Podstawą bezpieczeństwa w morskim żeglarstwie turystycznym jest dobrze zaplanowany i starannie przygotowany rejs. Gwarancją udanego sezonu żeglarskiego nie jest jednak realizacja założonego planu, a elastyczność we wprowadzaniu w nim zmian.
Dzięki takim poglądom to, co wydarzyło się w sezonie 2025 mogę nazwać sztuką improwizacji, a nie umiejętnością przyznania się do porażki ;)
18.07.2025
Drugi etap rejsu zaczynam (po tygodniowej przerwie) w Darłowie.
Zjawiam się tam późnym popołudniem i robię sobie krótki spacer w okolicach wejścia do portu.
Dużo do zobaczenia nie ma, a wszystko, co się tutaj znajduje, jest związane ze statkami lub gwiazdami. Gwiazdoblok Xaver został kiedyś przerzucony na drugą stronę falochronu przez fale sztormowe i pozostawiony tam do dzisiaj, aby uświadamiać niedowiarkom potęgę morza.
Kiedy oba galeony idą wieczorem w morze, przypomina mi się, po co tutaj przyjechałem. Ja jednak planuję wyjście dopiero jutro rano.
Tymczasem wracam na jacht i robię sobie moją ulubioną letnią przekąskę, która u niektórych budzi obrzydzenie, a u innych tylko zdziwienie. Zimny jogurt kawowy wymerdany z równie zimnym makaronem - mniam!
19.07.2025
Wstaję dzisiaj skoro świt, tak aby zdążyć na otwarcie mostu o godzinie 0600.
I "zdanżam" :)
Dzięki temu niecałe 10 minut później jestem już za główkami portu.
Bardzo lubię rozpoczynać dzień na wodzie.
Wieje jakieś osiem węzłów dokładnie z prawej burty, więc pozornie jadę sobie pełnym bajdewindem na zachód.
O godzinie 0700 mijam na trawersie Dąbki. Uważna pisownia jest w przypadku tej miejscowości bardzo istotna, gdyż pomyłka może skutkować cofnięciem się wzdłuż polskiego wybrzeża o jakieś 80NM.
O 1245 mijam Kołobrzeg.
Diabelski młyn z daleka ostrzega o tutejszych diabelskich praktykach, o których donoszą inni żeglarze. Chodzi o automaty prysznicowe w marinie działające wyłącznie na monety pięciozłotowe. Nie mój to jednak problem, bo dzisiaj tu się nie zatrzymuję.
Latarnia w Niechorzu daje się zaobserwować o godzinie 1600.
Niecałą godzinę później widoczny jest Hotel Gołębiewski w Pobierowie, przypominający trochę niedokończoną budowę egipskiej piramidy.
Wiatr mam już wtedy praktycznie od rufy.
Wolę podziwiać widoki Wolińskiego Parku Narodowego.
Tym bardziej że dla samotnego żeglarza roboty na pokładzie nigdy nie brakuje. Korzystając z płaskiego morza, przygotowuję sobie z dużym wyprzedzeniem odbijacze i cumy.
Tuż przed wejściem do portu w Świnoujściu zachodzi słońce.
Kanał portowy to jedyny kanał, na który dzisiaj wchodzę. Nie zgłaszam się bowiem na VHF. Według wielu żeglarzy to jedyny normalny port na polskim wybrzeżu, ponieważ nie trzeba się o nic prosić (póki się nie przekracza bodajże 20 metrów długości). Ja tam raczej nie mam nic przeciwko radiowej pogadance. Dzięki temu nie wychodzi człowiek z wprawy w obcowaniu z urządzeniem i przy okazji testuje jego sprawność. No ale na regulamin nic nie poradzę - wpływam w milczeniu.
O godzinie 2120 jestem u wrót mariny, których prawą stronę wyznacza znajdująca się na środku kanału zielona pława - o czym dobrze jest pamiętać, by nie utknąć na rozległej w tym miejscu mieliźnie.
Odwiedzałem marinę w Świnoujściu już kilkukrotnie, ale po raz pierwszy zaskakuje mnie brak wolnych miejsc. Robi się nerwowo, bo dwa inne jachty też zdają się szukać dla siebie miejscówki. Przepływam całą długość przystani i nie widzę nic wolnego. Wracam do pierwszego pomostu przy wejściu, gdzie znajduję już chyba ostatni wolny boks, nieco zasłonięty większą jednostką.
Wpływam spokojnie na stanowisko cumownicze i zamierzam równie spokojnie obłożyć cumy na pomoście, kiedy zostaję zaatakowany przez rój komarów. Jest ich naprawdę mnóstwo i gryzą jak wściekłe. Moje spocone ciało zapewne ułatwia im lokalizację celu. Uwijam się więc szybko z cumami i oganiam się od komarów jednocześnie - wyglądam pewnie jak pracownik Ministerstwa Głupich Ruchów.
Gość obok na jachcie twierdzi, że tak jest co wieczór dokładnie o tej porze i trwa około pół godziny. Wiedziałem, o której przypłynąć — po zakończonej akcji z cumami mam na całym ciele chyba z 50 ukąszeń.
Będzie to mnie później swędzić jak diabli, ale póki co czeka mnie gorszy koszmar. Zaczyna się kilka minut później w bosmanacie. Zastaję tam kilkunastoosobową kolejkę żeglarzy wnoszących opłaty. Jest tłoczno, parno i duszno, a obaj bosmani, przyjmując wpłaty, operują (zupełnie niesprawnie) przy jednym tylko komputerze (sic!). Też są nieźle podenerwowani, bo od kilku minut pracują już po oficjalnych godzinach zamknięcia bosmanatu.
Znani ze swojego wewnętrznego spokoju ludzie morza zaczynają pod nosem przeklinać, a stojący z nimi w ogonku Niemcy ośmielają się nawet żartować. Podśmiechują się, że mamy tutaj w Polsce chyba osiemnasty wiek. No i dobrze, że im się nie podoba - myślę sobie - wbrew staraniom Tuska, może nie będdzie im się nas chciało germanizować ;)
Po 1 godzinie i 15 minutach udaje mi się w końcu opłacić postój i uzyskać kartę dostępową do furtki pomostu oraz sanitariatów. Jestem jeszcze bardziej spocony, zmęczony i mocno wkurwiony, ale też trochę szczęśliwy, że sie w końcu udało.
20.07.2025
Śpię do 0900. Trochę mnie sponiewierał wczorajszy dzień. Upał na morzu wykańcza chyba bardziej niż sztorm. Ale dzisiaj zaczynam wszystko od nowa - śniadanie, poranna toaleta i w morze.
W drodze powrotnej na jacht spotykam klubowego kolegę Jarka, który na swoim s/y Bluebird czeka na zaokrętowanie żony (nie dopytywałem, ale chyba swojej), z którą rozpocznie kolejny etap wakacyjnego rejsu.
Wykluwam się z boxu po godzinie 1015. Przed wyjściem z mariny podpływam jeszcze do tutejszej stacji paliw. Zatankowanie diesla B0 (bez biododatków), nie będąc rolnikiem, jest w Polsce luksusem, którego się nie odmawia. Dodatkowo obsługa na stacji jest uprzejma, uśmiechnięta i nawet lekko pomocna przy cumowaniu.
Wypływając z mariny, przypominam sobie o niezwróconej karcie dostępowej. Nie chce mi się teraz zawracać. To będzie już trzecia karta z tej mariny u mnie na pokładzie. Kiedyś oddam wszystkie - obiecuję.
W kanale portowym dzisiaj ciasno.
Zaraz za główkami pływa sobie policyjna motorówka i przegania wszystkich. Podpływa też do mnie. Otrzymuję zalecenie zejścia na zachód i trzymania się przynajmniej pół mili od toru podejściowego.
Powodem tej brawurowej akcji jest wyciągany akurat z portu, przez dwa holowniki, olbrzymi gazowiec.
Odejście na zachód trochę mi komplikuje sprawę, bo chcąc dostać się na Zatokę Greifswaldzką, muszę potem płynąć bardzo ostro na wiatr.
A na drodze staje mi las czerwonych chorągiewek. Chociaż nie widzę żadnych pływaków od sieci powierzchniowych, jakoś nie mam odwagi przepływać między nimi. Robię dwa zwroty i omijam całe to "pole minowe".
Poza tym wygląda na to, że mam dzisiaj kolejny dzień idealnych warunków żeglugowych. Jest teraz około 8 węzłów wiatru z prawej burty i poruszam się na żaglach z prędkością ponad 5.5kn, po lekko zafalowanym morzu.
O godzinie 1425 zauważam na horyzoncie wyspę Greifswalder Oie, którą mijam z daleka prawą burtą.
O 1450 mijam pławę O2, która rozpoczyna jedno z dwóch istniejących przejść na Zatokę Greifswaldzką, od strony wschodniej.
Opływam wyspę Ruden, którą w trybie awaryjnym odwiedziałem na Rejsie na Rugię w 2015 roku.
Gdy wpływam na zatokę, wiatr się wzmaga. Na szczęście wieje od rufy, więc krótka stroma fala nic mi nie robi.
Przelatuję przez zalew w mgnieniu oka i o 1830 jestem już w "kanale", gdzie jest dużo spokojniej.
Nadal jednak dobrze wieje w okolicach 15kn, więc idę na żaglach dość szybko.
Około 1900 przecinam linię kursową promu pływającego na trasie Stahlbrode - Glewitz.
Przepinam sobie "japończyka" na achtersztag - podobno tak jest bardziej snobistycznie.
O 1940 przepływam pod linią wysokiego napięcia. Ale jest ona na tyle wysoko, że nie czuję żadnego napięcia.
Chwilę później mijam, położoną na południowym brzegu, marinę Neuhof. Na drugim, północnym brzegu znajduje się marina Gustow, którą przy okazji również mijam.
Pokonuję jeszcze jeden zakręt w lewo, drugi w prawo i moim oczom ukazuje się most Rügenbrücke oraz port w Stralsundzie.
Jest godzina 2030 i mam jeszcze godzinę do otwarcia mostu zwodzonego. Zamiast stać w dryfie, postanawiam zacumować do dalb postojowych, umiejscowionych przy południowym brzegu wyspy Kleiner Dänholm.
Podchodzę ostrożnie pod wiatr, ale chyba nie przemyślałem manewru do końca. Zamiast podpłynąć spokojnie lewą burtą i mieć pole manewru na zatrzymanie, chcę złapać się cumą z dziobu. Kiedy oceniam, że inercja jachtu wystarczy na dojście do dalby, wrzucam silnik na luz, wyskakuję z kokpitu i biegnę na dziób. Będąc na śródokręciu, już dostrzegam, że nie doceniłem poruszającej się masy jachtu i jadę prosto w dalbę - zbyt szybko! Czasu jest już jednak za mało, żeby zdążyć do kokpitu i wyhamować na wstecznym. W akcie rozpaczy postanawiam spróbować zatrzymać jacht siłą mięśni, co jest moim złym nawykiem po dużo lżejszej Albin Vedze. Ponownie niedoceniam masy jachtu (6t) w ruchu i wbijam się koszem prosto w dalbę. Jest trochę zgrzytu metalu o metal, kosz lekko się rozgina i unosi się, gdy dalba próbuje się wepchnąć w dziób jachtu. W końcu udaje mi się odepchnąć kosz od dalby, zapominając zupełnie, że miałem ją złapać cumą. Robię to w ostatniej chwili, unikając zdryfowania na drugą dalbę znajdującą się za rufą. Jacht z wiatrem odchodzi i zawisa spokojnie na cumie. Można odetchnąć z ulgą.
Oglądam więc mocowanie kosza i oddycham z ulgą, bo wszystko wydaje się być na swoim miejscu.
Dopiero po chwili, wieszając odbijacze, zauważam, że coś jest nie tak. Relingi nie sa już napięte i zwisają, jak nigdy przedtem. Kosz widocznie został jednak przegięty poza granicę sprężystości i musiał się nieco odkształcić. Trudno - zajmę się tym później.
Teraz mam za rufą spektakl, którego nie chcę przegapić.
Most otwiera się o 2130. Już kilka minut wcześniej ustawia się kolejka. Czyżby była to zapowiedź walki o miejscówki w Stralsundzie?
Pięć minut po otwarciu przeprawiam się na drugą stronę.
W marinie cumuję już w półmroku. Z braku światła trudno jest odróżnić tabliczkę zieloną od czerwonej. Jakiś człowiek woła i macha do mnie. Kieruje mnie na stanowisko w głębi, przy kładce zejściowej. Wujek Dobra Rada okazuje się być kompletnie pijanym i ledwo trzymać się na nogach, a miejscówka zupełnie nie pasuje do rozmiaru kadłuba Darwina, za to dość skutecznie utrudnia mi jej opuszczenie. Wiatr dodatkowo dopycha mnie do betonowego pirsu. Znajdują się jednak ludzie, którzy pomagają mi wyjść z potrzasku, bez większych otarć kadłuba.
W końcu znajduję jakieś stanowisko z zieloną tabliczką i cumuję.
21.07.2025
Po wizycie w bosmanacie okazuje się, że muszę przestawić się w inne miejsce. W sumie to dobrze, bo moja kładka y-bomu jest nieco wybrakowana.
Robienie takich akcji przeprowadzakowych w pojedynkę jest pracochłonne. Na szczęście nie ma wiatru i wszystko idzie sprawnie.

Mam już opłacony postój i wygodną kładkę. Czas zająć się szkodami powypadkowymi. Stopień "rozciągnięcia" relingów znacznie przekracza zakres regulacji na ściągaczach. Relingi można teoretycznie związać krawatem i tym sposobem je naprężyć. Ale ja chcę spróbować jednak przywrócić je do stanu wyjściowego.
W porcie znajduje się sporo tablic reklamowych różnych serwisów łódkowych. Pytam w bosmanacie czy kogoś polecają, ale wskazują mi na barierkę z tablicami, mówiąc, żebym sobie coś wybrał. Na chybił trafił, dzwonię pod pierwszy znaleziony numer telefonu, ale nikt nie odbiera. Dzwonię więc pod inny numer z kolejnej tablicy. Tym razem odpowiada ktoś, kto zgadza się przyjechać za 15 minut na inspekcję i ocenić możliwości naprawy.
Łódkowy naprawiacz Johan zjawia się w marinie tak jak obiecał. Ogląda kosz dziobowy dokładnie i stwierdza, że może wszystko wyprostować, ale potrzebuje zrobić to na warsztacie u kolegi, 60 km od Stralsund. Zajmie to trzy lub cztery dni. Dla mnie demontaż i dłuższy postój podczas rejsu nie wchodzą w grę. Jako alternatywę serwisant proponuje prostowanie na jachcie przy pomocy pasów i napinaczy, ale nie daje na ten zabieg gwarancji. Zgadzam się - chyba głównie z ciekawości, jak taki proces wygląda.
Umawiamy się na popołudnie, więc mam jeszcze czas na wycieczkę do miasta. Ruszam najpierw na południowy wschód w kierunku centrum i potem przez most Weiße Brücken na zachód.
Z niektórych podmiejskich zakątków starówka wygląda bardzo wystawnie.
Niedaleko tutejszego ZOO znajduję centrum handlowe, w którym zjadam sobie gyrosa i kupuję podręczny plecak. To już moja tradycja rejsowa, że zapominam z domu czegoś niedużego, co mógłbym potem zabierać na miejskie piesze i rowerowe wycieczki – tak, żeby wrzucić jakiś przeciwdeszczowiec, kanapkę i butelkę z piciem.
Wracam do mariny dokładnie wtedy, gdy Johan zjawia się ze swoim sprzętem.
Wybieramy cumy na sztywno, aby ustabilizować jacht na tyle, na ile się da. Szczęściwie woda dzisiaj jest płaska.
Nie tak łatwo jednak przyłożyć do kosza odpowiednią siłę w odpowiednim miejscu, aby nie wyrwać go z mocowań.
Sprężystość stali kwasoodpornej jest bardzo duża i aby wejść w zakres plastyczności, musimy sporo przeginać. Po około czterdziestu minutach nierównej walki udaje się z grubsza wyprowadzić kształt kosza i przywrócić jego symetryczność. Niestety, nie udaje się przywrócić całkowicie jego pierwotnego kąta pochylenia w przód i tym samym naprężyć relingi.
Muszę pogodzić się też z wgnieceniem – na szczęście w rozmiarze "kosmetycznym".
Farbę zabraną z dalby daje się łatwo usunąć.
Nic więcej nie da się zrobić w warunkach portowych. Na dodatek zaczyna padać deszcz. Kończymy na dzisiaj i umawiamy się na jutro na wymianę linek relingów i na regulację takielunku. Johan zwija sprzęt i znika, a ja ukrzyżowuję swój deszczowiec do wyschnięcia. Schodzę do środka jachtu i nie wychodzę do rana.
Nocny i mokry Stralsund obserwuję już tylko przez szybę z pokładu Darwina.
22.07.2025
Poranek pochmurny, ale już bez deszczu. Leniwa i senna atmosfera panuje nie tylko w porcie, ale i na kotwicowisku.
Majster zjawia się punktualnie na umówioną godzinę, ale przynosi złą informację. Na dostawę linek relingów trzeba będzie poczekać jeszcze jeden dzień.
Tymczasem zabiera się za regulację takielunku - w czym się ponoć specjalizuje.
Ja samodzielnie robiłem to na Darwinie wiele razy, ale zawsze z miernym skutkiem. Jakoś mi to tak wychodzi, że albo maszt mi się krzywi na stronę, albo wanty nie są równomiernie napięte parami. Podejrzewam już nawet, że jedna z want jest innej długości i stąd te różnice nie do wyprowadzenia. Johan, szarpiąc za wantę, wyśmiewa moje dzieło - szczególnie małą siłę, z jaką napiąłem takielunek.
Co do napinania stalówek, to posiadam jedynie doświadczenia z Albin Vegi, gdzie książkowe wartości sił przyłożonych do want powodowały wygięcie się pokładu i blokadę drzwi do kibla. W praktyce napinałem wachty tak, aby zawietrzne nie luzowały się przy umiarkowanym wietrze, w ostrym bajdewindzie (plus mały zapas na cięższe warunki). Dawało to około 7-8% wartości siły zrywającej (akurat miałem udany egzemplarz tego modelu jachtu i nie doświadczałem nadmiernej kompresji podpory masztu).
Na s/y Darwin (HR 312) napinam z siłą 10-12% obciążenia niszczącego i w sumie sprawdza mi się to. Johan jednak tłumaczy mi to, co już w sumie wiem - że przy silnych wiatrach i przede wszystkim na mocno zafalowanym morzu powstające przy słabo naciągniętym takielunku naprężenia udarowe mogą okazać się tragiczne w skutkach.
Johan proponuje i za moją zgodą przykłada ściągaczami 20% siły zrywającej. Jedynie achtersztag pozostaje napięty nieco lżej (w okolicach 15%). Taką wartość Johan w jakiś sposób szacuje na podstawie powierzchni genui. Siła w achterze ma się odpowiednio zwiększyć do wymaganej dopiero podczas żeglugi - przynajmniej tak to zrozumiałem, bo nie do końca oboje władamy zaawansowanym technicznym angielskim.
Na moje obawy o szkodliwe przenoszenie tak dużych sił na konstrukcję kadłuba fachowiec uśmiecha się tylko i uspokaja. Nie robi tego pierwszy raz i poza tym "to przecież Hallberg-Rassy, a nie jakaś Bavaria".
Może i HR, ale 40-letni i jakoś nie mam do końca przekonania, ale postanawiam zaufać fachowcowi i spróbować kilka dni popływać w tej konfiguracji. Stalówki na dotyk są sztywne jak pręty, ale póki co, nic na jachcie nie trzeszczy i drzwi od kibla się nie blokują :)
Co mnie bardzo pozytywnie zaskakuje po regulacji Johana, to idealnie symetryczne naprężenia w każdej parze want i jednocześnie maszt prosty w osi jachtu jak strzała i lekko przegięty w banana do tyłu. Czyli jednak się da, tylko trzeba umieć. Chyba nie powinienem więcej robić tego samodzielnie albo się jakoś tego w końcu nauczyć.
Na tym kończą się dzisiaj roboty bosmańskie. Opóźnienie w dostawie linek do relingów powoduje, że muszę opłacić postój w marinie na kolejne 24 godziny. Ponieważ się wypogodziło, idę sobie na spacer w miasto.
23.07.2025
Aby nie powtarzać się z ujęciami, które zrobiłem kilka lat wcześniej podczas "Bałtyckiej Włóczęgi" Santa Pastą, postanowiłem poszukać czegoś nowego w tutejszej mniejszej architekturze.
Znajduję też kilka różnic kulturowych między naszymi krajami. Napoje wyskokowe w postaci "doskonale wymieszanych" (lecz nie wstrząśniętych) drinków zawierają tutaj aż dwa razy więcej substancji czynnej niż te dostępne w Polsce.
Kolejne znalezisko rozwiało moje wątpliwości co do słuszności wożenia na jachcie praktycznie nieużywanego przeze mnie piekarnika. Nie jest ze mną tak źle. Tutejsi, aby zjeść świeży chleb na śniadanie w kamperze, targają za sobą całe piekarnie.
Po południu zjawia się w marinie Johan. Rozmontowuje stary takielunek, przymierza, zawalcowuje końcówki i zakłada nowy.
Korzystając z okazji i nieco się nudząc, postanawiam zadbać trochę o wizerunek i wyczyścić dostępne akurat zardzewiałe rejony wyposażenia jachtu.
Godzinę później mam już nowy komplet linek. Zdecydowałem się na znacznie tańszy od Seldena system Blue Wave. Popływamy i zobaczymy, jak się sprawdzi i czy nie będę tych oszczędności kiedyś żałował.
Na tym usługi Bootsservice Müller się kończą i przychodzi ten najgorszy moment - czas rozliczenia finansowego. Johan, mimo że z byłego NRD, nalega na rozliczenie z fakturą. Ta cholerna niemiecka uczciwość obciąża mnie dodatkowo (rozumiem już chyba, dlaczego polska prawica ich tak nie lubi). W dalszą część rejsu wyruszę uboższy o kilkaset EURo.
Aby odreagować i puścić w niepamięć finansowe straty, robię sobie relaksacyjną przebieżkę po okolicy. A jutro w końcu znowu w morze!
24.07.2025
Stralsund opuszczam o godzinie 0750.
Na śniadanie moja ulubiona szakszukopodobna jajecznica na cebulce, kiełbasie i koncentracie pomidorowym. A do tego termiczny kubek kawy, który sączę sobie potem przez pół dnia.
Pogoda dzisiaj iście wakacyjna.
Szkoda tylko, że póki co jadę wąskim kanałem pod wiatr.
Po drodze wyprzedza mnie coś prawie tak brzydkiego, jak nasza s/y Gedania ;)
Marinę Barhöft mijam lewą burtą o godzinie 0930. Nie wiem, czy jest brzydka czy ładna, bo jest mi do niej za daleko, aby to ocenić.
Poza tym kanał, który tu przekopano, jest zbyt wąski i kręty, aby można było się rozpraszać takimi analizami.
Pilnuję więc pozycji na mapie i kursu do kolejnych pław. Ostatni odcinek pozwala płynąć na żaglach, co też z przyjemnością czynię. Stawianie grota przebiega nieco nerwowo, z bardzo małym zapasem na uniknięcie wejścia na mieliznę.
W końcu wychodzę na pełne morze. Tu się oddycha! Mimo że to nie Szwajcaria. I tylko wyprzedzające mnie jachty niewiadomego pochodzenia (X-yachts) nieco irytują. Dobrze, że tylko jeden.
Wiatr niestety znowu wieje idealnie z kierunku, w jakim chcę płynąć.
Robię dwa zwroty, ale jakoś nie chce mi się dzisiaj halsować. Mam przed sobą cały dzień i niecałe 20NM do pokonania, ale ponieważ nikt nie patrzy, zapuszczam silnik.
O godzinie 1345 jestem już przy sztucznej wyspie Prerow. Wejście do mariny jest od południowej strony, a podejście od zachodniej. Ze względu na łączące wyspę z lądem molo muszę zrobić objazd od północy.
Rezerwacji dokonałem wczoraj mailowo (inselhafen@npa-vp.mvnet.de), zaznaczając swoje osamotnienie na pokładzie i prosząc uprzejmie o jakieś łatwe miejsce do cumowania. Mam więc przydzielone stanowisko numer 28 "z muringiem" i nadzieję, że nie jest to mooring śródziemnomorski, bo niewygodnie się go samodzielnie obsługuje.
"Mooring" okazuje się na szczęście być zwykłą bojką rufową, której obsługę mam już opanowaną do perfekcji. Jestem dzisiaj jednym z pierwszych jachtów w marinie.
Ale już kilka minut później pojawiają się kolejne.
Idę załatwić formalności do bosmanatu i mało brakuje, abym tam dotarł bez zęba na przedzie. Ciekawe, czy ktoś by mi potem uwierzył, że idąc po pomoście mariny, dostałem śrubą napędową w twarz?
Bardzo mi zależało, aby tutaj przypłynąć. I wcale nie dlatego, że potrzebowałem odessać zbiornik na fekalia.
Po prostu lubię porty w takich niestandardowych formach.
Z tarasu widokowego obok bosmanatu mogę obejrzeć sobie dokładnie ciasne i kręte wejście do mariny. Kiedy wpływałem, nie było na to czasu.
Nagle przede mną pojawia się 720 metrów drogi. Tyle bowiem wynosi długość najdłuższego na Bałtyku mola, którego budowa zakończyła się w 2024 roku i tym samym pozbawiła tronu naszego półmostu w Sopocie.
Kiedy jestem już przy plaży, zaczynam odczuwać gorąc nagrzanego słońcem lądu. W sumie to bym się teraz w morzu wykąpał dla ochłody...
Ale nie zabrałem ze sobą ani ręcznika, ani gaci na zmianę - a nie chce mi się już wracać na łódkę - to tak daleko.
Dzielnia znajdująca się bezpośrednio przy molo przypomina nieco nasze letnie kurorty. Wszędzie tłum turystów oraz budy z żarciem i pamiątkami. Przyznać należy jednak, że żarcie ma tutaj znaczną przewagę nad pamiątkarskim kiczem.
Zauważam większe zainteresowanie wokół budek serwujących jakieś śledzie w bułce. Nazywa się to tutaj Bismarckbrötchen i cieszy się niezwykłym powodzeniem. Postanawiam spróbować. Po odstaniu swojego w kolejce dowiaduję się jednak, że nie akceptują tutaj płatności kartą. Pytam w innych budach... Wszędzie tylko gotówka!
Trudno. Mapy Googla pokazują, że miasteczko oddalone jest o 500 metrów od mojej bieżącej pozycji. To mniej niż długość mola, więc nie wypada nie spróbować. Mam nadzieję znaleźć tam jakąś śledziodajnię z terminalem płatniczym albo przynajmniej bankomat.
Droga wiedzie przez bardzo przyjemnie zacienione, parkowe okolice.
Wpadam do miasta i praktycznie od razu znajduję to, czego szukam. Na sam napis Fischbrötchen widoczny na witrynie baru cieknie mi ślina.
Można płacić kartą i wybrać różne wersje rybnego hot-doga. Biorę standardowego. I zaraz potem jeszcze jednego, bo smak pierwszego tylko podrażnia mój apetyt jeszcze bardziej.
Przysmak ten estetyką podania przypomina mi sopocki kebab z lat osiemdziesiątych i smakuje równie wyśmienicie - choć oczywiście inaczej.
Robię sobie jeszcze spacer po miasteczku, ale nic szczególnego oprócz kilku słomianych dachów nie zwraca mojej uwagi.
Wracam na łódkę.
Na obiadokolację dzisiaj smażone kotlety mielone z kiszonymi ogórkami. No i mała Łomżunia na otaczającego gorąca zneutralizowanie.
Po południu marina zagęszcza się.
Przy drugiej Łomży obserwuję, jak kończy się brak przygotowania i doświadczenia przy cumowaniu na bojce rufowej. Trzeciego piwa nie wypijam, gdyż postanawiam włączyć się w akcję ratowniczą i pomóc uwolnić jacht z mooringu sąsiada.
Wieczorem idę sobie raz jeszcze spojrzeć na całą marinę z lepszej perspektywy.
Jak i na molo, bo jest na co popatrzeć.
25.07.2025
Marina Prerow jest tzw. "awaryjnym portem schronienia" i limit postoju dla jachtów turystycznych wynosi 24 godziny. Moja doba postojowa wkrótce się skończy, więc ruszam dalej na zachód.
Prognozy pogody nie zachęcają do robienia dalszych postępów w tym akurat kierunku. Zamierzam jednak dzisiaj przeskoczyć do Warnemünde, gdzie ugadałem już spotkanie z klubowym kolegą Tomaszem, żeglującym na s/y Kalif II w przeciwną stronę.
Nie zdążam opłynąć przylądka, u stóp którego leży Darßer Ort (dawny port awaryjny tej okolicy), a dopada mnie mgła. Kilka minut później słyszę głośno nawet dwa długie sygnały - to chyba jakiś motorowiec kogoś ostrzega. Nie wiem, kogo, bo nie jestem w stanie po dźwięku zlokalizować ani odległości, ani kierunku, z którego dochodzi.
W razie czego z jachtowej wypożyczalni środków ostrzegawczych pobieram róg mgłowy.
Prognozy wiatrowe nie do końca się sprawdzają. Kiedy wpływam na wody Zatoki Meklemburskiej (Mecklenburgische Bucht), odnotowuję, że czeka mnie kolejna dniówka jazdy dokładnie pod wiatr. Na dodatek mżawka i krótka stroma fala odbierają radość z morskiej przebieżki.
Motyla noga! Odpadam z kursu i kieruję się na cieśninę Grønsund. Popłynę sobie do Kilonii trochę okrężną drogą, ale przynajmniej nie będę pływał pod wiatr, jak na jakichś (za przeproszeniem) regatach.
Nie mija pół godziny od momentu zmiany kursu, a wiatr słabnie praktycznie do zera.
Nie zdążyłem nawet zdjąć refa z grota, a już kołysam się w sztilu jak jakiś spławik.
Uruchamiam silnik i jadę na zrefowanym dieselgrocie. Na chwilę wychodzi nawet słońce. To dobrze, bo widoczność poprawia się akurat, gdy przecinam drogę kilku dużym statkom.
Wpływam na wody terytorialne Danii, więc czynię podsalingowe formalności po prawicy.
Kiedy wchodzę w cieśninę pomiędzy wyspami Møn i Falster, wiatr znowu się pojawia.
Niestety, znowu mam go w dziób. Mijając łódkę idącą wesoło na genakerze, zastanawiam się, czy tylko ja dzisiaj źle wybieram drogę.
Mam dość takiego marnego pływania, więc zaczynam rozglądać się za jakimś portem w okolicy. Stubbekobing nie wygląda źle, ale jakoś nie mogę na mapie zrozumieć braku toru podejściowego do mariny. Postanawiam to sprawdzić.
Wchodzę na oznaczony standardowo czerwonymi i zielonymi bojkami tor prowadzący do główek portu. Zastanawiam się, co dalej, bo wejście do mariny według map znajduje się na drugim końcu.
Chwilę później coś się przejaśnia. Na falochronie, tuż przy główkach, zauważam drogowskaz kierujący na marinę jachtową.
Skręcam więc w lewo, jak zaleca strzałka. Poruszam się wzdłuż falochronu. Czuję się trochę niepewnie, bo głębokości są tu w okolicach dwóch metrów. Na dodatek, na c-map w trybie HRB ON jest niby oznaczone podejście, ale batymetria w obszarze wejścia do mariny wygląda dość dziwnie (0.5m!!!). Zerkam co chwila nerwowo na wskaźnik głębokości.
Na szczęście okazuje się, że nie ma co ufać mapom. Najniższa odnotowana głębokość to 1.9m przy końcówce falochronu.
O godzinie 1530 cumuję bezpiecznie dziobem do pomostu, cumami rufowymi ogarniając po drodze drewniane dalby..
Montując kiedyś tratwę ratunkową na koszu rufowym, nie przewidziałem, że będzie ona w tym miejscu przeszkadzać w cumowaniu "na krzyż", które dużo lepiej utrzymuje rufę w miejscu. No ale są gorsze od tej tragedie, więc nie czas teraz na rozpacz.
Tym bardziej, że właśnie moją głowę zajął inny szczegół umiejscowiony tuż za basenem jachtowym mariny. Nie mam pojęcia, co to jest i do czego służy.
Być może, jak kogoś nie stać na łódkę, a chce koniecznie należeć do klubu żeglarskiego, to kupuje sobie bojkę i cumuje ją w takiej mini marinie dla bojek?
Podróże mają niby człowieka kształcić, a ja im dalej od domu, tym bardziej czuję się jak niedouczony prostak. Dopiero później, po rejsie, kolega Marcin naprowadza mnie na lokalnie działającą tutaj organizację Grønsund Havhave. Jej głównym celem jest niekomercyjna uprawa małży i wodorostów, monitorowanie jakości wody oraz edukacja lokalnej społeczności.
Całe szczęście, że jeszcze rozpoznaję żurawik do stawiania masztów. To nieco poprawia mi samopoczucie.
Ale z tutejszym metrem nie jestem już taki pewny. Istnieje w rzeczywistości czy jest tylko miejscową teorią spiskową.
Znajduję pewne poszlaki świadczące, że coś tam jednak pod ziemią się znajduje, do czego władze bronią dostępu.
Idę rozejrzeć się dalej po okolicy.
Nad portem góruje industrialna wieża, która lewdo mieści mi się w kadrze. Najładniejszy jest jednak oldskulowy i ładnie utrzymany prom kursujący do Bogø.
W miasteczku znajduję zadziwiającą liczbę opustoszałych sklepów, których puste witryny nieco straszą przechodniów. I chyba już nawet wystraszyły, bo większość czasu jestem jedynym spacerowiczem na ulicach miasteczka.
26.07.2025
Najlepszym znaleziskiem jest tutejsze muzeum motocykli, które odwiedzam z samego rana.
W budynku znajdują się dwa poziomy wypełnione eksponatami, które nawet takiego motoryzacyjnego ignoranta jak ja potrafią zainteresować.
W południe jestem już z powrotem na jachcie i zastanawiam się, co dalej.
Sprawdzam prognozy. Na zachodzie bez zmian - wszystko to, czego żeglarze wolą na morzu unikać, nadchodzi właśnie znad Morza Północnego nad Bałtyk.
Planowane przejście Kanałem Kilońskim na Morze Północne chyba przełożę na kolejny sezon. Alternatywnie zakładana trasa wywczasu wśród duńskich Bełtów jest nadal możliwa, ale póki co umówiłem się z moim synem w Kopenhadze i tam będę się kierował.
Opuszczam marinę w Stubbekobing o 1250.
Podążam po swoim śladzie zostawionym wczoraj. Ponownie włącza się alarm głębokości ustawiony na 2 metry, ale już nie robi na mnie wrażenia.
Kieruję się na NW do cieśniny Storstrømmen.
O godzinie 1340 przepływam pod mostem Farøbroerne.
Używam c-map na ploterze i wspieram się Navionicsem na telefonie. Obie aplikacje głupieją, kiedy zadaję im wyznaczenie routingu po tutejszych płyciznach.
Na nieznanych wodach z reguły trzymam się wyznaczonych szlaków żeglugowych, ale dzisiaj wymaga to nadłożenia około 6NM. Decyduję się więc skręcić na N zaraz za wyspą Farø i pojechać na skróty.
Ponieważ manewr ten ustawia mnie w końcu bokiem względem wiatru, rozwijam nieco genuę. Chyba powinienem mieć rolowanego w maszcie grota - częściej bym go używał.
Udaje się pokonać płycizny i dotrzeć do toru wodnego. Na drugim już halsie kieruję się na E i pokonuję północną część mostu Farøbroerne.
To chyba jeden z ostatnich słonecznych dni przed nadejściem niżów z zachodu. Wciągam więc słońce przez obie dziurki w nosie.
Reszta trasy wydaje się już prosta. Jadę z wiatrem, torem wyznaczonym przez zielone i czerowne pławy.
Na chwilę zostaję włączony do nieoficjalnych regat jachtów turystycznych, ale bez postawionego grota szybko zostaję w tyle.
Lenistwo w tym sezonie udziela mi się ze zdwojoną siłą. Nie chce mi się nawet zdjąć pokrowca z grota. Z przeciwka nadpływa akurat kolega po fachu, który halsuje tylko na samym grocie. Właśnie po to mamy swoje łódki i pływamy od czasu do czasu samotnie - aby odpocząć i nic nie musieć :)
O godzinie 1530 przepływam pod okazałym Mostem Królowej Aleksandryny (Dronning Alexandrines Bro).
Tuż za głównym przęsłem skręcam w lewo do mariny Kalvehave. Płytko tu między pomostami, ale jakoś nie szoruję po dnie.
Moje najmniej ulubione cumowanie w dalbach przebiega dość sprawnie. Udaje się bowiem podejść idealnie pod wiatr.
Bardzo pomocne przy wyborze miejsca są tutejsze tabliczki oznaczające stanowiska postojowe. Nie tylko wskazują kolorem dostępność, ale również informują o szerokości pomiędzy dalbami.
Na brzegu widać małomiasteczkową zabudowę, ale póki co najładniejszą rzeczą w okolicy jest most.
Nawet rzutki ratunkowe projektują tutaj na obraz i podobieństwo tego mostu.
Slip pełni w tym porcie rolę łabędziego przedszkola (i jak to u ptaków bywa - również wychodka).
Niektórzy z tutejszych armatorów próbują dopasować wiek auta do wieku łódki.
W tym porcie powstało chyba też stare żeglarskie przysłowie: "Niedaleko pada cuma od jabłoni".
A potem przygotowuję sobie obiadek z lokalnych produktów.
Pod wieczór wyskakuję też na moment na obchód okolicy.
Tuż przy porcie znajduję całkiem ładne graffiti. Szkoda tylko, że farby na koła zabrakło.
Oprócz zabudowy mieszkalnej (bardzo zadbanej i bogato ogrodami ubarwionej) niewiele jest tu do zwiedzania.
Jedynie jak ktoś nie widział nigdy kwasu rybonukleinowego, to tutaj ma okazję zapoznać się z jego modelem.
Fajna jest też maszyna do tworzenia ramek do zdjęć z mostem.
Jak przystało na Skandynawię, jest tu też oczywiście sauna. Ale z kajakomatem spotykam się po raz pierwszy. Udaję, że go nie zauważam, gdyż nie chcę wzbudzać w sobie poczucia bezsensu wożenia mojego pneumatycznego kajaka w hundce.
27.07.2025
Wstaję przed 0700, wyskakuję do sanitariatów na siku, zerkam na most i ruszam w drogę.
Opuszczam marinę Kalvehave przy zupełnie bezwietrznej pogodzie i płaskiej jak lustro wodzie.
W takich warunkach most zasługuje dzisiaj na osobny kadr.
Dzisiaj już słońca nie widać. Próbuje od czasu do czasu przebić się gdzieś przez lukę w chmurach, ale bezskutecznie.
Nic tak nie cieszy, gdy musisz wstać wcześnie rano, jak ktoś, kto musiał wstać wcześniej od ciebie. Dobrze, że wyciągają sieci - może będzie mniej po drodze.
Obszar, przez który dzisiaj przepływam (Stege Bugt i Bøgestrøm), jest dla mnie bardzo niekomfortowy. Głębkości zaznaczone na mapie są na dolnej granicy tego, co zazwyczaj na nieznanych mi akwenach toleruję jako bezpieczne.
Teoretycznie nic złego nie powinno mi się stać, dopóki jestem między czerwonym a zielonym oraz prawidłowo rozpoznaję kardynałki.
Jednak sonda prawie cały czas sieje po uszach alarmami głębokości. Niektóre pokazują chwilami nawet 1.2m, a to już jest dużo mniej niż moje zanurzenie (1.62m). To raczej niemożliwe! Chyba że odpadł mi integralny kil.
Nie ma jednak dla żeglarza rzeczy niemożliwych. W rejsach zdarzają się też rzeczy dziwne - tak jak to, że noszę koszulkę z rejsu, na którym nie byłem. Ale na wszystko przecież musi być jakieś racjonalne wytłumaczenie.
Obrośnięty lub brudny czujnik sondy? Wodorosty? Ławice ryb? Wieloryby? Tusk? Po głębszym zastanowieniu postanawiam pogodzić się z brakiem odpowiedzi i po prostu ignorować dalsze alarmy.
Zauważam, że nie tylko sonda dzisiaj wariuje, ale również mapie nie można wierzyć. Kilka razy zagapiam się i przepływam przez rejony, w których teoretycznie powinienem przestać się kołysać. Ale nic z tego się nie dzieje.
Zdarzają się też odcinki, gdzie do wyboru mam trzy różne wersje trasy. Mogę płynąć według toru, który widzę przed dziobem, toru zaznaczonego na mapie lub według batymetrii mapy. Próbuję na poczekaniu wyciągnąć z tych danych jakąś średnią, bo wszystkie te opcje miejscami nie mają żadnego obszaru wspólnego.
Na szczęście jakoś docieram w końcu do ostatniej bojki torowej i wychodzę na otwarte wody Zatoki Fakse (Fakse Bugt).
O godzinie 1030 zaczyna powiewać w końcu jakieś 7 węzłów z lewego baksztagu. Szybko stawiam żagle i odstawiam silnik. Mimo że motor już nie pracuje, nadal jednak czuję jakieś wibracje...
To mój żołądek! Dopiero teraz przypominam sobie, że nie jadłem jeszcze śniadania.
Podobno inteligentni ludzie się nigdy nie nudzą. Mnie jednak po śniadaniu zaczyna przeszkadzać bezczynność. Sięgam po torbę z genakerem i wyciągam... Najpierw skarpetę z genakerem, a potem genaker ze skarpety.
Obsługa snuffera w pojedynkę ostatnio sprawiała mi trochę dyskomfortu. Postanawiam spróbować postawić sam genaker z torby, tak jak robię to ze spinakerem.
O godzinie 1130 jestem już za Rødvig i dopływam powoli do latarni Stevns.
Genaker czeka uzbrojony w gotowości przy relingu na dziobie. Mam właśnie zamiar pociągnąć za fał, gdy zaczyna padać.
Z deszczem przyszło trochę więcej wiatru, więc zapowiada się fajna jazda. Mam też nadzieję, że ten deszcz jest przelotny.
I rzeczywiście. Mija kilka minut i przestaje padać. Niestety, nie ma teraz gdzie w kokpicie usiąść.
Ale za to genaker pracuje mimo słabego wiatru.
Wieje w porywach do siedmiu węzłów i prędkość po dnie nie przekracza 4kn.
Szału nie ma, ale przy moim poziomie zaawansowania każda jazda na żaglach dodatkowych sprawia radość.
Po zaledwie kilku minutach nagle przychodzi kolejna ulewa, a wiatr gaśnie do zera. Genaker zaczyna bezwładnie łopotać i zawijać się o takielunek. Tak szybko, jak tylko mogę, odpadam od wiatru, puszczam hals i luzując fał, wciągam żagiel do kokpitu pod osłoną grota. Niestety, końcówka rogu halsowego wpada mi do wody. Wrzucam żagiel do mesy, aby wysechł przed spakowaniem do torby.
Zrzucam też grota i zapuszczam silnik. Przebieram się w suche ciuchy i robię sobie gorący kubek na rozgrzewkę.
O godzinie 1500 widać już most Øresund.
Moim portem docelowym na tym etapie rejsu jest Kopenhaga, jednak zamiarzam zajrzeć po drodze do Dragør. Tam mnie jeszcze nie było, a według najnowszego przewodnika Marcina Palacza to bardzo przyjemna miejscówka.
O 1545 widzę już Fort Dragør i wejście do nowego basenu mariny. Ja jednak spróbuję wbić się do Starego Portu (Gammel Havn).
Już w główkach zauważam, że jest to popularna przystań i ciężko będzie znaleźć dzisiaj wolne miejsce.
Ale nie zaszkodzi spróbować. Wpływam do środka, mijam jachty stojące w tratwach przy północnym falochronie. Miejsca gościnne po lewej też wszystkie zajęte. Wpływam głębiej, zataczam koło między pomostami w południowej części basenu i nieco zrezygnowany jadę jeszcze zajrzeć na początek falochronu. Tutaj dostrzegam jedno miejsce z zieloną tabliczką. Wpływam, ale stojący obok Duńczycy dają znać, że jest zajęte. Pokazuję im palcem na zieloną tabliczkę i wtedy zdziwieni zmieniają zdanie - pomagają mi z cumami.
Duńczycy wyjaśniają mi, że moje miejsce cały dzień miało czerwoną tabliczkę i są zaskoczeni, że nagle zzieleniała. Wyjaśniam im, że w żeglarstwie najważniejsze to mieć szczęście. Wnoszę opłatę w tutejszej maszynie i częstuję moich nowych sąsiadów zimnym piwkiem z Łomży.
Siedzimy i gadamy o obsłudze i trymowaniu genakera. Temat wywołał suszący się na bomie mój mokry genaker. Moi nowi sąsiedzi wyjaśniają mi również dziwne zachowanie mojej sondy i radzą mi ją na przyszłość po prostu wyłączyć w tych rejonach (dla spokojności). Powodem nierzeczywistych wskazań głębokości jest "seagrass" – trawa morska, której obfitość i wrodzona gęstość powodują przedwczesne odbicie echa sondy i zakłamany odczyt głębokości.
W pewnej chwili ktoś puka w kosz dziobowy i z pretensjami wymyśla mi, że zająłem komuś miejsce. Każe mi się zwijać. Tłumaczę, że nie mam zamiaru, że mi przykro, ale zastałem zieloną tabliczkę i już opłaciłem postój. Koleś twierdzi, że tabliczka była czerwona i zarzuca mi oszustwo, na co w rozmowę włączają się Duńczycy i stają w mojej obronie. Co dokładnie mówią, nie wiem, bo nie znam języka tubylców, ale napastliwy koleś wydaje się zostać przekonany do mojej racji i oddala się.
Jacht, któremu niechcąco zająłem miejsce, cumuje w tratwie za moją rufą i chyba wszystko kończy się dobrze.
Chwilę później odnotowuję małe poruszenie w porcie. Niektórzy wskazują palcem na przepływający za główkami portu jacht. Duńczycy wyjaśniają mi, że to Kongeskibet Dannebrog, czyli jacht należący do króla Danii i jego rodziny. Po uśmiechach i tonie komentarzy wnioskuję, że tutejszy monarcha jest bardzo lubiany przez swoich poddanych.
W krótkim czasie genaker szybko wysycha na wietrze i pakuję go do torby.
Pod wieczór robię jeszcze krótki spacer po porcie i miasteczku. Nie ma tu spektakularnych zabytkowych kościołów czy ratuszów, ale wąskie uliczki i małe urocze domki (pewnie rybackie) robią robotę.
28.07.2025
Na popołudnie prognozy zapowiadają silniejsze wiatry, więc zwijam się z mariny Dragør już o 0930.
Droga do Kastrup jest mi dobrze znana. Opisywałem już kiedyś mój sposób nawigowania przy podejściu od południa, posługując się bliskością dużego lotniska.
W skrócie - kiedy na samolot patrzy się prosto w górę, należy skręcić na zachód.
W przypadku braku samolotów albo braku zaufania do nowoczesnych metod nawigacyjnych zawsze pozostaje stojąca na straży Latarnia Nordre Røse.
Pomimo tylu znanych sposobów i dobrze oznakowanego obszaru, tradycyjnie już próbuję wjechać omyłkowo do Kastrup Gammelhavn, więc muszę zawrócić.
Za drugim razem skręcam w odpowiednią przecznicę i kieruję się prosto w główki mariny Kastrup.
Tutaj miejsc zawsze jest pod dostatkiem, więc da się w spokoju coś wybrać. O godzinie 1115 stoję już sklarowany na cumach, z dziobem przyozdobionym drabinką.
Kiedy opłacam postój w automacie, orientuję się, że zapomniałem oddać kartę dostępową w Dragør. Szkoda mi trochę kaucji, więc postanawiam ją odzyskać.
Z Kastrup do Dragør po asfalcie jest nieco ponad 6km. Wyjmuję więc rower z bakisty i ruszam na spontaniczną wycieczkę. Prognozy zdają się zupełnie niesprawdzać, bo pogoda jest wyśmienita.
O 1230 dojeżdżam do celu. Ale zanim oddam kartę, chcę jeszcze się trochę rozejrzeć po okolicy. Udaję się w kierunku nowego portu i tam zostawiam rower na rowerowym parkingu.
Miejscówka przypomina nieco wiejską zagrodę z hodowlą drobiu.
Na plaży dostrzegam wysunięte w morze kąpielisko.
Niestety, wejście do środka jest płatne.
Ponieważ nie lubię płacić za to, co i tak mam za darmo (morza w końcu wszędzie dookoła pełno), to wycofuję się w kierunku widocznego z tego miejsca fortu.
Dziedziniec przykuwa bardzo uwagę. Szczególnie zgrabnie zaokrąglona brama z dwoma sterczącymi latarniami.
Fort jest obecnie własnością prywatną, ale niektóre zewnętrzne tereny są ogólnie dostępne - szacunek dla właściciela.
Bardzo mnie to cieszy, ponieważ widok z najwyżej położonych części twierdzy jest niczego sobie. Blask tutejszego ogniska widziany nocą z morza też musi robić wrażenie.
Obrany przeze mnie kierunek zwiedzania, zgodny ze wskazówkami zegara, kończy moją wizytę widokiem na kapielisko. A ponieważ kąpiel w morzu każdemu polskiemu turyście kojarzy się z robieniem siku, zaczynam rozglądać się za toaletą.
Najbliższe WC lokalizuję pomiędzy fortem a nowym basenem portowym. Przy okazji znajduję też portową pralnię, której nie potrafiłem zlokalizować wczoraj.
Wykorzystując nieoddaną jeszcze kartę, zapewniam sobie darmowy dostęp do toalety. W kabinie nachodzą mnie różne myśli. Zastanawiam się, co jedzą tutejsi żeglarze i na czym polega ergonomia znalezionego właśnie narzędzia.
W końcu jestem gotowy zwrócić kartę i odzyskać kaucję.
Z pustym pęcherzem lżej się jedzie, ale co z tego, skoro w całym mieście obowiązuje zakaz zapierdalania.
Lepiej jest już na wylotówce - ograniczenie do 60km/h.
Do mariny Kastrup wracam na 1430. Robię pranie i ogólnie ogarniam wnętrze łódki — muszę to robić po każdym samotnym etapie, bo w kilka dni zajmuję swoim bałaganem każdą dostępną przestrzeń.
Upewniam się jeszcze, czy zauważono obecność s/y Darwin w marinie.
Robię sobie nieskomplikowaną w treści i formie kolację i zasiadam do wieczornej sesji internetowej.
S/y Darwin zdaje się być w pełni gotowy na przyjęcie załoganta, który już jutro pojawi się na pokładzie.
I na tym kończy się kolejny etap rejsu, który mimo nieplanowanej zmiany trasy i poniesionych strat materialnych przyniósł też nie mało radości i dostarczył dużo pozytywnych wrażeń. Mam nadzieję, że nie tylko mnie, ale również i czytelnikom.











































.jpg)




































































































































































