11 sierpnia 2025

Rejs "Duński ścisk" - Etap 3 (Kopenhaga - Karlskrona) - s/y Darwin (HR 312) - 29.07- 11.08.2025

Żeglowanie rodzinne było, w moim przypadku, powodem wymiany jachtu na większy. I niestety zakończyło się wraz z tą wymianą. Ale nie jacht był temu winny. Po prostu dzieci podrosły i rozwinęły swoją asertywność do poziomu, z którym już sobie nie poradziłem. Chwilę to trwało, ale pogodziłem się z tym faktem i już nawet nie namawiałem.

Kiedy ostatnio mój syn zaproponował, że dołączy do mnie na tydzień (lub dwa) rejsu, ucieszyło mnie to równie mocno jak zaskoczyło...

29.07.2025

Marina Kastrup w Kopenhadze znajduje się dzisiaj na zawietrznym brzegu, więc silnego wiatru z południowego zachodu zupełnie się tutaj nie odczuwa. Całe przedpołudnie spędzam leniwie w okolicy portu.

Po południu robię sobie pieszą wycieczkę na tutejsze lotnisko.

Samolot z Gdańska ląduje prawie planowo. Niestety nie idzie się z tego lotniska łatwo wydostać. Kierowca miejskiego autobusu jadącego przez Kastrup odmawia przyjęcia opłaty za przejazd, a na pytanie, gdzie w takim razie możemy kupić bilet, odpowiada: "to nie mój problem".

Torba nie jest ciężka, więc postanawiamy zbojkotować miejski transport i z buta idziemy do mariny. Zamieniamy bagaż podróżny na rowery i jedziemy w miasto.

Kuba nie wygląda na zmęczonego lotem, więc postanawiam od razu narzucić intensywny tryb wypoczynku. Zaczynamy od oddalonego o około 6 km CopenHill. To najsławniejsza w okolicy elektrociepłownia i spalarnia śmieci, którą po raz pierwszy ujrzałem (tylko z daleka) podczas sprowadzania Darwina do Polski, jesienią 2019 roku.

Zostawiamy rowery na tutejszym parkingu i szybko pokonujemy trasę spacerową na sam szczyt.


Budynek, oprócz turystycznego podejścia i wspaniałych panoramicznych widoków, oferuje również 370 metrów całorocznego stoku narciarskiego oraz 85 metrów ścianki wspinaczkowej (to chyba obecnie najwyższa na świecie).

Na górze znajduje się też kawiarnia. Ceny są tutaj odpowiednie do wysokości nad poziomem morza. Ale nie one odstraszają nas od wciągnięcia jakiegoś popołudniowego deseru. Zapach spalin jest tutaj dorzucany gratis i chyba obligatoryjny. Nie jest przy tym zbyt przyjemny, więc po ogarnięciu horyzontu ze wszystkich stron zarządzamy odwrót.

Przy okazji robię jeszcze zdjęcie mariny Lynetten, która podczas pobytu w 2019 roku zauroczyła mnie swoją historią, funkcjonalnością i wyposażeniem warsztatowym.

Zauważam też zmiany, jakie zaszły przez te kilka lat w jej okolicy. Tego wału z drogą i mostem zwodzonym nie było wcześniej na wejściu do mariny. 

Po tej przebieżce po najwyższym dachu na wyspie Amager zgłodnieliśmy trochę. Mapy na telefonie podpowiadają, że w okolicy znajduje się Reffen - podobno największy nordycki Street Food. Jedziemy zobaczyć, czy to prawda.

Jest nieźle. Nie imponuje nam zajmowany przez te wszystkie jadłodajnie obszar, a raczej oferowana tu różnorodność smaków - choć na razie czujemy tylko zapachy.
Kuchnie z niemal całego świata kuszą egzotyką. Robimy chyba ze dwa okrążenia, zanim jesteśmy w stanie się na coś zdecydować. Ostatecznie wybór pada na dania kurdyjskie i dwa jasne piwka. 

Udany wybór - jest bardzo smacznie. Spędzamy tu jeszcze trochę czasu, póki obiadek nie ułoży się w żołądkach i ruszamy z powrotem. 

Wracamy brzegiem morza, co pozwala jeszcze raz spojrzeć z daleka na CopenHill.

Część trasy robimy przejeżdżając przez Amger Strandpark.

To niesamowite, że takie obszerne tereny rekreacyjne znajdują się praktycznie kilka rzutów beretem od centrum miasta.

Co ciekawe, mimo lata i ładnej pogody nie ma tu wcale tłoku.

Na jacht pakujemy się jeszcze przed godziną 2000. Kolacja, partyjka szachów i spać.


30.07.2025

Przed opuszczeniem mariny zalewamy nasz zbiornik balastowy czystym Dieslem B0. Tutaj to standard.

Wychodzimy z Kastrup kwadrans po dziewiątej.

Kierujemy się na północ. A przynajmniej próbujemy, bo najpierw na drodze staje nam linia wiatraków z przyległym obszarem zakazanym dla ruchu statków.

Zaraz potem podpływa jakiś holownik i ktoś z pokładu coś do nas krzyczy. Chyba po duńsku. Wzruszam ramionami, bo nic nie rozumiem. Na to, ten zaczyna gestykulować, wskazując coś ręką, jakby rysował łuk w powietrzu. Dostrzegam w okolicy pracujące pogłębiarki, holowniki i inne morskie blaszane stworzenia. Widać, że coś się tutaj odjaniepawla i trzeba to bezpiecznie ominąć.

Potwierdzam skinieniem głowy, że przyjąłem i wskazując ręką, potwierdzam kierunek objazdu. Koleś, widząc, że raczej pojąłem, odwraca swój statek i płynie instruować inne jednostki, które też akurat znalazły się w tym rejonie.

W pewnej chwili holownik znowu na nas płynie - ale chyba na autopilocie, bo sterówka wydaje się pusta, a ten, który do nas krzyczał, stoi teraz na rufie, odwrócony do nas plecami. Zbliża się coraz bardziej i nie zmienia kierunku. Nie wiem, co robić, bo z jednej strony mam wiatraki, a z drugiej pracujące pogłębiarki. Na dodatek płynę na żaglach (tylko genua, ale jednak). Krzykacz orientuje się, że idzie w szkodę, gdy jest około 20 metrów od naszego kadłuba, a ja już wtedy mam spocone ze stresu pachwiny i sięgam po róg przeciwmgłowy. Na szczęście w porę zatrzymuje swoją jednostkę, a my bezpiecznie się oddalamy.

Mijamy CopenHill, którego posmaku spalin z wczoraj długo nie zapomnę. Chyba jestem zbyt wybredny, bo ponoć to jedna z najnowocześniejszych i najczystszych spalarni na świecie.

O godzinie 10:00 mijamy młodzieżową wyspę Ungdomsøen, którą, podobnie jak Flakfortet, chciałbym kiedyś odwiedzić.

Naszym dzisiejszym celem też jest wyspa, ale nieco większa i położona bardziej na północ w Sundzie.

Tymczasem, od rufy zaczyna nieprzyjemnie zawiewać po nerkach. Nie ma jednak co narzekać, kiedy wiatr łódkę pcha do przodu. A na dodatek widok za rufą zdaje się potwierdzać słusznie obrany dzisiaj kierunek żeglugi.

Przed dziobem rozciąga się zupełnie inny, kolorowy świat. A znaczną jego część zajmuje od pewnego czasu wyspa Ven.

Mijamy położony na wschodzie port Bäckviken, który odwiedziłem w 2022 roku podczas rejsu "zdradzieckich mord".

Aby nie powtarzać odwiedzanych portów, tym razem wybieramy marinę Norreborg, położoną na północnym (zawietrznym dzisiaj) brzegu wyspy.

Na podejściu wejście do mariny wydaje się być znacznie węższe niż jest w rzeczywistości.

Cumujemy burtą do nabrzeża, zaraz za pierwszym jachtem od wejścia.

Okazuje się, że zajęliśmy ostatni wolny kawałek kei.


Nie chce się nam dzisiaj wyciągać rowerów z bakisty. A ponieważ wyspa nie jest duża, ruszamy na piechotę. Ulice są tu bardzo mało uczęszczane, więc niewiele człowieka po drodze niepokoi. No, może oprócz ducha miejscowej destylarni ;)

Poza tym nic nadzwyczajnego po drodze się nie spotyka - zwykłe mikrodomki na drzewie i biegające po łące zające.

Warte odwiedzenia na tej wyspie jest to, co pozostało po duńskim astronomie Tycho Brahe. Jest to małe muzeum z przyległym ogrodem, które opisywałem już nieco dokładniej przy okazji wspomnianego już wcześniej rejsu "Zdradzieckie mordy jadą na fiordy". Zwiedzamy je sobie, ale tym razem nie dajemy się naciągnąć na wizytę w planetarium.

To, z czego naprawdę jesteśmy dumni i zadowoleni, to znalezienie na wyspie najdłuższego słowa rejsu.

Po takim odkryciu czujemy się spełnieni i możemy zakończyć dzisiejszy zwiad lądowy. Wracamy na łódkę. 

Korzystając z wolnego czasu, robię szybki przegląd połączeń elektrycznych w instalacji 12 V. Podczas rejsu (i wcześniej w weekendy na Zatoce Gdańskiej) kilka razy włączył mi się alarm niskiego napięcia (poniżej 11V). Dziwnym objawem jest to, że trwa on zaledwie kilka sekund i zdaje się pojawiać przy zwiększonym obciążeniu baterii (praca autopilota, lodówki, itp.). Wstępnie obstawiałem słabość akumulatorów.

Moje baterie AGM mają już cztery lata, ale jednak nie powinny jeszcze wykazywać objawów zużycia. Są prawidłowo ładowane i przechodzą test obciążeniowy (sprawdzone za pomocą amatorskiego chińskiego przyrządu, ale przechodzą). Podejrzenie przenosi się więc na instalację. Nie znajduję jednak żadnego zaśniedziałego, luźnego ani tym bardziej przypalonego połączenia.

Wracam więc uwagą do akumulatorów. Nie ładowałem ich przez całą zimę - liczyłem na to, że panel solarny wystarczy, aby zapewnić napięcie podtrzymujące. Ale może nie wystarczył? 

Radziłem się wcześniej kolegów w klubie w tej sprawie. Jeden obstawia z dużym prawdopodobieństwem padłe baterie, a drugi kategorycznie to wyklucza, diagnozując objawy stwierdzeniem "to dziwne, coś musi być nie tak".

Dojrzewam powoli do pomysłu wymiany akumulatorów przy najbliższej okazji. W rejsie strasznie nie lubię mieć na jachcie czegoś niedziałającego - szczególnie autopilota, no i przede wszystkim lodówki ;) 


31.07.2025

Wychodzimy z mariny Norreborg i opuszczamy wyspę Ven tuż po godzinie 1000. Płyniemy dzisiaj dalej na północ.

W związku ze stale obecnymi problemami z zasilaniem, zarządzam sterowanie ręczne. Ponieważ to nie ja muszę siedzieć przy rumplu, decyzja ta przychodzi mi dość łatwo.

Wieje słabo z NW, ale dwie godziny później jesteśmy już przy zamku Kronborg.

Schowana jest za nim znana nam już marina Helsingør Nordhavn, w której cumujemy. 

Powód wizyty mamy jeden - jest tutaj sklep żeglarski z akumulatorami. Nie ma wielkiego wyboru, ale po sprawdzeniu gabarytów, kupujemy Exide Marine & Leisure o pojemności 95Ah.

Jeżeli chodzi o pojemność elektryczną, to będzie teraz jedna trzecia tego, co było. Ale tylko taki udaje się zmieścić w skrzynce akumulatorowej. Pasuje idealnie na długość, ale niestety nie mieszczą się tam dwa. 

Po podpięciu nowego akumulatora alarmy przestają się pojawiać. Wygląda na to, że awaria została usunięta. Ale pewny będę dopiero po kilku godzinach jazdy na autopilocie po morzu.

Pojawia się problem - co zrobić ze starymi bateriami. Kuba sugeruje, aby je zachować, do czasu aż potwierdzimy, że to ich dotyczył problem. Jestem za, ale nie bardzo mam gdzie na jachcie trzymać luzem nadmiarowe 92kg dość skupionej masy. Takie dwa akumulatory latając pod pokładem, gdy jacht tańczy na fali, mogą narobić więcej szkody niż są warte. Postanawiam się ich pozbyć.

Na kolejnym zdjęciu wyglądam na całkiem pomysłowego człowieka, ale nie wiem, czy nie robię właśnie  najgłupszej rzeczy w tym rejsie.

Pozbywam się starych akumulatorów, zostawiając je w portowym śmietniku, w specjalnie do tego przystosowanej sekcji.

Tyle odnośnie pracy i obowiązków. Czas na odrobinę przyjemności. W końcu jesteśmy na wywczasie. 

Udajemy się do tutejszego Food Hallu, znajdującego się około 250 metrów na południe od mariny.

Warzywno-owocowe, świeże koktaile mają zrównoważyć zdrowotnie nasze węglowodanowe fantazje.

Żarełko bardzo dobre, a miejscówka na tyle popularna, że nie ma nawet gdzie szpilki wbić.

Trochę dnia jeszcze nam zostało, więc kierujemy się na tutejszy zamek. Obchodziłem go już dookoła przynajmniej dwa razy, podczas postojów w Helsingør, w rejsach w 2019 i 2021 roku. Tym razem postanawiamy zajrzeć do środka.

Już od wejścia na dziedziniec zaczynają targać nami egzystencjonalne dylematy. 

Jak przystało na naszą zbudowaną na kłamstwach cywilizację, tutaj także spotykamy się z naciąganiem historii na potrzeby dobrze sprzedającej się fikcji literackiej. Pomijając jednak nieprawdziwą prawdę historyczną, jest tutaj na co popatrzeć. Szczególnie jak się wejdzie na dach.

We wnętrzach też nie jest nudno. Najbardziej rozbawiają nas niemal komiksowe (naszym zdaniem) odwzorowania końskich łbów na tutejszych malowidłach. Obecność golizny w kościelnych ornamentach zostawiam do przemyślenia i interpretacji czytelnikom bloga.
Oprócz zabytkowych komnat, znaleźć tu można również pomieszczenia z nieco nowocześniejszymi instalacjami audio-wizualnymi.
Niezwykle interesująca jest, znajdująca się na zewnątrz, lewitacyjna budka wartownicza.

Po wyjściu za mury obronne obchodzimy wschodnią część zamku dookoła, by trafić na północny falochron głównego portu Helsingør. Według przepisów, po uzyskaniu zgodny, w porcie mogą cumować jednostki powyżej 15 metrów długości. Aktualna liczba małych jachtów wewnątrz portu wydaje się temu zaprzeczać.

Pod wieczór, w odwiedziny z morza wpada dzielna załoga jachtu Opole, który wraca właśnie z udanej wyprawy Opole to the Edge 2025. Udaje nam się podstępem (odwracając kolorową tabliczkę) zatrzymać dla nich ostatnią wolną miejscówkę w marinie.

Trafiamy akurat na etap rodzinnej integracji morskiej. Andrzej wraz z małżonką Aleksandrą i dziećmi podejmują nas gościną na swoich salonach. Tak to już jest w tym naszym aktywnym żeglarskim świecie, że z kolegą z klubu i sąsiadem z kei, udaje się spotkać i pogadać dopiero na rejsie, z dala od macierzystego portu.



01.08.2025

S/y Opole wyrusza o godzinie 0830. Lecą w dół mapy - na Kopenhagę.

My zbieramy się dopiero godzinę później. Płyniemy również na południe. Odpuszczamy sobie jednak w tym roku Kiloński oraz Bełty. Z zachodu idzie pogodowy armagedon, więc nie ma się co tam pchać.

O godzinie 1000 przechodzimy linię promów kursujących między duńskim Helsingør, a szwedzkim Helsingborg.

Wyspę Ven mijamy od zachodu, więc za chwilę będziemy mogli powiedzieć, że ją całą opłynęliśmy. To takie wyzwanie, podobne do opolskiej wyprawy wokół Biørnøya, tylko adekwatne do naszych umiejętności. 

Dzisiaj robimy jedynie krótki skok do Malmö. Trasa bardzo łatwa nawigacyjnie, chociażby ze względu na charakterystyczne budowle lądowe, jakie znajdują się po drodze. 

Pierwszą jest wieża ciśnień w Landskronie.

O godzinie 1400 jesteśmy na wysokości nieczynnej już elektrowni atomowej w Barsebäck. Chyba jeszcze promieniuje, bo nie wychodzi ostro  na zdjęciach.

W końcu, o godzinie 1500 dostrzegamy bardzo wyraźnie kształt zakręconej Turning Torso.

Po 1540 stoimy już na cumach, w marinie Dockan. Nie mieliśmy żadnego alarmu niskiego zasilania, więc pomysł wymiany akumulatorów, póki co wydaje się trafiony.

Kuba nie był jeszcze w Malmö, więc robimy spacer po okolicy i przy okazji też zakupy w Lidlu.


02.08.2025

Wychodzimy z mariny Dockan tuż po 0630. Powodem tak wczesnego zrywu narodowego, jest chęć zdobycia jak najdalszej pozycji na wschodzie, zanim dorwie nas niż z zachodu. Planujemy na dzisiaj przeskok do Ystad. 

Płyniemy sobie spokojnie i bez pośpiechu. Według naszej wiedzy, do otwarcia mostu w kanale Falsterbo mamy spory zapas czasu.

Horyzont cały czas straszy złą pogodą. A ploter... znowu piszczy alarmem niskiego napięcia - niestety, wygląda na to, że wyrzuciłem na śmietnik dwa dobre akumulatory :/

Kiedy o godzinie 0923 wpływamy w główki portu Höllviken, okazuje się, że podane w przewodniku żeglarskim godziny otwarcia zostały zmienione. Właśnie uciekło nam jedno otwarcie o godzinie 0900 i na następne będziemy musieli czekać do godziny 1100.

Cumujemy burtą do nabrzeża. Przerwę w żegludze postanawiam wykorzystać na ponowny przegląd instalacji elektrycznej.

Tym razem trwa on tylko kilka sekund. Od razu znajduję poluzowaną nakrętkę przy bezpieczniku głównym - z dużym prawdopodobieństwem, przyczynę naszych problemów z zasilaniem. Ruszając kablem włączam randomowo alarm zasilania - dokładnie to dzieje się pewnie przy ruchu jachtu na fali. Nie wiem dlaczego problem uaktywniał się jedynie przy dużym obciążeniu obwodu (pracujący autopilot i lodówka). Może to zwykły zbieg okoliczności, a może styk między elementami był na tyle mały, że powodował wzrost oporności przy większym prądzie? Trzeba by lepiej spytać o to jakiegoś elektryka praktyka. 

Nie wiem zupełnie dlaczego nie zlokalizowałem tego obluzowania wcześniej. Wydaje mi się, że sprawdzałem wszystkie połączenia. Musiałem to jedno jednak jakoś przeoczyć, a może poluzowało się bardziej przy wymianie akumulatora. W każdym razie dokręcam mocno nakrętkę do podkładki zębatej na bezpieczniku i sprawdzam dokładnie pozostałe.

Czas przy robocie szybko mija (pewnie to zjawisko tej dylatacji, o którym gdzieś już słyszałem). O godzinie 1100 ruszamy dalej.

Pogoda zaskakuje bardzo pozytywnie. Po wyjściu z kanału dostajemy błękitne niebo, słońce i dobry wiatr.

Wieje z południa z siłą ok 10kn, więc od razu stawiamy komplet żagli.

W końcu znowu można jechać na autopilocie i się o nic nie martwić.

Więc jedziemy sobie i o nic się nie martwimy.

Wiatr odkręca bardzo powoli do połówki i potem dalej, do baksztagu.

Płynie się rewelacyjnie. Przy wietrze 15kn nasz SOG sięga pod 7kn - prawie jak Albin Vega :)

Żegluje się zbyt dobrze, aby spływać teraz do portu. Mijamy Ystad o 1615 i lecimy dalej na wschód.  Istnieje też bowiem ryzyko, że ze względu na pogodę, w Ystad moglibyśmy utknąć na kilka dni. 

Jestem w kontakcie z załogą s/y Snufkin. Marcin z rodziną wałęsają się w te wakacje po Blekinge. Ostrzegają przed zbliżającym się sztormem, który planują przeczekać w Karlksronie, a następnie ruszyć w podróż powrotną do Gdańska.

My dzisiaj postaramy się chyba dotrzeć do Simirshamn. Względem zbliżającego się silnego wiatru zachodniego, będziemy znajdować się wtedy na brzegu zawietrznym i być może pozwoli to nam płynąć dalej, mimo pogorszenia pogody. 

Zauważam też na klubowym Discordzie, że akurat dzisiaj, inny kolega - Tomek - cumuje swoim s/y Amaris w Simirshamn. Potwierdzam u niego, że wolnych miejsc w tamtejszej marinie jest dzisiaj pod dostatkiem.

Kuba odsypia poranny zryw pod pokładem. A ja, zajęty równoległą korespondencją tekstową z Marcinem i Tomkiem, nie zauważam, że z Ystad wyszedł właśnie szybki prom Borhomslinjen, kursujący do Rønne.  W pewnej chwili słyszę dopiero odgłos jego silników i jak się odwracam mamy go już za rufą. Dane AIS informują, że prom porusza się z zawrotną jak na nas prędkością 35kn. To przypomina mi, aby włączyć ponownie alarmy CPA i TCPA. Wyłączyłem je kilka dni wcześniej w zatłoczonym Sundzie, aby nie piszczały nam co pięć minut. 

O godzinie 1730 mijamy Kasabergę. Bardzo przyjemna miejscówka, ale trzeba być przynajmniej miłośnikiem budowli z epoki żelaza, aby ją docenić. Odwiedzony już przeze mnie dwukrotnie Ales stenar, niektórzy uważają za zwykłe, niewarte uwagi kamienie, a jeszcze inni upatrują w nim fałszerstwa historycznego. Spotkałem się bowiem z teorią mojego klubowego kolegi Marcina, który spostrzega dziwną zbieżność w ilości występowania tego typu budowli na terenie państwa, o tak powszechnym dostępnie do ciężkich maszyn roboczych. No cóż, starszy jest ode mnie, więc może wie coś więcej.

Nam tymczasem wiatr zmienia się coraz bardziej na prawy baksztag. A za zakrętem, kiedy kierujemy się już na NNE, otrzymujemy praktycznie fordewind.

Na wysokości Brantevik robimy serwisowe kółeczko po wodzie i zrzucamy grota. Jedziemy teraz na samej genui z wytykiem. Trzy mile przed portem wiatr siada i kończymy dniówkę na silniku.

W główki portu Simirshamn wchodzimy po zachodzie słońca, o godzinie 2130.

Piętnaście minut później cumujemy w y-bomie. Po ogarnięciu jachtu, zamieniamy kilka słów z Tomkiem, który jutro z rana płynie z rodzinką na Bornholm.



03.08.2025

Niebo wygląda dzisiaj smutno. Ale korzystamy z oferty miasteczka Simirshamn.

Jest tu świetne muzeum motoryzacji, które już kiedyś zwiedzałem, ale z chęcią zajrzę po raz drugi.

Ilość zgromadzonych egzemplarzy automobilów imponuje nawet młodemu pokoleniu, wychowanemu na nieograniczonym dostępie do mediów.

W nagrodę, że nie marudził w muzeum, Kuba dostaje wakacyjną porcję lodów. Szwedzki przelicznik wagowy polskiej gałki jest bardzo zbliżony do kursu SEK ;)

Na obiad robimy dzisiaj, spolszczone świderkami, spaghetti.

Popołudnie spędzamy na nicnierobieniu, przerywanym okazyjnie grą w szachy.


04.08.2025

Dzisiaj dzień rowerowy. Jakub ma w życiu pecha - trafił mu się ojciec z turystycznym ADHD.

Na wakacjach nie potrafię siedzieć bezczynnie. A jeżeli już siadam, to po to, aby na googlemaps wyszukiwać jakieś interesujące spoty. Tym razem wyzoomowałem jakieś starocie w pobliżu miejscowości Kivik, oddalonej od naszej bieżącej lokalizacji o jakieś 20km na północ.

W sumie, to moglibyśmy popłynąć tam jachtem, bo to mieścina w marinę wyposażona, ale uznałem, że przyda nam się trochę ruchu. Droga poza tym wygodna, asfaltowa, z niewielkim ruchem spaliniarzy.

Po drodze zjeżdżamy zajrzeć na chwilę na przystań Baskemöllas.

Zjazd z głównej drogi jest łatwy, ale powrót pod górkę już taki nie jest. Kiedy przejeżdżamy przez Vik, już nam się takie pomysły na oglądanie portów nie przydarzają. Tłumaczymy sobie, że odwiedzając port w Kivik zaliczymy również zawarty w nazwie "vik".

Przez większość drogi towarzyszą nam sady owocowe - głównie jabłoniowe. Jest ich tutaj na prawdę sporo.

Natrafiamy nawet na przydrożny, samoobsługowy stragan z sokami. Płatność niestety tylko gotówką.

W końcu, po półtorej godziny, osiągamy granice celu.

O kamiennych kręgach już nie raz pisałem, że bardzo lubię je odwiedzać. Ten, który dzisiaj znajdujemy nazywa się Ängakåsen i nie jest tak okazały jak Ales stenar. Ale może istnieje dzięki temu większa szansa na to, że jest oryginalny. Autentyczne są na pewno baranie bobki, których jest tu miejscami więcej niż kamieni.

Pięćset metrów dalej znajduje się Kiviksgraven, zwany również Bredarör lub Kungagraven. Tu jest zupełnie inaczej - zero baranich kup między kamieniami.  Mamy za to do czynienia z jedną wielką kupą kamieni - niestety nie do końca autentyczną.

Obecny stan królewskiego grobowca różni się wyraźnie od tego, w jakim go w 1748 roku odkryto.

To co możemy dzisiaj zwiedzać, to wynik rekonstrukcji rozpoczętej w 1931 roku. 

Wnętrze, jak na grób, nawet przestronne. A przy tym niby estetyczne, a skromne.

Jest też gra planszowa, która zdaje się wypełniać niszę między tradycyjnymi warcabami, a wersją 100-polową.

Zaledwie 500 metrów dalej znajduje się centrum Kivik.

Zaglądamy również do tutejszego portu.

Zatrzymujemy się tam na obiad.

Atmosfera prawie jak na jachcie - silny wiatr przewraca nam puszki z napojami. Ale tutejsze fish and chips smakuje wyśmienicie.

Miejscowość jest urocza i spędzamy trochę czasu włócząc się między niezwykle zadbanymi domkami.

Wracając przypominam sobie o kiszonych w skarpecie euro na czarną godzinę. Wrzucamy je do telefonicznej skarbonki i pobieramy butelkę kraftowego soku.

Po powrocie na łódkę zachciewa nam się naleśników. Z braku miksera, w ruch idzie wkrętarka i końcówka do szplajsowania lin.

Cały kambuz zostaje błyskawicznie upieprzony naleśnikowego ciasta półproduktem. 

Ale efekt jest wyśmienity.


05.08.2025

Dzień zaczynamy od sprawdzenia zasięgu lokalnych poligonów i upewnieniu się, że nikt nie będzie do nas dzisiaj na morzu strzelał.

Opuszczamy Simirshamn o godzinie 0845 i kierujemy się na północ. Ta część południowego wybrzeża (od Simirshamn do Karlskrony) jest jeszcze przez nas niespenetrowana. I właśnie zamierzamy to nadrobić, zaczynając od odwiedzenia sławnego Åhus.

Warunki mamy idealne. Wiatr ok. 10kn od lądu (z lewej burty) powoduje, że żegluga przypomina niedzielną przejażdżkę łódką po stawie w parku. Z jednej strony, o to właśnie chodzi w planowaniu rejsów, aby pływać komfortowo, ale z drugiej nie wiem czy już nie zapomniałem, jak się żegluje po wzburzonym morzu.

Prognozy są jednak niejednoznaczne i podejrzewam, że dzisiaj pogoda będzie w kratkę. Właśnie wypływamy z jednej zachmurzonej kratki do innej.

Wiatru przybywa i rośnie też nasz prędkość.

Ale nie wiadomo skąd, niezwykle szybko nadciągają też brzydkie i szare chmury.

Na kilka mil przed portem wieje już 20 węzłów.

Wchodzimy na tor podejściowy, opływając podejrzane mielizny, leżące na SE od główek portu.

Na podejściu długim na około 1NM mamy wiatr 26kn i falę prosto w dziób, więc pokład myje się intensywnie słoną wodą.

W kanale portowym mamy, kolejną już dzisiaj, nagłą zmianę pogody. Znowu jest ciepło i miło.

Kuba cały czas wypomina mi wpadkę z akumulatorami. Stawiam go przy sterze, aby zająć mu myśli czymś innym, a sam idę przygotować cumy i odbijacze.

Zgodnie z radami kolegi Marcina (s/y Snufkin), jak i zaleceniami z przewodnika Marcina Palacza, mijamy przystań miejską i cumujemy na południowym brzegu kanału (rzeki Helge), na przystani klubu C4SS.

Wciągamy drugie śniadanie, którego motywem przewodnim i przebojem sezonu jest odkryta przez nas tutejsza sałatka ziemniaczana.

Nie ma nic za darmo. Za ciszę i spokój w porcie płacimy zdartymi podeszwami butów. Najbliższy most znajduje się 600 metrów od mariny. 

Ale dzięki niemu potwierdzamy swoje położenie na mapie. W czasach spoofingu sygnału GPS nigdy nie wiadomo gdzie się dopłynie ;)

Zabudowa w Åhus jest typowa dla małych, starych miasteczek południowej Szwecji.

Miejscowość słynie z rozlewni pewnej absolutnie znanej w świecie wódeczki. Wszystkie związane z tym atrakcje są jednak dzisiaj zamknięte.

Jakoś specjalnie tego nie żałujemy. Bilet z degustacją pewnie i tak droższy od butelki Absoluta w sklepie, a smak doceniany tylko przez najwierniejszych miłośników gatunku. Mieszkając kiedyś w Irlandii zwiedziliśmy fabryki Guinessa oraz Jamesona i to powinno nam w zupełności wystarczyć.

Dla celów turystycznych wystarczyć muszą zdjęcia.

Z powodu upału, o wiele bardziej interesująca wydaje nam się dzisiaj pływająca lodziarnia.

Jednak najlepsze lody w mieście (co można wywnioskować po kolejce) kupić można na rynku.

Przed powrotem na jacht zaliczamy jeszcze ruiny miejscowego mini zamku.

Ujęcia szpeci niestety industrialne tło.

Miasto nie zachwyciło nas tak bardzo jak tych, którzy je nam polecali. Najlepsza póki co jest zaciszna atmosfera w porcie, w którym stoimy.


06.08.2025

Rano zaczynamy od śniadania popitego naturalnym jabolem, zdobytym za ciężkie pieniądze na przedpolach Kivik.

Miasta mamy dosyć, więc dzisiaj kierujemy się w kierunku dzikszych rejonów, leżących na południe od portu. 

Statki wydają się tu pływać po falujących łąkach.

Nigdy też nie widziałem takiej ilości fotografów przyrody na metr kwadratowy. 

Tablice informacyjne wyjaśniają ten fenomen.

Ptaki faktycznie mają tutaj przestrzeń do życia.

My niestety nie jesteśmy uzbrojeni w teleobiektywy. Ale wizyta na platformie obserwacyjnej bardzo pomaga nam zidentyfikować występujące tutaj gatunki.

Idąc dalej brzegiem w kierunku SW trafiamy na krystalicznie czyste plaże. Jest trochę za zimno na kąpiel, ale zew natury podpowiada nam odrobinę pełniejsze doznania w kontakcie z przyrodą.

Idziemy dalej plażą, aż do letniskowych zabudowań mieszkalnych. Dzika przyroda jak zawsze robi robotę i poprawia nasze wrażenia z odwiedzin tego miejsca.

Czas wracać i upolować coś na obiad. W tym celu udajemy się do centrum handlowego Kvantum. Tym razem, w obie strony, przemieszczamy się na drugi brzeg darmowym transportem miejskim.

Obiad robimy na wypasie. Mielone z młodymi ziemniakami i świeżą sałatką z pomidorów i ogórka kiszonego. Niesamowite ile radości w rejsie dostarczają takie proste rzeczy.


07.08.2025

Wychodzimy z mariny o 0730.

Skaczemy dzisiaj na wyspę Hanö, która w naszym klubie, w opowieściach żeglarzy, zajmuje czołową pozycję na podium miejsc wartych odwiedzenia na Bałtyku. Jedziemy to sprawdzić.

Wieje umiarkowanie z zachodu, więc tradycyjnie już - na leniucha, ciągniemy na samej "gieni".

Niestety, kilka mil przed wyspą wyłączają wiatr i znowu pierdzimy motorkiem.

Młodzież oczekująca prawdziwej morskiej przygody nie wydaje się być jednak zawiedziona.

Przed wejściem do mariny, czekamy chwilę aż jakaś mała łódka zakończy swoje podejrzane manewry. Po zatoczeniu dwóch i pół obrotu odpływa w morze, a my wchodzimy w główki.

Port znajduje się po środku zachodniego wybrzeża wyspy. Wejście w miarę wygodne i chronione falochronem.

Miejscówka od pierwszego spojrzenia robi bardzo pozytywne wrażenie. Jeżeli na kimś nie robi, to niech skorzysta z tutejszej toalety. Widać, że przystań ma dobrego gospodarza. W tym konkretnym przypadku jest to gospodyni o imieniu Lotta.

Przy opłacaniu postoju otrzymujemy mapę turystyczną wraz z informacją o zalecanym kierunku zwiedzania i miejscach wartych zobaczenia. 

Zalecenia oczywiście ignorujemy, ponieważ lubimy piesze wędrówki przełajowe i zamierzamy obejść całą wyspę dookoła. Zaczynamy, udając się z portu wybrzeżem w kierunku północnym.

Niedługo przychodzi nam czekać na pierwsze spotkania z tutejszymi danielami - niestety sztucznymi.

Po trawiastych terenach udekorowanych mniejszymi i większymi skałami, dochodzimy do północnego, kamienistego cypla wyspy. Stąd kierujemy się na SE, na latarnię. Po drodze znajdujemy odwróconą łódkę, kilka armat, przymierzalnię (?), cmentarz angielskich żołnierzy z epoki wypraw napoleońskich, no i... bobki. 

Odchody są wszędzie, ale zwierząt nie widać. A tyle się nasłuchaliśmy klubowych opowieści o jedzących z ręki danielach, że strasznie się napaliliśmy, aby je tutaj spotkać.

Tutejsza latarnia ma niepozorną wysokość 16 metrów, ale stojąc na 50-metrowym wzgórzu jest ponoć jednym z najwyższych świateł nawigacyjnych na Bałtyku. Skoro tak, to warto sobie przy niej walnąć samojebkę.

Kierujemy się na wschodnie wybrzeże. Trawiasta podłoga coraz częściej ustępuje litym skałom.

Poruszamy się podążając za czerwonymi plamami - jak detektywi w filmie kryminalnym.

Nawierzchnia wyspy okazuje się niesamowicie zróżnicowana.

Zdobywamy w końcu Norra Vindhalla - skalne, płaskie pustkowie wpadające do morza.

Idąc dalej na południe ścieżki robią się coraz bardziej przełajowe.

Miedzy skałami znajdujemy ogromne ilości dzikich jerzyn, które wymuszają częste postoje.

Najedzeni, z filetowymi palcami, ruszamy dalej. Docieramy do miejsca, gdzie zbieracze prawdopodobnie wycierają swoje palce o kamienie.

Nieco dalej trafiamy na platformę obserwacyjną.

Nie wiem czemu ma takie coś służyć, bo morze i horyzont niewiele różni się przy zmianie wysokości obserwatora o trzy metry.

Wracamy zawiedzeni brakiem danieli. Obeszliśmy całą wyspę dookoła, więc albo zwierzęta przemieszczały się w tym czasie zgodnie z naszym kierunkiem, albo ich tu nie ma.

Podczas naszej nieobecności przybyło jachtów w porcie. Jest kilka tratw, ale Darwin uniknął przytulania burta w burtę.

Zauważamy też, że w okolicy trwa chyba zjazd miłośników wózków ręcznych.

Idziemy na obiad do tutejszej portowej knajpy. Może chociaż uda się zjeść coś z daniela ;) 

Jest jednak tylko ryba.  Ale bardzo dobra.

Podczas obiadu rozkminiamy mapę wyspy i ślad naszej wędrówki. Okazuje się, że byliśmy wszędzie oprócz centrum wyspy, które na początku wskazywała nam na mapie Lotta, sugerując trasę zwiedzania.

Może tam są daniele? Sprawdźmy!

Zaraz za linią domów znajdujemy duży trawiasty obszar (część zagospodarowana jako boisko piłkarskie). A na jego krańcach, tuż pod drzewami skubią sobie trawę... Daniele!

Niestety nie dają się zbliżyć nawet na odległość wyraźnego ujęcia telefonem. Kuba podejmuje jeszcze próbę podejścia zwierza od zawietrznej, ale czujne daniele są o jeden krok przed nim. Albo daliśmy się nabrać na opowieści o jedzeniu z ręki, albo to prawda, że zwierzęta wyczuwają złych ludzi ;)

Wracamy do portu. Od skakania po kamieniach zaczyna mi dokuczać moja odwodniona (przez lata siedzenia za biurkiem) galaretka między kręgami L4 i L5. Musze się koniecznie na chwilę położyć i zregenerować.

Tymczasem kolega Robert nie daje mi akurat spokoju i na podstawie marineftraffic donosi o znajomym jachcie zaparkowanym przy północnym falochronie. Sprawdzam i faktycznie widzę na ploterze s/y Sea Jay. Początkowo traktuję to jako artefakt systemu AIS, ale po wychyleniu się z kokpitu przyznaję mu rację.

Idę przywitać się kolegą Maciejem z SAJ i jego załogą. Niestety ze względu na tymczasową niemoc muszę dzisiaj odmówić poczęstunku winem.

Wracam na jacht i zalegam w koję. Budzi mnie dopiero prom, który swoją śrubą napędową robi w porcie niezłą rozpierduchę.


08.08.2025

Sen i poranna gimnastyka powoduje, że bóle w plecach znikają. Jestem gotów ruszyć w morze. Co też niezwłocznie czynimy.

O godzinie 1000 opuszczamy port Hanö  i płyniemy dalej na północ. 

Mały i przetrzebiony przez turystów sklepik na wyspie nie sprostał naszym potrzebom na uzupełnienie zapasów spożywczych. W związku z tym celujemy w najbliższe większe miasto. Wybór pada na pobliski Karlshamn. 

Etap niewiele ma wspólnego z żeglugą wiatrową, bo nic nie wieje i cały czas musimy jechać na silniku i wąchać spaliny diesla.

Miasto, do którego się zbliżamy nie wygląda zachęcająco, a nawet pasuje krajobrazem do naszego dzisiejszego dieslowego stylu. Widoczne już z daleka silosy i kominy to nie to, co marzy mi się z reguły na wakacjach. 

Przed wejściem do portu musimy ominąć jeszcze małą wysepkę Frisholmen.

Za nią znajdują się jeszcze jakieś okablowane zasieki złożone ze słupów i oznaczone zakazem zbliżania się.

Jeszcze chyba nie wpływaliśmy do portu w tak mocno uprzemysłowionej dzielnicy.

Cumujemy tuż przed godziną 1200.


Cystern na nabrzeżu jest tutaj więcej niż łódek w porcie. Jesteśmy trzecim jachtem w marinie, a duża ilość wolnych miejsc zaczyna mnie zastanawiać. Coś musi być nie tak z tą miejscówką.  No ale mapy podpowiadają, że są tu spożywcze sklepy, więc jak na razie wszystko gra. Opłacam postój w automacie i idziemy w miasto.

Miasto jak każde inne - da się znaleźć kilka przyjemnych miejsc. Jest fontanna, park i trasa spacerowa nad brzegiem morza.

Wybitną miejscówką jest Café Villa Utsikten, z naturalnym tarasem widokowo-konsumpcyjnym.

Robimy zakupy spożywcze i wracamy na jacht.

Kiedy dochodzimy do portu czujemy paskudny chemiczny zapach, który nie ustaje. Prawdopodobnie pochodzi ze znajdującej się tuż obok mariny fabryki. Wizja spędzenia tutaj nocy zaczyna nas przerażać. Bez dalszego zastanawiania, zbieramy cumy i ruszamy do mariny Vägga, znajdującej się jakieś niecałe 2NM drogi na południe.

W drodze Kuba wpada jednak na inny pomysł. Proponuje Tjärö - dość popularny pomost przy wyspie będącej rezerwatem przyrody. To może być dobra odmiana na dzisiaj. Jest już jednak trochę późno na taki kurort i może być problem z miejscem. Ale to tylko około 10NM po wodzie, więc zgadzam się spróbować. Kto nie ryzykuje, nie je przecież ziemniaków.

Mijamy więc mariny Vägga i Svaneviks i płyniemy dalej na wschód.

Przepływamy na przełaj przez rezerwat Fölsö... Tu się oddycha!

Za którymś z kolei zakrętem dopływamy w końcu do południowego krańca wyspy Tjärö.

Przed godziną 1600 stoimy już zacumowani na bojce, przy pomoście, w całkiem uroczej zatoczce. 

Ale to była dobra decyzja. Może powinienem więcej planowania trasy zlecać załodze? 

Jak niewiele potrzeba infrastruktury, żeby żeglarzowi turyście frajdę sprawić, kiedy przyroda wkoło. Kilka bojek, pomost opcjonalnie z knajpą u nasady, ze dwa kible z prysznicami gdzieś na lądzie, i tyle.

A tu jeszcze jest do obejścia całkiem niezły kawałek nie byle jakiego rezerwatu. Ruszamy więc bez zwłoki.

Wyspa ma skaliste przewężenie pośrodku, co sprawia, że obchodzimy ją robiąc ślad w kształcie ósemki.

Ze wzniesienia na środku wyspy bardzo dobrze widać całą zatokę, w której cumujemy.

W pewnej chwili wyskakuje nam pod nogi wąż. Nie jest czarny i nie jest kotem, więc nie wpadamy w panikę. Zachowanie gada jest bardzo dziwne. Nie jest agresywny, nie boi się i przez chwilę pełznie nawet w stronę naszych stóp. 

Jeszcze takiego nie widziałem i na pierwszy rzut oka klasyfikuję go jako żmiję zygzakowatą. Nie zgadza mi się jednak zupełnie zachowanie, kształt głowy, a plamki na grzbiecie tylko z daleka pozornie układają się w zygzak. Pozwalamy zwierzakowi spokojnie przejść "ulicę" i zniknąć w trawie. Późniejsza analiza zdjęć i poszukiwanie w internecie podpowiadają, że był to prawdopodobnie gniewosz plamisty

Na ironię, według wikipedi, nie powinien on występować na tym terenie, na którym się znajdujemy. Ale pewnie akurat przechodził między jednym obszarem występowania, a drugim ;)

Poza spotkaniem ze straszliwym gadem, wyspa okazuje się oazą spokoju, z wieloma malowniczymi zakątkami.

Po powrocie nie trzeba mnie długo przekonywać do kąpieli regeneracyjnej za rufą jachtu.

Intensywność dzisiejszego dnia nie pozostawia nam już dzisiaj czasu na kulinarne fantazje. Sięgamy więc do zafoliowanych i zapuszkowanych fabrycznie zapasów. I też jest smacznie.

Kończymy dzień leżąc w kokpicie, obserwując zachód słońca nad wyspą i wsłuchując się w odgłos wysychającego na relingu ręcznika. A najlepsze w tym jest to, że ten ręcznik jest w całej okolicy najgłośniejszy :)


09.08.2025

Ej, chciałoby się zostać tutaj na dłużej i zająć się nicnierobieniem. Ale prognozy pogody zapowiadają pogorszenie warunków na morzu za jakieś dwa dni. A Kuba musi koniecznie wrócić najpóźniej na 12.08 do Gdańska. Muszę więc dostarczyć go do Karlskrony - najlepiej w ciągu następnych 48 godzin.

O 0930 zwalniamy bojkę i opuszczamy miejsce przy pomoście. Jakoś wiatr odwraca mnie rufą do wyjścia, więc nie walczę tylko staram się utrzymać kurs. Mając pewne nawyki niepływania prosto do tyłu (z Albin Vegi), zawsze jestem nieco zdziwiony jak mi się to teraz udaje.

Jeszcze ostatnie spojrzenie za rufę na magiczną wyspę i wychodzimy ze szkierów na otwarte morze. 

Piękna pogoda i około 10kn wiatru dokładnie z prawej burty - chce się żyć!


Ponieważ mamy jeszcze dwa dni zapasowego czasu, decydujemy się na przystanek w Garpen, na wyspie Hasslö. To w szkierach pod samą Karlskroną, więc niezależnie od pogody damy radę zdążyć na prom. 

Niestety, marina jest pełna po brzegi, a my nie mamy ochoty na cumowanie w tratwie. Wypływamy tak samo szybko jak wpłynęliśmy.

Nie pozostaje nam już nic innego jak płynąć prosto do Karlskrony.

Choć całkiem prosto to się nie da, bo trzeba omijać wyspy i ustępować pędzącym promom.

Zauważam, że od czasu, kiedy swoim jachtem odwiedziłem po raz pierwszy to miasto, nad terminalem promowym przybyły dwie wieże. Zaskakuje mnie znaleziona w sieci informacja, że służą one do produkcji wysokonapięciowych kabli morskich. Najnowsza ma mieć aż 200 metrów wysokości!

Wraz z rzuceniem cum na pomost, o godzinie 1430, kończymy oficjalnie kolejny etap rejsu.

W Karlskronie warto od razu skorzystać z dobrze wyposażonej pralni, dostępnej w cenie postoju.


10.08.2025

Dzień na luzie. Idziemy zwiedzić tutejsze muzeum morskie. Niestety, wizyta tu nie jest już darmowa, jak było ostatnim razem.

W pewnej chwili Kuba woła mnie do stanowiska z peryskopem i mówi "Tata, zerknij - zdziwisz się."

Podchodzę, przykładam wzrok do okularu i...

Przecieram oczy ze zdumienia i patrzę jeszcze raz...

Przecież ja ich znam! 

To Ania i Michał z naszego klubu. Z powodu poważnej awarii napędu na swoim s/y Amber nie mogli ruszyć w morze na własnym i postanowili zapytać, czy mogą wbić się w mój rejs. Nie dość, że postąpili słusznie, to jeszcze zrobili to w odpowiednim czasie, bo mi się właśnie zwalniały wszystkie koje gościnne. Przypłynęli dzisiaj promem z Gdyni i zaokrętowali się już wstępnie na pokładzie Darwina.

Na dodatek dobrze znają tutejszą okolicę i zabierają nas na wycieczkę do Björkholmen - najstarszej dzielnicy Karslkrony.

To trochę daleko, piechotą od mariny, ale jak już się tam dojdzie to można podziwiać małe kolorowe domki. Choć równie mocno zainteresowały nas przystrojone archiwalnymi zdjęciami uliczne skrzynki elektryczne.

Wracając przez centrum i rynek, wstępujemy na lody do Glassiären.

To ta sama lodziarnia, w której byliśmy podczas pierwszej wakacyjnej wyprawy Santa Pastą za morze w 2016 roku. Wafle nadal własnej roboty, a lody równie smaczne, co duże.


11.08.2025

Amberki namawiają nas dzisiaj na autobusową wyprawę do Ronneby. Zwiad zaczynamy od Ronneby Brunnspark.

Na pierwsze wrażenie, to taka Kudowa Zdrój, ale po sezonie. Podobno jest tu też źródło wody leczniczej.

Ale później jest już tylko lepiej. Znajdujemy kilka na prawdę ładnych zakątków, a brak ludzi stanowi tylko wartość dodaną. Rozrywka może trochę emerycka, ale w sumie to zbliżam się do takiego wieku, że może czas już migrować w kierunku takiej spacerowo-parkowej aktywności.

Jest tu jednak budynek, w którym można poczuć się dużo młodziej - podejrzeć jak pracują pszczoły i potwierdzić naszą prawidłową klasyfikację węża widzianego na Tjärö.

Źródło "cudownej" wody również w końcu udaje się znaleźć, ale jej wściekle kwaśny smak odbiega znacznie od tych nawet najgorszych z naszej Kotliny Kłodzkiej.

Zupełnie przypadkowo znajdujemy niepozornie wyglądającą wystawę dedykowaną znalezionemu przypadkowo wrakowi statku z XV wieku. Wchodzimy do środka bez większego przekonania, ale miejsce okazuje się najciekawszym punktem dzisiejszego dnia. Obsługa tego tymczasowego muzeum jest bardzo zaangażowana w to co robi i jesteśmy bonusowo uraczeni ciekawymi historiami związanymi z odkryciem i ekspozycją wraku.

Robi się późno, a jeszcze chcemy obejrzeć miasto. Robimy więc zdjęcie na pniu i opuszczamy park, kierując się do centrum.

Na rynku testuję cierpliwość moich nowych załogantów i rozgrywam z Kubą partię szachów na sztucznej murawie.

Odwdzięczają się nam szybko i dyplomatycznie, zgłaszając chęć zwiedzenia miejscowego kościoła sprzed wieków. Zaciskam zęby i wchodzę ;)

Do Karlskrony wracamy pociągiem. To ostatni wieczór Kuby na jachcie, więc zasiadamy w kokpicie do wspólnej kolacji pożegnalnej. Dołącza do nas nasz klubowy kolega Jędrzej, który pływa swoim jachtem s/y Triola z rodziną po okolicy i akurat zatrzymał się w tej samej marinie i w tym samym czasie, co my.

Kiedy odprowadzam Kubę na przystanek autobusowy, dzieją się dziwne rzeczy. Najpierw automat odmawia wydania biletu, a potem autobus, który podjeżdża ma awarię oświetlenia w kabinie i nie wyświetla numeru oraz trasy przejazdu. Kierowca twierdzi, że jedzie na terminal promowy, więc teoretycznie jest wszystko OK. Dziwi mnie trochę, że mój syn jest jedynym pasażerem tego autobusu i że prom StenaLine właśnie odpłynął z terminala. Ale to nie koniec anomalii na dzisiaj...

Kuba dzwoni do mnie jakieś 45 minut później, że będzie jednak nocował na jachcie. Czyżby aż tak wciągnął się w żeglarstwo, że rzuca wszystko i zaciąga się na rejs?

Rzeczywistość okazuje się bardziej prozaiczna. Kuba kupił wcześniej elektroniczny bilet na prom i zrobił to nawet na dobrą trasę, ale w złym kierunku. Gdy już wraca na jacht, odbiera telefon od obsługi Stena Line z informacją, że w Gdyni brakuje im jednego pasażera i pytaniem, czy mają jeszcze na niego czekać, czy rezygnuje.

Cała historia kończy się w miarę szczęśliwie. Obsługa telefoniczna Stena Line (za odpowiednią opłatą wyrównawczą) przebukowuje mu bilet na trasę z Karlskrony, na jutro rano. 

Rozbawieni nieco całą sytuacją, kontynuujemy naszą kokpitową posiadówkę do późnych godzin nocnych. Jest też pozytywny efekt całej tej promowej historii - od tej pory mój syn przestał mi wypominać przygodę z akumulatorami ;)


12.08.2025

Kuba wcześnie rano melduje się na właściwym promie, który planowo rusza do Gdyni. A my też za chwilę będziemy zbierać się w morze... 

Ale gdzie nas tym razem zawieje, to już będzie w kolejnym odcinku :)


Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.