu, wiec mamy wiatr od rufy. Ogarniamy całą trasę do Górek Zachodnich na rozwiniętej w 2/3 genui. Ponieważ w Aleksandrze obudził się dzisiaj zew morskiego sternika, prawie wcale nie włączamy autopilota. Przy okazji, załoga poznaje zalety rumpla i jego przewagę (w pewnych sytuacjach) nad kołem sterowym.
W marinie AKM lądujemy przed godziną 1500. Na pokładzie Darwina zjadamy jeszcze ostatni wspólny posiłek. Na obiad mamy dzisiaj spaghetti bolognese, które bardzo smacznie przyrządza i serwuje załoga. Proponuję, że skoro oni przygotowywali, to ja pozmywam. Niestety, zgadzają się na to od razu i tak oto zostaję w kambuzie z brudnymi naczyniami. Czasami człowiek coś chlapnie bez zastanowienia i potem tego żałuje ;)

Po obiedzie moi goście pakują manatki i opuszczają pokład Darwina. Oprócz brudnych naczyń, zostawiają też książkę, jaką od nich dostałem w prezencie, autorstwa Rafała. Niestety, dopiero pisząc ten odcinek bloga przypominam sobie, że zapominałem poprosić autora o dedykację. Mam jednak nadzieję, że będzie ku temu jeszcze okazja i że to nie było moje ostatnie spotkanie z tą niezwykle sympatyczną rodzinką. Szczerze polecam tych allegrowiczów :)
A wszystkim moim klubowym kolegom i innym armatorom narzekającym, że nie mają z kim po morzu pływać sugeruję jedno - wystawiajcie rejsy na WOŚP :)








































