Zdarza się tak czasami i z różnych powodów, że etap powrotny rejsu przebiega prawie dokładnie po zostawionym przez nas na mapie śladzie. Cieszymy się wtedy z naszego lenistwa, pośpiechu czy niedbalstwa w planowaniu, że nie zwiedziliśmy wszystkiego dokładnie i zostało coś jeszcze na powrót.
14.08.2024
Po odprowadzeniu Piotra na dworzec autobusowy, mam jeszcze dwa dni do przyjazdu nowych członków załogi. Sporo godzin zostało mi też jeszcze z dzisiejszego dnia. Udaję się więc na spacer po mieście - tym razem w południowe dzielnice Helsinek.
Z czystej ciekawości zaglądam do hali targowej Hietalahti. Niestety jest już zamknięta.
Idąc dalej na południe mijam jakąś małą marinę. W Helsinkach jest takich pełno i trudno nawet zorientować się w ich nazwach - jeżeli je w ogóle mają.
W końcu trafiam do dzielnicy Merisatama, znanej również jako Havshamen. Oczom moim ukazuje się "pajączek" złożony z kilku małych wysepek, z odstającymi od każdej z nich pomostami, przy których z kolei zacumowane są łódki. Wygląda to trochę jak szkierowy żeglarski raj. Jedyną niedogodnością jest konieczność posiadania jakiejś innej małej łódki, aby dostać się na taką wyspę i do swojego jachtu.
Posuwając się dalej promenadą wzdłuż wybrzeża zauważam, że w Helsinkach wcale nie trzeba mieć jachtu, aby móc wypoczywać na wodzie.
A jak komuś jeszcze za blisko brzegu, to dwieście metrów dalej może skorzystać z tutejszego mola, które wystaje w morze na jakieś 80 metrów.
Idąc dalej wzdłuż brzegu, mijam jeszcze terminal promowy, po czym trafiam do punktu wyjścia - w dobrze znane mi już miejsce - na rynek.
Przy okazji sprawdzam, gdzie i za ile pływają te wszystkie promy, do których ciągle ustawiają się kolejki turystów. Okazuje się, że kursują one w ramach komunikacji miejskiej i bilet dla jednej osoby na jakąś tutejsza wyspę to jedyne 2 do 3 EUR. Coś mi się zdaje, że sobie jutro wycieczkę statkiem zrobię.
Tymczasem, decyduję się spędzić resztę dnia na systematycznym obżarstwie.
Tutejsze porcje lodów powodują lekką nerwicę, bo ich zjedzenie w upale (aby się wcześniej nie roztopiły) jest nierówną walką z czasem.
Z nowych rzeczy, próbuję fast-food'u złożonego z grillowanych krewetek, krążków cebuli w cieście i smażonych szprotek (a może i sardynek). Ale to dobre!
Wieczorem, gdy w żołądku już się wszystko poukładało, idę przejść się nabrzeżem, ale tym razem w północną stronę. Robi się wieczór i na stojącym w pobliżu mariny latarniowcu włączyli już lampki. Zawsze myślałem, że latarniowce działają trochę inaczej ;)
Skręcam następnie w prawo, w ulicę Tervasaarenkannas, która prowadzi przez marinę Pohjoisranta, prosto na wyspę Tervasaari. Wyspa ta, jak się szybko orientuję, ma charakter typowo rekreacyjny. Spaceruje się tu jak po parkowych alejkach. Jest duży wybieg dla psów, siłownia pod chmurką i jakaś restauracja. Ale wiele osób, z tego co widzę, przychodzi lub przyjeżdża tutaj, by korzystać w naturalnych walorów wyspy.
Rankiem, od razu myślę o jednym. Dobrym śniadanku, które dlatego jest też dobre, bo nie muszę przygotowywać go samodzielnie. Wyskakuję ponownie na tutejszy stary rynek i próbuję kanapek z robalami z kolejnego stoiska. Każde bowiem, co nieco się różni i ogarnia przysmaki na swój sposób.
Dwie kanapki z krewetkami w sosie, z kleksem kawioru i do tego kawa. To daje mi olbrzymi zastrzyk witalności z samego rana.
Po śniadaniu kupuję bilet na wodny tramwaj i płynę na Soumenlinnę. To jest zdaje się ta wyspa, z tymi murami obronnymi, którą widziałem po prawej burcie, podczas podejścia do Helsinek.
O godzinie 1115 docieram do portu o dwóch nazwach. Jedną nadali Szwedzi, kiedy twierdzę w 1748 roku zaczęli budować - Sveaborg znaczy bowiem "Twierdza Szwecji". A dopiero w 1918 roku, Finowie zmienili jej nazwę na Suomenlinna, czyli "Twierdza Finlandii".
Strasznie małostkowe i mało ambitne wydają mi się te przepychanki, o jakieś podrzędne ruiny na ciasnej wyspie.
Tymczasem z tego, co wnoszę po analizie mapy, do zwiedzenia mam dzisiaj aż cztery połączone mostami wyspy. Od razu z promu kieruję się na prawo. Pokonuję pierwszy most i ląduję na wyspie Pikku-Musta, gdzie znajduje się Akademia Marynarki Wojennej
Nic tu nie jest dostępne dla turystów, więc odbijam od razu w lewo i kolejnym mostem przechodzę na wyspę Lansi-Musta. Tu też witają mnie tabliczki, ale już nie z zakazem wstępu, a tylko prośbą o zachowanie spokoju i porządku. Wyspa jest bowiem stale zamieszkiwana i zwiedzającym, zamiast zakłócania spokoju mieszkańców, zaleca się zawrócenie i podążanie wytyczonym dla turystów szlakiem.
Mnie jednak zjada ciekawość i mimo, że niebieski szlak omija tą wyspę z daleka, chcę się przyjrzeć miejscu, gdzie ludzi od dziecka wychowuje się na wilki morskie.
Aby nie zaglądać ludziom w okna, omijam budynki mieszkalne i docieram na północno-zachodni brzeg wyspy. Od razu przestaję się zastanawiać dlaczego ludzie chcą tu mieszkać. Takie "szkierowo-zatoczkowe" klimaty uwielbiam. W takich miejscach się relaksuję i nabieram energii do życia. Włącza mi się też często "zew natury" i chęć powrotu do oceanu, tak jak zrobiły to kiedyś wieloryby. Niestety, nie zabrałem ze sobą ręcznika i kąpielówek na zmianę, więc mimo, że po tutejszych przekąskach coraz bardziej przypominam wieloryba, pozostaję dzisiaj na lądzie.
Ale chyba nie zawsze było tu tak zacisznie, jak jest teraz. Kaliber lufy tutejszej armaty daje wyobrażenie o huku, jaki musiał powstawać przy każdym jej wystrzale.
Tuż obok znajduję zniszczone stanowisko artyleryjskie i jeszcze jakąś niepasującą, trochę nowocześniejszą armatę. Ta jednak okazuje się nie być historycznym wyposażeniem użytkowym wyspy, a jedynie pomnikiem obrony przeciwlotniczej z wojny światowej numer dwa.
Jest tu jeszcze jakiś zdeptany kwiatek, którego być może ktoś kiedyś wetknął do lufy. To wszystko ponosi mnie w emocjach. I chociaż zero armat grzmiało, występuję jako działo.
Jak na pierwsze i nieoficjalne znalezisko na wyspie, i to spoza szlaku turystycznego - na razie nie jest źle. Ruszam po więcej.
Wracam przez oba mosty, z których żaden (na szczęście) nie okazał się być za daleko.
Jestem teraz znowu na wyspie Iso Mustasaari, do której przywiózł mnie wcześniej prom.
W znajdującym się tuż przy przystani promowej centrum informacji turystycznej, znajduję kuchnię muminków i stojący obok nowoczesny jacht... A nie to tylko żelazko ;)
Zaraz obok, znajduję stary rosyjski kalendarz mechaniczny z termometrem i czymś czego brakuje, więc się nie dowiem, co to było.
Dowiaduję się również, że historia miejsca, które zamierzam zwiedzać sięga aż 1748 roku. Domyślam się jednak, że tutejsza odmiana gry w Bingo powstała nieco później.
W tym samym miejscu znajduje się jeszcze restauracja i galeria sztuki. Nowoczesne formy wyrazu tutejszych artystów zdają się jednak nie przyciągać tłumów. Wzmożony ruch turystyczny spotykam dopiero po przejściu przez bramę, znajdującą się w centralnej części budynku.
Przechodząc przez plac i kierując się główną trasą dla zwiedzających, po lewej stronie rzuca mi się w oczy kościół. A właściwie to większą uwagę przyciąga jego wystrzałowe ogrodzenie. A może to tylko tutejszy makro-różaniec, stosowany w modlitwach zbiorowych przeciw wrogom ojczyzny? Dobrze, że tutejszy dzwon nie bije, więc nie muszę zastanawiać się komu.
Po przejściu kilku kolejnych przecznic, trafiam do muzeum historycznego.
Sporo tu różnych eksponatów - zarówno miniatur, jak i rekwizytów rzeczywistych rozmiarów. Jest też moja osobista podobizna woskowa z czasów kiedy chyba byłem lotnikiem. Nie pamiętam już tego, ale teoretycznie mogłem na nią zasłużyć również bez mojego czynnego udziału. Jako dziecko wychowałem się bowiem na ulicy Startowej, a teraz mieszkam na Pilotów - i to na osiedlu na którym kiedyś było lotnisko.
Niestety, urosłem trochę (już tylko na szerokość) od tamtego czasu i nie mieszczę się dzisiaj w kabinie myśliwca.
Po wyjściu z muzeum podążam już tylko niebieskim szlakiem dla zwiedzających i nie zakłócam spokoju mieszkańcom wyspy.
Tuż przed kolejnym mostem trafiam do oficjalnego Muzeum Suomenlinna.
Są tu dwa poziomy z pomieszczeniami pełnymi eksponatów oraz mała sala "kinowa" z zapętlonym filmem, przedstawiającym bardzo ciekawą historię twierdzy. Kiedy pod koniec seansu dowiaduję się o wpisaniu tego miejsca na listę Obiektów Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1991 roku, od razu zaczynam rozglądać się za czymś do jedzenia ;)
Po zwiedzeniu muzeum, przechodzę kolejnym mostem na wyspę Susisaar i skręcam w prawo, w kierunku tutejszego portu.
No dobra - zanim skręciłem, znalazłem budkę z lodami. Ale kupiłem tylko jedną gałkę i to o smaku lukrecji.
Tuż przed portem spotykam przykład emerytalnego luzu, połączonego z życiowym minimalizmem - po kilkunastu latach życia w biegu, taki "dziadowski" styl bycia coraz bardziej mi imponuje.
Sam port sprawia wrażenie starego i zaniedbanego. A mimo to wejście stale dozorowane jest przez jednookiego strażnika.
Na terenie portu znajduje się marina jachtowa, o czym zupełnie wcześniej nie wiedziałem. Czas postoju dozwolony jest jednak tutaj maksymalnie do 48 godzin.
Wracam na główny szlak. A właściwie to ląduję na rozdrożu szlaków. Sporo tego tutaj - zupełnie nie dla ludzi niezdecydowanych i z trudnościami do podejmowania decyzji.
Wybieram losowy kierunek. Trafiam do jakiegoś podziemia, o którego pochodzeniu i przeznaczeniu nie mam pojęcia.
Tuż obok znajduje się grób Augustina Ehrensvärda - szwedzkiego oficera i architekta wojskowego.
A ponieważ był on również projektantem tutejszej twierdzy, nie ma się co dziwić, że mu na grobie takie "rokokoko" odje... zmajstrowali.
Przy tym samym placu, znajduje się jeszcze jedno muzeum, ale nie mam już ochoty na spędzanie tak pogodnego dnia w pomieszczeniu. Zaglądam tylko przez szybę do 18-wiecznej kuchni.
Z tego samego placu, przez jedną z bram, dostaję się na taras z widokiem na najstarszy suchy dok w Finlandii, który podobno wciąż działa.
Trudno jest relacjonować, w zwięzłej formie, zwiedzanie takiego miejsca jak ta twierdza. Gdziekolwiek się nie ruszę, tam znajduję coś, na czym można oko zawiesić.
Na wschodnim brzegu wyspy napotykam okręt podwodny. Ale przecinak!
Dla takiego laika jak ja, każda zwiedzana podwodna łódka wygląda prawie tak samo. Zastanawiam się wiec, czy w ogóle wchodzić, bo już kilka takich w życiu widziałem. Ale wygrywa naiwność i nadzieja, że tym razem będzie inaczej.
W przewężeniu wyspy, mała zatoka zagospodarowana została jako plaża i kąpielisko. Żar się leje z nieba, więc po raz drugi żałuję dzisiaj, że nie zabrałem ręcznika.
Nie żałuję natomiast, że dotarłem do południowej części wyspy Susisaari.
Takich armat "grubasów", to ja jeszcze w swoim życiu nie widziałem.
Tuż obok znajdują się, chyba jakieś magazyny amunicji, chociaż mi przypominają domki Teletubisiów .
Robię sobie przerwę, na skałce zachodniego wybrzeża. Jest coś hipnotyzującego w morzu, że można na nie patrzeć godzinami i się nie nudzi.
No, ale ruszyć się w końcu trzeba, a nie siedzieć - lepiej się bowiem zużyć, niż zardzewieć.
No właśnie. Niektóre armaty są chyba przez ten spoczynek w nieco gorszym stanie od innych.
A może za blisko basenu ją trzymają ;)
Pokonuję piechotą cały południowy brzeg wyspy i na południowo-wschodnim jej skraju odkrywam okno życia - pięknego życia.
Jakieś sto metrów dalej na północ znajduje się Kuninkaanportti (Królewska Brama), ze zwodzonymi wrotami. Obok, w murze (na wall'u), jest wmurowane coś w rodzaju kamieni węgielnych ze szwedzkimi tekstami projektanta twierdzy. Początki facebooka?
Kiedyś, podobno bramą tą wchodził król na inspekcję budowy twierdzy. Dzisiaj przechodzą nią tłumy turystów, którzy korzystają z tutejszego betonowego pirsu, aby promem przedostać się na wyspę i potem z niej się wydostać.
Promy kursują tu na tyle często, że można spokojnie przyczaić się na jakieś ciekawsze ujęcie.
Wracając, zataczam po wyspie jakby dużą ósemkę i trafiam znowu na zachodnią część. Jest tu boisko, które przypomina mi moje czasy dzieciństwa. Też graliśmy na piasku - ale tylko dlatego, że zadeptana przez nas trawa nie nadążała odrosnąć. Do dzisiaj pamiętam jak czarne od piachu były po takiej grze nasze stopy i skarpety. Kiedyś zdarzyło się, że graliśmy jakiś mecz tuż przed pójściem do szkoły. A w szkole na WFie akurat ogłosili sprawdzanie czystości.
To były czasy! Jak dobrze, że nie mieliśmy wtedy internetu!
Wracając, przez plac z grobem architekta, spostrzegam kotwicę, której wcześniej nie zauważyłem. To chyba jeden z fantów do miejscowego Bingo. Ja jednak zastanawiam się bardziej nad tym, czy ten przypadek z ułamanym ramieniem kotwicy, nie przyczynił się w jakiś sposób do wynalezienia nowoczesnych kotwic pługowych.
W końcu wracam na przystań promową, gdzie w automacie kupuję bilet powrotny. Pomimo, że promy kursują co 20 minut, każdy kurs wymienia komplet pasażerów.
Trochę wstyd korzystać z komunikacji miejskiej, kiedy posiada się własną łódkę. Ale ponieważ nie głosowałem na "konfę", mam sumienie czyste i nikt mi nie powinien wypominać samoograniczania mojej prywatności ;)
Jest godzina 1700. Na wycieczce nieco zgłodniałem, więc od razu po opuszczeniu promu idę spróbować kulek z renifera. Bardzo dobre, ale chyba wolę "robale".
Najedzony, wracam na jacht. W sumie nie mam już dzisiaj planów na wyjście, ale z centrum miasta dochodzą jakieś odgłosy - jakby próba przed koncertem. Z ciekawości idę sprawdzić.
Okazuje się, że trafiłem na Noc Sztuk, podczas której zostanie wykonana (i to tylko raz w całej historii ludzkości) najnowsza kompozycja Lauriego Porry - tutejszego mistrza niskich częstotliwości. Wyjątkowości temu wydarzeniu dodaje fakt, że razem z autorem na scenie wystąpi, w tym samym czasie, ponad 130 innych muzyków. Będą to artyści z Awake Percussion, Student Union Singers, kontrabasiści z Instytutu Muzyki Wschodniego Helsinek i inni mistrzowie basowych dźwięków. Samych tylko gitar basowych ma pojawić się na scenie aż sto!
Nie jestem wielkim wielbicielem słuchania muzyki w tłumie ludzi, ale tak się składa, że akurat niedawno kupiłem sobie basa i chętnie podpatrzę jak tego używać.
Tuż przed zapadnięciem zmroku plac przed katedrą jest już zapełniony widzami po brzegi.
Zajmuję dobre miejsce centralnie przed sceną. Kiedy widowisko się rozpoczyna, zaczynam to doceniać. Nagłośnienie jest rewelacyjne, a i widok (gównie z racji wzrostu) mam nienajgorszy. Przez cały czas trwania (niestety krótkiego) występu dobrze się bawię. Oprócz muzyki jest też sporo efektów teatralno-wizualnych.
Ale co ja będę tekstem opowiadał, jak można to sobie na YT obejrzeć.
16.08.2024
Dzisiaj pochmurny dzień, więc może czas pochodzić po sklepach. Zniszczyła mi się już ze starości kurtka przeciwdeszczowa, więc może coś się uda tutaj kupić.
Lokalizuję duże centrum handlowe, tuż przy dworcu kolejowym Pasila. To jakieś 3.5km od mariny. Nie chce mi się dzisiaj pedałować, więc skorzystam z miejskiej hulajnogi elektrycznej.
Przed wyjazdem robię jeszcze na szybko pranie. Pralka i suszarka wliczone są w cenę postoju w marinie. Piętrowy zestaw Miele Professional ogarnia pranie i suszenie w nieco ponad dwie godziny.
Zauważam, że w marinie pojawiło się zadziwiająco dużo fabrycznie nowych jednostek pływających o napędzie silnikowym - coś się chyba tu dzisiaj szykuje.
Ruszam w miasto. Kieruję się najpierw na zachód. Jadę przez park Esplanade, gdzie napotykam kolejny koncert. Jak tak dalej pójdzie, to nadrobię zaległości z imprez masowych za ostatnie dwadzieścia lat.
Nieco dalej znajduję wyluzowaną Tavis Amandę, której posąg powstał jako rodzaj wizualnej polemiki z rzeźbą Havis Amandy, będącej od 1906 roku symbolem odrodzenia Helsinek i przedstawiającą wyidealizowaną nagą kobietę, wychodzącą z morza, otoczoną fokami. Tavis ma za swoją misję krytykować patriarchalne ideały Havis, promując pozytywne podejście do kobiecego ciała. Mnie się tam taki pomysł podoba, choć nie wiem czy klapki nie są zbyt sexy ;)
Helsinki mają sporo parków i zielonych skwerków, ale większość ulic sprawia na mnie przytłaczające wrażenie betonowej klatki.
Gdzieś, w połowie drogi, między mariną a centrum handlowym, znajduje się Linnanmaki - najstarszy i najbardziej popularny park rozrywki w Helsinkach, otwarty w 1950 roku.
Działa tu podobno kilkanaście kolejek górskich. Ale mnie wystarczą dzisiaj krzyki ludzi w zawieszonym chwilowo na szczycie, do góry nogami, wagoniku. Ze swoim lękiem wysokości, wystarczającą i pełną wrażeń rozrywką jest dla mnie już wejście na top masztu Darwina.
W końcu dojeżdżam do centrum handlowego. Sklepów z odzieżą sportową bardzo mało, a kurtek przeciwdeszczowych w moim rozmiarze nie ma wcale. Może to i dobrze, bo ceny wszystkiego wywalone są tutaj w kosmos.
Prawdziwym rekordzistą jest tutejszy sklep z pamiątkami. Wychodzę tak szybko jak wszedłem - wolę nic nie pamiętać i zamiast magnesu na lodówkę, kupić sobie kolejną kanapkę z krewetkami.
Bardziej od oferty handlowej, ciekawsza jest moim zdaniem elewacja budynku centrum handlowego.
Wracam do mariny, ale jadę inną drogą. Przez tory kolejowe przejeżdżam jakimś mostem o starszej konstrukcji.
Ale ponieważ ma drewniany pokład, więc czuję się swojsko jak na łódce.
Świat pędzi do przodu i zrozumiałe jest, że architekci też chcą mieć w dzisiejszych czasach jakieś zajęcie i pole do popisu. Podobają mi się te ich nowoczesne fasady, ale w tych tradycyjnych formach i materiałach jest jednak coś ponadczasowego.
Mimo zachwytu folklorem, postanawiam przy okazji zerknąć jak się życie codzienne ma w nowoczesnych dzielnicach mieszkaniowych. Zbaczam z trasy i odwiedzam Merihaka. To nadmorska dzielnica mieszkaniowa prawie w centrum Helsinek, składająca się z dużych, wysokich betonowych bloków mieszkalnych.
Zaraz po wjeździe na osiedle uderzający i zastanawiający zarazem jest brak ludzi. Kręcę się między blokami kilkanaście minut i sporadycznie spotykam tylko pojedyncze osoby. Puste chodniki, place zabaw i balkony wyglądają niczym scenografia jakiegoś post apokaliptycznego filmu.
Dziwi mnie to trochę, bo chociaż nie jest to wymarzone miejsce do życia, to jednak ma swoją przystań żeglarską (z dostępem do morza) i ja osobiście chyba zgodziłbym się tu zamieszkać ;)
Wracając do swojej mariny, rzucam jeszcze okiem na całą dzielnicę Merihaka z nieco dalszej perspektywy. Wokoło trwa wiele prac budowlanych, więc może osiedle też jeszcze w budowie i nie do końca całkiem zamieszkane.
W mojej marinie, tymczasem zrobiło się bardzo wystawnie. Firma Brabus pokazuje, co umie, aby zdezorientowani w dzisiejszym świecie bogaci wiedzieli na co wydawać swoje finansowe nadwyżki.
Na Darwinie też pojawia się nuta luksusu. Tutejszy jogurt kawowy jest niczego sobie.
Ponieważ to mój ostatni wieczór w Helsinkach, postanawiam jeszcze raz zaszaleć z tutejszym fast-food'em.
Po jedzeniu wracam na jacht i ogarniam nieco wnętrze. Czas samotnego pobytu na jachcie okazuje się być wprost proporcjonalny do powstającego wewnątrz bałaganu. A ja jeszcze dzisiaj spodziewam się gości.
Późnym wieczorem do mariny przybywa Tomek. Przez zmianę w trasie naszego rejsu musiał przebyć dodatkową drogę z lotniska w Turku do Helsinek.
Jutro ma też przyjechać drugi Tomek, ale ze względu na zamykające się okno pogodowe na Zatoce Fińskiej ustaliliśmy, że nie będziemy na niego czekać, tylko złapie nas gdzieś po drodze.
17.08.2024
Zasiedziałem się znowu na lądzie. Czas w morze! O godzinie 1000 zbieramy cumy na pokład i opuszczamy Marina Bay. Ostatni raz spoglądamy na pomost z klasykami i skupiamy się na tym co przed dziobem.
Ruch w helsińskich szkierach dzisiaj niemały.
Czytelnikom bloga wypada mi przedstawić mojego kolegę Tomka, którego znam jeszcze z dzieciństwa i który pływał już ze mną wcześniej Darwinem po Zatoce Gdańskiej, ale nie miał jeszcze nieprzyjemności wystąpienia w żadnej relacji.
Chociaż lubi żeglować i podziwiać morskie krajobrazy, na zdjęciu widzimy go skupionego na swoim telefonie. Otóż mimo, że jest już na urlopie, to nadal załatwia jeszcze swoje służbowe sprawy. Jako dyrektor Liberty Marine, ma ich na głowie całkiem sporo. No i tak na przyszłość - jeżeli ktoś potrzebuje nowego jachtu, motorówki czy skutera, to Tomek jest w stanie dużo załatwić - ale prośba, aby nie dzwonić do niego jak będzie ze mną w rejsie ;)
O godzinie 1035 przepływamy cieśniną, między wyspami Susisaari i Vallisaari. Po prawej burcie oglądamy odwiedzoną przeze mnie niedawno twierdze Suomenlinna.
Przejście między skałami wydaje się wąskie, ale w rzeczywistości tor żeglugowy ma tu ponad 100 metrów szerokości.
Spokojnie przepływają tędy nawet duże promy, takie jak ten któremu musimy zejść z drogi, jeśli chcemy w całości dopłynąć do domu.
Robimy unik w lewo i prom szybko nas wyprzedza. A my podnosimy żagle.
O godzinie 1100 mamy już na trawersie prawej burty latarnię na wyspie Harmaja, którą mijaliśmy również w drodze do Helsinek.
Pogoda dopisuje, aczkolwiek płyniemy ostro do wiatru - wymuszonym kursem, prawie prosto na południe. Siła wiatru oscyluje w okolicach 12kn.
Wiatr przybiera lekko na sile i dwie godziny później mamy już okolice 16kn.
Trochę na zapas, ale również w celach demonstracyjnych dla załogi, zakładam pierwszy ref na grocie.
Nie wieje dzisiaj zbyt mocno, ale kurs bajdewindowy zawsze nadaje żegludze nieco agresywnego charakteru.
Podczas kolejnych godzin niebo się chmurzy, a wiatr słabnie do poziomu 10kn i nieco odkręca. Dzięki temu możemy z kursu 170 przejść na 190 stopni.
Do Tallina jednak jednym halsem nie dopłyniemy. Trafiamy między wyspy Kelnase, a Aegna. O godzinie 1615 widzimy już wyraźnie zarys tej drugiej. Wiatr cały czas zdaje się odkręcać na zachód, więc żyjemy nadzieją, że jeszcze uda się skorygować kurs bez robienia zwrotu.
Tymczasem zgłodnieliśmy. A Tomka do gotowania namawiać nie trzeba. Lubi to i robi to nad wyraz dobrze. Po kilkudziesięciu minutach mamy już gotowego kurczaka w sosie słodko-kwaśnym z ryżem.
O godzinie 1720, aby nie skończyć na mieliźnie, musimy wykonać zwrot. By wjechać na tym samym halsie w Zatokę Tallińską zabrakło nam około 1NM w kierunku zachodnim.
Pół godziny halsujemy więc na zachód i w końcu robimy ostatni zwrot w kierunku Tallina.
Wiatr przybiera na sile, ale my żeglujemy już wtedy dostojnie półwiatrem i nic nam to nie robi.
Zupełnie nie ma dzisiaj większych statków na zatoce. Bez problemu przecinamy rutę, a jedyne czym jesteśmy zajęci, to obserwowanie zachodzącego w morzu słońca.
O godzinie 2030 wchodzimy w główki, znanego już nam, portu Lennusadam (Seaplane Harbour Marina).
Tym razem cumujemy od razu przy pomoście przeznaczonym dla gości. Zaraz po założeniu cum zagląda do nas Michał, który s/y 7 (Antilą 24.4) płynie właśnie z kolegami do Helsinek. Już od kilku dni wymieniamy między sobą różne informacje, na fejsbukowym czacie. W końcu jednak udało nam się spotkać osobiście.
Robimy klar na pokładzie i idziemy na starówkę, gdzie robimy szybki przegląd iluminacji obiektów zabytkowych.
Przypadkowo trafiamy też na ambasadę Rosji, która z wiadomych względów nie cieszy się ostatnio sympatią.
Po godzinie 2100, drugi Tomek informuje o zajęciu miejsca na promie w Helsinkach i przesyła zdjęcie dowodowe.
Gdzieś około północy witamy go na pokładzie Darwina. Z tego co opowiada, to niewiele brakowało, aby jutro rano wrócił tym samym promem do Helsinek. Przyciął sobie drzemkę i prawie przespał czas na wysiadanie.
18.08.2024
Ponieważ wieje mocno z zachodu, postanawiamy poczekać na zmianę kierunku wiatru, włócząc się po mieście. Zupełnie tak, jak robi to przez cały dzień motorniczy ekspresu Muson-River z 1894 roku ;)
Korzystając z okazji odwiedzamy targ, na którym zabezpieczamy nasz byt na kilka kolejnych posiłków.
Ponieważ zwiedzamy Tallin po raz drugi, trudno jest znaleźć cokolwiek oryginalnego do blogowego wpisu. W pewnej chwili zauważam jednak stoisko, które powinno zapewnić mi niepowtarzalność, wśród wszystkich żeglarskich relacji, jakie kiedykolwiek się w sieci pojawiły.
Po powrocie do mariny chcę podejść na "Siódemkę", by pogadać z Michałem. Ale Antili nie ma w marinie. Widocznie wyruszyli już do Helsinek.
Wieczorem wiatr słabnie i odkręca na południowo-zachodni. Według prognoz, jutro rano znowu ma wrócić do kierunku zachodniego. Jeżeli prognozy się sprawdzą, to mamy jakieś 9-10 godzin okna pogodowego, aby wydostać się z Zatoki Fińskiej i schować się gdzieś między wyspami zachodniej Estonii. Ruszamy!
Wychodzimy z mariny o godzinie 2100, prawie przy kompletnym braku wiatru.
Jedziemy na silniku już ponad dwie godziny. Nuda taka, że załoga zalega w swoich telefonach. A ja zastanawiam się, jak ogarnąć i nie mylić ze sobą dwóch Tomków - na pokładzie i potem w relacji z rejsu.
Na szczęście Tomek z Warszawy, z którym poznaliśmy się na rejsie dla WOŚP i potem razem zdobywaliśmy wyspę Gotów, przyznaje się do swojej ksywy "Tomo". To bardzo ułatwia nam sprawę.
Noc mija spokojnie. O godzinie 2300 mijamy blisko tylko jeden duży statek. Jest nieszkodliwy, bo akurat stoi na kotwicowisku.
Po północy zaczyna lekko zawiewać z południowego zachodu i udaje nam się w końcu odstawić silnik. Prędkość jachtu po dnie nie przekracza 4kn, ale w zamian za ciszę pod żaglami, jesteśmy w stanie to zaakceptować.
Nie mam w zwyczaju ustalania wacht na sztywno, więc każdy z nas śpi po kilka godzin, wtedy kiedy go zmęczenie bierze.
19.08.2024
Wieje stabilnie z kierunku SSW z siłą 10kn. Morze płaskie, więc pełnym bajdewindem płynie się bardzo przyjemnie, w lekkim tylko przechyle.
O godzinie 0700, kiedy jesteśmy na wysokości wyspy Osmussaare, wiatr zaczyna powoli odkręcać w kierunku zachodniego - zgodnie z resztą z wcześniejszymi prognozami. Płyniemy coraz bardziej ostro na wiatr, wybierając żagle.
Wiatr odkręca jednak dalej i o 1715, niepostrzeżenie, autopilot trzymający kurs wiatrowy, zaczyna wywozić nas na Alandy. Na szczęście, jesteśmy już wystarczająco wysunięci na zachód poza wyspę Osmussaare. Po zrobieniu zwrotu przez sztag, możemy płynąć drugim halsem prosto na południe.
Chcemy dzisiaj dojść przynajmniej do portu Heltermaa, na wyspie Hiiuma.
Jednak wiatr zaczyna kręcić w drugą stronę i spycha nas w Cieśninę Voosi - między wyspę Vormsi a półwysep Noarootsi. Tą drogą płynęliśmy już wcześniej z Haapsalu, na Naissaar.
O godzinie 1330, w odległości pół mili, mijamy prawą burtą wysepkę Hobulaid. Dalej płyniemy na południe wzdłuż granic Parku Narodowego Matsalu.
Ponieważ do planowanego wcześniej portu Heltermaa mielibyśmy pod wiatr, wyznaczamy sobie nowy cel, jakim zostaje marina Kuivastu, położona na wschodnim brzegu wyspy Muhu.
Kiedy o godzinie 1400 przecinamy trasę promu kursującego między Rohuküla a Heltermaa, siła wiatru spada poniżej 5kn. Taka sytuacja powoduje zawsze rozterkę kapitana jednostki napędzanej podmuchem powietrza - zrzucać już żagle, czy poczekać, bo może się jeszcze rozwieje?
Udaje się jeszcze godzinę płynąć jako tako na żaglach, ale potem zmieniamy się znowu w jacht o napędzie silnikowym.
O godzinie 1815 podchodzimy do portu w Kuivastu. Tuż przed naszym wejściem do mariny, z portu wychodzi prom, kursujący na trasie do Virtsu.
W marinie sporo wolnych miejscówek, więc stajemy przy pierwszym wolnym miejscu od wejścia. Y-bomy tutaj długie i solidne.
Niedługo po naszym przybyciu, na maszcie w marinie pojawia się polska flaga.
Robię szybki obchód okolicy i potwierdzam, że tak jak informował mnie wcześniej Michał, nic oprócz portu tutaj nie ma - typowa żeglarska sypialnia.
Tuż obok mariny znajduje się jedynie przystań promowa. Zaskakuje nas intensywny ruch i duża ilość samochodów, jak na takie zadupie. Ale jak wyjaśnia nam bosman, jest to po prostu jedyna droga komunikacyjna ze stałego lądu Estoni, nie tylko na Muhu, ale i pośrednio na większą wyspę Saaremaa.
Tomek, który zabrał ze sobą wędkę, próbuje zrobić z niej użytek i złapać nam coś na kolację.
Nie jest to jednak dobre miejsce do łowienia ryb. Kładka y-bomu nadaje się za to wyśmienicie do postawienia i rozpalenia grilla.
Podczas gdy ja zajmuję się obróbką cieplną karkówki i cebuli, załoga przyrządza gotowane młode ziemniaki, podsmażone z czosnkiem. Do tego wszystkiego otwieramy jeszcze, skitrany gdzieś na czarną godzinę, słoik polskich kiszonych ogórków.
Po godzinie 2130 wschodzi księżyc, który dzisiaj ma zachwycającą, dużą i czerwoną tarczę. Niestety nie mamy odpowiedniego sprzętu, żeby tą pełnię oddać w pełni, na zdjęciu.

20.08.2024
Głupio tak odwiedzić port i żadnego ciekawszego obiektu żeglarskiego nie uwiecznić. Sytuację ratuje cumujący w porcie stary drewniak.
Teraz możemy już wypłynąć. I robimy to punktualnie o godzinie 0930.
Ale na morzu dzisiaj ani wiatru, ani fali - jest tylko upał.
Około godziny 1000 mijamy małą wysepkę z latarnią Viirelaiu na grzbiecie.
Gdzieś, podczas poprzednich rejsów, zapodziała mi się moja lustrzanka z teleobiektywem i teraz dysponuję jedynie techniką cyfrowych powiększeń.
Płyniemy na SW, wzdłuż brzegów wyspy Saaremaa. Nasz wybrany na dzisiaj cel to Kuressaare - miejsce dość obiecujące pod względem turystycznych atrakcji.
Tymczasem, po szybkiej akcji Tomka z jajami... i mąką, na kokpitowym stoliku pojawiają się pyszne naleśniki. Wciągamy je posmarowane, znalezionymi w kambuzowym schowku dżemami.
Po godzinie 1400 zaczyna w końcu coś podwiewać z prawej burty. Nie jest to najlepszy kurs na spinaker, ale dla podniesienia morale załogi, wciągamy na fale nasz najbardziej pstrokaty żagiel.
Powoduje to natychmiastowy wzrost zainteresowania załogi tym, co dzieje się na pokładzie i rozpoczęcie cyklu sesji fotograficznych.
Przez chwilę wszyscy są trochę podekscytowani. Pewnie naoglądali się filmów o regatach na youtube i teraz spodziewają się, nie wiadomo jak dynamicznych, akcji prowadzenia jachtu na spinakerze.
Wiatr jednak nie przekracza 12kn.
W takich warunkach, spinaker nie wymaga od załogi jakiegokolwiek zaangażowania. Całą robotę wykonuje perfekcyjnie autopilot.
Żagiel nie jest za duży, w stosunku do wielkości jachtu i nie rozpędza nas do wielkich prędkości. Ale działa i przybliża nas do celu z wystarczającą w turystyce prędkością 4-5kn.
Tak już mi się porobiło od jakiegoś czasu, że preferuję taki emerycki styl i chyba nie mam zamiaru z tym walczyć.
Dla ludzi szukających na morzu adrenaliny i wyzwań jest to niespecjalnie zajmujące. Na szczęście na pokładzie jest instrument, na którym można wyrazić swoje emocje i wyładować energię. Z podziwem oglądam występ Tomo, który potrafi z akustycznej gitary wydobyć prawdziwie grunge'owego klimaty.
Ponieważ kurs względem wiatru robi się zbyt ostry dla spinakera, zamieniamy go w końcu na genuę.
Pływanie samotne wpływa u mnie najwidoczniej na zanik zdolności wydawania zrozumiałych poleceń i skutecznego kierowania załogą. Mimo idealnych warunków pogodowych i trzech par rąk, udaje nam się, przy zrzucaniu, skutecznie zamoczyć spory kawałek spinakera w morzu.
Dzisiaj obiad przypomina danie z wagonu restauracyjnego WARS z poprzedniej epoki. Ale smakuje doskonale i daje energię na cały dzień.
O godzinie 1800, przed wyspą Abruka, skręcamy na NW. A po przepłynięciu kolejnych trzech mil, naszym oczom ukazują się w oddali zarysy zamku Kuressaare.
Przez kolejne 30 minut nawigujemy po płytkich wodach, między bojami kardynalnymi. Następnie wchodzimy na ustawiony idealnie na północ tor podejściowy o długości 1.5NM. Wygląda nam to na sztuczny kanał, którego urobek, po obu stronach, wystaje miejscami ponad powierzchnię wody i zarasta trawą i trzcinami.
Morze dzisiaj spokojne, wiec wystarczy trzymać rumpel na wprost i się nie zagapić.
O godzinie 1900 jesteśmy już na cumach w marinie miejskiej Kuressaare, gdzie pierwszą rzeczą jaką robimy jest wciągnięcie mokrej części spinakera na fale - do osuszenia.
Tomo leci pobiegać po okolicy, gdyż przygotowuje się znowu do jakiegoś maratonu. A ja wskakuję do wody za rufą Darwina. Zrobiło się już nieco chłodniej, więc woda jest bardzo przyjemna i w sumie cieplejsza od powietrza. Dopiero godzinę później znajdę, przy wejściu do portu, tabliczkę z zakazem kąpieli w marinie i informacją o dostępnym kąpielisku na tutejszej plaży - na południe od zamku.
Zdaje się, że przypłynęliśmy w ostatnim momencie - w marinie zostały jeszcze tylko dwa niezajęte maszty flagowe.
Miejscowość wygląda na turystyczną, ale sprawia wrażenie jakby było już po sezonie. Nie tylko dlatego, że tutejsze legendarne olbrzymy (Suur Tõll i jego żona Piret) wyjmują już swoją łódkę na brzeg, ale ponieważ miejscowy resort wydaje się świecić pustkami.
Marina położona jest w pobliżu 13-wiecznego zamku. Idąc z portu główną drogą wychodzi się na zachodnią część fosy, która w bezwietrzny wieczór umożliwia zabawę z lustrzanym odbiciem jednej z baszt.
Większą jednak radość, od zabawy obrazem i światłem, sprawia mi tutejsze krzesło. Jest to jedna z niewielu rzeczy na tym świecie, jaka jest na mnie za duża.
Pokonujemy zamkową fosę od strony północnej korzystając z jednego z mostów.
Drugi mostek wybudowany jest niedaleko i przebiega przez małą wysepkę, na której znajdują się dwa stylowe budynki mieszkalne. Nie wyglądają jednak na średniowieczną zabudowę. Nie wiem jaką rolę pełniły w przeszłości, ale jeden z nich jest obecnie hotelem.
Zamek chyba też nie jest aż tak stary, skoro używano w nim traktora. Chyba, że mechanizacja rolnictwa w Estonii rozpoczęła się kilka wieków wcześniej niż sądzimy.
Bryła zamku zaskakuje nas swoją powściągliwością i wygląda jak wydruk 3D, bezpośrednio z minecrafta.
Pomieszczenia zamku są już niestety dzisiaj zamknięte. Otwarty jest tylko dziedziniec, gdzie znajdujemy jednak wszystko, co statystyczny zamek mieć powinien.
Jest wiatrak do niwelowania skutków letnich upałów oraz armaty do strzelania w sylwestra i na innych hucznych imprezach masowych. Jest też strzelnica, aby każdy mógł trafić do celu. No i w końcu mamy również balkon dla królewny, pod którym amanci starający się o jej rękę - z powodu braku smoka - mogli performować swoje serenady.
Po zamku, idziemy przejść się trochę na miasto. Podążając główną ulicą, dochodzimy do trójkątnego skwerku ze świecącą fontanną, Tuż obok znajdujemy otwarty jeszcze market spożywczy Maxima, gdzie uzupełniamy podstawowe produkty żywnościowe. Wracamy na jacht.
21.08.2024
Budzimy się już pod powiewającą na wietrze biało-czerwoną.
Robimy sobie dzisiaj dzień wolny od żeglarstwa i idziemy uzupełnić braki we wczorajszym zwiedzaniu tutejszego zamku. Tym razem wchodzimy szerokim i wybrukowanym wejściem od południa.
Znajdujemy informację o istniejących kiedyś, dodatkowych, osłonowych ścianach zamku.
W jednym z rogów murów obronnych znajduje się miejsce pamięci "Czerwonego Terroru", jakiego Estończycy doświadczyli od Sowietów w 1941 roku - tuż przed "wyzwoleniem" przez wojska niemieckie.
Po obejściu murów dookoła skupiamy się na samym zamku. Jest nieduży, ale ciężko jest go objąć na zdjęciu w całości. Pomaga w tym jednak obecna od frontu makieta.
Tuż przed wejściem do środka staramy się wczuć w historyczne postacie, aby bardziej świadomie odbierać to, co zaraz zobaczymy we wnętrzach.
Niestety, to nie działa i zaraz po wejściu, mam poczucie jakbym znajdował się w jakiejś studni.
Pociesza mnie jedynie fakt, że legendarny lew (wymyślony chyba zamiast smoka), który miał żywić się pechowcami, jacy podpadli biskupowi, miał znacznie gorzej. Choć raz podobno dostał i samego biskupa na obiad - a oni wychudzeni nigdy nie byli ;)
Chwilę później zmieniam jednak zdanie. Dowiaduję się, że był ktoś jeszcze, kto miał na tyle u biskupów przechlapane, że go zamurowało - i to dosłownie. Legenda o Zamurowanym Rycerzu przebija grozą wszystkie inne, jakie dotychczas słyszałem. Choć z drugiej strony, skoro zakochany w pannie rycerz zakonny łamie katolicki celibat i jeszcze na dodatek próbuje uratować kochankę przed zesłaniem do klasztoru, to może i słusznie taka kara od ludzi mu się należała, zanim kary boskiej zaznał.
Zamek posiada trzy główne kondygnacje. Parter służył potrzebom gospodarczym i serwisowym. To tu znajdowała się studnia (ujęcie wody), spiżarnie, magazyny, kuchnia i palenisko systemu ogrzewania budynku. Tablice informacyjne, umiejscowione w odpowiednich miejscach, bardzo przystępnie objaśniają zwiedzającym funkcjonowanie tych wszystkich systemów.
Niektóre należy czytać bardzo szybko, aby nie stopić sobie podeszw.
Po zejściu z kuchennego paleniska robi się nieco przyjemniej. Wnętrze zamku jest świetnie zachowane (czyt. odnowione). Jak ktoś lubi zwiedzać średniowieczne warownie, tak jak ja, to będzie się tu czuł jak u siebie.
Chociaż wyniki tutejszego testera "ziomalstwa" mogą boleśnie zrewidować nasze odczucia.
Całe pierwsze piętro zamku wypełnione jest ekspozycjami. Urządzone jest tu muzeum wyspy Saaremaa.
Na każdym kroku spotyka się jakieś eksponaty.
Łącznie z korytarzami, które wywołują u mnie przeświadczenie, że niepotrzebnie chodziłem do szkoły na historię - trzeba było zamiast tego jeździć na wagary po zamkach.
Znajdujemy też dowód na to, że jeszcze nie tak dawno ludzie uważali, że ziemia jest kulą i zupełnie nie wierzyli w Merkatora.
Nie potrafię wyjaśnić natomiast tej integracji kalendarza ze szczelinomierzem? Niby po co... A może to jakiś rodzaj kalendarzyka małżeńskiego?! Wszak wiedza medyczna była wtedy na słabym poziomie i być może coś w tym temacie eksperymentowali. ;)
Nie brakuje też polityki. Jest ekspozycja portretów i popiersi estońskich przywódców ludu pracującego z epoki słusznie minionej.
Jest również kolejna wystawa związana z rokiem 1941, który tu traktuje się jako datę "wymiany okupantów". To bardzo trudny okres dla tego narodu, który cierpiał jeszcze długo po zakończeniu wojny.
Im dalej w kierunku zwiedzania, tym bliżej teraźniejszości przesuwają się tematy ekspozycji.
Koniecznie musimy spróbować czegoś lokalnego. Dla ludzi z pokolenia pamiętającego telewizyjne reklamy lat 90-tych, wybór jest bardzo prosty - tutejsze królewskie rządzi ;)
Miejscówka jest na wypasie. Na samym szczycie zamku, z oknami na okoliczną panoramę i siedząc na królewsko wygodnych siedziskach, wypijamy sobie po butelce ciemnego.
Ceny zamkowych trunków skutecznie zapobiegają pijaństwu. Tylko dzięki temu możemy kontynuować zwiedzanie i odróżniać żyrandole od herbów.
Alkohol na pewno szkodzi zdrowiu, ale doskonale usuwa bariery kulturowe. Przy kolejnej ekspozycji nawiązujemy nowe przyjaźnie.
W końcu docieramy tak wysoko, że wyżej już się nie da.
Trochę zasłaniają nam drzewa, ale zdaje mi się, że dostrzegam w marinie maszt Darwina.
A jednak da się wejść trochę wyżej. Estonia płaska jest niesamowicie, więc można spojrzeć na prawdę daleko.
Na tym kończymy. Schodzimy na poziom zero i opuszczamy zamek bramą północną.
Okrężną drogą, przez miasto, wracamy na łódkę. Tomek kupuje gdzieś "ostry" nóż kuchenny i wręcza mi go jako upominek. Tak na prawdę nie może zdzierżyć mojego kambuzowego zaplecza narzędziowego. Odkąd pamiętam, doskonale radzę sobie z nieco mniej ostrymi nożami. Mają tą zaletę, że trudno się nimi zaciąć, a potrafię pokroić nimi wszystko. Dla Tomka są jednak zbyt tępe i niegodne morskiej łajby.
Nie wiem kto tu ma rację, ale jeszcze tego samego dnia najpierw ja, a potem Tomo musimy szukać plastra opatrunkowego, po użyciu nowego noża :) Narzędzie to wchodzi jednak na stałe w skład wyposażenia kambuza.
Wieczorem z Tomkiem wychodzimy na miasto. Tomo kończy trening biegowy i ma do nas potem dołączyć. Nie wiem czy to z powodu żądnego krwi noża, ale nie chce się dzisiaj nikomu stać przy kambuzie, więc umawiamy się na obiadokolację w restauracji. Wybieramy jedną z trzech, jeszcze otwartych na mieście i zamawiamy coś na ząb. Najedzeni wracamy na łódkę i kładziemy się w koje. Jutro prawdopodobnie ruszamy w morze, choć prognozy słabe.
22.08.2024
Od kilku dni na wschodnim Bałtyku wieją silne wiatry z kierunków S i SW. Zupełnie psuje nam to plan sprawnego powrotu do Gdańska.
Według najnowszych prognoz, wiatr ma niby systematycznie słabnąć w ciągu kolejnych godzin, ale prognozowana wysokość fali aktualnie przekracza trzy metry, co czyni żeglugę na południe, jeżeli nie ryzykowną, to na pewno trudną i nieprzyjemną.
Tomo jednak kończy za chwilę swój krótki urlop i chciałby znaleźć się (najpóźniej za dwa dni) w jakimś cywilizowanym miejscu, aby złapać prom lub samolot do Warszawy. Postanawiamy więc wyjść z portu i zobaczyć jak się będzie płynąć.
Portem docelowym na ten przeskok jest Windawa, a ewentualnym portem schronienia Montu - na południu Saaremy.
O godzinie 0945 opuszczamy stanowisko przy pomoście i podpływamy pod dystrybutor paliwa.
Kiedy kran z Dieselem B0 (bez bio-dodatków) znajduje się tuż pod nosem, nie wolno odpuścić - tankujemy do pełna.
O godzinie 1000 jesteśmy już gotowi i wychodzimy z mariny.
Zaraz za wyjściem z kanału stawiamy grota i ze względu na ostatnie prognozy, od razu zakładamy pierwszy ref. Genuę rozwijamy w 70 procentach. Wieje 15kn z SW, ale fali wiatrowej praktycznie nie ma - osłania nas Półwysep Sõrve.
O godzinie 11:30, kiedy mijamy wyspę Abruka, siła wiatru sięga już 20kn. Pojawia się fala. A że jest krótka i stroma, więc zaczyna coraz bardziej przeszkadzać.
Tomo jest w swoim żywiole i nawet prosi o wyłączenie autopilota. Chce "lepiej" własnoręcznie ogarniać kurs. Płyniemy faktycznie kilka stopni ostrzej do wiatru, ale prędkość jachtu spada z 5.5kn do 4kn. Po godzinie takiej jazdy i obwieszczeniu zwycięstwa człowieka nad maszyną, wracamy do autopilota.
Wiatr odkręca na SSW, ale wybieramy żagle i dajemy jakoś radę utrzymać kurs. Warunki coraz gorsze - większy też przechył, ale nie ma tragedii.
O godzinie 1300 łapię na chwilę zasięg sieci komórkowej i zaciągam aktualne griby. Wiatr ma na kilka godzin osłabnąć i jednocześnie odkręcić - najpierw na S, a za parę godzin na WSW. Teoretycznie otwiera nam się furtka na pełne morze i wszyscy są z tego powodu zadowoleni.
Dwie godziny później wiatr faktycznie słabnie, ale wysuwamy się już wtedy powoli za półwysep Sõrve i zaczynamy odczuwać coraz mocniej to, co prawdopodobnie dzieje się na Bałtyku. Rozpędzone na pełnym morzu fale wpadają przez Cieśninę Irbe. Wiatr ponownie nieco przyspiesza i mamy znowu 20kn, w porywach do 25kn. Dryf jachtu od razu zwiększa się o jakieś 10 stopni. A to wszystko przy wietrze z kierunku SW - czyli nie jesteśmy jeszcze wystawieni na pełnomorską falę, bo osłania nas częściowo półwysep Kurlandzki.
Cały czas zastanawiam się nad przerwaniem etapu i zjazdem do portu schronienia. Prognozy zafalowania w okolicach Windawy nadal obstawiają ponad 2 metry fali z południa, w okresie 5 sek. Fala sztormowa niestety nie znika od razu - na co zdają się nie zwracać uwagi moi załoganci, powołując się na griby wiatrowe i domagając się kontynuacji rejsu.
Płyniemy jeszcze tak około dwóch godzin kursem 185 stopni (najostrzej jak się da). Montu na trawersie minęliśmy jakieś 45 minut temu i jesteśmy już 1 NM poniżej półwyspu Saarve. Żegluga pod wiatr i falę zaczyna mnie jednak męczyć i irytować. Zaczynam sobie wyobrażać, jak to będzie wyglądać na pełnym morzu i ile godzin jeszcze spędzimy w takich lub gorszych warunkach. I bardzo mi się tego nie chce.
Dzwonię na numer kontaktowy mariny Montu podany w przewodniku. Jak zwykle, nie odbiera bosman, tylko ktoś inny, spoza portu. Pytam o wolne miejsca. Odpowiada, że oddzwoni. Tak też się dzieje. Mamy zapewnienie, że miejsca w marinie są, a bosman został powiadomiony o naszym przybyciu i oczekuje nas na przystani.
Tyle mi wystarczy - ogłaszam załodze, że spływamy do Montu.
Po zrobieniu zwrotu przez sztag, mamy całkiem dobry kurs lewego bajdewindu - prawie na port. Dryfuje nas jednak nieco na północ, więc na 1NM przed portem zrzucamy żagle i na silniku, kursem W płyniemy prosto w główki portu. Jest godzina 1530. Przy lądzie warunki zmieniają się nie do poznania. Woda płaska, słońce wychodzi zza chmur - to wszystko nie pomaga mi usprawiedliwić mojej decyzji.
A załoga nie wydaje się być zadowolona z mojego pomysłu. Coś mi nawet mówi, że oba Tomki są na mnie nieźle wkurwieni.

Będę jednak musiał z tym jakoś żyć. A póki co, musimy skupić się na podejściu.
Montu jest portem otwartym od strony północnej, ale posiada dodatkowy falochron wewnętrzny, chroniący basen mariny.
Wpływamy i cumujemy o godzinie 1600.
Oprócz nas, w marinie jest tylko jedna łódka - jakaś mała mieczówka.
Port w ogóle wydaje się opustoszały. Nikogo nie spotykamy, a wszystkie drzwi w budynku przy przystani są zamknięte.
Dopiero później, zataczając coraz większe kręgi poszukiwawcze, lokalizuję bosmanat. Znajduje się on w budynku oddalonym jakieś 100m od wejścia na pomost mariny. Są tam też czynne i całkiem schludne sanitariaty z sauną.
Wnoszę opłatę za postój u bosmana i otrzymuję ręcznie wypisany kwitek. To dopiero jest folklor :)
Wracając zaczynam dostrzegać, że nie tylko marina świeci pustkami, ale i cała okolica.
Na pustym pirsie znajduje się jakby nowa maszyna do lodu, ale kutrów nie widać.
Bosman wyjaśnia, że jest tu przetwórnia rybna, ale już od jakiegoś czasu nie przetwarza. Przynajmniej tyle zrozumiałem, bo bosman nie włada językiem angielskim, a ja nie do końca rosyjskim.
Nad brzegiem znajdujemy monument upamiętniający poległych na morzu marynarzy.
Jest też tajemnicza ławka, ze skrzynką na listy.
I to wszystko. Reszta to pola i lasy dookoła. Nawet sygnał telefonii komórkowej jest tu dziwnie słaby. Wygląda na to, że wylądowaliśmy na totalnym zadupiu.
Tymczasem, czas już na obiad. Ale jakoś tak wyszło, że nauczeni łatwym dostępem do sklepów, w każdym odwiedzanym porcie, nie mamy dzisiaj co wrzucić do gara.
Ok - są jeszcze jajka, ziemniaki i trochę warzyw. Kroimy, gotujemy, smażymy i zjadamy. A problem zakupów odkładamy do jutra.
Jakby nam było mało miejsca w marinie, to właśnie przyjechało dwóch facetów i zwijają mieczówkę. Najpierw zdejmują silnik, potem przeciągają łódkę na slip, wyjmują i odjeżdżają. Jakoś nie sprawiają na nas wrażenia złodziei, więc ich nie obezwładniamy i nie wzywamy policji. Chyba, po prostu, właśnie skończył się tutaj żeglarski sezon.
Tomo jak zwykle leci robić kilometry. A my z Tomkiem wyjmujemy z bakisty rowery i ruszamy w kierunku skrzyżowania z główną drogą. Tutaj wybór zdaje się być prosty. Jedziemy na południe.
Jak już jesteśmy tak blisko końca półwyspu, to wypada go zobaczyć. Tam musi być też przecież jakaś latarnia. Pogoda na wycieczkę jest świetna i nawet nie przeszkadza mi, że na zdjęciu wyglądam jak półgłówek.
Po drodze spotykamy aleję wiatraków. Wyłączone - dlatego pewnie, tak się zrobiło bezwietrznie i gorąco.
Ciekawe czy taki wiatrak potrzebuje fundamentu większego od tego, jakie miało tutejsze działo, którego już nie ma.
Ale które, jak było, to ważyło 120 ton.
Tuż przed godziną 2000 docieramy na miejsce. Jest tutaj nie tylko latarnia, ale i kamienny labirynt.
Latarnia mierzy sobie 52 metry. Wytatuowana na niej liczba 1960, to rok budowy obecnej żelbetonowej wieży. Wcześniej była tu tylko 38-metrowa, drewniana i tymczasowa konstrukcja, zbudowana w miejsce innej, zniszczonej w wyniku działań wojennych. Ale i ta nie istniała tutaj od samego początku, a kolejne przebudowy sięgają wstecz aż do roku 1646. Wtedy właśnie, na samym czubku półwyspu, wybudowano pierwszą prymitywną (drewnianą) konstrukcję - "kaganek światłości", podnoszony na drewnianym badylu..
Latarnia jest już dzisiaj zamknięta, ale znajdujemy za to bunkier. I też jest fajnie. Na dodatek, to pierwszy w moim życiu bunkier z tarasem widokowym na dachu.
Końcówkę półwyspu Saarve zastajemy w bardzo malowniczej scenerii. Trafiamy na bezchmurne niebo i słońce wchodzące akurat w "złotą godzinę".
Udaję się na sam koniec lądu i robię ujęcie krzyżujących się fal, na mocno wzburzonym morzu. Po to, aby przekonać załogę, że moja decyzja schronienia się w porcie była słuszna ;)
Na uspokojenie, robię jeszcze sobie zdjęcie jedynej łódki w okolicy, tworząc pewnie w ten sposób kolejne, z tysięcy identycznych ujęć tego urokliwego miejsca.
Wracając, przy latarni spotykamy Tomo... Ale on ma zasięgi!
Wracam na łódkę po godzinie 2100. Próbujemy jeszcze złapać wędką coś na kolację, bo na obiad jutro nie mamy żadnego pomysłu. Niestety, ryb też najwyraźniej nie ma na tym pustkowiu. Co z resztą mogliśmy wywnioskować już wcześniej, z faktu zamkniętej rybnej przetwórni ;)
23.08.2024
Michał donosi z "Siódemki", że stoją w Kuivastu i czekają aż wiatr osłabnie lub zmieni kierunek. Dziwne, ponieważ u nas spokojnie. Ze względu na przeważające wiatry z południa, rozważamy powrót przez Gotlandię. Sprawdzam prognozy i wygląda na to, że wiatry omijają jakoś nasze Montu. Między Gotlandią, a Łotwą nadal jednak nie jest spokojnie. Zostajemy na jeszcze jedną noc w porcie.
Wraca jednak problem zakupów spożywczych. Jest jeszcze kilka jajek i mąka - można zrobić naleśniki, ale przydałoby się mleko. Mapy googla nie ujawniają jednak żadnego sklepu spożywczego w okolicy.
Najbliżej jest coś w małej, liczącej kilka zabudowań, wiosce o nazwie Laadla. Nie do końca wiadomo czy to sklep, ale to jedyna opcja, więc musimy spróbować. To od naszego portu jakieś 10km asfaltową drogą i około 6km na przełaj, leśnymi dróżkami.
Tomo deklaruje, że chętnie pobiegnie tam po mleko, bo i tak chce zrobić trening. Dochodzimy jednak do wniosku, że po 12 km biegu, w upale, to co przyniesie ze sklepu prawdopodobnie będzie już masłem.
Ponieważ mamy tylko dwa rowery, a Tomo i tak woli biegać, jedziemy z Tomkiem na poszukiwania wioski, a w niej sklepu.
.jpg)
Po przejechaniu kilku bezludnych odcinków leśnych i polnych dróg, napotykamy w końcu na jakieś oznaki ludzkiej bytności. Wjeżdżamy do wioski Laadla i tam naszym oczom ukazuje się chyba najładniejszy sklep, jaki na tym rejsie miałem okazję odwiedzić.
Niestety, to tylko powierzchowne piękno. W środku jest dużo skromniej i przypomina wiejski sklep GSu, jaki odwiedzało się na biwakach w czasach peerelowskiego kryzysu. W centrum sklepu, na półce wystawione jedynie po kilka sztuk produktów o dłuższym terminie ważności, Na półkach za ladą jakieś pojedyncze sztuki słoików i konserw. Praktycznie pusta lodówka z nabiałem.
Bierzemy paczkowany chleb, dwa słoiki czegoś, co przypomina gotową zupę i słoik dżemu. Mleka i masła nie ma. Pytamy się jeszcze o jakieś mięso, bo nie możemy zlokalizować w sklepie ani kawałka. Nie widać też wędlin.
Sprzedawczyni (starsza kobieta) niestety nie rozumie - ani po angielsku, ani po rosyjsku. Po polsku też nie, bo próbujemy już wszystkiego. Na "meat", "мясо", czy "mięso" wzrusza tylko bezradnie ramionami. A może rozumie, tylko lingwistycznie jest wegetarianką?
W końcu sami znajdujemy zamrażarkę z mięsem w kącie sklepu, tuż za drzwiami. Ale to, co jest tam zamrożone śmiało mogłoby grać główną rolę w niejednym krwawym horrorze. Udajemy więc wegetarian i odpuszczamy sobie zakup.
Porozumiewając się ze sprzedawczynią na migi, płacimy gotówką, dziękujemy i wychodzimy.
Ruszamy z powrotem. Po drodze, na napotkanym przystanku, sprawdzamy dla Tomo tutejszy rozkład jazdy autobusów. Okazuje się, że jest tu prawie tak, jak w tym kawale o synu szejka, któremu ojciec kupił pociąg, aby tak jak inni, miał czym dojeżdżać na uczelnię. Trudno nam w to uwierzyć, ale wygląda na to, że autobus zamawia się tutaj (na wybraną godzinę) na telefon!
Po powrocie do portu robię sobie jeszcze piechotą rundkę po najbliższej okolicy. Intrygują mnie, zauważone za rybną przetwórnią, budynki.
Niewątpliwie znajduję, na tym nieco podmokłym terenie, ślady dawnego osadnictwa.
W pewnym momencie, na drodze zatrzymuje się kamper i wysiada z niego jakiś facet. Widać, nie tylko mnie zainteresowały te ruiny. Okazuje się, że to Polak i wypożyczonym domem na kółkach zwiedza z rodziną Estonię. Jadą właśnie zobaczyć latarnię Sõrve i zaraz będą wracać do Tallina. Proponuję mu, aby zabrali ze sobą Tomo, który coraz bardziej rozpaczliwie szuka jakiejkolwiek formy teleportacji do cywilizacji. Niestety, odmawiają.
Właśnie z tego powodu, Tomo spędza ostatnio całe godziny w pobliżu sanitariatów. Nie dlatego, że ma z nerwów jakieś dolegliwości jelitowe, ale ponieważ tylko tam jesteśmy w stanie teraz złapać sygnał sieci komórkowej.
Trochę czuję się winny całej tej sytuacji beznadziejności, głodu i osamotnienia. Zapraszam więc załogę na obiad do restauracji przy latarni. Za pozwoleniem bosmana, pożyczamy stojący przed bosmanką rower i w trójkę jedziemy ponownie na południowy koniec półwyspu.
Rower bosmański okazuje się mieć pęknięte siodełko, które nasiąknęło sporo ostatnimi opadami deszczu. Odbija się to nieco na spodniach Tomka i musi on przez pewien czas odpowiednio się ustawiać przy pozowaniu do zdjęć.
Dzisiaj przy latarni tłok. Jest piątek, więc może Estończycy mają jakiś długi weekend.
Korzystamy z tego, że latarnia jest otwarta i wchodzimy na samą górę. W połowie drogi zastanawiam się, czy klejące się w każdej latarni morskiej poręcze to jakaś forma dodatkowego zabezpieczenia przed potknięciem i upadkiem.
Pięćdziesiąt dwa metry to już jest coś, co się później wspomina.
O wiele łatwiej też z takiej wysokości rozwiązać tutejszy kamienny labirynt.
Z drugiej strony widać też małą wysepkę - tuż za półwyspem. Na niej stała chyba pierwsza wersja tej latarni morskiej.
Schodzimy z góry i odwiedzamy tutejsze muzeum, gdzie możemy zobaczyć ile jeszcze takich latarniz ostało nam do zobaczenia.
Jest też jakaś wzmianka o tutejszych połowach i przetwórni rybnej. Ale nie pojawia się w niej miejscowość Montu.
Po muzeum, idziemy do tutejszej restauracji na rybkę. Nie polecamy w tej knajpie fląder. Otrzymujemy 10-centymetrowej długości, wychudzone szkielety. O wiele lepiej wyglądają śledzie.
Wracamy na łódkę, gdzie dojadamy chlebem z suszonymi i marynowanymi w oleju pomidorami, jakie gdzieś jeszcze się ostały, w zakamarkach lodówki.
Z pokładu zaprzyjaźnionej "7-ki" informują, że wczoraj jeden z niecierpliwych załogantów na prom się przerzucił. Stoją dalej w Kuivastu i czekają na poprawę pogody.
24.08.2024
Po godzinie 1430 dostajemy informację, że s/y 7 rusza na południe. Donoszą o trudnych warunkach, jak na mazurską łódkę, ale dają radę.
W takich okolicznościach nam również nie wypada stać w porcie. Wychodzimy w morze, ale dopiero po 1600. To ostatnia pora, aby Tomo zdążył dojechać z nami do cywilizacji i ogarnął sobie jakiś transport do domu.
Żegnamy pusty już zupełnie port, bosmana i nieczynną przetwórnię, której powód zamknięcia na zawsze pozostanie już dla nas tajemnicą.
Lecimy dzisiaj do Windawy. To jakieś 45NM, ale bez halsowania. Płyniemy na południe ostrym bajdewindem. Genua zwinięta na dwa obroty rollera i założony pierwszy ref na grocie.
Wiatr w okolicach 15kn, więc na razie jest komfortowo.
Spotykamy tylko jeden statek, przecinający naszą planowaną trasę, w sposób niewymagający zmiany naszego kursu.
Wszystko się dzisiaj układa. No może oprócz współpracy z navionicsem. Z jakiegoś powodu nie chce zaakceptować wytyczonego przeze mnie planu trasy, który odpowiedni jest do prognoz wiatrowych.
Pod wieczór morze się nawet uspokaja na tyle, że można wykonać nieporuszone zdjęcie zachodzącego słońca.
Korzysta z tej okazji każdy, po kolei.
W nocy trochę się znowu rozwiewa. Robi się chłodno, a średnia fala przekracza wysokość jednego metra. Na szczęście płyniemy już wtedy mniej agresywnym kursem i nie robi nam to żadnego problemu.
Do Windawy wchodzimy o o godzinie 0330.
Przed 0400 jesteśmy już zacumowani w marinie i idziemy spać.
25.08.2024
Po zimnej nocy zastaje nas bardzo pogodny dzień.
Tomo zrywa się praktycznie skoro świt i leci złapać autobus do Rygi. Zdaje się, że odkrył sieć luksusowych połączeń lądowych po krajach bałtyckich.
Na pokład Darwina zaglądają jaskółki, które wiosny nie czynią, ale nic przysłowie nie mówi o jesieni.
Tymczasem my cieszymy się jeszcze ostatkami lata. Idziemy przejść się po okolicy. Ja już zdążyłem ją poznać w rejsie "tam", ale Tomek też ma prawo to zobaczyć.
Po drodze zwiedzamy wysztrandowaną muzealnie pilotówkę m/v Rota. Zastanawiam się czy nie jest nowsza od mojego jachtu, ale tablica informacyjna podaje 1967, jako rok budowy. S/y Darwin ma więc jeszcze kilkanaście lat przed sobą, nim "zyska" wartość muzealną.
Idziemy dalej nabrzeżem portowym.
I dochodzimy do rynku, który i tym razem też jest nieczynny.
Ale to może i dobrze, bo bez tłumu możemy sobie spokojnie wszystko dokładnie pooglądać. Ciekawe czy w dawnych czasach żyli wizjonerzy, którzy w tym miejscu opowiadali przechodniom: "Kiedyś cała ta wieża z zegarem, kalendarzem i budzikiem zmieści się na ludzkim nadgarstku".
Czymś trzeba wypełnić sobie dzień, więc wchodzimy do Muzeum Windawy (Venspils Muzejs).
Armata nie robi na mnie już wrażenia, ale trójgłowego, drewnianego smoka jeszcze nie widziałem. Tomek zwraca uwagę na zestaw średniowiecznych noży kuchennych.
Wnętrza zaskakują pomysłową aranżacją i zmumifikowanym szczurem.
Na kolejnym piętrze zastanawiamy się, co robi w muzeum jakiś pospolity sklep z odzieżą. Okazuje się jednak, że jest to wystawa mody lat 70-tych. Dzięki tej ekspozycji Husqvarna nie będzie mi się już wyłącznie kojarzyć ze sprzętem leśno-ogrodniczym.
Mając poczucie dobrze zmarnowanego dnia, wracam na jacht.
Zaglądamy jeszcze na plażę, na ostatni promyk zachodzącego słońca.
26.08.2024
O godzinie 0945 uwalniamy kadłub Darwina z cum i wychodzimy z mariny Ventspils. W planach jest dzisiaj przeskok do Lipawy (Liepaja).
Mijamy po drodze wspominaną wielokrotnie "Siódemkę". Chłopaki przypłynęli dosłownie na 15 minut przed naszym planowanym wypłynięciem, więc znowu nie zdążyliśmy pogadać.
Z Michałem uda nam się spotkać i pogadać dopiero w przyszłym sezonie, na Drugim Zlocie SAJ, na którym będzie miał swoją prezentację i wystawę. Również po tym rejsie, znajdę na forum żeglarskim jego relację z wcześniejszego rejsu w te właśnie rejony. Widać, nie przygotowałem się zbyt dobrze.
S/y 7 (Antila 24.4) to jacht, który został zabudowany i wyposażony właśnie przez Michała. A to głównie dlatego, że oprócz swojego hobby, jakim jest kolekcjonerstwo archiwalnych wydawnictw marynistycznych, Michał na co dzień zajmuje się szkutnictwem.
A za tą właśnie wyprawę zdobędą nagrodę portalu nowezagle.pl, za morski rejs małym jachtem w konkursie Rejs Roku 2024.
My tymczasem wypływamy do awanportu i kierujemy się do główek. Tomek rozmyśla chyba już o kończącym się urlopie. Mamy oboje jeszcze kilka dni i myślimy, czy nie odwiedzić po drodze Gotlandii. Szczególnie, że wiatry temu pomysłowi ostatnio sprzyjają.
Niestety, Tomek spieszy się na ważne spotkanie w Gdańsku, więc pewnie będziemy z Lipawy płynąć już prosto do Gdańska.
Za główkami portu spotykamy wysoką, ale łagodną "martwą" falę.
Niestety, musimy pod nią jechać na silniku. Wiatr wieje z przeciwka, dokładnie wzdłuż wybrzeża, którego się trzymamy.
Przez ostatnie braki mięsa w diecie zaczynamy przyzwyczajać się do zielenizny.
Po godzinie 1600 mijamy na lewym trawersie Pavilostę. Wieje nadal w dziób z siłą 15kn.
Ale płynie się póki co spokojnie i bez rozkołysu.
Jasna żółta plama, po prawej burcie, znika za horyzontem o godzinie 2030.
Po wejściu do awanportu, kierujemy się w jego południową stronę i wpływamy w długi na 1.5NM kanał portowy.
O 2130 znowu coś świeci żółtym blaskiem.
Ale nie bardzo mogę podziwiać miasto nocą, ponieważ w poprzek kanału, którym płyniemy, stoi jakiś duży statek. Na szczęście jest to tylko "duch" jakiejś jednostki, która znajduje się już w innym miejscu.
Chwilę później stoimy już na cumach w Liepaja Marina.
Lipawa zdaje się być ładniejsza nocą, ale my jesteśmy zmęczeni i idziemy spać.
27.08.2024
Rankiem duchy pojawiają się nam już nie tylko na ploterze.
Zrobienie porannej kawy, tym razem wymaga najpierw odłączenia pustej i przyłączenia pełnej butli gazowej. Ponieważ dużo na jachcie nie gotuję, 3-kilogramowa butla starcza mi z reguły na cały sezon. Druga jeździ w zapasie.
Lipawa to miasto, w którym nowoczesność przenika się z tradycją. Jest też tutaj taki szlak turystyczny, wytyczony przez znajdujące się w bruku mosiężne nuty. Kiedy ostatni raz byłem tutaj, przy okazji mojego pierwszego morskiego rejsu, jakoś nie udało nam się przejść całego szlaku. Tym razem też gubimy w pewnym momencie melodię, ale znaczną część turystycznej ścieżki udaje nam się jednak zaliczyć.
Odwiedzamy halę targowa i przyległe do niej targowisko. Kiedyś kupiłem tutaj czapkę i wełniane skarpety, które mam do dzisiaj. Nie są jakoś specjalnie trwałe, tylko po prostu zawsze o nich zapominam i leżą sobie w szufladzie. Tym razem nic nas nie zachwyca na tyle, aby wydawać pieniądze.
Kierując się na zachód, w stronę plaży, błądzimy trochę po tutejszych ulicach. Na jednej z nich znajdujemy coś, co klasyfikujemy między komisem a sklepem z antykami.
Dla jednych śmietnik, dla innych skarbiec. Kiedy z ciekawości przeglądamy pełne starych klamotów półki, właściciel próbuje wcisnąć nam jakieś "wartościowe" stare monety. A że się na tym nie znamy, dziękujemy i wychodzimy. Jak można z czymś takim do ludzi, kiedy zaraz władzę nad światem przejmie bitcoin ;)
Chyba dlatego, że próbujemy podążać szlakiem chodnikowych nutek, trafiamy na ten sam "skansen", do którego trafiliśmy w listopadzie 2014 roku.
Muzyczny szlak prowadzi nas też pod dom, w którym w 1967 mieszkał Piotr numer Jeden. To chyba był, ktoś tak ważny jak papież, tylko rosyjski ;)
Przystankami na nutowym szlaku są rozmieszczone na mieście instrumenty. Chyba robimy postęp, bo perkusję widzę w Lipawie po raz pierwszy. Tak z resztą, jak sztuczne drzewo i aleję taboretów sław.
Jak można nie kochać tego miasta.
Tuż przy plaży pojawia się nadmorska promenada ze ścieżką rowerową. Bardzo podobne jak u nas w Trójmieście. Tylko toi-toje jakieś większe i mniej aromatyczne.
W końcu osiągamy cel wycieczki jakim jest plaża. Teraz możemy już wracać.
Idziemy prosto i najkrótszą drogą do mariny.
Ale nie sposób chodzić po Lipawie z aparatem w kieszeni.
Po powrocie do portu znajdujemy makietę miasta. Ale chyba jakąś oszukaną - nigdzie nie widzieliśmy przecież tych dużych kul.
Jest godzina 1500. W marinie naliczamy aż pięć polskich jachtów.
Idę pogadać z załogą Ducha Morza. To jacht, który tydzień przed wyruszeniem w rejs z Górek Zachodnich do Lipawy, obserwowałem na MarineTraffic. Zrobił coś, co mnie zaskoczyło. Płynął z Władysławowa do Lipawy. Dopływając do granicy rosyjskiej EEZ, nagle zrobił kilka zwrotów i zaczął płynąć wzdłuż granicy strefy na północ. Podobny manewr wykonały jeszcze dwa inne jachty, których nazw już dzisiaj nie pamiętam. Chciałem teraz zapytać skipera o to, dziwne moim zdaniem zachowanie.
Niestety, łódka ta od dawna chodzi w czarterach i obecny kapitan jachtu nic na ten temat nie wie i nie prowadził wtedy rejsu. Jest jeszcze szansa, że manewr ten wykonał ktoś z czytelników bloga i się odezwie.
Nadszedł czas na ostatni etap rejsu. Dręczy mnie ten sam dylemat, co w drodze z Górek Zachodnich do Lipawy. Nadal nie jestem pewien, czy można bezpiecznie ciąć ruskie EEZ. Jachty, które stoją z nami w marinie będą płynąć na skrót i opływać tylko (z odpowiednim zapasem) rosyjskie wody terytorialne. Tomek też mówi, że jechałby na wprost.
Oczywiste jest, że nikomu nie chce nadkładać kilku godzin drogi po morzu. Dzwonię do szwagra, który wykłada na uniwersytecie sprawy bezpieczeństwa międzynarodowego. Teoretyk, ale wie na pewno więcej i powinien coś przynajmniej doradzić. Po krótkiej rozmowie otrzymuję poradę, taką samą jaką dał mi przed rejsem mój klubowy kolega Bogdan, pływający na promach pasażerskich. "Od ruskich jak najdalej się da! Dobrzy są od zakłóceń sygnału GPS, po prowokacje. A z nimi, w razie czego, nie da się dyskutować."
Ustalam więc trasę po śladzie jaki zrobiłem w pierwszym etapie rejsu i sprawdzam "routing pogodowy". Nie jest najgorzej. Można by jeszcze poczekać kilka godzin na silniejszy wiatr, ale Tomek musi najpóźniej jutro na wieczór być w Gdańsku. Być może uda się jakimś cudem pierwszy odcinek przepłynąć ostro do wiatru na żaglach i bez silnika. Potem już powinno być z górki.
Ruszamy o godzinie 1600. Widzimy, że Duch Morza i jeszcze jeden jacht też się już zbierają.
Załoga wydaje się zadowolona. W końcu jakiś dłuższy odcinek po morzu się trafił.
Lipawa żegna nas zapachem tartaku.
Na morzu cisza i spokój.
Wieje te zapowiadane w prognozie 5kn, ale prosto w dziób. Silnika więc nie odstawiamy.
Tuż przed utratą zasięgu sieci komórkowej, Tomek otrzymuje telefon, z którego dowiaduje się o odwołaniu spotkania. Szkoda, że nie wiedział wcześniej - teraz już się nie opłaca wracać na północ i jechać na Gotlandię. Tym bardziej, że za dwa dni południowe wiatry znowu przejmą kontrolę i może nie być jak wrócić przed końcem urlopu.
I tak zajęci nicnierobieniem, płyniemy sobie w środek Bałtyku, popierdując z rufy spalinami.
Słońce zachodzi o godzinie 1830.
Ale dopiero po zmroku wiatr w końcu odkręca bardziej na SE i wzrasta do 10kn. Stawiamy żagle, odstawiamy silnik i jest znowu fajnie.
Płyniemy pół węzła mniej niż na silniku, ale za to w ciszy.
28.08.2024
Po północy, na AIS zauważamy dwa jachty, które lecą przez rosyjską EEZ.

Mamy wtedy już tylko 2NM do punktu drogi, na którym robimy zwrot.
Tak się szczęśliwie składa, że wiatr systematycznie kręci do wschodniego, więc płynąc na południe nadal mamy pełny bajdewind.
O godzinie 0300 słońce jeszcze za horyzontem, ale zdradza już swoje zamiary.
Po godzinie 0400 przecinamy linię kursową dla statków płynących do Kłajpedy.
Dwadzieścia minut później nadchodzi najlepszy chyba moment na nocnej wachcie. Żagle łapią pierwsze promienie słońca.
Na morzu wschód to w sumie taki zachód, tylko patrzy się na niego w przeciwnym kierunku.
Wiatr słabnie do 7kn, ale przy ostrym kursie i pełnych żaglach utrzymujemy prędkość w okolicach 4,5 węzła.
O godzinie 0940 mijamy platformę.
Od rana zaczyna na prawdę fajnie przywiewać.
Na obiad solidne porcje polędwicy z zasmażaną kwaśną kapustą. Wygląda niewyraźnie, ale smakuje wybornie.
Około godziny 1400 jesteśmy już na wysokości Rozewia. Wieje w porywach do 15kn z połówki - idealnie!
Czuć już nadchodzący jesienny chłód, ale przez cały dzień relaksujemy się na pokładzie słonecznym.
O 1930, gdy zachodzi słońce, jesteśmy już za Władysławowem. Nadal płyniemy powyżej 6kn.
O 2000 zostawiamy za rufą latarnię morską na Helu.
Na Zatoce mamy już ponad 15kn z baksztagu. Przechodzimy rutę 2NM przed dziobem większego statku i omijamy zatłoczone kotwicowisko lewą burtą. Zagapiamy się nieco i zapominamy opróżnić śmietnik przy żółtej bojce na wysypisku. Trudno - wyrzucimy śmieci do pojemników w klubie ;)
Po godzinie 2200 wpływamy w pełnym rynsztunku w główki Górek Zachodnich. Żagle zrzucamy na rozlewisku Wisły Śmiałej i wchodzimy do mariny AKM.
29.08.2024
Słoneczny i ciepły poranek wykorzystuję do przewietrzenia poduszek i materacy oraz do posprzątania jachtu po rejsie.
Czas na podsumowanie.
Zacznę od najbardziej dla żeglarza hańbiącej rzeczy - jazdy na silniku. Nigdy wcześniej nie używałem diesla tak intensywnie, jak na tym rejsie. Licznik odliczył równe (sic!) 131 godzin, co stanowi 60% całego czasu żeglugi :(
W okresie sześciu tygodni, spędzonym poza portem macierzystym, pływaliśmy łącznie 210 godzin i w tym czasie przepłynęliśmy 1154 mil morskich. Odwiedziliśmy trzy kraje, pięć wysp (nie licząc czterech Suomenlinny) i czternaście różnych portów. Dotarliśmy do dwudziestego piątego południka wschodniego (25°E), co daje najdalej wysuniętą na wschód pozycję na Bałtyku, na jaką kiedykolwiek zapuściłem się jachtem.
Liczby nie są jednak w turystycznym żeglarstwie najważniejsze.
Odwiedziliśmy wiele ciekawych miejsc - nawet zaskakująco ciekawych. Łotwa i Estonia wywarły na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Być może ze względu na powinowactwo kulturowe, ale czułem się tam bardziej swobodnie, niż podczas wielu wcześniejszych wizyt w Skandynawii, czy w krajach Europy Zachodniej. Wiele odwiedzanych przez nas miejsc sprawiało wrażenie zaściankowych - zapomnianych i zaniedbanych. Ale dzięki tej swojej surowości, były dla nas niezwykle autentyczne. A nawet te turystycznie popularne i wymieniane w przewodnikach miejscówki, zachowały nadal swój folklor i dzielnie opierają się komercji i kiczowi.
Zatoka Ryska i Archipelag Zachodnioestoński, wbrew obawom, okazały się bardzo przyjemnymi do żeglugi akwenami z niezwykle bogatą infrastrukturą dla żeglarzy. Ilość nowych, dobrze wyposażonych i przede wszystkim niezatłoczonych marin jest wielkim atutem tego rejonu naszego morza.
Wszystkim żeglarzom szczerze polecam wyprawę w kierunku na wschód i trochę też północ. Być może się spotkamy, bo ja na pewno jeszcze tam kiedyś wrócę.
Do zobaczenia na morzu!




















































































.jpg)



















































































































































.jpg)






.jpg)
.jpg)






















.jpg)



























































