O rejsie do Zatoki Ryskiej myślałem już przeszło od dwóch sezonów. I wcale nie było mi z tym pomysłem łatwo tak długo wytrzymać...
"A po co tam pływać?", "Tam nic ciekawego nie ma.", "Ryska jest płytka - źle się tam nawiguje...", "Tam jest drogo..." - słyszałem od tych, którym zdradziłem swoje wstępne plany.
Jest piątkowe popołudnie. W tym tygodniu zrobiłem kilka nadgodzin i dzięki temu mogłem nieco wcześniej urwać się dzisiaj z pracy.
Już od dwóch dni zwożę na jacht wałówkę. Tym razem mam sporo gotowców obiadowych - rejsy do Skandynawii nauczyły mnie, że często nie ma czasu albo ochoty na gotowanie, restauracje drogie, a sklepy nie oferują nic, albo bardzo niewiele, w tym obszarze produktów. Mam więc kilka standardowych słoików i puszek, ale również dania obiadowe Express Menu, które kupiłem po raz pierwszy - na próbę. Spakowałem też kilka słoików orientalnego kurczaka i golonek indyczych w sosie miodowym - wyroby domowe mojej mamy. Jest też cała siatka swojskich jabłek z ogrodu, od mojej szwagierki Marty, które smakują tak, jak dawniej jabłka smakowały. Gdybym na morzu zabłądził na dłużej, albo okazało się, że ląd na wschodzie jest dużo dalej niż na mapach, jestem na to przygotowany ;)
Nie byłbym też sobą, gdybym sezonu nie rozpoczął od jakiejś nie do końca przemyślanej zmiany w wyposażeniu jachtu. Tym razem postanowiłem pozbyć się pontonu z silnikiem, którego woziłem od dwóch sezonów i nie użyłem na rejsie ani razu. Miejsce benzynowego śmierdziela i dmuchanego gumiaka zajął inny dmuchak - smukły i wiosłowy. Postanowiłem spróbować szczęścia z jednoosobowym kajakiem pneumatycznym, który kupiłem okazyjnie jako powystawowy. Póki co, podoba mi się jego kompaktowa forma po złożeniu, która zamienia pompowany statek w 17-kilogramowy plecak - potencjalnie możliwy do przenoszenia wygodnego na krótsze dystanse. Nie miałem jednak jeszcze czasu przeprowadzić prób na wodzie - trzeba będzie zrobić to podczas rejsu.
Wyruszam po godzinie 2100. Trochę późno i już po zachodzie słońca. Ale nie robię tego wbrew żeglarskim zabobonom, tylko po to, aby nie zostawać na noc w klubie. Doświadczenie z poprzedniego sezonu nauczyło mnie, że piątkowa noc w AKM przedłuża się niepostrzeżenie do niedzielnego popołudnia.
Jestem zbyt zmęczony, aby wyjść teraz na dwa dni w morze, ale postanawiam przeskoczyć na Hel i tam spokojnie się wyspać.
Noc jest spokojna i pogodna. Księżyc oświetla kilwater, a nastrój spokoju i relaksu ogarnia mój umysł. Jadę całkiem szybko, po płaskiej wodzie i idealnym kursem na północ. Świetny początek rejsu!
Do Helu wchodzę kilka minut po północy. Ponieważ wszystkie igreki są zajęte, staję burtą do pirsu wewnętrznego, w południowej części mariny. W porcie praktycznie nie czuć wiatru, więc cumowanie idzie łatwo. Coś tam wrzucam w siebie na szybko, na kolację i kładę się spać...
Ale chcąc zaznać spokojnej nocy, zapomniałem o jednym małym szczególe. O tym, że polskie mariny odwiedzają głównie nasi rodzimi żeglarze, którzy noc w porcie niekoniecznie traktują jako czas wypoczynku.
Na jachcie zacumowanym tuż za rufą Darwina przez całą noc trwa szantowa balanga. I o ile dosyć dobrze znoszę gitarowe dźwięki i mógłbym jakoś się nawet przy nich wyspać, o tyle bardzo ciężko jest mi zasnąć skutecznie przy pijackim darciu mordy, jakie tej nocy w marnie zastępowało szum morza.
20.07.2024
Rano odkrywam, że autorem nocnych występów był nasz klubowy szantymen Michał, którego całą noc, niestrudzenie próbował przekrzyczeć jeden z mniej utalentowanych muzycznie, ale bardzo ambitny, załogant s/y Gdańsk (ten jacht to chyba jedna z tych wojskowych Delphi, rezydujących na co dzień w gdyńskiej marinie).
Ponieważ spałem niewiele, a mam przed sobą kilkadziesiąt godzin do spędzenia na jachcie, postanawiam rozprostować kości i zrobić sobie relaksujący spacer po okolicy. Póki co i tak nic nie wieje na naszym morzu.
Po powrocie sprawdzam najnowsze prognozy - wiatry zapowiadają bardzo słabe lub nawet żadne. Robię sobie popołudniową drzemkę, aby jakoś odespać nocne zaległości. Udaje mi się nawet pospać godzinę lub dwie.
Nie chcę jednak całego urlopu spędzać na Helu. Zgarniam w końcu cumy na pokład i ruszam w morze. Jest godzina 1830.
Opływam półwysep, gdy słońce zachodzi już za korbę kabestanu.
Wieje słabiutko z kierunku NW. Stawiam grota. Po kilku minutach odstawiam silnik i rozwijam genuę.
Jakieś dwie godziny płynie się całkiem dobrze, ale później jest tylko gorzej.
Wieje w dziób i na dodatek tyle co nic. Jadę na silniku. Jedyny powiew jaki teraz odczuwam wywołuje ruch jachtu. Nudzę się trochę, więc sięgam po banderki.
Pod lewy saling, oprócz ichtiostegi, wędruje również "japończyk". Oznaczam tak swój jacht do samodzielnej żeglugi po raz pierwszy. Wcześniej nie miałem pojęcia o takiej praktyce.
Morze robi się coraz bardziej płaskie. Słońce zachodzi i widzę ostatni tego dnia statek.
Wokół jachtu robi się zupełnie pusto. Na AISie też nic nie widać. Ustawiam alarm zbliżeniowy CPA na 2NM i TCPA na 6min. Zaraz potem łamię przepisy COLREG i robię sobie przerwę w obserwacji otaczającego jednostkę akwenu. Nastawiam minutnik na 20 minut i udaję się w koję na drzemkę.
Mam jeszcze kilka takich przerw, między którymi wychodzę na pokład i sprawdzam czy coś niezidentyfikowanego się do mnie nie zbliża.
Prawdopodobieństwo spotkania statku niewyposażonego w AIS, na środku Bałtyku, jest w dzisiejszych czasach bardzo niskie. Znam osobiście kilku żeglarzy, którzy pływając samotnie, spokojnie przesypiają po kilka godzin w takich rejsach. Ja, z moimi próbami przejścia na kilkudziesięciominutowy sen polifazowy, wyglądam przy nich jakbym miał jakąś formę nadpobudliwości psychoruchowej.
O godzinie 0200 mijam platformę wysysającą ropę ze złoża B8. Ponieważ jestem daleko i nie mam teleobiektywu, próbuję przystawić lornetkę do aparatu w smartfonie. Pomysł podsunął mi kolega Robert, któremu w ten sposób udało się zrobić bardzo fajne zdjęcie, na jakiś konkurs fotograficzny. Mnie nie wychodzi to aż tak dobrze.
21.07.2024
Jedną z zalet pływania po morzu latem jest krótka noc. Przy bezchmurnym niebie, mrok praktycznie nie występuje. Słońce chowa się w morzu, ale jego pozycję stale zdradza przesuwająca się łuna, obecna nad horyzontem przez całą noc.
Po godzinie 0300 jest już praktycznie widno.
Z początkowych, zalecanych przez teoretyczne wzory na prędkość liniową, dwudziestu minut, robi się 25, potem 30...
W końcu nastawiam 45min i po sprawdzeniu wciąż pustego horyzontu, kładę się w koję.
Gdy budzi mnie dzwonek minutnika i wychodzę do kokpitu, nie wierzę własnym oczom...
W odległości zaledwie kilkudziesięciu metrów przepływa właśnie, przeciwnym kursem, jacht żaglowy z banderą szwedzką. Oboje jedziemy na silniku i oboje nie mamy wystawionej wachty w kokpicie. Zerkam na ekran plotera - tego jachtu tam nie ma (stąd brak alarmu zbliżeniowego). Ciekawe czy chociaż ma pasywny AIS i mnie obserwował? Po odległości w jakiej się minęliśmy i pustki w kokpicie wnioskuję, że nie.
Takich szaleńców, to się na środku Bałtyku nie spodziewałem. Jestem tak zaskoczony, że nie tylko nie chce mi się już spać, ale też spóźniam się ze zrobieniem pamiątkowego zdjęcia.
A może skipper zaniemógł i potrzebuje pomocy? Tylko co ja mogę?
Wywołuję w języku angielskim na VHF 16 "szwedzki jacht o białym kadłubie i pustym kokpicie, jadący na silniku, tu jacht żaglowy Darwin". Obserwuję przez lornetkę i czekam na odzew... Cisza...Wołam drugi raz... Nadal nikt nie odpowiada, ale ktoś w końcu pojawia się w kokpicie. Czyli wszystko z nim OK. Muszę trochę wyluzować - chyba za dużo kina katastroficznego się w życiu naoglądałem.
Po tym zdarzeniu minutnik znowu ustawiam na 20 minut i zaklinam się już tego nigdy nie zmieniać.
Tymczasem, nadal ciągnę do przodu wyłącznie spalając olej napędowy. Dźwięk pracującego silnika, przy podejściach do portów jest prawie niesłyszalny. Teraz, po kilkunastu godzinach, robi się coraz bardziej upierdliwy.
O godzinie 0700 jestem 10NM przed punktem trasy wyznaczającym zmianę kursu z N na NE. Nadkładam sporo drogi płynąc z Helu do Lipawy (Liepāji), ponieważ nie tylko omijam wody terytorialne Rosji, ale całą rosyjską EEZ.
Jestem być może w tej kwestii nadgorliwy, ale ponieważ jadę sam, wolę nie ryzykować. Ostatnio nasze narody słabo ze sobą sympatyzują, a z rosyjskich stron zniknęły niedawno informacje na temat trwających, czy planowanych ćwiczeń wojskowych, w tych rejonach. A ponieważ ich "Firing Danger Area" ciągną się praktycznie przez całą rosyjską strefę EEZ, trudno jest przewidzieć, czy wpływa się na wody międzynarodowe, czy na poligon, na którym akurat odbywają się ćwiczenia. Postanowiłem więc nie dawać kacapom pretekstu do zaczepki - a tym bardziej do aresztowania jachtu, czy zestrzelenia "przez pomyłkę". Za dużo dobrego jedzenia wiozę, aby umierać przed konsumpcją.
O godzinie 0720 wpływam w jakieś gnijące pod powierzchnią badziewie.
Fermentujące zielsko zdaje się odbijać w błękicie nieba, jak w lustrze.
O godzinie 0830 wpływam na wody terytorialne Łotwy. Odpowiednia banderka wędruje pod saling.
Z tej okazji ogrzewam sobie na obiad indycze golonki na miodzie.
Pojawiające się na widnokręgu statki świadczą o tym, że powoli zbliżam się do cywilizacji. Zaczyna też co nieco przywiewać z NNE. Nadal słabo (5-6kn), ale w bajdewindzie Darwin daje już radę płynąć tylko na żaglach.
Jakże zupełnie inne, przyjemne uczucia towarzyszą wtedy wylegiwaniu się w koi. Łeb mi już pękał od miarowego turkotu diesla.
Kiedy zaczyna się rozwiewać (ok. 10kn) i odkręcać do połówki, mam już tylko 5NM do Lipawy. Po upływnie niecałej godziny, rozpoczynam podejście do portu - muszę zrzucić żagle i znowu włączyć znienawidzony silnik.
Jest już zupełnie ciemno, kiedy zbliżam się do pławy bezpiecznej wody, oznaczającej początek toru podejściowego do portu. W tym samym momencie wywołuje mnie kapitanat i strofuje, abym usunął się z toru. Pewnie dlatego, że za mną szybko zbliża się duży prom pasażerski Stena Line. Po takim opierdolu sprawdziłem, czy nie pomyliłem trasy i nie podchodzę przypadkiem do portu w Gdańsku.
Stena Line przechodzi koło mnie i wchodzi do portu, a ja wywołuję kapitanat z prośbą o udzielenie pozwolenia na wejście do portu i przepłynięcie do mariny. Nie doczytałem w sumie, czy konieczne jest zgłaszanie się na VHF w tym porcie, ale stwierdzam, że nie zaszkodzi.
Za główkami trzymam się południowej strony awanportu i po przepłynięciu 2NM kanałem portowym, cumuję w marinie, pod hotelem Promenade.
Miejsce to jest mi już znane z mojego pierwszego rejsu morskiego w 2014 roku, choć tym razem jest tu już nowy budynek bosmanatu (wcześniej formalności załatwiało się w recepcji hotelu) i wystawione są pomosty z y-bomami.
W bosmanacie zastaję jedynie pracownika ochrony. Bosman o tej porze już nie urzęduje. Udaje mi się jednak zdobyć kartę magnetyczną, umożliwiającą dostęp do sanitariatów. Prysznic to coś, czego oprócz snu, mam również deficyt.
Budzę się w okolicach południa, ale w końcu wyspany i bez bólu głowy. Opłacam postój i po śniadaniu mam zamiar ruszyć w miasto. Jednak coś mnie nęci, aby wpierw zajrzeć do silnika - w końcu dopiero co przepracował, jednym ciągiem, prawie 30 godzin.
Od razu zaniepokojony jestem widokiem odstojnika paliwa. Przed rejsem zwracał mi na niego uwagę kolega Robert, ale jego sugestie odnośnie wody w paliwie zrzuciłem na złudzenie optyczne, spowodowane różną grubością szkła w ściance odstojnika. Byłoby dużym zbiegiem okoliczności, gdyby woda w odstojniku sięgała dokładnie do szklanego karbu.
Aktualnie już wiem, że jednak sięgała. Można było to teraz zauważyć o wiele lepiej, bo na powierzchni styku paliwa i ropy zalęgły się najprawdopodobniej bakterie. Przerabiałem już kiedyś ten problem w Albin Vedze, więc rozpoznam te paskudne gluty od pierwszego spojrzenia.
Zamiast zwiedzać miasto, resztę całkiem pogodnego dnia spędzam w jachtowej piwnicy. Czyszczę odstojnik, wymieniam filtr przelotowy nad odstojnikiem i mam tylko nadzieję, że linia paliwowa i zbiornik są wolne od biologicznych kultur.
Dla wszelkiej pewności wymieniam jeszcze filtr paliwa na silniku. Zalewam go czystą ropą z kanistra, przykręcam i odpowietrzam. W chwili, gdy chcę całkowicie dokręcić śrubę odpowietrzającą na filtrze czuję, że tracę opór mimo, że nie używam dużej siły. Nasz klubowy mechanik - Rysiu, już dużo wcześniej zauważył, że "coś tu nie tak z tym gwintem". Ale jakoś śruba trzymała, więc nie ruszałem, aż o niej zapomniałem. Teraz jednak nie jestem w stanie jej dokręcić, tak aby była szczelna.
Przez bosmana próbuję zdobyć jakiś kontakt na tutejszego mechanika od silników, ale jest już za późno i wszystko pozamykane. Nie wiem w sumie co mógłby ktoś, z takim problemem zrobić, ale z mojego punktu widzenia człowieka, który większość życia spędził za klawiaturą komputera, uważam, że warto zawsze zapytać fachowca. Może dałoby radę przegwintować z M6 na M7 i kupić gdzieś taką nietypową śrubę?
Po telefonicznej konsultacji z moim zdalnym wsparciem technicznym (czyli kolegą Robertem), lokalizuję w pobliżu market budowlany i kupuję taśmę teflonową. Zawijam ciasno gwint śrubki taśmą i wkręcam w korpus uchwytu filtra. Trzyma ciśnienie i jest szczelna - powinna wytrzymać. Przekręcam kluczyk. Silnik nie od razu chce zaskoczyć, ale w końcu przepycha resztki powietrza w układzie paliwowym i daje się namówić na palenie. Zostawiam go na chodzie przez godzinę, co daje mi nieco większą nadzieję, że wszystko jest już i będzie dobrze.
Pachnie tutaj dzisiaj bardziej jak w tartaku, niż w porcie.
Zgłaszam się na kanale VHF 11 i wychodzę z główek. Za wschodnią boją kardynalną, pływającą sobie na rozdrożu torów podejściowych, skręcam na północ.
Z radością stwierdzam, że w końcu włączyli jakiś wiatr na Bałtyku. Dzisiaj mam zaplanowany jedynie krótki przelot do Pāvilosty (ok. 30NM), ale zapowiada się fajna jazda z wiatrem.
Na początku wieje jednak prosto w lewą burtę i to nie za mocno. Ale ja i tak jestem szczęśliwy, że mogłem wyłączyć silnik i delektować się żeglugą w czystej postaci.
Atmosferę beztroski psuje moje odkrycie, że kończą się już domowe kiszone ogórki małosolne.
Aby odbudować dobre samopoczucie, zmuszony jestem sięgnąć po kolejny słoik od mamy. Tym razem orientalny kurczak robi robotę i dodaje mi sił witalnych.
Nawet załamująca się pogoda nie jest mnie w stanie przestraszyć.
Deszcze i ciemne chmury przechodzą tak szybko jak się pojawiły. Wiatr jednak zaczyna mocno kręcić od lewego do prawego baksztagu. Najpierw próbuję rozstawić żagle "na motyla", ale potem zrzucam przeszkadzający tylko w takich warunkach grot i zdejmuję również założony wcześniej wytyk genuy.
Gdy dopływam do Pāvilosty, zaczynam przygotowywać się do cumowania w nieznanym mi jeszcze porcie. Czuję się nieco pewniej, ponieważ w tym roku wyposażyłem jacht w łapacz bojek Hook & Moore - to coś w rodzaju bosaka z bardzo sprytną końcówką, umożliwiającą przewleczenie cumy przez ucho boi lub pomostu. Sprawdza się doskonale i jest niezwykle pomocny przy samodzielnym cumowaniu.
Tuż po godzinie 1700 wpływam między falochrony.
A o 1730 stoję już na cumach w marinie. Miejsce wskazuje mi sympatyczny bosman, który małą motorówką, dość sprawnie porusza się pomiędzy dwoma częściami mariny, leżącymi na przeciwległych brzegach rzeki. Dopiero co wydawał mi instrukcje z przeciwnego brzegu, a już odbiera mi cumy na pomoście. Okazuje się, że jest to ten sam bosman o imieniu Girts, którego wspomina w swojej locji z 2011 roku "Porty Łotwy i Litwy" Jerzy Kuliński.
Tym razem, zanim zajrzę do silnika, idę na zwiad lądowy.
Mieścina to niewielka, ale jak przystało na miejscowość turystyczną, jest tu wszystko czego do turystyki potrzeba.
Oprócz mariny z sanitariatami i budki z kawą i deserami, znajdziemy tu również nietuzinkową architekturę, zadbany park do spacerów, dziką rzekę na spływ kajakowy, czy też ulice nieskażone asfaltem - rodem z Dzikiego Zachodu.

Chcąc bliżej przyjrzeć się miejscowemu folklorowi, w niektórych przydomowych ogródkach można zupełnie niechcąco natknąć się na śmigłowiec.

Jak ktoś nie dysponuje statkiem powietrznym, to równie dobrych widoków panoramicznych dostarczy, znajdująca się przy plaży, stalowa wieża obserwacyjna.

Brzeg morza, oprócz swoich naturalnych walorów, obfituje w bogactwo różnych pomysłowych i funkcjonalnych form małej architektury.

Przywiązanie mieszkańców do sztuki zauważyć można nie tylko na obrzeżach miasteczka.

A jak ktoś woli zwiedzać bardziej esencjonalnie, historycznie i lokalnie, to niedaleko mariny miejscowe muzeum zaprasza turystów, prawie codziennie.
Natomiast, dla tych bardziej mobilnych, którzy chętnie poszliby piechotą na koniec świata, o każdej porze dnia i nocy dostępna jest końcówka falochronu.
Każdy może z Pāvilosty wywieść we wspomnieniach to, co wydaje mu się najlepsze. Ja na przykład poszedłem w spożywkę. Postanowiłem spróbować miejscowych produktów i nie zawiodłem się. No może poza szokiem smakowym po tym czymś słonym z serem, co skusiło mnie do zakupu udając wyglądem słodką drożdżówkę.
Opuszczam marinę Pāvilosta dokładnie o godzinie 0800. Pomaga mi przy tym niemiecki żeglarz z łódki obok. Wjechać w y-bom było prosto, ale wymanewrować wstecz, gdy za rufą mielizna zaczyna się zaledwie na jedną długość jachtu, już nie jest tak łatwo. Bosman zwracał mi wczoraj na to uwagę, zaraz po moim przybyciu. Wyciągamy powoli Darwina na cumach, odwracamy dziobem do wyjścia i jakoś udaje się nie przyhaczyć mielizny płetwą sterową.
Zanim dopływam do główek, mam już zebrane cumy i odbijacze w kokpicie. Teraz muszę to tylko poskładać i upakować po bakistach. To są właśnie te chwile, kiedy najbardziej tęsknię za załogą.
Po wyjściu z główek płynę asekuracyjnie na boję bezpiecznej wody. Nie wiem na ile dobrze mapy tej okolicy odzwierciedlają rzeczywistość. A głębokości wokół portu są niewielkie i nie mam pewności czy te kilkanaście zaznaczonych na mapie skał to są już wszystkie, jakie można tu spotkać.
W pobliżu biało-czerownej bojki skręcam na północ i płynę wzdłuż brzegu. Moim portem docelowym jest odległa o jakieś 40NM Windawa (Ventspils).
Wieje bardzo słabo, ale od rufy. Myślę o ustawieniu żagli na motyla, ale jak już się mam bawić z wytykiem, to postanawiam postawić spinakera.
Płynie się dobrze, ale trwa to krótko. Po godzinie wiatr jest tak słaby, że nawet tak lekki żagiel jak spinaker zaczyna zwisać bezwładnie i owijać się o takielunek. Robi się gorąco, więc po ściągnięciu i spakowaniu spinakera nie jestem w stanie ukryć, że pracując na pokładzie nosiłem kamizelkę.
Z rzeczy przyjemnych, które też od czasu do czasu dzieją się na jachcie odkrywam, że łotewski chleb bardzo podobny jest do litewskiego i dobrze smakuje z serem i pomidorem. Świetnie też pasuje do (znalezionego jeszcze w lodówce) polskiego kefiru.
Ponieważ znowu jadę na silniku, po pustym zupełnie morzu, postanawiam się zdrzemnąć. Nastawiam minutnik, zdejmuję spocone ciuchy - łącznie z gaciami, by trochę przewietrzyć również najbardziej spocone miejsca i zalegam na koi w mesie. Upał sprawia, że szybko zasypiam.
Budzi mnie jakiś obcy dźwięk, przypominający sygnał powiadomienia z telefonu lub jakiś elektroniczny alarm. Zastanawiam się, które z moich pokładowych urządzeń może wydawać takie piski. Spoglądam na telefon, ale tam żadnych powiadomień nie widzę. Ploter ma inną wysokość dźwięku, a poza tym, po kilku sezonach spędzonych razem, rozpoznaję już doskonale wszystkie jego odzywki. To może inReach Garmina - mało jeszcze znam jego odgłosy. Ponieważ mam go przypiętego w kokpicie, wstaję, aby do niego zajrzeć.
Kiedy staję tak, bez gaci, naprzeciw zejściówki, tuż za rufą dostrzegam policyjnego koguta! Co jest do cholery? Czy ja śnię? Radiowóz na środku morza? Miewałem już kiedyś halucynacje i wjeżdżały mi ciężarówki pod dziób, ale to bywało na wachtach nad ranem, po nieprzespanej nocy i w trudnych warunkach.
A jednak to, co płynie za moją rufą okazuje się jak najbardziej realne i wygląda na rib łotewskiej straży granicznej. Jeden z funkcjonariuszy zwraca się do mnie po angielsku z prośbą o zmniejszenie prędkości jachtu i pyta o pozwolenie wejścia na pokład.
Oczywiście zgadzam się, ale oprócz szoku jakiego doznaję w wyniku odwiedzin, myślę teraz tylko o jednym - gdzie do cholery są moje gacie! Na szczęście wysoka, zejściówka zasłania mnie w tej niecenzuralnej części. Szybko odnajduję co trzeba i już w slipkach wyskakuję do kokpitu.
Gdy zmniejszam obroty silnika, rib najpierw próbuje podpłynąć od rufy, ale proponuję aby wsiedli z prawej burty, przy bramce panelu solarnego.
I to się sprawdza. Funkcjonariusze bardzo sprawnie dostają się na pokład i informują mnie, że mogę już przywrócić poprzednią prędkość przelotową jachtu. Następnie uprzejmie proszą o dokumenty - moje i jachtu.
Zadają kilka pytań o posiadanie broni i przewożenie emigrantów lub używek. Pytają też o środki ratunkowe obecne na jachcie, ale nie sprawdzają tego, co deklaruję. Nie wchodzą też do środka - zaglądają jedynie do mesy przez zejściówkę. Pytają też o port wyjścia i port docelowy.
Zastanawiam się jak wytrzymują w takich ubraniach w takim upale. Proponuję coś zimnego do picia, ale odmawiają.
Po spisaniu danych z dokumentów, podstawiają mi pod nos formularz, który wypełniali. Jest w nim specjalna rubryka, w której mam ocenić ich wizytę. Informuję ich, że zanim napiszę cokolwiek szczerze, wolałbym najpierw wiedzieć, czy mają przy sobie broń. Po ich spojrzeniu wnioskuję, że im się jednak mój żart nie podoba - uśmiechają się jednak z grzeczności. W rzeczywistości nie mam im nic do zarzucenia - są bardzo uprzejmi i nienachalni. Wpisuję więc to w formularzu, dodając jeszcze profesjonalizm - być może przysłużę się im jakoś w otrzymaniu kwartalnej premii ;)
Po złożeniu przeze mnie podpisu potwierdzającego prawidłowość danych w formularzu, żegnają się i życzą przyjemnej podróży. Znowu pod burtę podpływa rib i równie sprawnie jak weszli, schodzą na niego z mojego pokładu. Rib od razu wraca na większy statek "matkę", którego dopiero teraz zauważam i który płynie bez nadawania sygnału AIS - to tłumaczy brak alarmu u mnie na urządzeniu.
Nie spodziewałem się wizyty gości na morzu. Zawsze twierdziłem, że żegluga w pojedynkę nie oznacza samotności - ale miałem raczej na myśli czas postojów w portach.
Obiad robię sobie o godzinie 1300. Tym razem sięgam do szafki w kambuzie, po sklepowe Express Menu. Smakuje trochę lepiej niż wygląda. Jak na paczkowane żarło, całkiem niezłe i przygotowanie trwa tylko chwilę. Porcje jednak niewielka - zjadam dwuosobową na raz. Aby się najeść przepisowo, trzeba chyba ugotować sobie do tego ziemniaki, albo kaszę - co z resztą zaleca producent.
O godzinie 1500 dostrzegam już wyraźne zarysy portu w Windawie. Zrzucam żagle i przygotowuję się do wejścia. Zgłaszam się na kanale 9 VHF do Ventspils VTS, bo gdzieś w internetach znalazłem wcześniej informację, że taki jest tutaj zwyczaj - a nawet obowiązek.
Wpływam w główki o 1530 . Chwilę potem, na południowym falochronie dostrzegam...
Krowę?!
W żeglarskim przewodniku znajduję informację o cumowaniu rufą do bojki, więc przygotowuję sobie odpowiednie ustrojstwo. Ten kawałek wygiętego stalowego pręta robi bardzo fajną robotę. Używałem go już nie raz i nigdy nie zawiódł. Łapie się tym ucho bojki i puszcza swobodnie. Pod wpływem siły ciężkości hak pozostaje na miejscu uwieszony na bojce. Ważne, aby drugi koniec liny obłożyć wstępnie na knadze - przynajmniej jak się cumuje w pojedynkę. Po złapaniu cumami dziobowymi nabrzeża wystarczy napiąć linę łączącą nas z bojką cumowniczą i obłożyć na knadze już na stałe.
Posiadanie informacji o rodzaju stanowisk cumowniczych na danej przystani, jeszcze przed wpłynięciem, bardzo ułatwiają życie. Ja w tym celu korzystam obecnie z bardzo wygodnego w użyciu i niezwykle pomocnego w planowaniu rejsu, przewodnika po portach "Sail in Estonia and Latvia", wydanego przez East Baltic Coast w 2020 roku. Bardzo podoba mi się jego zwięzła forma, czytelna grafika i bardzo ułatwiająca użytkowanie - spirala na grzbiecie. Jedyną wadą jaką zauważyłem są nieaktualne często numery telefonów przystani.
Przewodnik dostępny jest również w formie interaktywnej, na stronie internetowej www.eastbaltic.eu, gdzie dodatkowo i za zupełną darmochę, otrzymujemy nie tylko opisy, plany, czy zdjęcia portów, ale również filmy wykonane dronem.
O godzinie 1545 stoję już w marinie Ventspils.

Cumy ponownie odbiera mi, czekający na pomoście bosman. Po wstępnym ogarnięciu jachtu, opłacam postój. Od bosmana otrzymuję hasło do portowego Wi-Fi oraz poglądową mapę turystyczną Windawy.
Otwieram sobie w kokpicie zimne piwko na ochłodę... Jest tak gorąco i jestem tak spragniony, że wypijam wszystko zanim jeszcze zdążę zrobić zdjęcie.
Marina zajmuje dość obszerny teren i posiada całkiem niezłe zaplecze stoczniowo-remontowe. Bosman opowiada mi o kilku remontach jachtów, jakie tu ostatnio przeprowadzali i poleca się na przyszłość. Kto wie - przy polskich cenach w branży, może to nie być głupi pomysł, aby przypłynąć tu na jakiś remont.
Po 1700 ruszam w miasto.
Zaczynam strategicznie od najwyższego punktu w okolicy, aby zorientować się w jakim kierunku warto zwiedzać. Na oko wychodzi, że wszędzie dookoła da się coś ciekawego zobaczyć.
Najbliżej mam portowe nabrzeże pełne żelastwa wszelkiego rodzaju - od bezużytecznej sztuki do użytecznej kiedyś techniki.
Wydmy i plażę zostawiam sobie na koniec. Po zwiedzeniu nabrzeża, mam zamiar udać się do centrum. Ale jakimś trafem nogi prowadzą mnie najpierw na edukacyjną promenadę, przy kanale portowym.
Akurat przepływają moi nowi znajomi, których poznałem przed południem na morzu. Oni już po robocie - a ja dopiero zaczynam. Nie dość, że będę musiał się nachodzić, to jeszcze potem trzeba będzie to opisać.
Z promenady wchodzę pomiędzy miejskie budynki i włóczę się w różnych randomowych kierunkach.
Architektonicznie miasto wygląda na dość zróżnicowane.
Sporo też tutaj różnych stworów.
Ale najwięcej - bezdyskusyjnie - jest tu bydła rogatego. To właśnie jedną z takich krów widziałem na falochronie wpływając do portu. Zostało im tych krowich pomników po Paradzie Krów z 2002 roku i postanowili się ich nie pozbywać - ku zaskoczeniu i uciesze turystów, takich jak ja.

Tak jak planowałem, kończę swoją wycieczkę na plaży, która jest tutaj nadal prawie dzika i przy tym bardzo szeroka. A sąsiadujące z nią, równie rozległe, wydmy wykorzystywane są bezwstydnie do aktywności fizycznej.
Niestety, marina nie dysponuje własną stacją paliw. Najbliższa znajduje się na drugim końcu miasta - jakieś dobre 3 km od mariny. Pytam bosmana jak załatwiają tutaj tankowanie i czy ewentualnie można zamówić paliwo z dowozem.
Okazuje się, że bosman jest na to przygotowany i pyta się tylko ile diesla potrzebuję. Jutro mam trochę dłuższy etap i nie lubię wychodzić w morze bez pełnego zbiornika. Po upewnieniu się, że paliwo jest świeże i czyste, biorę 40 litrów. Taka ilość da mi mały zapas i poczucie większego komfortu psychicznego w razie sytuacji awaryjnej - jak na przykład konieczności wielogodzinnego piłowania na silniku pod wiatr i fale.

System grawitacyjnego "samotankowania" mam opanowany, ale działa tylko z moim prywatnym kanistrem i jego rurką. Przelewam więc przed bosmanką, kilka razy (aby nie dźwigać za dużo na raz), z metalowych kanistrów do swojego i wlewam do zbiornika. Nawet się tym razem za bardzo nie upierdzieliłem i nie śmierdzę ropą, jak zwykle po takich zabawach.
Wstaję dość wcześnie i już o 0645 opuszczam marinę Ventspils. Praktycznie przy bezwietrznej pogodzie wychodzę z główek portu i kieruję się wzdłuż wybrzeża na północ.
Trochę martwi mnie brak wiatru, ponieważ mam dzisiaj do przepłynięcia 80NM. Pokładam jednak nadzieję w obietnicach, jakie składają poranne prognozy.
Niestety nie sprawdzają się, póki co. Mijają dwie godziny, a wiatr nadal nie nadciąga. Od czasu do czasu przechodzi jakiś marny powiew z losowo wybranego kierunku, ale jak tylko rozwinę genuę, znowu jest sztil i bujam się jak spławik.
Z boku muszę wyglądać na prawdę słabo, bo nawet mewy zaczynają mnie przedrzeźniać. Nadal jadę więc na silniku. A żeby przywrócić sobie odrobinę dobrego samopoczucia, robię na śniadanie coś w stylu szakszuki i popijam kubkiem kawy.
Prognozy wiatrowe zaczynają się sprawdzać dopiero po kilku godzinach jazdy na silniku, gdy mam już na trawersie latarnię Oviši. Nadal wieje słabo, ale przynajmniej odkręca do połówki. Zmiana kursu z NNE na ENE również pomaga. Jestem jednak nieufny - rozwijam tylko genuę i nie zdejmuję nawet pokrowca grota.
Trochę wcześniej niż powinienem, wymieniam banderkę pod prawym salingiem na estońską. Celem na dzisiaj jest bowiem estońska wyspa Ruhnu, znajdująca się na środku Zatoki Ryskiej.
O godzinie 1500 zaczynam wyraźnie dostrzegać przylądek Kolka. Nie wiem kto planował miejsce budowy latarni na tym przylądku, ale na pewno stawiał znacznik przy zbyt małym zoomie mapy ;)
Latarnia Kolka znajduje się na morzu, aż 3NM od końca przylądka. W rzeczywistości tyle właśnie wysunięta jest w morze mielizna i latarnia oznacza jej koniec.
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Dzięki temu mogę przepłynąć bliżej latarni i spróbować złapać ją na zdjęciu. Tym razem sztuczka z lornetką i telefonem wychodzi znacznie lepiej.
Wiatr robi się stabilny i silniejszy. Do zestawu dokładam grota. Przez godzinę wiatr wieje idealnie w rufę, więc rozrzucam po jednym żaglu na każda burtę.
Potem siła wiatru nieznacznie wzrasta (do 15kn) i wtedy stabilizuję się na lewym baksztagu. W końcu płynie się na prawdę przyjemnie.
O godzinie 1930 wiatr znowu słabnie, ale za to na horyzoncie, w całej okazałości, zaczyna być już widać wyspę Ruhnu. Godzinę później wchodzę w główki portu Ringsu (podobno są już plany zmiany nazwy na Ruhnu).
Kilka minut wcześniej zauważam jak białoczerwona flaga wciągana jest na jeden z masztów flagowych na nabrzeżu. Później, w rozmowie z bosmanem, dowiem się, że widział mnie on na AIS, więc odpowiednio wcześniej sobie biało-czerwoną przygotował. Niby drobiazg i wcale nie złoty, a jednak cieszy.
Ten sam bosman czeka na mnie na pomoście w marinie, aby odebrać cumy. Muszę przyznać, że ten rejon Bałtyku kupuje takim zachowaniem moją sympatię. W samotnej żegludze to nieoceniona pomoc.
Robi się ciepły i bezwietrzny wieczór. Woda wydaje się czysta - jakby nie było, jesteśmy przecież na środku Zatoki Ryskiej. Wskakuję z rufy i przepływam kilka razy wzdłuż pomostu. Woda jest super! Tego było mi trzeba bardziej od zimnego piwka. Choć po chwili zmieniam zdanie i przepraszam się z piwkiem.
26.07.2024
Wstaję wcześnie rano, choć nie muszę. Jestem jednak wypoczęty (tutejsza cisza nocna jest zupełnie inna niż na Helu). Nie chcę też przespać dnia, który mam przeznaczony na zwiedzenie wyspy.
W okolicach portu z reguły da się miło spędzać czas. Odpowiednio patrząc zawsze można znaleźć coś ciekawego. A to agregat prądotwórczy z kilkoma cysternami zapasu paliwa płynnego, a to stara radziecka ciężarówka. Zdarza się również kamienny nielot i nawet tak nietypowe zjawisko, jak para nart wodnych na jachcie żaglowym.
Skoro port jest taki ciekawy, to co kryje reszta wyspy? Wyciągam rower z bakisty i ruszam to sprawdzić.
Droga jest wygodna - szeroka i asfaltowa. A najlepsze jest to, że jestem jedynym jej użytkownikiem.
Chociaż chwilę później, na poboczu, znajduję dowody na to, że było nas kiedyś przynajmniej dwóch ;)
Kolejny napotkany na poboczu pojazd sprawia, że przenoszę się wspomnieniami do poprzedniej epoki.
Po przejechaniu około 2km, w centrum wyspy mijam bardzo zadbane budynki dzielnych strażaków.
Po kolejnych 300m trafiam na tutejszą szkołę. Korzystam nawet przez chwilę z jej zewnętrznego wyposażenia sportowego, aby rozprostować kości.
Po kolejnych kilkuset metrach znajduję otwarty sklep spożywczy, z kuszącym stoliczkiem pod parasolem.
Jedzenia na jachcie mam jeszcze pod dostatkiem, ale miejscowego zimnego browarka z rana sobie nie odmawiam. Sprzedawca w sklepie nie włada językiem angielskim, więc pozostaje mi tylko wierzyć intuicji, że przy sklepowym stoliku kosztuję właśnie jakiegoś tutejszego przysmaku.
Piwko niby mocne nie jest, ale już po kilkudziesięciu następnych metrach zaczynam widzieć drewniane niedźwiedzie, przypominające rekwizyty z filmu "Teksańska Masakra Piłą Mechaniczną".
Ale niedźwiedź okazuje się być tylko jeden. To czego na prawdę się tu dużo spotyka, to stare radzieckie ciężarówki - w bardzo różnym stanie technicznym.
Trzymam się cały czas głównej ulicy, ale asfalt w końcu się kończy. Drogi, poza nielicznymi odcinkami, są tu jednak przejezdne - nawet dla 20-calowych kółek składaka.

Mniej więcej w samo południe docieram w końcu na północny kraniec wyspy.
Po krótkim odpoczynku zawracam. Morza chwilowo mam pod dostatkiem - środek wyspy zdaje się być ciekawszy.
W centrum zwiedzam Korsi Talu - to coś w rodzaju skansenu-muzeum. Zwiedzanie zaczynam od pierwszego budynku z brzegu, który okazuje się być wyglądającym staro, ale jednak współcześnie użytkowanym domem mieszkalnym. Gospodarze nie władają angielskim, więc mimiką i gestami przepraszam za moje najście i powoli wycofuje się w kierunku pozostałych budynków.
Zaglądam asekuracyjnie i nieśmiało, ale te już, na szczęście, okazują się elementami zabytkowych zagród i są ogólnie dostępne dla turystów.
Jakieś 200 metrów dalej na SE znajduje się kościół. A właściwie dwa - tuż obok siebie, w odległości około 2-3 metrów (sic!). Znane mi są z grubsza mechanizmy rozprzestrzenia się religii, ale to z czym mam tutaj do czynienia bardziej przypomina reprodukcję wirusa, niż zaplanowaną strategię ;)
Staram się nie zaszczycać swoją obecnością wnętrz tego typu obiektów, ale ten mniejszy to ponoć najstarsza drewniana budowla, jaką można znaleźć w całej Estonii.
Prosto z kościoła, jadę na zachód wyspy, gdzie spodziewam się znaleźć budynek opuszczonej stacji radarowej, albo chociaż bunkier - nie jestem do końca pewien, co to ma być.
Cokolwiek to jest, czy było, nie zasługuje na przejechanie ponad jednego kilometra przez podmokłe tereny, z rojem gryzących gzów. Wracam na wschód - niestety znowu przez obszary opanowane przez wściekłe insekty, bo innej drogi nie ma.
Znowu przejeżdżam przez centrum i kieruję się dalej w zachodnią, zalesioną część wsypy. Wraki ciężarówek można tu spotkać nawet po środku lasu. Niby to technologia wykańcza przyrodę, a tu zdaje się być dokładnie odwrotnie.

Jedna z leśnych dróg doprowadza mnie do Kordon Ruhnus. Po rozejrzeniu się dookoła oceniam, że to najbardziej imprezowa miejscówka na wyspie. Niestety o tej porze dnia jest jeszcze nieczynne.
Tuż obok znajduje się dość oryginalna, bo chyba jedyna w swoim rodzaju, latarnia morska. Została wybudowana w 1877 roku, a projektował ją podobno ten sam koleś, co sławną wieżę w Paryżu. Niestety, tak jak knajpa również jest teraz nieczynna. A szkoda, bo lubię się na takie wdrapywać i nad krajobraz się wywyższać.
Od latarni jadę dalej na zachód - do końca, aż napotykam plażę. Oprócz mnie, przyjechało tu chyba więcej ludzi, ale oprócz pozostawionych przed wydmami rowerów nikogo nie spotykam. Jest gorąco, a ja jestem spocony, więc wchodzę na chwilę do morza się odświeżyć.
Mając poczucie, że dobrze wykorzystałem dzisiejszy dzień, wracam na jacht. Po obiedzie cziluję sobie do wieczora z książką, w kokpicie.
Wieczorem przypływa prom pasażerski. Część pasażerów odjeżdża samochodami osobowymi z parkingu, ale pozostali zostają zapakowani na pakę (dosłownie) i wywiezieni w głąb wyspy. Jak się okazuje, taki sposób transportu turystów jest standardem na wyspie.
27.07.2024
O 0630, tuż po świcie zbieram cumy na pokład i wychodzę z portu.
Po mojej przygodzie ze skałą w Norwegii, jestem bardzo wyczulony na wszelkiego rodzaju mielizny skalne. Dla pewności płynę z portu prosto na boję bezpiecznej wody i dopiero tam obieram kurs na SE. Czeka mnie dzisiaj 60NM żeglugi po Zatoce Ryskiej, a celem jest sama stolica Łotwy - Ryga.
Wiatru za dużo z rana nie ma, ale żagle ciągną łódkę w bajdewindzie prawie z prędkością 5kn. Zafalowanie znikome, więc zrobienie jajecznicy, na dobry start dnia, nie stanowi problemu.
Po godzinie 1000 robi się słonecznie, co dodatkowo poprawia mój i tak dobry dzisiaj nastrój.
Godzinę później spotykam jedyny tego dnia jacht żaglowy na morzu. Mimo środka sezonu i dobrej, żeglarskiej pogody straszne pustki na tej zatoce.

Po godzinie 1500 nie tylko widzę wyraźnie ląd, ale i zaczynam rozróżniać na horyzoncie wyższe budynki Rygi. Niestety wiatr gaśnie i robi się duszno i gorąco.

Otwieram wszystko, co się na jachcie da otworzyć, bo w środku nie da się bez przewiewu wytrzymać kilku minut. Pocieszam się jedynie myślą, że w Chorwacji na pewno mają teraz dużo gorzej.
Dopiero gdy mijam podejściową pławę bezpiecznej wody, przypominam sobie o tym, że znowu zmieniam kraj pobytu. W związku z tym, dostosowuję wystrój pod salingiem do swojej aktualnej pozycji na mapie.
W główki portu Ryga wpływam kwadrans po godzinie 1600. Chmurzy się, ale dzięki temu robi się trochę chłodniej.
Od główek do centrum jest aż 8NM. Nie pozostaje mi nic innego jak to przepłynąć. Widoki dość standardowe jak na port i kto choć raz wchodził z Zatoki Gdańskiej do Mariny Gdańsk na Motławie, nie będzie się tutaj szczególnie zachwycał. Kanał portowy rzeki Dźwiny jest jednak dużo szerszy od Martwej Wisły.
O 1740 skręcam do mariny Andrejosta. A co mi tam - jak zwiedzać świat, to na bogato. Mam zamiar spędzić z Rydze trochę więcej czasu. Ma mnie też odwiedzić rodzinka, więc przyda się dobrze wyposażona marina i bliskość centrum miasta.
Dziesięć minut później cumuję prawa burtą przy y-bomie. Manewr wychodzi wzorowo. Wychodzę na keję, zakładam dodatkowe cumy i reguluję wszystko tak, aby posłużyło na dłuższy postój.
Okazuje się jednak, że robię to zupełnie niepotrzebnie i tylko marnuję czas. Kiedy rozglądam się dookoła czuję, że coś w tej marinie jest nie tak. Nie dość, że to pierwsza marina na wschodzie, w której nie przywitał mnie bosman, to jeszcze wszystko jakoś trąci malizną.
Coś niby remontują wokoło, bo nabrzeża od strony miasta rozgrzebane i płotami tymczasowymi ogrodzone, lecz robotników nie widać. Ale to być może dlatego, że dzisiaj wolna sobota.
Lokalizuję jakiś kontener wyglądający na bosmanat, ale nikogo w nim nie zastaję, a wnętrze wygląda na niezamieszkane. Tuż obok znajdują się dwie budki toi-toi. I z tego, co widzę, są to chyba jedyne sanitariaty w marinie.
Dzwonię pod numer telefonu podany w przewodniku żeglarskim. Odbiera ktoś, kto łamaną angielszczyzną przeprasza, że nie jest żaden "harbour master", ale mam podejść na drugą stronę mariny i tam znajdę osobę, która będzie wiedzieć dużo więcej.
Idę. Obejście mariny wymaga jednak długiego spaceru. Trzeba też wyjść na ulicę, poza teren mariny i wejść inną furtką, z drugiej strony. Po tej drugiej stornie, z tego co widzę, znajduje się jakiś budynek terminalu promowego. Obchodzę więc przystań dookoła i zaglądam do wszystkich parterowych pomieszczeń po kolei. Jest hotel, restauracja, jakaś baza osprzętu windsurfingowego. Wszędzie pytam o gospodarza mariny, ale nikt nic nie wie.
Daję za wygraną i odpuszczam dalsze szukanie. Kiedy wracam i chcę otworzyć furtkę na pomost, uświadamiam sobie, że nie znam kodu do zamka. Stoję tak chwilę i drapię się po głowie szukając pomysłu na powrót na jacht. Na szczęście zauważam, że na jachcie obok ktoś się krząta.
Wołam po angielsku i pytam o kod, ale koleś nie wydaje się, aby rozumiał co od niego chcę. W końcu jednak podchodzi i zagaduje mnie po rosyjsku. Coś tam rozumiem, że przy nabrzeżu od strony terminala są jakieś sanitariaty. Niestety nie ma tam aktualnie miejsca, aby podpłynąć i zacumować, a perspektywa chodzenia na około mariny (a będzie to jakieś 800 metrów) za każdą potrzebą nie podoba mi się bardzo. I na pewno nie spodoba się też mojej żonie.
Dostaję od nieznajomego kod do bramki i jeszcze jakieś dwa numery telefonów związane z mariną. Nie rozumiem do końca o co chodzi, ale dzwonię... Odbiera ktoś, kto co prawda nie jest bosmanem, ale bosmana zna i zaraz poleci mu się ze mną skontaktować. Dobre i to. Wracam na łódkę.
Ale gdy tak sobie czekam, przypominam sobie o jeszcze jednej marinie w okolicy. Gorsza niż ta chyba już nie będzie. Jest nieco dalej od centrum, ale postanawiam ją sprawdzić. Dzwonię pod numer z przewodnika i potwierdzam, że są wolne miejsca. Akurat, gdy zajęty jestem cumami i odchodzeniem od kei, dzwoni telefon (pewnie oddzwania bosman z Andrejosta). Nie daję rady odebrać, ale to robi się nie ważne. I tak jestem już w drodze na drugą stronę rzeki.
Właściwie, chcąc być precyzyjnym, to nie przeprawiam się na drugi brzeg, ale na wyspę Kipsala, gdzie spokojnie cumuję w marinie City Yacht Club.
Marina nie posiada w sumie własnego nabrzeża i cała infrastruktura, łącznie z sanitariatami i piętrowym budynkiem klubowym (z bosmanatem, pralnią i tarasem na dachu) znajduje się na pływających pomostach.

Bosman ma być dopiero jutro rano i wtedy mamy załatwić formalności. Nie spieszy mi się, bo i tak mam plan zostać tu przez tydzień. Tak przynajmniej jestem umówiony z nową załogą na kolejny etap rejsu.
W każdym razie wydaje się, że zmiana miejscówki była bardzo dobrym pomysłem. Odległość od centrum i starówki nie zdaje się być duża i mam na nią jednocześnie piękny widok z kokpitu.
Mam też jeszcze chwilę przed zmrokiem, więc idę na wieczorny spacer.
A zaraz po wyjściu za teren mariny, odkrywam, że mam też teraz pod nosem miejską plażę. Jak widać, lepsze nie zawsze jest wrogiem dobrego.
Jakby tego było mało, jakieś 450 metrów w linii nieprostej od mariny znajduje się małe centrum handlowe, ale za to z dużym marketem spożywczym. Idealny punkt na uzupełnienie zapasów na łódce.
Krok za krokiem i trafiam na most Vanšu, którym przechodzę na drugą stronę rzeki, do centrum.
Robię szybką przebieżkę po starówce i wracam na jacht już po zmroku. Idę spać - będę miał jeszcze czas pozwiedzać wszystko nieco dokładniej.
Wszystko, jak do teraz, układa się niemal wzorowo. Ale wieczorem, w rozmowie telefonicznej z Elizą, dowiaduję się, że nie da rady przylecieć do Rygi. Niestety, nie spędzimy wspólnego tygodnia wakacji, tak jak planowaliśmy.
Dzisiaj mam więcej czasu na zwiedzanie centrum miasta i postanawiam tym właśnie się zająć. Wyjmuję z bakisty i rozkładam składaka. Ruszam na miasto.
Po drodze zastanawiam się, czy do bezpiecznej przeprawy na drugą stronę nie powinienem wybierać innego mostu.

Ten jest jednak najbliżej, a lenistwo zawsze wygrywa z rozsądkiem.
Tak w skrócie (i w mojej interpretacji) przedstawia się, wygrawerowana na tabliczce informacyjnej, legenda założenia miasta Ryga.

Zastanawiam się, w którą stronę iść najpierw. Możliwości wydaje się być przynajmniej trzy.
Kiedyś decyzje było prostsze, a sztandarem na barykadach wyznaczano jedyny słuszny kierunek. Były to jednak trudne czasy, których Łotwa w swojej przeszłości doświadczyła niemało i których nie życzę żadnemu narodowi.
Idę promenadą wzdłuż rzeki, mając nadzieję na dotarcie w jakieś fajowe miejsce. Ale finalnie okazuje się to być kanał. Widząc jednak na tym kanale turystyczną łódkę, od razu przypomina mi się wożony w hundce plecak z pneumatyczny kajakiem. A może by tak zwiedzić starówkę z wody?
Kanał ciągnie się z mariny Andrejosta, biegnie przez park i ogarnia całą starówkę, po czym uchodzi do rzeki Dźwiny, zaraz za mostem kolejowym. Pomysł wydaje się przedni, ale zostawiam go na inny, bardziej pogodny dzień.
Tymczasem, za kanałem odkrywam prawdziwy skarb Rygi - halę targową. A właściwie to hale targowe, bo jest ich kilka, połączonych razem. Hangary, które pierwotnie służyły Niemcom do budowy sterowców, zostały około 1930 roku przywiezione barkami spod Lipawy, odpowiednio do panującej epoki udekorowane i zaadaptowane na potrzeby handlu. Razem ze straganami na zewnątrz tworzą Targ Centralny, który zostały wpisany na listę UNESCO, jako część historycznego centrum Rygi.
Nie wiem, co dla innych znaczy UNESCO, ale mi będzie się kojarzyło od dzisiaj z wielką (trwającą prawie tydzień) ucztą, jaką sobie zorganizowałem z dóbr różnych tutaj dostępnych. Zapomniałem na jakiś czas o wszystkich gotowcach skitranych na jachcie i czerpałem z tutejszego kulinarnego folkloru garściami - a może raczej pełną gębą.
Fajnie też, że trafiam na sezon owocowy i mogę serwować sobie swoje ulubione owocowe przekąski na kilogramy. Radości dodaje fakt, że kefiry też mają tu niczego sobie.
W zdobywaniu tego wszystkiego przydaje się mój, zapomniany już sporo od czasów szkoły średniej, rosyjski. Większość sprzedawców na straganach nie rozumie po angielsku i warto chociaż znać ruskie liczebniki, gdy przy zakupach zaczyna brakować palców u rąk.
Wracam mostem Akmens, położonym bardziej na południe i w górę rzeki. Zaglądam po drodze do centrum sztuki NOASS i zakamarkami drugiego brzegu, uciekając przed deszczem, trafiam z powrotem na jacht.
W tym czasie, gdy mnie nie było, w marinie zacumował s/v Libava. To bardzo ładna i chyba dość wierna replika siedemnastowiecznego żaglowca, który w tym roku, po raz kolejny, odwiedzi Gdańsk, by stać się tam ponownie jedną z atrakcji imprezy Baltic Sail.
Na pomostach panuje nieco nerwowa atmosfera. Bosman przyszedł osobiście do mnie na jacht, aby ostrzec mnie przed zbliżającym się sztormem. Wiatr ma ponoć osiągnąć siłę ponad 60kn i zawiewać z północy wzdłuż rzeki.
Wszyscy obecni w marinie regulują i zakładają dodatkowe cumy i odbijacze. Powołany zostaje nawet sztab kryzysowy, złożony z bosmana i kilku armatorów klubu, aby w nocy pełnić wachtę na pomostach.
Kiedyś, podczas rejsu po norweskich fiordach (w Rosendal) zlekceważyłem ostrzeżenia miejscowych, przez co Darwin o mało nie wysztrandował na pomoście mariny. Skoro tak tutaj wszyscy panikują, to również postanawiam się nieco na ten armagedon przygotować.
Jeżeli wiatr ma być z północy, to przy moim ustawieniu będzie wiało prosto w dziób jachtu. To układ optymalny i nie ma tu co zmieniać. Dokładam natomiast na knagach na śródokręciu dodatkowe cumy, trzymające do przodu, a na te krótsze z dziobu zakładam amortyzatory. W takiej konfiguracji spokojnie czekam na to, co się wydarzy.
Nadchodzi noc. Od godziny 2200 zaczyna mocno padać, a od północy dmucha już ponad 25kn. Jacht jednak zachowuje się spokojnie i napina tylko cumy. Zafalowania praktycznie nie ma. Marina oddzielona jest od rzeki groblą, a pomost przy którym stoję chroni jeszcze dodatkowo pływający pomost zewnętrzny, otaczający całą marinę. Oceniam sytuację za bezpieczną i kładę się spać.
29.07.2024
O godzinie 0300 w nocy budzą mnie odgłosy szalejącej nawałnicy. Topenanta albo obciągacz spinakerbomu się chyba poluzował i stalowe oczko tłucze wściekle o maszt. Chcę wyjść na pokład, ale natychmiast się cofam. Deszcz jest tak intensywny, a wiatr tak zimny, że muszę ubrać sztormiak, aby wyjść na zewnątrz i sprawdzić czy wszystko gra.
Co za dziwna sytuacja - zdarza mi się cały sezon przepływać bez sztormiaka i bez sztormu, a tu w marinie mam dzisiaj występy w moim czerwonym kombinezonie.
Wychodzę w końcu na pokład - sprawdzam przy okazji cumy i odbijacze - wszystko w idealnym porządku.
Zauważam, że grupa kryzysowa zmaga się akurat z jakimś problemem, kilka miejsc dalej. Idę zobaczyć o co chodzi. Deszcz dodaje wiatrowi siły i po pomoście idzie się przez to nieco pijanym krokiem. Pomagam sztabowi kryzysowemu przy ogarnięciu jakiegoś większego, nowoczesnego jachtu, któremu odbijacz wyskoczył na pomost i rufa zaczyna brzydko ocierać się o pomost. Armatora nie ma na jachcie i sądząc po sposobie założenia cum i odbijaczy, albo nie ma on wyobraźni, albo nie za bardzo się tym jachtem przejmuje.
Po kilku minutach wracam na Darwina. Największą siłę wiatru, jaką odnotowuję na wiatromierzu to 38kn. Podobno najgorsze uderzenie dopiero ma nadejść. Wewnątrz jachtu praktycznie tego całego bałaganu pogodowego nie odczuwam. Myślę, że nie ma się zupełnie czym przejmować - niektórzy żeglarze biorą takie podmuchy na klatę na morzu. Tubylcy wydają mi się być nieco przewrażliwieni. Idę o zakład, że nigdy nie cumowali na Helu, przy silniejszym południowym wietrze. Wracam w koję i zasypiam.
Rano robię spacer po najbliższej okolicy i stwierdzam, że jacht wcale nie jest takim niebezpiecznym miejscem na czas sztormu, jak się powszechnie sądzi.
Drugą rzeczą, jaką tego dnia zauważam jest to, że auto, które zmotoryzowało kiedyś Polskę, cieszy się sporą popularnością wśród tutejszej młodzieży.
Ostatnio odwiedzałem tylko hale targowe - dzisiaj czas zobaczyć coś jeszcze. Z pobliskiego parkingu przy marinie, odpalam apką miejską hulajnogę i ponownie ruszam w miasto...
Postanawiam tym razem spojrzeć na Rygę z innej strony.
Spędzam na mieście cały dzień i potwierdzam zasłyszaną już gdzieś opinię, że Ryga oferuje wiele różnych atrakcji i że każdy znajdzie sobie tutaj coś dla siebie.
Żyjący w związkach mogą sobie co nieco powspominać, pod pomnikiem wolności. Można się nieco odchamić pod czymś, co przypomina nasz Pałac Kultury. Sąsiadom swoim pobożnością zaimponować da się na pewno odwiedzając tutejszą katedrę. Miasto daje też wiele możliwości odkrycia swojej wewnętrznej wrażliwości na sztukę i architekturę. Stragany oferują sposobność do obsypania kogoś kwiatami, a niektóre rekwizyty do zakręcenia się w koło. Przy odrobinie szczęścia, można tu nawet i ptaszka zobaczyć. A jak to wszystko komuś nie wystarcza, albo nie pasuje - zawsze można powłóczyć się po knajpach, jak na porządnego turystę przystało.


Przy tej ilości i jakości atrakcji, jakie Ryga oferuje, nie dziwi mnie zupełnie widok pustych, w tym mieście, teatrów.
Nie zabrałem ze sobą żadnej wodoszczelnej torby i nieco obawiam się wywrotki i utraty telefonu, który jest moim backup'owym urządzeniem nawigacyjnym na jachcie. Pewnie nie umiałbym również wydostać się na kajak z wody - a przynajmniej nigdy tego nie próbowałem.
Ze względu na powyższe, jak i ruch dużych statków na rzece, nie decyduję się na przeprawę na drugą stronę i przepłynięcie kanałem przez miasto. Muszę to sobie zostawić na kolejną wizytę.
Sam pomysł zamiany pontonu z silnikiem, na kajak z wiosłami, uważam jednak za trafiony. Podobnie jak rower, daje to lepszą możliwość uprawiania aktywnej turystyki w otoczeniu odwiedzanego jachtem portu. Może nie zupełnie sprawdzi się na kotwicowiskach akwenów pływowych, ale do mojego aktualnego stylu podróżowania (po Bałtyku) wydaje się być w porządku. Zastanawiam się już jednak nad przeróbką mocowania siedzenia, lub zakupem jakiegoś modelu dwuosobowego.
Ponieważ centrum miasta zwiedziłem już wzdłuż i w szerz, postanawiam zrobić sobie wycieczkę rowerową nieco dalej - do wieży telewizyjnej.
Muszę, w związku z tym, dostać się na wyspę Zakusala, leżącą między Małą Dźwiną, a tą Dźwiną normalnej wielkości.
Jadę najpierw szeroką, dwupasmową drogą rowerową, prawym brzegiem rzeki, aż do mostu Salu. To most piętrowy, z osobnym piętrem dla ruchu pieszego. Na wyspie drogi rowerowe nie są już takie gładkie, a przed samą wieżą nie ma ich wcale.
Niestety nie udaje mi się dojechać pod samą wieżę, ponieważ jest ogrodzona, a brama jest dzisiaj zamknięta. Telewizja nigdy nie była dwukierunkowym medium społecznościowym, więc nie dziwi mnie jej brak otwarcia na ludzi - a szczególnie na zagranicznych turystów. Wracam na łódkę tą samą drogą, którą przyjechałem.
Po południu, przypominam sobie o zapasie dyneemy jaki kupiłem przed rejsem na cele edukacyjne. Chodzi mi od jakiegoś czasu po głowie szplajsowanie. I nawet mam już od dawna narzędzia i też próbowałem coś w tym kierunku dziergać. Ale nie wychodziło mi z tego cokolwiek, czym chciałbym się pochwalić.
Ucinam kawałek dyneemy i zgodnie z jakąś znalezioną w internetach instrukcją, dość sprawniewykonuję swoją pierwszą w życiu, udaną miękką szeklę. W ten sposób odkrywam, że podstawą udanego szplajsu jest po prostu odpowiednia do tego lina.
I od razu znajduję dla nowej szekli zastosowanie. Będzie to też może i jakiś rodzaj testu wytrzymałości.
Sukces postanawiam uczcić szklaneczką schłodzonego, egzotycznego drinka.
Siedzę tak sobie w kokpicie i podsumowuję pierwszy etap rejsu. I jak na razie muszę przyznać, że jestem tym "nudnym" Wschodem zachwycony. Szkoda, tylko że nie mogłem spędzić ostatniego tygodnia z rodziną, tak jak wcześniej planowałem.
Ale od jutra przynajmniej już nie będę sam. Do Rygi przylatuje mój kolega Piotr, z którym ruszymy w kolejny etap rejsu - tym razem w kierunku na północ (bo na południe z Rygi to raczej w morze ciężko).
I o tym poczytacie już wkrótce, jeśli jeszcze będzie Wam się chciało czytać... A mi o tym napisać ;)

















.jpg)



















.jpg)











































.jpg)

.jpg)

















































