Stocznie jachtowe prawie zawsze reklamują swoje jachty i ich wyposażenie jako perfekcyjne. Niektórzy klienci nawet w to wierzą. Ja natomiast nie znalazłem jeszcze łódki dla siebie idealnej. W każdej coś bym poprawił i zrobił po swojemu. Na szczęście nie posiadam tych wszystkich łódek i poprawki muszę robić jedynie w swojej...
JAK DOBRZE, ŻE ROSNĘ JUŻ TYLKO WSZERZ
Z mojego ponadnormatywnego wzrostu (196 cm) przestałem cieszyć się w momencie, jak przestałem grać w koszykówkę. Przy tej długości ciała na prawdę życie nie jest łatwe. Ograniczony wybór dotyczy nie tylko odzieży, ale również roweru, samochodu czy jachtu.
Z tym ostatnim niestety jest najtrudniej. Starsze jachty (te mieszczące się w moim budżecie) nie dają mi pełnej wysokości stania. Przyzwyczaiłem się więc do chodzenia pod pokładem z nieco pochyloną głową. Ale wygodne spanie to coś, gdzie nie powinno być kompromisów.
Pomimo długości koi równej 200cm, brakuje mi trochę miejsca na to, aby na przykład wygodnie wyciągnąć się w pozycji leżącej na brzuchu.
Jedyna opcja, to ułożyć się nieco po skosie. Ale taki manewr, pomimo podnoszonych oparć, nadal ograniczony jest szerokością koi (max 90cm).
Postanowiłem więc trochę poprawić pomysł projektanta na układ koi w mesie i dorobić dodatkową powierzchnię do swojego ulubionego legowiska.
W realizacji mojego pomysłu bardzo pomógł mi mój klubowy kolega Stanisław, który ma niesamowitą rękę do takich stolarskich robót.

Jednego dnia zdjęliśmy wymiary, a drugiego miał już gotową, precyzyjnie dopasowaną sklejkę, wzmocnioną (usztywnioną) od spodu dwoma wyheblowanymi na glanc kantówkami. Pasowała idealnie od razu - bez żadnych poprawek!
Pocieszające jest jedynie, że w rzeczywistości wygląda to lepiej niż na zdjęciach.
Przystawka pasowała swoim wymiarem idealnie. Wchodziła na lekki wcisk między stół a materac i wspierała się dwoma krawędziami o brzegi koi "L". Potrzebowałem podeprzeć ją jeszcze tylko jakoś od dołu, po przeciwnej stronie.
Wykombinowałem więc na szybko składaną nogę, z kawałka drewna i zawiasu. Taka prowizorka, która działa i pewnie zostanie ze mną na dłużej.
Zawias kupiony w jakimś markecie budowlanym nie jest najlepszej jakości i nie posiada blokady. Ma za to (niestety) spore luzy. Ale spełnia swoją rolę. Aby nie wytłaczała swojego piętna na dywanie, podbiłem nogę filcem.

Konstrukcja przeszła pozytywnie testy obciążeniowe.

Noga jednak była na widoku i zupełnie nie pasowała do tła.
Z pomocą przyszedł mi kolega Marcin, który poratował mnie resztkami lakierobejcy. Zmieszałem dwa kolory (chyba były to teak i dąb) w proporcjach na wyczucie i udało mi się całkiem nieźle podrobić oryginalny, stoczniowy odcień mahoniu.
Ostatnim problemem do rozwiązania była kwestia przechowywania nowego mebla, gdy nie jest użytkowany - czyli to, co na jachcie jest zawsze najtrudniejsze.
Wykorzystałem "boazerię" za oparciem i przeciągnąłem między klepkami paski mocujące z klamerkami.
Przystawka idealnie wpasowała się za oparcie koi i przytrzymywana pasami pozostaje w tym miejscu nieruchoma w każdych warunkach pogodowych.
JAK SPROWADZIĆ DYWAN DO PODŁOGI
Zawsze byłem przeciwnikiem dywanów na jachcie, ale z czasem jakoś się do tego, odziedziczonego z jachtem, komfortu przyzwyczaiłem. Problematyczne było jedynie ciągłe przesuwanie się i podwijanie narożników (mimo gumowanego spodu dywanu).
Rozwiązanie okazało się bardzo proste i skuteczne. Gdzieś w internecie zamówiłem gotowca - komplet nap wraz z oprzyrządowaniem do zakuwania.

Technologia okazała się bardzo przystępna dla takiego amatora, jak ja.
Robota poszło tak szybko, że nie zdążyłem nawet udokumentować zdjęciami pełnego procesu.
Ale najważniejsze, że dywan odtąd leży na swoim miejscu nawet w dużych przechyłach jachtu - nie plącze i nie zawija się pod nogami.
JESZCZE STOCZNIA NIE ZGINĘŁA
Zniszczony gwint w nakrętce blokady otwarcia okienka owiewki denerwował mnie od dawna.

Ucieszyłem się bardzo, kiedy na Hallberg Rassy Parts znalazłem dokładnie taki sam. Zamówiłem od razu. Zamówiłem tam też przy okazji rzepy przytrzymujące złożone oparcia w mesie, które u mnie były już mocno wyrobione.
Montaż wymagał nieco wyczucia przy odkręcaniu starego elementu z aluminiowej ramy. Udało się pokonać korozję, która na szczęście była tylko powierzchowna i nie weszła w połączenie gwintowane.
Nowy zamiennik spisuje się doskonale.
Ale nie tylko dynksy zamówiłem w stoczniowym sklepie. Okazało się, że mają też w ofercie gotowe szprycbudy, dedykowane dla mojego modelu jachtu i wersji kadłuba. Jeszcze bardziej ucieszyło mnie, że cena takiej szprycbudy była około 25% niższa od ofert, jakie otrzymałem z miejscowych żaglowni za uszycie nowej.
Z radością zdemontowałem stalowe uchwyty i zdjąłem starą budę. Służyła dobrze, ale zaczynała się powoli rozsypywać. Nie pomagały coroczne remonty szwów, bo pruł się już po prostu sam materiał. To był najwyższy czas, aby już ją pogonić.
Założenie nowej nie było proste. Miałem wrażenie, że jest zbyt mała i naciągnięcie jej na aluminiowe pałąki wymagało pomocy przechodzącego akurat w pobliżu kolegi Marcina. Ale tak podobno ma być - dobrze uszyta szprycbuda powinna się właśnie trudno zakładać i po założeniu być naprężona jak guma od majtek po świętach.
Najbardziej czasochłonnym etapem wymiany był ponowny montaż pochwytów, które kiedyś sobie wymyśliłem i zleciłem na produkcję. Ponieważ było to rozwiązanie customowe, wymagało ode mnie samodzielnego wykonania otworów montażowych w nowiutkim materiale szprycbudy.
Doskonale do tego celu nadała się stara lutownica.
Działa na zasadzie "dwa w jednym". Gorący grot wypala dziurę i topiąc nitki materiału od razu zabezpiecza materiał przed strzępieniem się.
Nie wolno się jednak zagapić i przytrzymać grota zbyt długo, co zdarzyło mi się przy ostatnim otworze.
Na szczęście, obejma przykryła cały bałagan, jaki narobiłem i tylko czytelnicy bloga wiedzą, co skrywa.
Po wszystkim, miałem wrażenie dobrze wykonanej pracy oraz to, że uchwyty czują się bardzo dobrze na nowej szprycbudzie.
Ja też czuję się na jachcie dużo lepiej z tymi uchwytami. To jedna z najbardziej udanych i potrzebnych rzeczy, jaką udało mi się na łódce dodać od siebie.
Bezpieczeństwo przede wszystkim! Chociaż właśnie zdałem sobie sprawę, że estetyka na jachcie też daje niemało radości :)
JAK POWIĘKSZYĆ ŁÓDKĘ
Sypała się nie tylko szprycbuda. Kokpitowy namiot też już swoje przeżył - głównie dlatego, że używałem go bardzo często - nie tylko podczas rejsów. Wiosną i jesienią często wykonywałem różne prace właśnie w kokpicie. W namiocie nie tylko puszczały szwy i był nieprzyzwoicie rozciągnięty na wszystkie strony, ale ostatnio zaczął również przeciekać.

Dużo tu nie kombinowałem. Zamówiłem nowy w żaglowni Sailservice i tyle.

Uszyli według wzoru ze starego, ale dodali nieco nowocześniejsze akcesoria. Łatwiej było teraz podwijać ścianki namiotu, aby zrobić z niego coś na kształt bimini.
Później zauważyłem jedną niedoskonałość, jaką posiadał. W czasie deszczu na suficie tworzyła się niecka zbierająca wodę, która rozciągała miejscowo materiał, co z czasem mogło doprowadzić do powstania przecieków.
Oddałem więc namiot ponownie do żaglowni i odebrałem z wszytym starannie uchem do podciągu.
Teraz wystarczy kawałkiem krawata zaczepić o achtersztag i nawet obfity deszcz przestał już budzić trwogę.
PRZEKLEŃSTWO DOBROBYTU
Nie byłoby tego rozdziału, gdyby zabudowę w HR 312 robili w całości ze sklejki. Nie byłoby po prostu pęknięć, jakie powstają na krawędziach sklejonych ze sobą elementów z litego drewna. Zastosowanie szlachetniejszego i droższego materiału paradoksalnie pogorszyło jakość użytkową zabudowy.
Przy rozwiercaniu otworów pod kratki wentylacyjne Wallas zupełnie niechcąco uszkodziłem jedno ze wzmocnień, które ktoś kiedyś wykonał. Ten ktoś zrobił to jednak na tyle niedbale (klejenie do powierzchni lakierowanej), że nie tylko otwornica je odrywała, ale odklejały się również przy lekkim, bocznym stuknięciu młotkiem.
Trzeba było to jakoś poprawić, by wzmocnić popękane fragmenty. Do głowy przychodziły mi różne pomysły, ale w sprawie drewna miałem się akurat kogo poradzić.
Z pomocą przyszedł klubowy kolega Joseph, który w swoim życiu niemały fragment lasu na jachtowe kadłuby fachowo przerobił. Nie tylko doradził mi co i jak, ale również sprezentował mi gotowe do montażu kawałki litego mahoniowego drewna. Aż żal było je używać do tak backstage'owych zadań.
Jedyne, co musiałem zrobić, to nawiercić otwory pod wkręty (wstępny montaż i mocniejsze trzymanie)...
Sfazować nieco krawędź zachodzącą na laminat...
Posmarować klejem, skręcić i docisnąć.
Dbając oczywiście o to, aby nie uszkodzić części frontowej.
Tak powstałą kanapkę należało pozostawić na kilka godzin do wyschnięcia.
Po zdjęciu zacisków pozostawało usunąć wyciśnięty nadmiar wyschniętego już kleju.
Ten sam proces dotyczył deseczki z wyciętym na rurę spiro otworem.

Oczywiście, przed klejeniem należało obie powierzchnie na przyjęcie kleju przygotować. W tym celu wykonałem maszynowe szorstkowanie, zdzierając warstwę lakieru.
W niektórych miejscach nie było możliwe zastosowanie zacisków stolarskich, więc posłużyłem się rozpórkami.
Zastosowanie kleju penetrującego (rozprężającego się) Soudal pozwoliło wypełnić również same szczeliny. Na szczęście, były na tyle nie szerokie, że po usunięciu nadmiaru kleju pozostał on niewidoczny.
.jpg)










































