
Wymiana autonomicznych napędów spalinowych na elektryczne pcha się obecnie w nasze życie drzwiami i oknami. Argumentów za i przeciw elektryfikacji niezliczone ilości przelewają się przez internety.
A z tymi elektrykami jest tak, jak z każdą nową technologią. Na początku budzi tylko śmiech i politowanie (dla przypomnienia - pierwsze pojazdy z silnikami spalinowymi ustępowały pod każdym względem pojazdom zaprzęgowym), potem powoli przestaje być jedynie eksperymentem marzycieli i w końcu staje się użyteczna.
To właśnie moim zdaniem stało się przez ostatnie lata z elektrycznymi silnikami zaburtowymi. Obecne modele są już nie tylko wydajne, ale i dużo bardziej poręczne od spalinowych.
Czytelnicy bloga zapewne pamiętają moją zamianę duetu Talamex TLA 250 i Hondy 2.3 BF, na dwuosobowy kajak pneumatyczny Spinera Molveno 430 z... wiosłami :)

Kajak pneumatyczny jak najbardziej sprawdził się na ostatnim bałtyckim wywczasie, o czym już wspominałem w jednej z ostatnich rejsowych relacji.
Ale czas upływa cały czas i stale zmienia się nasze postrzeganie rzeczywistości i tym samym nasze potrzeby. Planowany w tym sezonie rejs po wodach pływowych i duża ilość potencjalnych postojów na kotwicowiskach sprawiły, że znowu zacząłem przychylnym okiem spoglądać w stronę nieco bardziej rozdętych wersji "dmuchaków".
Z poprzednim pontonem problem polegał na tym, że był nieco na Darwina za duży (nie tylko na długość ale i kształtem powiększonej części dziobowej) i w ten sposób bardzo niewygodny. Zupełnie nie szło go trzymać w stanie nadmuchanym na pokładzie dziobowym, gdyż ledwo się tam mieścił i blokował zupełnie komunikację - a w wielu portach staję przecież dziobem do kei.
Spędziłem więc sporo czasu na poszukiwaniu czegoś mniejszego i z innym kształtem dziobu, co pozwalałoby obsłużyć proces pompowania i składania na pokładzie jachtu. Ofert na takie mikro-gumiaki nie brakuje, natomiast dużo trudniej znaleźć coś w przyzwoitej jakości i z odpowiednim do niej stosunkiem ceny.
Moimi kryteriami była przede wszystkim wielkość. Wywnioskowałem, że długość całkowita powinna oscylować w okolicach 230cm. To dobry kompromis jeżeli chodzi o użyteczność i jednocześnie minimalny rozmiar dla takiego niestandardowego wzrostem człowieka jak ja.
Chciałem też mieć regulowaną ławkę i pompowaną podłogę - koniecznie z pompowanym kilem (lepiej utrzymuje kurs).
Ponieważ (jak pokazuje moje dotychczasowe morskie doświadczenie) ponton to nie artykuł używany na co dzień (przynajmniej póki nie zamieszka się na karaibskim kotwicowisku), nie chciałem wydawać nań zbyt dużo pieniędzy.
Oferty znanych mi firm kusiły odpowiednią jakością swoich wyrobów, jak i imponującymi wypornościami swoich jednostek. Niestety cenowo przyprawiały mnie o duszności.
Po spędzeniu kilku długich wieczorów w internetach, w końcu zauważyłem coś, co zwróciło moją uwagę.
Na stronie activegames.pl znalazłem pewien chiński wyrób, który mimo atrakcyjnej ceny, wydawał się dość solidnie wykonany i był w odpowiadającej mi konfiguracji sprzętowej.
To Gladiator AK240AD. Kategoria D, więc wyporności nie ma zbyt imponującej (za to ciężar mniejszy), ale wymiarami i kształtem dziobu mieścił się w moich oczekiwaniach.
Całość przyjechała bardzo zgrabnie zapakowana.
Torba na ponton nieco mnie zaskoczyła swoją krzyżową rozkładówką. Ale po chwili namysłu uznałem, że w sumie jest to bardzo dobry patent na łatwiejsze pakowanie pontonu po każdym użyciu. Uważać trzeba jedynie, aby nie pogubić drobiazgów (wioseł, pompki, itp.).
Kiedy w końcu pogoda zrobiła się wiosenna, przyszedł czas na testy w marinie AKM. Ponton posiada trzy główne komory, plus dodatkowo pompowaną podłogę i osobno pompowany kil. W tym względzie nie mogłem już chcieć więcej.
Pompka będąca na wyposażeniu nie posiada niestety manometru. Jednak siła potrzebna na naciśniecie miecha pompy bardzo dobrze oddaje informację zwrotną o aktualnym ciśnieniu w komorach pontonu. Nie stanowi więc problemu, aby działać na wyczucie.
Pompując pierwszy raz, oczywiście zapomniałem o wsunięciu ławki, więc musiałem spuścić nieco ciśnienia i po montażu siedziska ponownie nadmuchać do pełna.
Ponton sprawia wrażenie bardzo solidnego. Tworzywa z których jest wykonany sprawiają dobre wrażenie co do jakości i mam wrażenie, że sporo rozwiązań i detali zapożyczonych jest z droższych marek. Jedynym mankamentem jest brak stałych uchwytów na dziobie, ale w jakiś sposób zastępują go mocowane na obu burtach linki asekuracyjne.
Ponton waży około 25 kg, więc nie ma żadnego problemu, aby go wrzucić do wody i wyciągnąć samodzielnie - nawet z przepukliną kręgosłupa ;). Dla treningu, zasymulowałem sytuację na kotwicowisku i posłużyłem się przy wyciąganiu fałem. Poszło gładko.
Dzięki "szpiczastemu" kształtowi dziobu ponton idealnie mieści się na pokładzie Darwina, przed masztem. Zostaje jeszcze miejsce po bokach na w miarę swobodną komunikację przy relingach. Ten kształt ogranicza nieco przestrzeń wewnątrz pontonu, ale ja akurat wybrałem takie rozwiązanie z premedytacją i jestem bardzo zadowolony (w większości przypadków zakładam pływanie po kotwicowisku samodzielne lub we dwie osoby).
Dzięki funkcji odsysania powietrza, pompka jest doskonałym narzędziem przy składaniu pontonu na pokładzie.
Praktycznie da się zresetować gumiaka do ustawień fabrycznych, czego nie udało mi się nigdy zrobić z poprzednim.
Torba też się sprawdziła.
I takie zawiniątko pasuje na dodatek idealnie w najdalszy zakątek hundkoi.
Ze względu na otwartą konstrukcję opakowania, wiosła i ławeczkę trzymam w oddzielnym worku. Redukuje to ryzyko zgubienia elementów przy przenoszeniu oraz wagę pojedynczego pakunku, co bardzo ułatwia przenoszenie.
Mając już odpowiedni do potrzeb desantu lądowego pneumatyk, zacząłem poszukiwania napędu. Jakoś zraziłem się do przyczepnych silników spalinowych i zupełnie w tym kierunku nie patrzyłem. Głośne to i kopci. Na dodatek wymaga dolewania od czasu do czasu śmierdzącej benzyny, którą trzeba dodatkowo mieć gdzieś na jachcie w zapasie.
Zacząłem więc sprawdzać, co ostatnio wydarzyło się w świecie napędów elektrycznych.
Znane mi dotychczas były jedynie silniki firmy Torqeedo. Podoba mi się ich system wymiennych baterii, mniej podoba mi się ich ciężar, a już zupełnie nieładna jest ich cena.
Ale oto na rynku pojawił się niedawno bardzo zgrabny motorek firmy ePropultion.
Zakupu dokonałem u autoryzowanego dealera.
Z usług Globetechnic korzystam nie pierwszy raz i pewnie nie ostatni. Zawsze mam u nich fachowe doradztwo i terminową dostawę.
Produkt, który mnie zainteresował sprzedawany jest pod nazwą eLite. To lekki (6.7kg) silnik z wbudowaną na stałe baterią (co może akurat być uznane przez niektórych za wadę).
Zamówiłem zestaw podstawowy wraz z ładowarką 12V, której niestety nie ma w standardzie.
Są produkty, które już podczas rozpakowywania dają poczucie dobrze wydanych pieniędzy. Wszystko, od opakowania, po najdrobniejszy detal sprawiało od razu wrażenie dobrej jakości i solidności wykonania.
Jedyne co nie przypadło mi do gustu, to pokrowiec. Jest wykonany z cienkiego i miękkiego materiału, który chronić może silnik jedynie przed kurzem i komarami ;). Śruba co prawda metalowa (super!), ale nie wiem, czy mocniejsze przypadkowe uderzenie pokrowcem nie spowoduje jakichś zniszczeń. Na dodatek, do pokrowca nie mieści się uchwyt silnika. To znaczy mieści się na wcisk, ale noszenie go luzem i bez żadnej przegrody tuż przy korpusie silnika prawdopodobnie spowoduje na tym korpusie estetyczne ubytki.
Standardowym już u mnie problemem jest bezpieczne przechowywanie takich rzeczy na jachcie. Najlepiej odpowiadałoby mi miejsce starego silnika na koszu rufowym. Przymierzyłem - pasowało. Dobrze byłoby mieć jeszcze jakiś pokrowiec stacjonarny.
Ale od czego są znajomości. Kolega Marek z firmy MarineCovers, w trybie "na wczoraj", właśnie uszył mi na miarę bardzo szykowny silnikowy kubraczek.
Aby dokończyć ładowanie, zdjąłem silnik z pantografu i położyłem w kokpicie. Dostarczony przez fabrykę krótki kabel powodował, że ładowarka dyndała swobodnie i przy każdym zafalowaniu szarpała wtyczkę przy silniku. W tej kwestii producent się jednak nie postarał - bo nie potrafię dojrzeć użytecznej celowości takiej oszczędności na przewodach elektrycznych.
Po około dwóch godzinach silnik był w pełni naładowany (bateria miała już wcześniej około 45%). Nadszedł czas na przekonanie się co do jego funkcjonalności. Cały czas, od złożenia zamówienia do testu na wodzie zastanawiałem się, czy 500W mocy elektrycznej będzie wystarczające i czy silnik nie okaże się jedynie drogą zabawką.
Rzeczywistość zaskoczyła bardzo pozytywnie. Początkowo zdawało mi się, że silnik słabo ciągnie, ale odczyt z GPS pokazywał całkiem dobry wynik.
Na prądy pływowe w cieśninach i silne fale morskiego przyboju może być za mało, ale większość osłoniętych kotwicowisk powinien spokojnie ogarnąć.
Najlepsze jest jednak to, że bulgocząca turbulentnie za rufą woda jest głośniejsza od silnika (sic!)
Nie oszczędzałem motorka w testach. Przez ponad godzinę jeździłem prawie cały czas na maksymalnie przesterowanej manetce. Trzy razy na chwilę włączałem tryb SPORT (750W). Objechałem wszystkie baseny wszystkich marin w okolicy (AKM, AZS, NCŻ). Najładniej jest oczywiście na naszym klubowym kanałku, więc byłem tam dwa razy.
Bardzo pozytywną cechą silnika okazał się brak jakiegokolwiek wyczuwalnego spadku mocy, przy zmniejszającym się wskaźniku naładowania baterii. Gdy zakończyłem testy miałem jeszcze 14%. Postanowiłem nie dobijać do zera, bo nie doczytałem w instrukcji, czy tak można.
Zarówno uzbrajając ponton w elektryka, jak i rozbrajając cały zestaw już po testach, odczułem niepodważalną zaletę, jaką jest mała masa silnika. Pod tym względem, prawdopodobnie zostawia w tyle inne elektryki z rynku, a na pewno najmniejsze nawet silniki spalinowe.
Po testach na wodzie rozpocząłem sprawdzian ładowania przez gniazdo zapalniczki (12V). W ciągu dwóch godzin naładowałem baterię do 50%.
Pobór prądu przy ładowaniu okazał się dość spory (powyżej 5A). Ale nie będzie to raczej stanowiło dla mnie problemu. Przy akumulatorowym banku 300Ah jednorazowa strata około 25Ah nie jest dużym wydatkiem.
Można też będzie starać się ładować go "bezstratnie" (i za darmo) w słoneczną pogodę - mój panel solarny o mocy 170W produkuje obecnie dużo więcej energii, niż daję radę zużytkować. Inną jeszcze opcją jest ładowanie z alternatora, przy jeździe na silniku. No i pozostaje zawsze oczywisty przypadek dla słabiaków ;) - ładowania z przyłącza lądowego 230V.
Jest nieco za wcześnie, aby wystawiać silnikowi jakieś wiążące opinie, ale wstępnie mam o nim bardzo dobre zdanie. Więcej pewnie będę mógł powiedzieć dopiero po sezonie.
Tymczasem, jestem bardzo zadowolony z zestawu jaki drogą internetowych poszukiwań i kupna nabyłem. Nie mogę się już doczekać tych wszystkich kotwicowisk, które zamierzam odwiedzić.
I jeszcze odpowiedzi na jedno pytanie jestem winien na koniec. Dlaczego nie zdecydowałem się w tym sezonie na kajak, skoro już go mam i się sprawdził na Bałtyku?
Otóż planuję rejs, na którym zamierzam aktywnie korzystać z bojkowisk i kotwicowisk. Można to teoretycznie ogarniać kajakiem, ale wsiadanie z jachtu i transport zakupów dużo wygodniej ogarnia się pontonem.
Fajnie byłoby powiosłować sobie po kanałach Amsterdamu, ale już gdzie indziej, cumowanie do zatłoczonych pontonowych mini pomostów może okazać się kajakiem trudne lub niewykonalne. Nie zawsze będzie ponad cztery metry miejsca na dojście butą. A jakoś nie wyobrażam sobie wciskać się między pontony i wychodzić z kajaka z dziobu, lub rufy.
Poza tym kajak spełnia u mnie raczej rolę pływadła rekreacyjnego, a mi tym razem potrzebne będzie raczej robocze dinghy. Z kolei, aby zabrać ze sobą dwa pneumatyki nie mam już miejsca (dużą część przestrzeni bagażowej zajęły w tym sezonie dwa żagle dodatkowe). Kajaka oczywiście nie sprzedaję i na pewno będzie brał jeszcze udział w moich przyszłych rejsach.
O tym, czy moje tegoroczne założenia są poprawne, poinformuję w miarę możliwości niezwłocznie po zakończonym rejsie, na który już za kilkadziesiąt godzin wyruszam.
Do zobaczenia na morzu...! Lub na blogu :)















.webp)













