17 sierpnia 2024

Rejs na wschód i trochę też na północ, etap 2 (Ryga - Helsinki) - s/y Darwin (HR312) - 03.08-14.08.2024

Kiedy wschód okazuje się być ciekawszy od zachodu, zaczyna się człowiek odruchowo zastanawiać: a jak tam jest na północy?

A prawda jest taka, że nie ma co nad tym rozmyślać - tylko popłynąć i sprawdzić.


02.08.2024

Mija już prawie tydzień, odkąd zacumowałem w marinie City Yacht Club w Rydze. Wypada więc się już powoli zbierać. Ale zanim zwinę cumy na pokład, udaję się jeszcze raz na Rīgas Centrāltirgus, czyli Targ Centralny, na ostatnie już zakupy.

Dzisiaj na obiad smażony na patelni szczupak, z młodymi ziemniakami i surówką. Wszystko świeże i pachnące. Porcja nieco większa, ponieważ właśnie dziś do załogi dołączył mój kolega Piotr i muszę nakarmić nas obu, abyśmy jutro na morzu nie osłabli z sił.

Porcje wychodzą na prawdę spore, więc najadamy się do bólu i musimy, po posiłku, zarządzić półgodzinną sjestę.

Po odpoczynku idziemy jeszcze na krótki spacer na starówkę, gdzie w sławnej kawowej sieciówce wypijamy po kubku smacznej mrożonej kawy. 

Kładziemy się w koje wcześnie, bo jutrzejszy plan zakłada pobudkę skoro świt.



03.08.2024

Dzisiaj mamy w planach odwiedzić wyspę, na której ponoć rządzą kobiety. Chodzi o Kichnu, położoną w Zatoce Ryskiej, jakieś 80NM na północ od Rygi.

Taki sam plan mają też nasi sąsiedzi z mariny, którzy swoim s/y Golden Amber (Bavaria 30) wypływają pół godziny przed nami.

My nie jesteśmy w stanie wyrobić się aż tak wcześnie i zbieramy cumy na pokład dopiero o godzinie 0545. Według mojego genetycznie uwarunkowanego sowiego rytmu dobowego, to i tak jest środek nocy. Ale, że przez ostatnie kilka dni wypoczywałem intensywnie, nie stanowi to dla mnie jakiegoś problemu. Z resztą, co innego budzić się wcześnie rano, aby iść na osiem godzin do biura, a zupełnie z innym nastawieniem wstaje się, by ruszyć na kilkanaście godzin w morze.

Wychodzimy sprawnie z igreków (z drugą parą rąk na pokładzie idzie dużo szybciej) i machając na pożegnanie s/v Libava, żegnamy się z Rygą.

Zgłaszam na radio zamiar wyjścia z portu, na co otrzymujemy zgodę. Tak szczęśliwie się składa, że dużo miejsca na morzu zwolnił wchodzący właśnie do portu pasażerski "grubas" Mein Shiff 1.

Z główek wypływamy o godzinie 0710.

Od razu stawiamy komplet żagli.

Wieje niezwykle sympatycznie z lewej burty w okolicach 15kn. Jacht bez problemu osiąga prędkość nad dnem około 7kn. Tak to można pływać! Powoli doganiamy nawet naszych sąsiadów na Bavarce.

Kiedy jesteśmy już na ich wysokości, wiatr nieco słabnie (11kn). Zaczyna też zmieniać kierunek, odkręcając z W na NW.

Ku naszemu zdziwieniu Złoty Bursztyn uzbraja się w... Spinaker?! Obecny akurat kierunek wiatru powoduje, że bardzo mocno odpadają przez to z kursu i szybko się od nas oddalają.

Wtedy jeszcze nie zauważam tzw. skrzydła na czaszy żagla i że to wcale nie jest spinaker, tylko jego następca - Parasailor. To opatentowana odmiana spinakera dla jachtów, zaprojektowana z myślą o małych załogach cruisingowych. Według producentów, charakteryzuje się łatwością obsługi i stabilnością, dzięki dwuwarstwowemu skrzydłu, które nadmuchuje się wiatrem, działa jak miękka listwa i stabilizuje żagiel w zakresie 70-180 stopni do wiatru. Ułatwia to podobno manewrowanie, zmniejsza obciążenie i wychylenia płetwy sterowej (oszczędza autopilota) oraz zapobiega myszkowaniu dziobu, poprawiając komfort rejsu. Ale właśnie przez to, stabilizujące żagiel,  przepuszczanie nadmiaru wiatru skrzydłem, osłabia się osiągi jachtu i przez to żagiel ten nie cieszy się zainteresowaniem wśród regatowców. Być może to właśnie oni nadali taką nazwę, sugerującą jego niepełnowartościowość ;)

Do żeglugi turystycznej jest za to jak znalazł. Tym bardziej, że nie wymaga postawionego grota, ani używania spinakerbomu, a zakres wiatrowy jest na tyle szeroki, że znane są relacje załóg przepływających cały Atlantyk, wyłącznie na tym jednym żaglu. 

Muszę przyznać, że strasznie się tym opatentowanym niedawno wynalazkiem podjarałem...

Niestety, cena takiego uskrzydlonego parasailora jest astronomiczna i póki co prawie o rząd wielkości większa, od ceny standardowego spinakera.

Tymczasem, Darwin na środku Zatoki Ryskiej radzi sobie bardzo dobrze, na podstawowym komplecie żagli.

Wiatru znowu przybywa i kiedy na horyzoncie pojawia się zarys wyspy Kichnu (godz. 1830), szkwały chodzą już ponad 20kn.

Pół godziny później, jesteśmy już jednak chronieni przed falami przez wyspę i po zrzuceniu żagli rozpoczynamy podejście do portu.

Przed wejściem na tor podejściowy, przepuszczamy wypływający akurat mały prom, kursujący prawdopodobnie między Kihnu a Parnawą.

Według naszego przewodnika, w tym jednym porcie zlokalizowane są dwie mariny: Suaru i Kihnu. Wpływając za główki, nie bardzo dostrzegamy jakiś podział i cumujemy po prostu przy pierwszym pomoście z wolnym igrekiem.

O godzinie 1930 stoimy na cumach i mamy już pełny klar na pokładzie.

Piotr, który był już kiedyś na tej wyspie, trochę mi o niej dobrego poopowiadał i staję się niecierpliwy w oczekiwaniu na zobaczenie tego wszystkiego na własne oczy. Od razu, po załatwieniu formalności i po sprawdzeniu, czy na portowym maszcie powiewa już polska flaga, ruszamy piechotą na krótki zwiad lokalny. Za późno już dzisiaj, aby ruszać daleko w głąb lądu, ale to, co spotykamy w najbliższej okolicy portu, stanowi dla nas dobrą zajawkę na jutro.

Zastanowimy się jeszcze wieczorem, czy nie skorzystać jutro z oferty miejscowego transportu publicznego.




04.08.2024

Po śniadaniu, o godzinie 1000, rzucamy za siebie spojrzeniem na zacumowanego Darwina i ruszamy na zwiedzanie wyspy. Ze względu na elastyczność w wyborze celów podróży i dużo niższy koszt, wybieramy nasze składane rowery.

Początek mamy dość łatwy - w porannym słońcu i po asfalcie - co poświadczają nasze uśmiechy, na pamiątkowym izyrajderowym ujęciu.

Miejscówka, z początku jawi się nam jako nowoczesna i zadbana.

Jednak stopniowo, w miarę zagłębiania się w teren, pojawiają się też elementy dawnej, tradycyjnej architektury.

Mijamy również kilka gospodarstw, zdających się być wypełnionych sielskim spokojem, po same brzegi.

Jest też rogacizna - nieco mniej kolorowa i bardziej zarośnięta niż w Windawie, ale za to w pełni korzystająca z życia.

Ponieważ Piotr był już kiedyś na tej wyspie, z radością powierzam mu dzisiaj nawigację i plan zwiedzania. Pierwszy raz na urlopie nie sprawdzam na mapie swojego położenia i dobrze mi z tym. Czuję pełny relaks - prawie jak na objazdowych, zakładowych wczasach w PRL.

Kierujemy się wzdłuż wschodniego wybrzeża, na południe wyspy. W pewnym momencie asfalt się kończy, ale szutrowa droga zapewnia umiarkowany komfort jazdy.

Pojawiają się różne przydrożne atrakcje. Zaczynamy dostrzegać wpływ kultury ludów z północy.

Zauważamy też, że długowłose bydło chyba nie ma na wyspie zupełnie beztroskiego życia.

Tymczasem, szutrowa droga ustępuje przed stepowymi trawami. Rowerami jedzie się po tym już bardzo trudno.

Aż w końcu zmuszeni jesteśmy rowery prowadzić.

Zastanawiam się przez chwilę, czy Piotr nie używa czasem nawigacji zliczeniowej, ale z grzeczności nic nie mówię i cierpliwie podążam za nim w coraz większe zarośla. Jestem przecież na wakacjach i mam czas. 

Staram się też znajdywać jakieś pozytywy, w przedzieraniu się przez wysokie po pas i często kłujące trawy. Jak na żarłoka przystało, garść dzikich jerzyn odwraca na chwilę moją uwagę od trudów wędrówki.

Na nasze szczęście, wyspa nie jest duża i w końcu docieramy do dużo bardziej uczęszczanych szlaków cywilizacyjnych. Jako pierwszy znajdujemy nawet budynek straży ogniowej, z pomnikiem pompy ręcznej.

Uczucie asfaltu pod kołami nigdy wcześniej nie było tak błogie. Przemieszczamy się na południe znacznie wygodniej i dużo szybciej. A ruch samochodowy praktycznie nie istnieje.

W tej części wyspy chyba lepiej dbają o krowy, bo zapasy paszy prawie wylewają się na ulicę.

W końcu osiągamy cel wyprawy - południowy kraniec Kihnu.

Znajdujemy tu latarnię morską, na którą postanawiamy wejść. Upał dzisiaj niesamowity i zmęczeni jesteśmy rowerami, ale te 28 metrów po schodach oceniamy za możliwe do zrealizowania i warte biletu za 5 EUR.

W środku jest duszno i brudna poręcz paskudnie się klei do rąk, ale wspinamy się w pocie czoła, stopień za stopniem z przekonaniem, że za chwilę na szczycie odetchniemy świeżym powietrzem.

Niestety, wyjście na taras widokowy jest zamknięte i otrzymujemy jedynie możliwość spojrzenia na okolicę z perspektywy niewielkiego, okrągłego okienka. Duszno jest i gorąco, więc szybko schodzimy.

Kiedy jesteśmy już na dole, idziemy pożalić się do pani, która sprzedała nam bilety. Zdziwiona, informuje nas, w jaki sposób należy sobie otworzyć na górze wyjście na taras latarni. 

Czyli było otwarte... Patrzymy z Piotrem na siebie i już wiemy, że żadnemu z nas nie chce się tam wchodzić po raz drugi. 

Ale nie darujemy przecież tego wydanego 5 EUR razy dwa - wspinamy się jeszcze raz! Kompletnie wyczerpani osiągamy cel i napawamy się pięknym dookólnym widokiem. Tym razem nasze spocone koszulki miło chłodzi lekki powiew wiatru.

Na pamiątkę tego wydarzenia, kupuję sobie pamiątkę. Znalezienie w Europie magnesu na lodówkę, który nie został wyprodukowany w Chinach, sam w sobie jest wydarzeniem wartym upamiętnienia.

Po krótkim odpoczynku zawracamy. Tym razem nie jedziemy wzdłuż brzegu, a kierujemy się do centrum wyspy.

Po półgodzinnej jeździe znajdujemy dziwny monument, z pozostałościami jakichś fundamentów w tle.

Są to ruiny budynku centrum społeczności, używanego prawie przez 50 lat, przez mieszkańców Kihnu, który niestety spłonął w 1999 roku.

Niecałe pół kilometra dalej, na północ, znajduje się już nowe centrum społeczności. Jest tam też muzeum i stary kościół.

Jest jednak tak gorąco, że nad lokalną wiedzę historyczną i obiecane zbawienie, wybieramy kąpiel w morzu. Odbijamy z głównej trasy na zachód.

Po drodze mijamy kemping Ranna.

Wydmy przy plaży są rozległe i oferują wiele przestrzeni odwiedzającym - szczególnie miłośnikom palenia ognisk.

Jednak Linaküla beach okazuje się być plażą chyba tylko z nazwy. Kamienisto-"torfowe" brzegi oraz ciągnące się w dal płycizny po kolana, potrafią zniechęcić nawet najbardziej nagrzanych upałem amatorów kąpieli. Wracamy do centrum.

Znajdujemy Kihnu Kalur - przydomową wędzarnię, w której kupujemy kilka wędzonych śledzi - podobno z dzisiejszego połowu. Mamy teraz zamiar znalezienia jeszcze jakiegoś spokojnego miejsca, gdzie można będzie kupić zimne piwko, w cieniu przysiąść i w spokoju rybki skonsumować.

Zmieniamy jednak nasze plany, kiedy natrafiamy na sklep (Kurase pood), a na jego tyłach znajdujemy Kurase bar.

Tam, po kilku minutach oczekiwania na tarasie, w zupełnie przyzwoitej cenie, otrzymujemy solidne porcje obiadowe, które wchłaniamy przy akompaniamencie idealnie chłodnego estońskiego piwka. Wszystko smacznie przyrządzone i estetycznie podane.

W barze spotykamy akurat naszych regatowych rywali z Zatoki Ryskiej, którzy swoją Bavarią przypłynęli wczoraj godzinę po nas, ale dzisiaj zgłodnieli w tym samym czasie, co my. Jemy, pijemy i rozmawiamy z nimi przez dobrą godzinkę. Jako tutejsi doświadczeni żeglarze i turyści, polecają nam kilka wartych odwiedzenia miejscówek, na trasie do Tallina, z której im się wcześniej zwierzamy.

Po obiedzie, ruszamy dalej w górę mapy. Piotr (chyba dlatego, że wiezie w torbie wędzone śledzie)  przypomina sobie o małym porcie rybackim, na północnym krańcu wyspy, który postanawiamy odwiedzić.

Po kilku godzinach rowerowej wycieczki po wyspie zaczynam zdawać sobie sprawę, że domy nie mają tu numerów. Widziałem w życiu tylko kilka takich miejsca i wydaje się, że niewiele już ich na świecie pozostało.

Aby dojechać do portu, musimy objechać tutejsze, trawiaste lotnisko, które wygląda na czynne.

Znajdujemy przy drodze kilka dzikich jabłoni, których owoce są niczego sobie. Zbieramy parę dojrzałych jabłek do plecaka.

W końcu osiągamy cel - mały port Sigatsuaru. 

Wykorzystywany jest on dzisiaj przez tubylców bardziej jako kąpielisko, ale nadal stacjonuje tu kilka małych łodzi rybackich.

Lepszej okazji do kąpieli już dzisiaj nie będzie. Znajdujemy piaszczyste wejście do wody, z drugiej strony basenu portowego i w końcu zażywamy pełnego orzeźwienia.

W pewnym momencie, do portu, na starym motocyklu z bocznym wózkiem, wjeżdża starsza kobieta ubrana w kolorowy tradycyjny strój. Chwilę później wpływa do portu jakaś motorówka. Elegancko ubrana para, żegna się ze skiperem i wysiada na brzeg. Kobieta od razu wita ich bardzo wylewnie, chwilę rozmawiają, po czym wszyscy zajmują miejsca na motocyklu i odjeżdżają. Prowadzi oczywiście ta sama kobieta, która motocyklem przyjechała. Domyślamy się, że to jacyś letnicy na wakacje właśnie przyjechali i gospodyni wyjechała po nich na "dworzec".

Przypomina mi się wtedy to, z czego słynie Kihnu. Panuje tutaj bowiem matriarchat pełną gębą. Kobiety rządzą na wyspie do tego stopnia, że nawet przedefiniowały konstrukcję traktora.

Wracając późnym popołudniem do mariny, wstępujemy po drodze do sklepu. Udaje się nam zdobyć piwo Saarema i tym samym wykonać misję, powierzoną nam przez kolegę Janka z AKM. Jak się łatwo domyśleć, do Górek Zachodnich dojedzie jedynie mała część zakupionej właśnie zgrzewki.

W marinie znajduje się stanowisko z dystrybutorem diesla B0. Nie chce nam się jednak podpływać jachtem, bo to wymaga zdejmowania i ponownego zakładania cum. Robię więc jeden kurs na piechotę z kanistrem i dolewam do zbiornika jachtowego 20 litrów świeżej ropy.

Nie ma lepszego lekarstwa na sen, jak spędzony aktywnie dzień. Mimo, że kładziemy się dość wcześnie, to nie mamy problemu z zaśnięciem.


05.08.2024

Wstajemy o godzinie 0600 i pół godziny póżniej opuszczamy marinę Kihnu. Mamy dzisiaj zamiar dotrzeć do Haapsalu.

Wschodzące słońce i prawie bezchmurne niebo dobre są bardzo na początek dnia. Żeby tylko coś dzisiaj jeszcze powiało na morzu, to może i będziemy ten dzień chwalić również przed zachodem słońca.

Aby dostać się do cieśniny Väinameri, oddzielającej archipelag zachodnich wysp estońskich, od stałego lądu Estonii, musimy najpierw opłynąć, długą na ponad dwie mile morskie, mierzeję. 

Po godzinie 0700 jesteśmy już na końcu piaszczystej łachy i zmieniamy kurs na NW.

Wiatru dzisiaj niestety, jak na lekarstwo.

Lekki podmuch i wysoka temperatura służą dzisiaj jednak jednej zacnej sprawie.

Kiedy po godzinie 1130 zbliżamy się do wejścia w cieśninę Suur, wiatr wieje już z siłą 10kn, ale niestety prosto w dziób.

Jesteśmy tak stęsknieni za żaglami, że przez chwilę włącza nam się myśl o halsówce, ale jednak zwężająca się cieśnina i dwa promy, stale kursujące między portami Virtsu i Kuivastu, przywracają nas do porządku.

Między wyspami Muhu i Kesse, jak to zwykle w takich przewężeniach bywa, wiatr przyspiesza. Na liczniku mamy 15kn - niestety nadal z niesprzyjającego nam kierunku. Może trzeba było jednak wczoraj wejść do kościoła i dać na ofiarę?

Jak tylko o tym pomyślałem, na horyzoncie pojawił się znak przymierza. Choć do końca nie wiadomo jak to dzisiaj z tą tęczą jest. Jedni wierzą, że na jej końcu można znaleźć garnek złotych monet, a inni z zaciśniętymi ostentacyjnie odbytami będą zwalczać jej każdy obraz, na niebie, jak i na ziemi.

Nam zaciska się tymczasem tor wodny. Po przepłynięciu, głębokiego zaledwie na jakieś pięć do siedmiu metrów morza Väinameri (bo tą cieśninę zwą też lokalnie morzem), wbijamy się w wąski przesmyk, na północ od malutkiej wysepki Kuivarahu. Jest godzina 1600.

Wiatr cały czas mamy od dziobu. A że wieje już jakiś czas, wykształcił na powierzchni krótką stromą falę, która co jakiś czas bryzga obficie na pokład. Robiąc zdjęcie przez szybę zejściówki można nawet wykreować nieco dramatyczną atmosferę wśród czytających bloga.

Ale wystarczy wychylić się poza kokpit, aby obnażyć sielską rzeczywistość.

Większej uwagi, od pogody, wymaga teraz nawigacja. Patrząc na mapę akwenu do przebycia, zaczynam trochę rozumieć naszych klubowych malkontentów, zaklinających mój pomysł ruszenia na wschód. Faktycznie, jest tutaj nieprzyzwoicie (jak na żeglarstwo morskie) płytko i nawiguje się tu praktycznie po wąskich torach, wyznaczanych przez bojki.

No ale nie ma co narzekać. Niewygoda wpisana jest ogólnie w podróżowanie - a w żeglarstwie tych niewygód wpisane jest dużo więcej.

Mijamy więc niestrudzenie kolejne boje torowe. Na wysokości wyspy Hobulaiu, którą mamy na lewej burcie, skręcamy na wschód. O godzinie 1830 mamy już przed dziobem port w Haapsalu.

Na wejściu wita nas flota tutejszych kutrów rybackich. Zaraz za nimi znajdujemy jachtową marinę Grand Holm.

Cumujemy przy pomoście tuż przed godziną 1900.

Od razu rzuca nam się w oczy poważny stosunek do zapewnienia bezpieczeństwa żeglarzom. Przy każdej, źle ustawionej kładce pomiędzy pomostami, znajduje się gotowe do użycia koło ratunkowe z liną oraz informacja o telefonie alarmowym.

Przewaga miejsc gościnnych nad rezydenckimi świadczy albo o ponadprzeciętnej gościnności tego portu, albo o małym zainteresowania tutejszych mieszkańców żeglarstwem.

Dla nas wygląda to wszystko całkiem dobrze. W budynku mariny mieści się jeszcze mały sklep żeglarski.

Zaraz po przypłynięciu zauważamy awarię wodnej pompki nożnej w kambuzie. Po demontażu okazuje się, że ze starości pękła gumowa membrana.

Niestety, w tutejszym sklepie żeglarskim, ani pomp, ani zestawów serwisowych nie mają. Mogą spróbować poszukać i ewentualnie zamówić.

Przypominam sobie, że niedawno wymieniłem taką pompę zasilająca kran w toalecie. Zamieniłem, na próbę, na elektryczną, a starą albo wożę gdzieś w bakiście, albo zostawiłem w piwnicy. Przez godzinę opróżniam i przeszukuję bakisty oraz wszystkie szafki na jachcie. Zaglądam też pod każdą koję - niestety, bez rezultatu.

Piotr zaczyna się na mnie nieco denerwować, bo chciałby już iść zwiedzać miasto. W sumie to ma rację - można się tym zająć później, szczególnie, że jacht nadal zdolny jest do żeglugi i od braku wody w kambuzie nie zatonie (przynajmniej póki zapałki będziemy odkładać na miejsce).

Ja jednak należę do tych paranoicznych pedantów, co to nie wychodzą w morze przy jakimkolwiek niesprawnym systemie jachtowym. Oczywiście jeżeli nie muszą, bo czytelnicy bloga dobrze wiedzą, że zdarzały mi się już bałtyckie wojaże z awarią zasilania.

Dzwonię na szybko do żony, by poszukała zaginionej pompki w domu i w piwnicy. Po godzinie Eliza oddzwania, że nic podobnego, do tego czegoś na nadesłanym zdjęciu, nie znalazła.

No trudno. Nic już dzisiaj nie zdziałamy w tej sprawie. Idziemy na miasto coś zjeść. Mimo, że jest już sporo po godzinie 2000, to Piotr zlokalizował oddaloną od portu około 1km knajpkę o nazwie Wiigi Kohvik, która jest jeszcze czynna i ma w apce sporo gwiazdek od klientów.

Droga do posiłku prowadzi wzdłuż, porośniętego trawami, brzegu małego jeziorka, oznaczonego na mapie jako Väike viik. Restauracja mieści się tuż nad tym brzegiem, co przy zachodzącym słońcu robi nam klimat. Jak przystało na dobre restauracje, w turystycznych miejscach, porcje obiadowe są małe i drogie, ale bardzo smaczne.

Po obiadokolacji robimy wstępny obchód okolicy. Po więcej szczegółów zamierzamy pojawić się tu jutro - dzisiaj jest już za późno. Wracamy na jacht. 


06.08.2024

Sprawa niedziałającej pompy nie daje mi spokoju. Identyfikuję w internecie to, co potrzebujemy, jako Whale Service Kit MK3.

Jest taki zestaw w stacjonarnym sklepie w Tallinie, ale wysyłka z dostawą, będzie trwać kilka dni. Na to nie mamy czasu, bo nie chcemy się blokować w Haapsalu na dłużej. A poza tym, za kilka dni, mamy w planach być w Tallinie osobiście.

Jeżeli nie da się wymienić, to może da się naprawić. Zaczynam rozmyślać nad sposobem zaklejenia dziury w membranie. Moje AKM-owskie zaplecze techniczne, w konsultacji telefonicznej z pokładu s/y Mirabelle, doradza jakiś odpowiednio dobrany sikaflex. Ruszam w miasto.

Jak na złość, nie ma tu żadnego marketu budowlanego. W sklepie rowerowym, gdzie pokazuję sponiewierany kawałek gumy, proponują łatki samoprzylepne do łatania dętek. Jakoś nie widzę, aby taka łatka pracowała na zginanie w takim zakresie jak pracuje membrana pompy. Z katalogu Würth'a dobierają mi jeszcze jakiś klej i oferują darmowy kawałek starej dętki jako łatę. Cena kleju i niepewność proponowanego rozwiązania zniechęca mnie do zakupu.

Wracam do mariny. W tym całym zamieszaniu zapomniałem o najważniejszej sprawie w żeglarstwie - można nie mieć części zamiennych, czasu, pomysłu czy umiejętności, ale jedno jest obowiązkowe - trzeba mieć w życiu szczęście.

Te nieco naiwne przekonanie sprawdza się jednak, zaraz po moim powrocie do mariny. Przy głównym pomoście stoi wypasiona kabinowa motorówka, a na niej kręcą się jacyś dwaj goście. Widzę, że coś remontują i po zestawie narzędzi wnoszę, że trafiłem na branżowych profesjonalistów. Postanawiam zagadać i zapytać, czy przypadkiem nie mają jakiegoś rozwiązania naszego problemu.

Okazuje się, że to Polacy, którzy przylecieli właśnie do klienta na serwis łódki. Niestety, na widok sparciałej membrany, bezradnie rozkładają ręce. Dostrzegam jednak kątem oka, że pracują akurat z jakimś uszczelniaczem Würth'a. Namawiam jednego z nich do próby reanimacji mojej membrany. Nawet jak klej nie pomoże, to raczej nie zaszkodzi.

Zgadza się niechętnie, kręcąc przy tym głową, że nic z tego raczej nie będzie. Ale bierze ode mnie membranę, szorstkuje miejsce wokół pęknięcia papierem ściernym i aplikuje uszczelniacz, wypełniając dziurę i rozprowadzając nadwyżkę równomiernie po powierzchni. Widać, że ma wprawę - trwa to wszystko dosłownie niecałą minutę. 

Membranę zostawiam do wyschnięcia na jachcie pod szprycbudą, a my ruszamy z Piotrem w miasto. Po drodze, zostawiam jeszcze fachowcom z Polski po puszce schłodzonej Łomży - w ramach wdzięczności.

Zanim skierujemy się do centrum, zwiedzamy najpierw końcówkę cypla, przy którym jest nasza marina. Niektóre miejsca okres swojej industrialnej świetności mają już za sobą, ale jak najbardziej nadają się do zwiedzania.

A niektóre oferują nawet coś do zjedzenia. Tuż obok mariny, znajdujemy oblepione dojrzałymi i soczystymi jabłkami drzewa. Czerpiemy z nich pełnymi siatkami.

Zanosimy zdobyczne owoce na jacht i ruszamy ponownie w miasto. Tym razem odwiedzamy drugą odnogę cypla, gdzie na starym nabrzeżu portowym znajdujemy stanowisko do obserwowania ptaków, a także zabytkową wieżę ciśnień. Niestety, z platformy niewiele bez lornetki widać.  A wieża ciśnień wcale nam ciśnienia nie podnosi - mimo, że zamknięta.

Zdaje się, że zdążyliśmy ze zwiedzaniem tego zakątka w ostatniej chwili. Sądząc po zamieszczonych tablicach informacyjnych, planowana jest w tym miejscu budowa ekskluzywnego osiedla mieszkaniowego. Należy się więc spodziewać, że wkrótce wstęp bez krawata będzie tu zabroniony.

W końcu kierujemy się do centrum. 

Po drodze mijamy ławki. Niskobudżetowe jakieś i mało patriotyczne - nie to co u nas.

Spotkany kilkadziesiąt metrów dalej znak, wszystko tłumaczy.

Idziemy dzisiaj drugim brzegiem jeziora, które z odpowiedniej perspektywy wygląda na zupełnie dzikie.

Ale co tam jezioro - główną atrakcją w centrum miasta jest zamek. A ja właśnie takie rzeczy uwielbiam zwiedzać najbardziej.

Tym bardziej, że to nie byle jaki zamek, bez żywego ducha. W poświacie sierpniowej pełni księżyca pojawia się tu tajemnicza biała dama - duch kobiety zamurowanej kiedyś żywcem w murach zamku.


Mimo poważnych zniszczeń, jakie kompleks zamkowo-katedralny doświadczył, najpierw ze strony okupujących go Szwedów, a potem Rosjan, nadal pozostało tu sporo do zwiedzania. Przejście wszystkich dostępnych dla turystów pomieszczeń i ogarnięcie ekspozycji ze zrozumieniem, zajmuje sporo czasu.

Duże zainteresowanie turystów skupiają zegary, o mocno niestandardowych układach napędowych. Mnie natomiast fascynuje jak wiele mamy dzisiaj wspólnego z naszymi przodkami sprzed wieków, jeżeli chodzi o styl życia.

Niesamowite, że już w średniowieczu korzystano w pracy z systemu trzech ekranów.

Korzystano z energooszczędnych świeczników.

A także używano kasków w indywidualnej komunikacji miejskiej.

Mnie jako armatora, o prawie dwumetrowym wzroście, najbardziej imponuje wysokość stania w tutejszej świątyni.

Znalazłem też pewne cechy wspólne łączące religię z żeglarstwem. Obie pasje wymagają sporych nakładów finansowych, aby utrzymać się na powierzchni. I chociaż nadal ceni się tradycję, łatwość wydawania naszych ciężko zarobionych pieniędzy podąża bezrefleksyjnie za postępem technicznym.

Po zwiedzeniu zamku robimy sobie przerwę kawową w tutejszej kawiarni i potem wracamy na jacht.

Upalny dzień zagania nas na tutejsze kąpielisko, gdzie spędzamy ponad pół godziny.

Popołudniu ruszamy ponownie w miasto - tym razem na rowerach.

Naszym celem jest zabytkowy, drewniany dworzec z 1905 roku. 

Oprócz tego, że ma już prawie 120 lat, to posiada prawdopodobnie najdłuższy zadaszony peron w Europie. I podobno używany był jeszcze do 2004 roku.

Dworzec jest jednocześnie muzeum kolejnictwa i zawiera kilka dostępnych publicznie i nieźle już pordzewiałych lokomotyw oraz wagonów kolejowych.

Niedaleko od najdłuższego peronu w Europie, znajdujemy najdziwniejszy budynek Świata - przynajmniej ja nie widziałem czegoś podobnego nigdy wcześniej.

W ogóle, w tym mieście lepiej mieć cały czas aparat przygotowany do zdjęcia.

Wracamy wschodnim wybrzeżem, które można w całości obejrzeć z tutejszej wieży widokowej.

Oprócz tego, są tu jeszcze takie stojące na palach perełki, które nadają miejscowości iście wypoczynkowo-uzdrowiskowy charakter.

Wracając do mariny od południowej strony, zauważamy, że sąsiedzi z jachtklubu mają trochę lepszy standard. 

Aby zaznać choć odrobinę luksusu, wieczorem na jachcie robimy sobie grilla. W marinie jest duży  zlewozmywak gospodarczy, więc nie będzie problemów z umyciem sprzętu po imprezie.


Ponieważ jutro ruszamy dalej, czas też wrócić do sprawy zepsutej pompy.

Uszczelniacz już wysechł i wydaje się dobrze przylegać do gumowej powierzchni, przy czym jest bardzo elastyczny. Sprawia wrażenie jakby zwulkanizował się z gumową membraną. Jestem mile zaskoczony skutecznością okazyjnej naprawy. Postanawiam dać mu szansę sprawdzić się w boju i montuję  z powrotem do pompy.

Pozostaje mi tylko jedna mała łamigłówka - jak złożyć pompę, nie pamiętając już kolejności rozkładania. Po kilku minutach skupienia i analizy mechanizmu działania, udaje się jednak za pierwszym podejściem. Pompa znowu zasysa wodę ze zbiornika i równie sprawnie tłoczy ją do wylewki. Zobaczymy jak długo pociągnie. Aby chociaż starczyło do Tallina. 



07.08.2024

Opuszczamy Haapsalu o godzinie 0630. Płyniemy dzisiaj w kierunku Tallina - na silniku.

Niestety, wiatru znowu nie ma. A jak już się pojawia, to wieje prosto w dziób.

Od godziny 1000 wieje cały czas, dokładnie w przeciwną stronę do naszego kursu. Irytuje mnie to - w żadnym sezonie nie przepłynąłem chyba tylu mil na silniku, co teraz.

Aby poprawić nastroje postanawiamy poszarpać trochę struny.

Kiedy Piotr zapodaje kolejnego bluesa, ja bawię się chartplotterem i przeglądam lokalne ostrzeżenia jakie pokazują się na mapie. Wygląda na to, że będziemy przepływać przez dawną zaminowaną strefę, w której nadal istnieje niebezpieczeństwo zahaczenia kotwicą, o jakąś zabłąkaną minę. Nie mieliśmy zamiaru rzucać kotwicy, a teraz nawet nie będziemy tego rozważać. 

Podróż dzisiaj mija wyjątkowo szybko, pomimo uciążliwego dźwięku pracującego diesla. O godzinie 1630 jesteśmy już w stanie, na cyfrowym powiększeniu, dostrzec budynki Tallina.

My jednak postanawiamy skręcić w drugim kierunku, na północ i zacumować  w marinie Naissare, na wyspie o tej samej nazwie. Miejsce to polecali nam nasi znajomi z s/y Golden Amber.

O godzinie 1740 przygotowujemy cumy i odbijacze.

A o godzinie 1800 stoimy już na cumach w spokojnym basenie mariny.

W budynku bosmanatu, przyjmuje nas młoda dziewczyna, która przy pierwszej do tego okazji, niesamowicie narzeka na drożyznę panującą w Estonii. Domyślamy się więc, że stanowisko bosmana nie jest tutaj odpowiednio wynagradzane.

Za marinę płacimy, w przeliczeniu, około 120pln. Faktycznie jest drożej niż na Helu, ale za to w cenie jest prąd, woda i sanitariaty. Nie wiem czy jest tu pralnia, ale w poprzednich marinach również była w cenę wliczona. Powiedziałbym więc, że tanio tutaj może i nie jest, ale dużo drożej od polskich portów też nie.

Tym razem nie zauważamy polskiej flagi na maszcie. Ale i tak, z jakiegoś powodu, nie wodzimy wzrokiem po szczytach masztów.

Ponieważ mamy za sobą kilka godzin przejechanych w upale na silniku, a nadal jest gorąco, idziemy na tutejszą plażę się ochłodzić. Woda czysta i nawet ciepła. I raczej nie od sików z mariny, bo za daleko. Mam tez nadzieję, że nic im promieniotwórczego się tutaj kiedyś nie ulotniło - zobaczymy wieczorem, czy nie będziemy świecić w ciemnościach.

Nie zapominamy też uczcić toastem kolejnego szczęśliwego powrotu z morza. Ostało się jeszcze trochę rodzimego 0.33l.

Mimo późnej już pory, decydujemy się na wycieczkę na południe wyspy. To tylko jakieś dwa kilometry w jedną stronę.

Znajdujące się nieopodal mariny ciężarówki oraz wąskotorowa kolejka, są akurat niedostępne, więc sięgamy do bakist po rowery.

Nie udaje nam się przejechać stu metrów, jak trafiamy na pierwszą dziwną rzecz. Na wyspie była kiedyś sowiecka baza wojskowa i fabryka min morskich. Nie ukrywamy, że spodziewaliśmy się zastać tu jakieś resztki, nie wywiezione jeszcze na złom. Ale ilość "bombek" i forma ich ekspozycji jednak nas trochę zaskakuje.

Zgodnie z planem, kierujemy się na południe. Szybko orientujemy się, że tym razem trafiliśmy na wyspę bez dróg asfaltowych. Po ubitym piachu, jedzie się jednak w miarę dobrze.


Trasa na południe prowadzi równolegle do torów kolejki wąskotorowej, które w pewnym momencie przecinają naszą drogę.

Po kolejnych kilkunastu minutach dojeżdżamy do jakiejś ludzkiej osady. Choć bardziej wygląda to na jakąś dziuplę. W lesie stoi bowiem kilkanaście samochodów i żaden z nich nie wygląda na kompletny. Zero ludzi - oprócz jakiegoś gościa w nieco zniszczonym i brudnym ubraniu, którego zauważyliśmy właśnie teraz, gdy włączył szlifierkę kątową i tnie jakiś metal. Wita nas więc dźwięk szlifierki i widok iskier. Zdjęcia nie oddają tego klimatu, ale w lesie o tej porze robi się już szaro i ogólnie wszystko w około wygląda trochę creepy. Żaden koleś z piłą mechaniczną jednak na razie nas nie goni.

No nic - idziemy dalej i zobaczymy co będzie. Póki co, mam wrażenie, że grają z nami w jakieś kalambury... "Sosnowa droga"?

Szybko orientujemy się, że po gościu ze szlifierką, drugą linię obrony stanowią tutaj krasnale, niedźwiedzie i patrolujące teren atakujące kurczaki.

Poza tym wioska wygląda prawie normalnie...

Auto na podjeździe i kilka baniek na mleko - zwykły, współczesny dom rodzinny, na wsi.

I tylko place zabaw dla dzieci jakieś dziwne.

Ale jest za to w miarę normalny przystanek autobusowy.

I jeszcze jakiś większy kamień - być może do prognozowania pogody. Piotr używa go akurat do zrobienia pamiątkowego zdjęcia.

Najlepsze znajdujemy jednak między przystankiem a kamieniem. To Räim Ruudus - wyjątkowy w swojej formie bar, z bardzo bogatą, jak na tak odludne miejsce, ofertą drinków. Zamawiamy sobie po schłodzonym ginie z tonikiem i zarządzamy odpoczynek na sofie pod sosną. Jestem z siebie dumny, bo chyba właśnie uprawiamy bushcraft, o którym opowiadał mi kiedyś kolega z pracy.

Od obsługi baru dowiadujemy się, że jeden z domów to właściwie muzeum jest i że godziny otwarcia nie obowiązują, bo otwierane jest praktycznie na żądanie, o każdej porze.

Takiej okazji nie możemy przepuścić.

W dość ciasnych i przesiąkniętych zapachem starości pomieszczeniach zmieszczono solidny kawałek historii tej wyspy. A to co się nie zmieściło, można obejrzeć na wizualizacjach video. Trochę zajmuje nam uruchomienie odtwarzania, bo w muzeum jesteśmy sami i nie ma się kogo zapytać o obsługę pilota.

Piotr, jak przystało na ciekawego świata człowieka, z pochodzeniem inteligenckim, od razu bierze się za studiowanie tablic informacyjnych i ekspozycji zapalników minowych.

A ja - na budowie wychowany wykształciuch z odzysku - preferuję, w tym czasie, mniej intelektualnie męczące wyzwania.

W jednym się z Piotrem zgadzamy - mieszkać tu zimą, w czasach CCCP, musiało być przejebane gorzej niż w ruskim czołgu.

I jeszcze jedno, co razem zauważyliśmy - ten z grzywką, to chyba nie rusek - zbyt pomarańczowy jakiś. No i dałbym głowę, że gdzieś już ten fryc widziałem.

Po zwiedzeniu muzeum, wracamy nieco okrężną drogą do mariny. Wygląda na to, że cała wyspa usiana jest różnymi wrakami z minionej epoki.


08.08.2024

Dzisiaj, w planach mamy znalezienie budynków (albo tego co z nich zostało) fabryki min morskich, zlokalizowanej podobno gdzieś w środku zalesionej wyspy. 

Ale najpierw, aby nikt nie zarzucił mi, że w blogu żeglarskim relacjonuję tylko i wyłącznie poszukiwania złomu w lesie, robię kilka przebitek z mariny.

Zżera nas jednak cały czas ciekawość tego, co znajdziemy wewnątrz wyspy. Ruszamy zaraz po śniadaniu o godzinie 1000. Ponownie zdaję się na plan i nawigację Piotra. Aby nie dawać mu jednak poczucia wyższości w tych sprawach, tłumaczę się ograniczonym limitem pakietu internetowego w telefonie.

Nie od razu trafiamy do celu. Kluczymy trochę po lesie. Ale atrakcji tu nie brakuje. Na każdym kroku, las skrywa coś z przeszłości.

W pewnym momencie znajdujemy budynek, którego nie ma na mapie. Wygląda z zewnątrz tak, jak inne ruiny. Naszą uwagę przyciąga jednak prowizoryczny stolik z ciosanymi "taboretami" przed wejściem. Kiedy zaglądamy przez okno, opadają nam szczęki. Nie mamy pojęcia jaką funkcję pełni to miejsce i do kogo należy, ale ktoś się tu nieźle urządził

Nie ma nawet kogo o to zapytać. W ogóle mamy wrażenie, że jesteśmy na wyspie sami, bo od rana nie spotkaliśmy żywego człowieka. Martwego z resztą i na szczęście też nie. Jedziemy dalej.

W końcu napotykamy stare, niszczejące ogrodzenie z drutu kolczastego. To chyba znak, że znajdujemy  się już blisko celu poszukiwań.

Kilkanaście minut później jesteśmy na miejscu!

Niewiele z wyposażenia fabryki min zostało, a sam budynek jest w totalnej ruinie. Trochę żałujemy, ale z drugiej strony, taki realistyczny, surowy stan wzmacnia niesamowicie wrażenie obcowania z czymś autentycznym. Żaden konserwator zabytków, czy muzealnik nie miał okazji zakłamania obrazu tego, co tu zostało. Niestety, wymaga to od zwiedzających własnej interpretacji odnośnie funkcjonalności pomieszczenia. My domyślamy się jedynie, po wyposażeniu (suwnica i basen), że w pomieszczeniu mogły być wykonywane jakieś testy szczelności lub przeprowadzane próby wypornościowe.

Po spenetrowaniu wnętrza budynku, rozglądamy się trochę na zewnątrz. Znajdujemy kilka rzeczy, z których nie wszystkie jesteśmy w stanie powiązać bezpośrednio z produkcją min.

Ruszamy dalej. Kiedy po raz kolejny nasza droga przecina tory kolejowe, wpadamy na pomysł, żeby zobaczyć gdzie nas doprowadzą. Źle się jednak jeździ po kolejowych podkładach rowerami, więc w pewnym momencie zostawiamy je w środku lasu i dalej idziemy na piechotę.

Przeczucie nas nie zawiodło. Sieć torów prowadzi nas do różnych betonowych ramp, przy których prawdopodobnie odbywał się wyładunek i załadunek podzespołów do produkcji min.

Przy niektórych rampach znajdujemy budynki - chyba magazynowe. Większość jest w takim stanie, że wolimy do nich nie wchodzić.

Ale nasza wytrwałość wynagradza nam kilkoma innymi, których zawalenie wydaje się mniej prawdopodobne. W niektórych znajdujemy nawet różne artefakty, których przeznaczenia tym razem wolimy sobie jednak nie wizualizować.

W końcu uznajemy, że badań archeologicznych nad procesem produkcji min morskich mamy dość. Nie samą pracą człowiek żyje - jedziemy na północ zobaczyć oficerskie kasyno.

Zajmuje nam to prawie godzinę, choć pokonujemy jedynie trasę długości czterech kilometrów. Niestety, wybieramy drogę biegnącą środkiem wyspy, która w większej części jest dla naszych rowerów nieprzejezdna. Od piaszczystych odcinków, nie tylko nasze mięśnie, ale i rowery dostają w kość. Zaczynają niezdrowo skrzypieć, a w jednym zaczyna przeskakiwać coś w piaście z przerzutką.

Kasyno okazuje się mniej interesujące niż myśleliśmy. W sumie to zwykły budynek, który aktualnie można sobie tylko dookoła obejść, bez możliwości legalnego wejścia do środka. Szkoda było chyba naszego wysiłku i poświęcenia sprzętu. Ale tak to już jest jak z hazardem - w 99.9% przypadków zawsze się w kasynie traci.

Na pocieszenie, Piotr wynajduje na mapie bunkry, które nie dość, że są tylko kilkaset metrów od naszej aktualnej pozycji, to znajdują się jeszcze nad całkiem ładnym fragmentem morskiego wybrzeża.

Szukając bunkrów, znajdujemy leśny kibelek typu kompostującego. Pierwszy i ostatni raz korzystałem z takiego w Szwecji (chyba w Stenshamn) w 2016 roku, więc teraz nie marnuję drugiej takiej okazji w moim życiu.

Kilkadziesiąt metrów dalej znajdujemy w końcu bunkry.

Są tez grzyby.

Od bunkrów kierujemy się na północ. Jedziemy jakieś półtora kilometra po cholernie piaszczystych i grząskich drogach, gdzie mijające nas ciężarówki z turystami na pace wzbijają dodatkowo w powietrze kurz.

Docieramy w końcu na północny kraniec wyspy, gdzie znajdujemy pierwszą dzisiaj niezrujnowaną betonową konstrukcję. Na dodatek jest dostępna dla turystów.

Po kilku godzinach pedałowania po grząskim piasku, wejście 45 metrów schodami na górę nie stanowi dużej przyjemności. Ale żal jednak być i nie zobaczyć, więc kupujemy bilety.

Aby podnieść morale zwiedzających, przy podestach, między biegami schodowymi, umiejscowiono historyczne zdjęcia. Ale dopiero widok ze szczytu latarni daje nam poczucie usprawiedliwienia dla włożonego wysiłku.

Widok wyspy, w całej swej rozciągłości, finalnie działa jednak na nas negatywnie. Uświadamia nam, że musimy teraz pokonać jeszcze drogę powrotną. Czeka nas sześć kilometrów walki z piaskowym szlakiem.

Dlatego, serca zaczynają bić szybciej, gdy pod latarnię zajeżdża jedna z kursujących po wyspie ciężarówek.

Na pace jest komplet, ale mamy nadzieję, że ugadamy kierowcę i upchnie nas jeszcze gdzieś z rowerami. Padamy na pysk, więc cena nie gra roli. Niestety, kurs jest prywatny, na zamówienie i wcale nie po drodze do naszej mariny.

Odpoczywamy chwilę. Wypijamy po butelce zimnej wody, która na szczęście jest dostępna w sklepiku pod latarnią. Kosztuje tyle co szampan w restauracji, ale nie mamy wyjścia, bo nasze zapasy picia dawno już się wyczerpały. Zaciskamy zęby i ruszamy.

Po drodze znowu spotykamy kilka złomków i zamienioną w kamień zygzakowatą królową. Zauważamy też chyba tego patrolującego koguta, przed którym ostrzegała tabliczka na jednym z domów w "bombowej" wiosce.

Wracam jednak inną drogą, która tylko w małej części jest trudna do przejechania. Uwijamy się na tyle sprawnie, że jesteśmy w marinie jeszcze przed 1600.

Przy nabrzeżu zacumował jakiś pasażerski prom, który smrodzi strasznie spalinami diesla.

To przypomina mi o uzupełnieniu zapasów w naszych zbiornikach. Robię kilka kursów z kanistrem na rowerze pod dystrybutor i w ten sposób mamy bak zrobiony praktycznie do pełna. 

Ponieważ do Tallina jest niedaleko (około 10NM), a bardzo fajnie dzisiaj wieje, spontanicznie decydujemy się na przeskok.

Zbieramy cumy, odpalamy silnik i o 1745 wypływamy z mariny Naissaare.

Od razu za główkami stawiamy oba żagle i bajdewindem, w lekkim przechyle lecimy, po małym skosie, w dół mapy.

Po godzinie wyprzedza nas prom, który grzał silniki w marinie. Kilka minut później musimy uważnie śledzić trasę dużo większego promu, którego wektor niepokoi nas na ploterze już od 25 minut. Wszyscy mijają się jednak bezkolizyjnie i po opłynięciu mielizny cypla Pikakari, zaczynamy kombinować z podejściem do Tallina.

Początkowy plan zakładał, że popłyniemy na noc do mariny w centrum (Old City Marina). Ale oprócz tego, że jest tam nieco dalej, to nie jesteśmy pewni trybu, w jakim otwiera się tamtejsza kładka. W związku z tym wybieramy pewniejszą opcję i decydujemy się skorzystać z gościnności Seaplane Harbour Marina, zwanej chyba przez miejscowych Lennusadam. 

Piotr nie może się już doczekać swojej ponownej wizyty na starówce. Był już tu kiedyś i bardzo miło wspomina. Obiecuje wiele estetycznych uniesień - wszak stare miasto ponoć góruje nad resztą.

O godzinie 1940 mijamy główki portu.

Cumujemy najpierw przy środkowym pomoście B2. Ale później okazuje się, że zajęliśmy miejsce jakiemuś rezydentowi i bosman przestawia nas na ostatni pomost B3. Może być - mamy teraz nawet trochę bliżej do sanitariatów.

Zaraz po załatwieniu formalności idziemy na wieczorny spacer po mieście. Dzwoni też Eliza, że znalazła w domu starą pompę wody. Umawiamy się na wysyłkę na adres mariny w Tallinie.

Idziemy też do "Domu Naleśnika". Tak inaczej nazywa się pub Kompressor, w którym serwuje się naleśniki na wiele sposobów. Smak nie powala, ale szokująca jest dla mnie ilość amatorów na zupełnie zwykłe, prawdę mówiąc, naleśniki. Aby dostać się do stolika musimy odczekać kilkanaście minut w kolejce.


09.08.2024

Ranek wita nas dobrą pogodą. Dzisiaj piątek - być może dlatego jachtów w marinie przybywa. Przy naszym pomoście nie ma już w sumie wolnych miejsc.

Jesteśmy bardzo zadowoleni z wyboru mariny. Pomosty zamykane na zamek z szyfrem, a w kontenerowej zabudowie mamy w zasięgu sanitariaty z sauną i pralnią. Na pięterku, gdzie rezydują w systemie zmianowym bosmani, dostępny jest też taras wypoczynkowy, z którego rozciąga się widok na zatokę i terminal pasażerski.

Pierwsze dzisiaj kroki kierujemy właśnie w te rejony. Za terminalem znajduje się Old City Marina. Cieszymy się, że tam nie stanęliśmy. Z tego co widzimy to kładka otwierana jest na żądanie przepływających jednostek, ale zaraz obok mariny trwa budowa kilku budynków, z której dobiegają głośne odgłosy pracujących maszyn. Chyba byśmy tu nie wypoczęli.

Po wizycie w marinie, kierujemy się do centrum. Trwają akurat Letnie Igrzyska Olimpijskie - w tym roku odbywają się w Paryżu. Oglądanie olimpiad od dziecka mnie nudzi, ale gdzieś trzeba zrobić sobie przerwę kawową, a tu są publicznie dostępne leżaki. Przysiadamy więc na chwilę na "olimpijskim skwerku".


Zaraz potem idziemy, nieco dokładniej niż wczoraj, zwiedzać starówkę. Wchodzimy między innymi na mury obronne. Wszystko robi na nas duże wrażenie. Zabytkowe centrum stolicy Estonii wpisane jest na Listę światowego dziedzictwa UNESCO. Jak tylko się o tym dowiaduję, dopada mnie odruch Pawłowa i od razu przypomina mi się rynek centralny w Rydze.

Na szczęście, w Tallinie jest coś bardzo podobnego. Zaraz przy dworcu znajduje się Balti Jaama Turg.

Ponieważ jest on praktycznie po drodze między starówką a nasza mariną, przez cały nasz pobyt w Tallinie będziemy tu częstymi gośćmi.

I znowu szlak bierze moje wszystkie dietetyczne postanowienia.



10.08.2024

W związku z tym, że czekamy na przesyłkę z pompą, s/y Darwin nadal stoi na cumach w Tallinie, a my włóczymy się po mieście. Co ciekawe nie ma nudy.

Wręcz przeciwnie - dobrze się bawimy. Na dodatek znaleźliśmy strzelnicę, na której spędzamy sporo czasu. Celowanie z łuku do tarczy, tylko na pozór wydaje się łatwe. Daje za to sporo radości i w pewnym stopniu zastępuje siłownię ;)

Dzisiaj postanawiamy też zajrzeć do hangaru, znajdującego się na terenie naszego portu.

Jest tu urządzone muzeum morskie i muszę przyznać, że w życiu nie widziałem czegokolwiek na takim wypasie.

Ilość eksponatów i sposób ich prezentacji przyprawia o zawrót głowy, w której nie wiadomo dlaczego zaczynam nagle słyszeć jedną z piosenek The Beatles.

Sporo tu różnych interaktywnych map i zabawek dla osób w różnym wieku. Do niektórych nie wypada mi się w moim wieku przepychać, ale przyznam, że kusi mnie obwiązanie głowy szmatami.

Hangar, w którym kiedyś stacjonowały hydroplany, jest tak olbrzymi, że oprócz dwóch samolotów, zmieścił też w sobie okręt podwodny. Dzięki temu można rekurencyjnie zwiedzać jedno muzeum, będąc w innym.

W cenę biletu wliczona jest też wizyta na stojącym w basenie mariny lodołamaczu Suur Tõll.

Jeśli ktoś myśli, że takie lodołamacze są nudne, w porównaniu do żaglowców, czy okrętów podwodnych, to myli się, tak jak ja się myliłem.

Spędzamy na tym statku sporo czasu i wiele rzeczy mnie zaskakuje. Niesamowite jest dla mnie, na przykład, że na pokładzie znajduje się warsztat z pełnowymiarowymi maszynami do obróbki skrawaniem. Na osobne "wow" zasługuje maszynownia. Prawie sześć tysięcy koni mechanicznych i system samodzielnego uwalniania się statku z lodu (poprzez wprawienie kadłuba w rozkołys), to coś o czym słyszę po raz pierwszy.

Jedno mi się tylko nie zgadza... A może i więcej nieścisłości odnotowuję. Napisy na budziku w cyrylicy. A Szczecin (miejsce budowy statku w 1914 roku) po niemiecku, no i ten kurczak jakoś dziwnie monochromatyczny.

Tuż przy wyjeździe z terenu portu znajdujemy jeszcze jeden statek, który stoi na uboczu, a wydaje się nie mniej ciekawy od muzealnych eksponatów. Okazuje się, że Estończycy budowali pięciometrowe łodzie ze sklejki już w 1854 roku - na długo, zanim Polacy wpadli w szał przepływania Setkami przez Atlantyk. 


11.08.2024

Aby nieco ograniczyć wydatki, dzisiaj nie jemy na mieście. Ale nie umniejsza to niczemu. Wszystkie produkty kupione na targu są świeże i smakują wybornie. A na dodatek smakowo dopasowane są do naszych polskich gustów podniebienia. W Tallinie odkrywamy też smakowe giny z tonikiem, które tutaj cieszą się niezwykłą popularnością. 

Głównie ze względu na dostępność w niskiej cenie w tutejszych alkoholowych hurtowniach. Połowa miasta chodzi tu ze zgrzewkami tego czegoś pod pachą. 

Dzisiaj udaje się nam w końcu zlokalizować portowe kontenery na śmieci. To czego nie da się ukryć, należy wyeksponować. Z takiego założenia najpewniej wyszedł zarządca mariny, wystawiając śmietniki na środku dużego nabrzeża.

W końcu doczekaliśmy się przesyłki z pompą. Można będzie wymienić uszkodzoną w całości lub w razie potrzeby z dwóch złożyć jedną. Na razie jednak, zaklajstrowana w Haapsalu membrana sprawuje się bez zarzutu, więc nic z tym nie robimy.

Tymczasem wiatr się wzmaga i prognozy wskazują na załamanie pogody. 



12.08.2024

Wieje i pada od rana. Siedzimy na jachcie, ale po południu zaczyna mi się już nudzić. Mimo słabej pogody proponuję wyprawę rowerową na drugą stronę zatoki, do mariny Pirita. Chciałbym rozruszać kości, zwiedzić kolejny port i przy okazji zajrzeć do tamtejszego sklepu żeglarskiego. Ponieważ Piotrowi się nie chce moknąć, ruszam samotnie.

Jedzie się wygodnie, szeroką drogą rowerową wzdłuż wybrzeża, praktycznie przy samym brzegu morza. Deszcz akurat przestaje padać i udaje mi się całą drogę przejechać na sucho. 

Marina Pirita zaskakuje mnie wielkością budynków tutejszego klubu jachtowego. To prawdopodobnie pozostałości po moskiewskiej olimpiadzie z 1980 roku, kiedy Tallin był gospodarzem konkurencji w sportach wodnych.

W marinie znajduję, tuż obok siebie, dwa dość dobrze zaopatrzone sklepy żeglarskie. Kupuję w nich kilka nieistotnych drobiazgów na jacht.

Powrót nie jest już tak przyjemny. Zaczyna padać mocno i żeby nie przemoknąć, prawie pół godziny muszę przeczekać pod wiatą przystanku autobusowego. 

Ale potem przeprawiam się na drugą stronę drogi szybkiego ruchu i trafiam najpierw na cmentarz (na szczęście jeszcze nie jako klient), a potem na coś, co nazwano "kompleksem pomnikowym". Ładnie stąd widać panoramę Tallina.

W czasach ZSRR odbywały się tu oficjalne uroczystości państwowe. Teraz wszystko raczej idzie w ruinę, choć wpisane jest ponoć do rejestru zabytków. Jest tu strzelający w niebo obelisk, "zranione ptaki" i "wieczny ogień". Może i jest coś jeszcze, ale ja lecę dalej, bo znowu zaczyna padać.

Nad Tallinem zbiera się coraz więcej ciemnych chmur.

A mnie, nie wiadomo czemu, nagle przypomina się słoneczny wywczas w Naissaare. Może dlatego, że od jutra zapowiadają poprawę pogody.



13.08.2024

Prognozy zapowiadają silne wiatry zachodnie, przez najbliższe kilka dni. Według pierwotnego planu rejsu mamy jeszcze odwiedzić Helsinki i Turku. I dopiero stamtąd rozpocząć powrót do portu macierzystego. 

Nie wiem czy słusznie, ale obawiam się trochę, że przez pogodę utkniemy w Zatoce Fińskiej na dłużej i nie wyrobię się z powrotem do Gdańska przed końcem urlopu. Zastanawiam się więc, czy nie odpuścić Helsinek i od razu płynąć do Turku. Z Alandów można będzie awaryjnie wracać na południe. Da się teoretycznie płynąć wzdłuż szwedzkiego wybrzeża, nawet przy silniejszych zachodnich wiatrach.

Piotrowi bardzo się ten pomysł nie podoba. Nie był jeszcze w Helsinkach i liczył, że będzie tam właśnie podczas tego rejsu. Silnie lobbuje za wizytą w stolicy Finlandii. I w końcu mnie przekonuje.

Zbieramy cumy na pokład i o godzinie 1030 wychodzimy z mariny Lennusadam.

Od razu po wyjściu z portu stawiamy oba żagle. Niestety wieje tylko 7kn i to z kierunku północnego. Z Zatoki Tallińskiej wychodzimy więc trzema dużymi halsami, wykorzystując całą szerokość akwenu. W ten sposób przecinamy kilka razy rutę podejściową dla dużych statków, ale nie ma innego wyjścia. Na silniku jechać nie chcemy - po pięciu dniach na lądzie chce się popływać. A pogoda nadaje się dzisiaj do tego wyśmienicie - ani śladu po wczorajszych ulewach.

Na wysokości małej wyspy Aegna robimy jeszcze dwa zwroty, aby z należytą dozą bezpieczeństwa ominąć mieliznę, znajdującą się na północ od wyspy.

Na morzu jest dzisiaj tak przyjemnie, że nikt już nie podziwia panoramy Tallina, która powoli znika za rufą.

Nawet Piotr się nie odwraca. Wydaje się być jednak zadowolony - zupełnie jakby właśnie płynął do Helsinek.

Wiatr powoli odkręca na naszą korzyść. O godzinie 1300 mamy już półwiatr z lewej burty. Płynie się na prawdę bardzo dobrze.

Między Tallinem a Helsinkami jest niewiele ponad 80NM. Mniej więcej w połowie tej drogi przekraczamy autostradę dużych statków. Musimy być czujni, ale AIS robi większość roboty za nas.

Po godzinie 1700 płyniemy już praktycznie baksztagiem i robimy nad dnem ponad 6kn. Siła wiatru podchodzi do 20kn.

O 1815 mijamy statek straży przybrzeżnej, ale tym razem nikt nie wysyła na nas riba.

O godzinie 1900 mijamy latarnię Harmaja, co oznacza, że do Helsinek mamy jeszcze tylko kilka mil.

Wpływamy w fińskie szkiery, co od razu daje się poznać po spotykanych jednostkach.

Pół godziny później mijamy prawą burtą wyspę Suomenlinna, na której da się zauważyć jakieś kamienne fortyfikacje. Trzeba sprawdzić potem w internecie co to, bo wygląda ciekawie.

Chwilę później, możemy już wyraźnie odróżnić poszczególne budynki w centrum Helsinek.

Aby wejść do mariny musimy opłynąć wyspę Katajanokka i podejść do niej od północy. Tak właśnie robimy. Mijamy jeszcze tylko lewą burtą kilka statków, z którymi można łatwo przełamywać lody.

A z prawej burty podziwiamy kilka wyższych statków.

I wchodzimy do Marina Bay - oficjalnej miejskiej mariny gościnnej w Helsinkach.

Stajemy na cumach punktualnie o godzinie 2000.

Po załatwieniu formalności w marinie, wychodzimy na miasto. Idziemy zlokalizować dworzec autobusowy. Wiemy, że nie dopłyniemy do Turku, więc Piotr kupił już bilet na autobus i chce zobaczyć, gdzie będzie wsiadać, aby nie szukać stanowiska tuż przed odjazdem.

Potem robimy jeszcze okrążenie po centrum. Moje pierwsze wrażenie z tego spaceru jest słabe - taka sobie betonoza.

Na kolację idziemy na jakiś miejski kebab. Jest już na tyle późno, że nikomu nie chce się odpalać kambuza na jachcie. Knajpa urządzona stylowo, ale żarcie niespecjalne - trudno.


14.08.2024

Piotr dzisiaj po południu wraca już do domu. Ma lot z Turku, więc musi tam jeszcze dojachać autobusem z Helsinek. Dlatego zrywa się skoro świt, by coś jeszcze we własnym guście i we własnym tempie pozwiedzać. Wraca około południa i robimy drugą turę już razem.

Pogoda dzisiaj taka, że nie ma co siedzieć na jachcie. Niedaleko mariny tętni życie. Kompleks rozrywkowo-wypoczynkowy Allas Live oferuje przez cały dzień  restaurację i dwa odkryte baseny, a wieczorem i na potańcówkę, albo koncert można też trafić.

Tuż obok, na przystankach miejskich promów, czy jak kto woli wodnych tramwajów, długie kolejki po bilety. Promy dopływając do takiego przystanku, nie cumują na stałe do nabrzeża. Opierają się tylko dziobem o specjalny zderzak i przy cały czas pracującej w przód śrubie napędowej, czekają na wymianę pasażerów.

Nieco mniej ludzi spotykamy na pobliskim targu. Oprócz świeżych owoców, warzyw i grzybów (tylko kurki) znajdujemy też kilka stoisk z pamiątkami. Jest też i garmaż, ale póki co niczego nie testujemy.

Prawdziwą kulinarną perełkę odkrywamy natomiast jakieś dwa rzuty beretem dalej. 

To Stara Hala Targowa, gdzie serwują wszystko od surowej ryby, przez wędliny z renifera, różne dania obiadowe i przekąski z owocami morza, aż po dziesiątki odmian kawioru i słodkie desery.

Celuję sobie w takie dwie zgrabne kanapeczki z krewetkami. I od razu. po pierwszym kęsie wiem, że jeszcze tu wrócę. Sprzedawca ostrzega, abym nie wychodził na zewnątrz, bo nakarmię tylko czające się na takich frajerów mewy. Traktuję taką poradę poważnie, gdyż kiedyś w Stavanger widziałem już mewy, wyrywające ludziom z rąk różne smakowite przekąski.

Po zaspokojeniu potrzeb pierwszego rzędu, czas spojrzeć na życie mieszkańców z perspektywy rozrywki i wypoczynku. A tutaj ludzie umieją z tego korzystać i mają do tego warunki. Centralna biblioteka publiczna w Helsinkach (Oodi) zachwyca nas nie tylko formą architektoniczną. Oferta tej instytucji wychodzi sporo poza funkcję wypożyczalni książek. Jest to również miejsce spotkań, miejskich warsztatów, czy miejsca do nauki i pracy dla studentów. Zupełnie za darmo, dostępne jest nawet w pełni wyposażone (łącznie z instrumentami) studio muzyczne. 

Może by tak rzucić to całe żeglarstwo i wyjechać do Helsinek? A może u nas w kraju też się już zmieniło i wystarczy wyrobić sobie kartę biblioteczną? To trzeba będzie sprawdzić po powrocie.

Przed biblioteką rozciąga się duży Letni Park Töölönlahti. Olbrzymie połacie kwietnych łąk, ścieżki spacerowe i place zabaw dla dzieci. Jest nawet zbiornik wodny z plażą i wypożyczalnią kajaków.

Przestrzeń miejską tej dzielnicy urozmaicają dodatkowo różne ciekawe formy małej architektury.

Znajdujemy też Sklep Muminków. Te dziwne, hipopotamo-ludzkie stwory, do których nigdy w dzieciństwie nie mogłem się przekonać, są ponoć silnie zakorzenionym symbolem w kulturze fińskiej. 

Kiedy Piotr, wśród wielu stoisk z muminko-pamiątkami, wybiera coś na upominek dla swojej żony, ja zauważam jakieś inne zielone dziwolągi, na przylegającym do sklepu skwerze.

I na tym kończymy wspólne zwiedzanie. Odprowadzam jeszcze Piotra na dworzec i tam się rozstajemy.

Jak zwykle w takich chwilach , jest mi trochę smutno. Mam jednak wrażenie, że zaliczyliśmy kolejny udany dzień. Musi nad nami koniecznie jakiś bóg czuwać...

A ja chyba nawet wiem który ;)




Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.