Niezgodność charakterów często bywa przesłanką do rozwodu. Aby do tego nie dopuścić, należy respektować wzajemnie swoje potrzeby, nie wymuszać realizacji swoich pasji kosztem partnera i starać się iść na kompromis wszędzie tam, gdzie się tylko da.
Chyba, że rzecz tyczy naszej pasji do żeglarstwa - bo tam się akurat nie da. W tym przypadku zupełnie niezrozumiała jest postawa partnera, który nie podziela naszych fascynacji żeglugą. O wiele gorsze też bywają w takim przypadku konsekwencje. Najgorsze, co się może zdarzyć, to nawet zmarnowany weekend.
Jest jednak i na ten problem rozwiązanie. Żeglarstwo posiada wiele odmian i możemy je uprawiać na tysiąc różnych metod, uwzględniając w ten sposób nawet tych, którzy tego szczerze nienawidzą...
20.09.2024 (piątek)
Kolejne wrześniowe dni są coraz krótsze. Kiedy wyruszam o 1745, słońce znajduje się już nisko nad horyzontem.
Zaraz za główkami stawiam oba żagle podstawowe, które oprócz wiatru łapią też ostatnie promienie słońca.
Niestety, godzinę później słońce znika.
Słaby połówkowy wiatr i mało pomarszczona powierzchnia wody pozwalają na całkiem dobrą prędkość pod żaglami.
Jest bardzo przyjemnie i jedyne, na co można narzekać na morzu o tej porze dnia, to niewyraźne zdjęcia krajobrazu Gdyni.
Znajdująca się za gdyńskim portem strefa S-7 wygląda całkiem niewinnie na ekranie mojego plotera. Ale dopiero w odpowiednim powiększeniu, na mapie pojawiają się żółte boje ostrzegawcze. Nie są oświetlone, więc potrzebna jest chwila skupienia, aby je przed dziobem wypatrzeć i z bezpiecznej odległości ominąć.
O godzinie 2200 jestem już na wysokości Helu, nad którym akurat wschodzi księżyc. Bardzo lubię księżyc - w przeciwieństwie do słońca, świeci w nocy - wtedy kiedy akurat jest ciemno.
Po przejściu Głębinki mijam jacht stojący na kotwicy, tuż za Rybitwią Mielizną. Rzuca mnie się na głowę wtedy myśl taka, żeby nie wchodzić dzisiaj do portu. Zbyt spokojnie i nastrojowo jest tej nocy na morzu. To też niezła okazja w końcu wypróbować kotwicę - po raz pierwszy na Darwinie.
Płynę kilka minut w kierunku Kuźnickiej Jamy, aby zejść nieco z żeglugowego szlaku i na głębokości pięciu metrów opuszczam 10-kilogramową Rocnę. Wypuszczam 8 metrów łańcucha i jeszcze około 25 metrów liny kotwicznej. Zaciągam kotwicę silnikiem na wstecznym. Trzyma. Włączam lampę kotwiczną na topie masztu i w razie jakbym zaspał na świt, to pod saling wciągam plastikową kulę (dzienne oznakowanie statku na kotwicy).
Tymczasem wiatr praktycznie zanika, a woda staje się płaska. Cisza - aż w uszach grzmi :)
Och jak dobrze się spało! Choć poranek jakiś dziwny i mało słoneczny. Słońce prawie przypomina blaskiem księżyc. Ciężko cokolwiek poza pokładem zobaczyć.
A są tacy, co na pokładzie mieli dość pracowitą noc. Dziwi mnie trochę pajęczyna na środku relingu, gdyż jej budowniczy pozbawił się w ten sposób portu schronienia.
Ale to może dlatego, że wszystkie inne zakamarki zostały już przez konkurencję zajęte.
Ponieważ ciężko tak filozoficznie rozmyślać na pusty żołądek, przygotowuję sobie śniadanko. Zwykłe i wręcz prostackie, ale co tam - proste życie daje więcej czasu na rzeczy na prawdę ważne.
Wciągając ostatnią kanapkę spostrzegam, że zamiast kuli, pod salingiem wisi stożek. Albo się wczoraj zagapiłem, albo to jeszcze objawia się brak wprawy w kotwiczeniu ;)
Co do postoju na kotwicy, to nie przetestowałem nowej Rocny w boju. Warunki takie, że się lina praktycznie nie napina.
Dobrze, że jest mgła, to przynajmniej sprawdziłem działanie reflektora radarowego ;)
Ponieważ nigdzie się nie spieszę, a właśnie przypomniałem sobie o klekoczącej podczas jazdy na silniku pokrywie schodów zejściówki, postanawiam coś z tym zrobić. Mam akurat przy sobie samoprzylepną, neoprenową taśmę uszczelniającą, która idealnie wyciszy miejsce kontaktu pokrywy ze schodami.
W tym czasie mgła ustępuje i można ruszać w dalszą drogę.
Nie posiadając windy kotwicznej, próbuję zorganizować sobie jakiś półautomatyczny system wyciągania kotwicy. Przewlekam linę przez dodatkowy bloczek na szynie szotowej (aby obejść nadbudówkę) i obkładam na kabestanie szotowym w kokpicie.
Działa znakomicie, choć wciągnięty na końcu łańcuch robi niezły syf na pokładzie.
Niby jesień za pasem, a trawa jednak nadal zielona.
Opuszczając kotwicę kilka razy do wody i podnosząc udaje mi się pozbyć w końcu traw i błota. Nie uruchamiam silnika, bo wiatr znosi mnie powoli na głębsze wody. Stawiam żagle i ruszam w kierunku Pucka. Jest godzina 1300.
Wieje jednak tyle co nic i to z baksztagu, więc mój SOG nie przekracza 2kn. Ale ponieważ nigdzie mi się nie spieszy, nic z tym nie robię.
O godzinie 1500 jestem już w nowej marinie w Pucku.
Bardzo polubiłem to miejsce, chociaż czasami mam wrażenie, że odwraca się ono dupą do morza.
Marina znajduje się obecnie w fazie po pierwszym etapie budowy i nadal dużo rzeczy jest tymczasowych i eksperymentalnie innych od przyjętych na świecie standardów. Jestem tutaj już któryś raz i nadal nie potrafię zrozumieć pomostów otwieranych od wewnątrz przy użyciu kodu. Jeżeli nie dysponujesz takim kodem, bo nie udało Ci się dodzwonić do bosmana, to teoretycznie nie wydostaniesz się poza pomost gościnny.
Wątpliwości budzi też dostęp do sanitariatów. System pobieranych samodzielnie kluczy, zastąpiony został breloczkami RFID. Niby nowocześniejsze, ale nadal wymagające uczciwości i samodyscypliny od użytkowników mariny - a przecież większość to żeglarze ;) Przy dużym obciążeniu portu, wszystkie breloczki znikają jeszcze przed wieczorem. Bez jachtowego zbiornika na fekalia, kiedy masz pecha, musisz się z kupą nosić aż do rana. Wtedy to dopiero odpływające jachtami załogi zwracają breloczki do skrzynki.
Ponarzekałem, to teraz czas skupić się na pozytywach. Do portu właśnie wpływa mini żaglowiec Baltic Beauty. Obserwuję manewr podejścia i idę obejrzeć statek z bliska - przy okazji zamieniam słówko z kapitanem.
Nie pływałem jeszcze żaglowcem i trzeba będzie może kiedyś spróbować. Tymczasem dostrzegam jacht moich marzeń. Niesamowicie dobrze utrzymany Monsun 31. Szkoda, że koje tylko 190cm i kibel mało wygodny dla takiego jak ja. Ale ogólnie bardzo udany model stoczni HR, który nie raz udowodnił swoją morską dzielność.
I tak mija mi czas do zachodu, a potem też nic ciekawego się nie dzieje.
22.09.2024
Rankiem wychodzę na dworzec PKP po małżonkę. Nie ma jej jednak wśród wysiadających z pociągu, ale nie dziwi mnie to, bo chwilę wcześniej odbieram od niej telefon. Eliza tak nie mogła się doczekać spotkania ze mną, że wysiadła o jedną stację za wcześnie, w Żelistrzewie. Przyjeżdża więc do Pucka dopiero następnym pociągiem.
Idziemy na jacht po rowery. I o godzinie 0900 ruszamy w trasę. To jest ten rodzaj żeglarstwa, który moja żona uwielbia najbardziej.
Jedziemy ścieżką rowerową na północ. Mijamy Kaczy Winkiel i odbijamy w prawo na Swarzewo. Po drodze mijamy kryte strzechą malownicze domki.
Ale jest też przystań jachtowa.
Dalej są już tylko krowy.
Przejeżdżamy szybko przez Władysławowo. Miejski ruch, nawet małego miasta, nie jest zbyt przyjemny dla niedzielnych rowerzystów.
W Cetniewie mijamy Ośrodek Przygotowań Olimpijskich. Dobrze, że nie szykujemy się na żadne igrzyska, wiec możemy jechać dalej.
Nieco dalej przejeżdżamy obok żywopłotowego labiryntu dla kamperów.
Potem już nic ciekawego nie ma.
Miejscami droga rowerowa robi się mniej gładka i wymaga amortyzowania nierówności rękoma i nogami, celem uniknięcia wstrząsu mózgu.
Najgorsze jednak okazuje się na miejscu w Rozewiu. Latarnia wydaje się być dużo mniejsza niż się tego spodziewaliśmy.
Historia głosi jednak, że Rozewie ma dwie latarnie, które kiedyś (w czasach przed-elektrycznych) działały wspólnie. Zostawiamy więc rowery i idziemy szukać tej drugiej.
Znajdujemy ją względnie szybko i nawet nazwa się zgadza. To Rozewie II, wysoka na 24 metry. Uruchomiona w 1875 roku jako druga latarnia w Rozewiu, aby statki nie myliły tego miejsca z Czołpinem. Po doprowadzeniu elektryczności i wprowadzeniu charakterystyki światła do starszej latarni Rozewie w 1910 roku, została wyłączona z eksploatacji..
Ponieważ jest otwarta dla zwiedzających, wchodzimy na górę.
Robimy sobie romantyczne zdjęcie nad koronami drzew i z morzem na horyzoncie.
Przy kolejnej fotografii, po drugiej stronie, zauważamy jeszcze jedną latarnię. Ale my dzisiaj mamy do nich szczęście!
To starsza latarnia Rozewie, która po kilku przebudowach i modernizacjach działa do dnia dzisiejszego. Jej wysokość to 33 metry, ale też się da na nią wejść.
Tutaj widoki jeszcze lepsze.
Na parterze zwiedzamy też tutejszą wystawę opowiadającą historię latarnictwa w Polsce. Jak to widać po przeszłości tutejszej, z latarniami jest nie mniejszy kłopot niż z łódkami. Również wymagają stałej przebudowy i zmian w wyposażeniu. A na dodatek chyba bardzo trudno się nimi po morzu pływa.
Zaglądamy też obok do budynku maszynowni, a tam w brzuch parowego potwora.
Chcemy przejść się jeszcze po pobliskim rezerwacie i zejść gdzieś na plażę, ale wszędzie spotykamy się z tymczasowym zakazem wstępu.
Pozostaje nam tylko tutejsza motylarnia i kopnięty domek. Ale te pozycje sobie darujemy - stały się one na tyle standardem polskich miejscowości letniskowych, że nie będzie problemu z ich odwiedzeniem, jak najdzie nas kiedyś na to ochota.
Ruszamy w drogę powrotną.
Tym razem, na chwilę zbaczamy trochę z drogi, aby zerknąć na morze od strony "pełnej".
Niby wracamy tą samą trasą, a jednak nieco inne obiekty po drodze zauważamy. Przed Swarzewem, w przelocie robię zdjęcie oczyszczalni ścieków.
Pogoda cały czas dopisuje, więc nawet kurząca się nieco, piaskowa droga nie psuje pozytywnych nastrojów.
Tuż przed Kaczym Winklem mijamy jeszcze cmentarzysko przyczep kampingowych.
Widok Pucka ukazuje nam się w samą porę, bo jesteśmy już nieco zmęczeni pedałowaniem.
Do mariny wracamy o godzinie 1400. Mamy w nogach jakieś 36 kilometrów, co zrobione na składakach czuje się dość dokładnie. Chwile odpoczywamy, ale musimy płynąć, jeśli chcemy zdążyć na wieczór do domu.
Podczas gdy gotujemy obiad, mija nas kilka zielonych dywanów.
Ponieważ Eliza cierpi na morską chorobę, doradzam jej aby pod pokład schodziła jak najmniej. A jak już musi, to niech załatwia sprawy jak najszybciej i wraca do kokpitu. Bierze sobie to do serca i porusza się w mesie tak szybko, że wszystkie jej zdjęcia wychodzą poruszone.
Wiatr dzisiaj słaby, ale kurs względem wiatru daje nam prędkość znacznie ponad granicę wstydu.
Morze jest dzisiaj spokojne i jazdę oceniam na bardzo komfortową.
Niestety, są dzisiaj w załodze wrażliwsi ode mnie, z którymi chorobowy objaw senności bierze górę.
Od tej pory, mimo że nie płynę sam, to w samotności przyglądam się przepływającym statkom.
Mini rejs weekendowy kończy się prawie tak, jak się zaczął - zachodem słońca.
Do domu wracamy już po zmroku, ale z poczuciem przyjemnie spędzonego wspólnie czasu. I na tym właśnie polega magia odpowiednio wyprofilowanego turystycznego żeglarstwa ;)















































.jpg)


.jpg)









