3 czerwca 2025

Półinteligentny Projekt Darwin - Sezon 6 - Żagiel na patyku

Minęły już czasy, kiedy to z powodu zbyt lekkiego wiatru od rufy musiałem jeździć na silniku. Odkąd pojawił się na pokładzie Darwina spinaker, w kokpicie zrobiło się mniej duszno od spalin. 

Spinaker to bardzo fajny żagiel i w miarę łatwy do prowadzenia. Oczywiście jak się go już postawi. Wymaga niestety bogatego oprzyrządowania. Linek do obsługi jest przynajmniej pięć (fał, dwa brasy, topenanta i obciągacz spinakerbomu). Jak się jeszcze dorzuci "brasołapki", to na naszym pokładzie robi się niezła pajęczyna. Do tego w bonusie otrzymujemy ekwilibrystykę z ciężkim spinakerbomem na dziobie jachtu. 

Wszystko to powoduje, że w żegludze samotnej często nie chce mi się uzbrajać i stawiać spinakera - szczególnie na krótsze odcinki trasy, z kręcącym dodatkowo wiatrem. Stawianie i składanie żagla zajmuje nieraz tyle czasu, co sama jazda.

Ponieważ na s/y Darwin otwarty jestem ostatnio na usprawnienia wszelakie, postanowiłem i w tym zakresie komfort sobie polepszyć. Szczególnie, że rozwiązanie podpowiadane przez znajomych żeglarzy wydawało się trywialne - po prostu kupić genaker...

Choć oczywiste są różnice między spinakerem a genakerem, ten drugi zdobywa coraz więcej zwolenników i powoli zdaje się wypierać "przestarzałego" i niemodnego już spinakera. Postanowiłem i ja spróbować, aby móc zweryfikować te poglądy.

Potrzebowałem wytyku, bo to jest podstawa dla tego żagla (choć są tacy, co wiążą róg halsowy do kosza rufowego i pływają). Długo przyglądałem się istniejącym na rynku ofertom dedykowanym temu zagadnieniu, jak i rozwiązaniom DYI. W końcu zdecydowałem, że najlepszym dla mnie będzie, funkcjonujące pod nazwą gennaker bowsprit, rozwiązanie oferowane przez firmę Selden.

Filozofii dużej tutaj nie ma. Taki wytyk, to po prostu kawałek aluminiowej (są też karbonowe) rury z odpowiednimi końcówkami, z których jedna mocowana jest do pokładu, a druga sterczy przed dziobem i trzyma linę halsu (często z bloczkiem). Istotna jest też mocowana na dziobie obejma, przez którą możliwa jest regulacja długości wytyku.

Stare jachty (takie jak mój) zupełnie nie są do takich wynalazków konstrukcyjnie przystosowane. Aby zamontować obejmę (pierścień) utrzymującą wytyk na dziobie, musiałem się nieźle nagimnastykować - również umysłowo. Są różne wersje obejm, gotowe do montażu na śruby czy wkręty, ale w moim przypadku nic nie pasowało i skończyłem na zestawie do samodzielnego spawania.

Pierwsze przymiarki wytyku ujawniły szereg problemów. Blokada knagi dziobowej i klapy forpiku. Ale tego wszystkiego akurat się spodziewałem i byłem gotowy na wypracowanie kompromisu.

Do kolejnych, dokładniejszych, przymiarek użyłem tego, co miałem pod ręką - kawałki styropianów, itp.

Potem rozpocząłem przygodę z pianką herex, której resztki znalazłem gdzieś w piwnicy. Materiał lekki i łatwy w obróbce, ale zbyt do tych celów niedokładny.

Przyszedł czas na karton, ale ten również nie do końca nadawał się do przygotowania dokładnego szablonu.

W końcu przeszukałem klubowy śmietnik i znalazłem materiał idealny - kawałki cienkiej sklejki.

Wymyśliłem, że uchwyt będzie spawany do obręczy, ale całość będzie przykręcana do sztagownika. W ten sposób zapewnię sobie nie tylko możliwość wykonania elementu w warsztacie, poza jachtem, ale i na przyszłość będę miał jakąś opcję demontażu i serwisowania.

Po wstępnym ustaleniu kształtu żebra, przyszedł czas na ustawienie spawanej obręczy. Zabieg wymagał niezwykłej precyzji w ustawieniu kąta. Elementy wytyku spasowane są w luźno, ale jednak mała zmiana kąta może spowodować konieczność przesunięcia końcówki wytyku o kilka centymetrów lub blokowanie się rury w obejmie.

W końcu udało mi się wszystko ustawić i za pomocą wodoodpornego flamastra nakreślić linie przewodnie dla spawacza.

Przed wysłaniem na warsztat wszystko sprawdziłem dokładnie po kilka razy. W takich pracach łatwo o jakiś czeski błąd.

Prace spawalnicze wykonał pan Stanisław, który wystawianymi rachunkami doprowadza mnie zawsze w pobliże zawału serca. Jest z tego znany, w środowisku żeglarskim trójmiasta. Samo zaproszenie go na swoją łódkę, na wycenę prac, jest u nas w klubie uznawane za oznakę prestiżu armatora ;) Ale gość robi wszystko kompleksowo, fachowo i w terminie. Kiedy więc zależy mi na jakości, zaciskam zęby i sięgam głębiej do portfela.

Pierwsza przymiarka odbyła się na prowizorycznie przyheftowanym pierścieniu, co okazało się słuszną koncepcją, bo spaw nieco zwichrował oś i konieczne były poprawki. I tu właśnie miałem okazję obserwować pana Stanisława w akcji. Pomyślał, przyłożył, pomierzył, zabrał na warsztat i na drugi dzień wszystko pasowało - jak z fabryki. Można było nawet używać tego uchwytu jako celownika.

Poza ustawieniem odpowiedniego kąta pracy, kolejnym dylematem do rozwiązania była długość wytyku (oba wymiary były ze sobą z resztą powiązane zależnością geometryczną).

Jedna sprawa, to długość części wystawianej poza dziób. Tutaj producent ma ścisłe zalecenia, które według tabeli określa się w zależności od wyporności jachtu i wybranej średnicy wytyku. U mnie wyszło to nieco ponad pół metra. Przydałoby się może i więcej (genaker pracuje lepiej im dalej od dziobu jest mocowany, bo mniej zasłania go grot), ale musiałem zadowolić się tym, co oferuje fabryka. Koledzy proponowali mi jeszcze montaż odciągu, ale bardzo sceptycznie do tego podszedłem. Uznałem, że nie pływam regatowo i żagli dodatkowych używam tylko w lekkich wiatrach, więc wartości podane przez producenta powinny zabezpieczać mnie ze sporym zapasem. Póki co, postanowiłem popływać na ustawieniach fabrycznych i sprawdzić jak się wszystko sprawuje.

Równie ważna jest też długość odcinka pozostającego na pokładzie. W moim przypadku dłuższy wytyk oznaczał mniejszy kąt nachylenia względem pokładu i umożliwiał zostawienie około 2cm odstępu od knagi dziobowej, oraz co ważniejsze, możliwość uchylenia klapy forpiku. Bez zdejmowania wytyku istniał w miarę swobodny dostęp do pokrętła zaworu butli LPG. System Selden umożliwia też z resztą bardzo szybki demontaż wytyku. Daje to wtedy pełny dostęp do forpiku w przypadkach awaryjnych, jak na przykład potrzeba szybkiego wyrzucenia butli za burtę, w razie pożaru.

Kolejną rzeczą, którą musiałem przemyśleć, to montaż uchwytów na pokładzie. Potrzebowałem dwóch. Jeden w pozycji pracującego genakera, a drugi dla stanu spoczynkowego. Ponieważ jeden z tych uchwytów musiał przechodzić przelotowo przez pokład (względy wytrzymałości), musiałem chwilę skupić się, by ominąć znajdującą się pod pokładem wiązkę kabli elektrycznych,


Sam montaż był trywialny. Trzy dziury przy pomocy wiertła, sika, śruby, podkładki, nakrętki i gotowe. Uchwyty te są bardzo sprytnie skonstruowane. Składają się na czas ich nieużywania i blokują w pozycji do wczepienia wytyku. Dodatkowo, potencjalne drgania ucha tłumione są przez gumową (a może silikonową) podkładkę. Nic więc na pokładzie nie dzwoni, gdy dziób jachtu przebija się przez fale.

Drugi zaczep, służący do przechowywania wytyku w stanie spoczynku, nie musiał być już tak solidny. Tutaj wystarczyły zwykłe wkręty. Oczywiście w obu przypadkach należało tak dobrać miejsce montażu, aby wkręty nie wypadały na fudze miedzy klepkami.

Nie samym wytykiem jednak genaker żyje. Potrzeba go jeszcze uzbroić w linkę halsu. Pilotowy sznurek został wciągnięty przez pana Stanisława, przy okazji ucinania rury i nitowania końcówki stojącej na pokładzie. Patent z taśmą, stosowany przy przeciąganiu kabli elektrycznych opanowałem do perfekcji, a sprawdza się on również przy linach.

Na przeprowadzenie liny do kokpitu miałem szereg różnych pomysłów, ale finalnie zdecydowałem na ten najmniej skomplikowany. Jak to bywa w takich rozbudowach, pojawiły się kolejne kolizje w ergonomii jachtu. Tym razem linka ograniczała nieznacznie otwieranie folruku. Trudno - trzeba będzie ją luzować lub uważać, aby zamykając forluk jej nie przytrzasnąć.

Zaletą prostej trasy z dziobu do kokpitu, oprócz unikania dużych obciążeń na "ostrych zakrętach", była możliwość zastosowania tylko jednej przelotki - na nadbudówce. Kiedyś, w razie konieczności, można będzie zawsze zmienić trasę lub dodać kilka przelotek.

Uznałem, że w tej jedynej (jak na razie) roli doskonale sprawdzi się przelotka Spinlocka. Mimo, że plastikowa, to posiada trwały, metalowy pierścień cierny, a solidna konstrukcja odporna jest na przypadkowe przydeptanie. 

Niestety na tym łatwe sprawy się kończyły. Chcąc zmieścić jedną dodatkową linkę w kokpicie konieczne były większe zmiany.

Wymiany na większe wymagały osłony kanałów przelotowych, a jednocześnie same kanały przelotowe zaczęły domagać się powiększenia.

Zwiększyć należało też ilość stoperów fałowych.

Rozpocząłem od odwiertów w laminacie.

Wiertło piórowe odpowiedniej średnicy i przyłożone pod odpowiednim kątem odwaliło większość brudnej roboty.

Multitool z okrągłą tarczą tnącą musiał już tylko połączyć dwa otwory ze sobą. 

Pilniki do metalu, mimo że nie zostały do tego zrobione, wygładziły zadziory i nierówności w laminacie.

Tej samej technologii użyłem ponownie od zewnątrz.

Poszło bardzo sprawnie i efekt był zadowalający.

Można było przeciągnąć fały, naprężyć je i zrobić pierwszą przymiarkę dla nowej sekcji stoperów.

Poczwórny zestaw Spinlocków wymagał jedynie wykonania dwóch dodatkowych otworów. 

Zauważyłem, że montaż tego typu zabawek dostarcza armatorowi wiele satysfakcji i jest niezwykle prosty.

Pamiętać trzeba jedynie o uszczelnieniu przejść śrubowych.

Po montażu, z góry wszystko prezentowało się znakomicie.

Od dołu wyglądało jednak o wiele mniej estetycznie. Powodem były ślady po poprzednich, jeszcze fabrycznie mocowanych stoperach. 

No ale od czego jest maskownica.

Takie przeróbki, na starym jachcie, niestety nie do końca da się ukryć. Ale wystarczy nie zadzierać nosa, aby nie zauważać wybielonej historii.

Po założeniu maskownicy można było oficjalnie dokonać otwarcia nowych połączeń linowych.

Podczas gdy ja zajmowałem się rozpylaniem wiórów laminatu po okolicy, pan Stanisław zajął się wykonaniem nowych maskownic.

Poszło mu na tyle dobrze, że wkręty nowych blaszek wpasowały się w połowę starych otworów montażowych.

Przy okazji tych zmian postanowiłem zrobić jeszcze jedno przemeblowanie. Linę obciągacza spinakerbomu zaciągnąłem do kokpitu (wkurzało mnie bieganie na dziób w celu regulacji), a fał foka postanowiłem wyrzucić do masztu.

Powód tej decyzji może powodować serię facepalmów u większości regatowców. Przyznać bowiem muszę, że w swoim turystycznym pływaniu zupełnie nie mam w zwyczaju korzystać z możliwości regulacji napięcia fału foka. Mało tego - wciągam foka (genuę) na początku sezonu, napinam, blokuję fał stoperem i otwieram dopiero na jesień, do zdjęcia żagla na zimę. 

Dlatego też, zupełnie nie odczułem braku tej linki w kokpicie Musiałem natomiast wymyśleć jakiś sposób napinania i utrzymania wybranego fału przy maszcie.

Na początku nastąpiło przetasowanie na rolkach i organizerach pokładowych.

Potem była przymiarka na sucho do prototypu. Działa! W późniejszej wersji dodam jeszcze knagę na maszcie i tymczasowy bloczek na snapszekli do wygodniejszego napinania fału.

Fał w stanie ciągłego napięcia będzie utrzymywał pojedynczy stoper Spinlock. Trzeba go tylko jakoś na stałe przytulić do zakrzywionej powierzchni masztu. W tym celu użyłem kawałka znalezionego w bakiście drewna teakowego.

Aby wyszlifować klocek dokładnie do krzywizny masztu, posłużyłem się przyklejonym do tego samego masztu papierem ściernym.

Nieco żmudna, ręczna robota, ale przyniosła zamierzony efekt.

Trzeba było jeszcze przymierzyć śruby i odznaczyć miejsce wykonania otworów w maszcie.

Jak już wiedziałem gdzie, to nawierciłem i nagwintowałem otwory.

Aby zapobiec korozji galwanicznej pomiędzy stalą nierdzewną a aluminium, można użyć pasty Duralac. Właśnie zauważyłem, że wyszła nowa zielona edycja, więc kupiłem ;)

Pastę nałożyłem na gwinty i wkręciłem.

Pozostało mieć nadzieję, że połączenie gwintowane będzie trwałe i najlepiej jak przeżyje właściciela jachtu, aby oszczędzić mu wstydu i ponownej roboty. 

Będąc w transie monterskim zamocowałem jeszcze kilka knag. Zawsze jest tego deficyt na morzu, a stocznia HR nieco poskąpiła w tym temacie. 

Swoich dedykowanych knag doczekały się również flaglinki..

Wszystko było gotowe. Należało się jeszcze uzbroić w odpowiednie szoty (czy jak tam się te sznurki od genakera zwą). W tym celu, idąc za przykładem szotów genuy, wykonanych z jednego kawałka liny, postanowiłem wykonać mały eksperyment. Połączyłem zrobioną samodzielnie miękką szeklę z baranimi rogami szota. Funkcjonuje to bardzo dobrze na genui (co prawda bez szekli, bo zaciśnięte bezpośrednio na luwersie żagla), więc powinno i tutaj się sprawdzić.

W bakistach przybyło trochę balastu.

Zawsze można użyć też brasów spinakera ze "snapkami", ale w tym przypadku zachodzi większe ryzyko przypadkowego rozpięcia przy zwrotach.

Jedną rzeczą, której nie musiałem przerabiać był fał spinakera. W związku z tym, od teraz, może być on nazywany również fałem genakera :)

Był jeszcze jeden problem do rozwiązania. Trzeba w sumie było jeszcze mieć żagiel (genaker).

Na szczęście kumple jak zwykle nie zawiedli. Kiedy zimą puściłem w eter informację o poszukiwaniu jakiejś używki, czujny kolega Tomek nagrał mi prawie idealnie pasujący do mojej łódki żagiel. A że był w stanie idealnym i w przystępnej cenie, więc kupiłem.

Pierwsze testy wypadły znakomicie - nie licząc utopionego i przeciągniętego pod kilem luźnego szota, o którym po zrobieniu zwrotu po prostu zapomniałem. Tło jakie robił akurat wtedy horyzont dodało jednak tej chwili tak wiele pozytywnych emocji, że wpadki ze sznurkami poszły szybko w niepamięć.

Czy cel zmian został osiągnięty? Uważam, że tak - pomijając oczywiście zalety i konieczność użycia spinakera w kursach fordewindowych, będących poza zasięgiem genakera. 

Przy turystycznym pływaniu na genakerze często stosuję tylko jeden szot/bras (po prostu nie robię zwrotów, bo nie potrzebuję). W tym przypadku wystarczy poprowadzić po burcie tylko jedną linkę, zanieść torbę na dziób, podpiąć rogi żagla, wysunąć wytyk i można ciągać fał. Przygotowanie żagla nieporównywalnie szybsze i znacznie uproszczone (i bezpieczniejsze) względem spinakera. Ilość linek zredukowana z pięciu do trzech. A o braku gimnastyki ze spinakerbomem na dziobie już nie wspomnę ;)



Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.