Posiadanie jachtu w Gdańsku ma wiele zalet. Zatoka daje sporo możliwości dla weekendowej żeglarskiej aktywności. Ale gdy chce się sięgnąć ciekawszych rejonów naszego morza, to już dwa dni wolnego od pracy nie wystarczą. A jak pogoda się na dłużej popsuje to i tydzień urlopu może dla rejsu pełnomorskiego być na styk. Jednym słowem, aby gdzieś dopłynąć, trzeba minimum te 150NM Bałtyku przeorać. A jak już się przeora i pozwiedza, to trzeba jeszcze tyle samo mil przez to morze wrócić.
20.08.2022
Jest sobotnie rześkie popołudnie. O godzinie 1600 opuszczamy marinę Dockan w Malmö.
Na pokładzie jest już ze mną Piotr, który przybył do mariny dosłownie 15 minut wcześniej.
Pośpiech w opuszczeniu gościnnej kei wynika z faktu, że przekroczyliśmy już znacznie etyczny limit czasu na darmowy postój. Regulaminowo powinniśmy uiścić opłatę za postój do 45 minut od zacumowania.
Teraz jednak już nie musimy się z czasem ścigać. Wieje prawie z połówki dobre 15kn, a my chcemy się dzisiaj jeszcze tylko dostać do mariny w kanale Falsterbo. A to zaledwie jakieś 18NM od naszej aktualnej pozycji. Rozwinięta w pełni genua robi całą robotę.
Po raz kolejny w mojej żeglarskiej karierze przepływamy pod mostem Øresund.
Ale nadal jest to dla nas ciekawe doświadczenie.
No i to wrażenie zbyt długiego patyka z pokładowej perspektywy, choć wiemy doskonale, że się zmieścimy z zapasem - nawet gdyby do wysokości masztu dołożyć jeszcze ego obecnego prezydenta ;)
Po godzinie 1900 jesteśmy już prawie u celu. W końcu mam kogoś do roboty przy cumach i mogę znowu zostać jedynie kierownikiem statku.
Cumujemy w dalbach i o godzinie 1945 możemy już zejść na suchy ląd.
Marina Höllviken to jedna z tych, które mają stanowiska cumownicze przy falochronie długim na ponad 500 metrów. Można do kibla nie zdążyć, jeśli nie weźmie się odpowiedniej poprawki na drogę. A jak jeszcze trafi się na malowniczy zachód słońca, to już w ogóle kupa.
Mnie akurat żadna potrzeba nie nagli, więc kadruję sobie z różnych miejsc do woli.
Oprócz naszej załogi, na przystani nikogo nie ma. Opłacamy więc tylko postój w automacie i z grubsza rozglądamy się po porcie.
Wypożyczalnia rowerów nie jest mi już w stanie zaimponować, po tym co widziałem na wyspie Ven.
Tutejsza palma też jakaś taka mało wyjściowa i im jakoś słabo bananami obrodziła w tym sezonie.
Z powodu braku turystycznych atrakcji wracamy na jacht i kończymy dniówkę wzniesieniem toastu szklaneczką rumu. Za ponowne udane spotkanie na morzu!
21.08.2022
O godzinie 0750 opuszczamy stanowisko cumownicze i ustawiamy się w kolejce do kanału.
Woda dzisiaj jak lustro - wiatru zupełne nic. Ale nie jesteśmy sami w swoim pomyśle kanałowej przeprawy. Darwin jest czwarty w kolejce.
Trzeba oczywiście jeszcze poczekać na otwarcie mostu, co następuje punktualnie o godzinie 0800.
W kanale doświadczamy, jak to często w takich gęsto okablowanych miejscach bywa, anomalii elektromagnetycznych i żeglujemy sobie po lądzie.
Ale już po chwili wracamy w kanał, co paradoksalnie jest dla nas bardzo pozytywnym faktem.
Brakuje tylko wiatru. Ale po kilku akordach na turystycznej chińskiej gitarze i to się zmienia. Kto śpiewa ten się modli dwa razy - może dlatego. Ale tego nie jestem pewien i nigdy nie doświadczyłem - jak ja gram, to co najwyżej ludzi mdli.
Zaczyna zawiewać od lądu, czyli w naszej sytuacji, z północy.
Potem na kilka godzin wiatr znowu siada i jedziemy na silniku. To dobry moment aby przygotować się na ponowną wizytę na wodach duńskich.
Po godzinie 1300 zaczyna coś nieśmiało zawiewać z prawego baksztagu.
Aż w końcu wieje nam prosto w rufę, na co od razu odpowiadamy konfiguracją żagli "na motyla". Muszę sobie w końcu sprawić spinakera.
Z początku wiatr ma zaledwie 6 węzłów, ale z upływem czasu osiąga 12kn. To w końcu daje nam dobrą prędkość przelotową powyżej 5kn.
Po godzinie 1830 przecinamy rutę, na której mimo, że panuje akurat dość umiarkowany ruch większych jednostek, to zmuszeni jesteśmy nieco pokręcić płetwą sterową, aby ominąć dwa statki będące z nami na kursie kolizyjnym.
A kiedy kilka godzin później za rufą znika nam słońce...
Przed dziobem wyłania się nasz cel - wyspa Bornholm.
Wbijamy do portu Tejn już po zmroku, zmagając się na podejściu z omijaniem kilku żółtych bojek, które dziwnym trafem nie znajdują się na swoich, zaznaczonych na naszej elektronicznej mapie, pozycjach. Zmuszony jestem iść na dziób ze szperaczem i wyszukiwać bojek w mroku.
22.08.2022
Ranek wita nas bardzo ładną pogodą. Mamy czas, więc zostaniemy tutaj dzisiaj i puścimy się dwukółkami na eksplorację lądu.
Ze względu na pionowe opierzenie nabrzeża, decydujemy się na poziome uwiązanie niektórych odbijaczy, co lepiej ochroni stójki relingów przed kolizją z wysokim nabrzeżem.
Keja wysoka i mało wygodna do wychodzenia, ale za to miejscówka w pobliżu sanitariatów.
Zostawiamy Darwina na cumach i ruszamy rowerami na północ.
O tym, że rowerem po tej wyspie da się wygodnie dojechać prawie wszędzie wie każdy, kto był tu choć raz.
My po kilkudziesięciu minutach komfortowej jazdy asfaltem dojeżdżamy do Alligne.
A w godzinę od naszego wyjazdu z Tejn jesteśmy już w Sandvik, gdzie w znanym już miejscu wypijamy kawę i zjadamy porcję lodów.
Zaglądamy jeszcze na chwilę do tutejszego uroczego portu i ruszamy dalej.
Kierując się dalej na północny brzeg wyspy objeżdżamy równie uroczą zatokę, poznaną już w tym rejsie w drodze do Norwegii.
Dojeżdżamy aż do latarni Hammerodde, gdzie zawracamy i kierujemy się na zachód.
Jedziemy główną asfaltową drogą na SW i po dość wyczerpującym odcinku zjeżdżamy w dół do portu Hammerhavn.
Tu sobie chwilę odpoczywamy.
Miejscówka nieco zatłoczona, a kolejki do bufetu zniechęcają do zakupu przekąsek.
Jeszcze tutaj nigdy nie byłem, więc oglądam uważnie układ portu. Chcę mieć już jakieś wyobrażenie o tym miejscu, gdy będę tu kiedyś jachtem przypływał.
Opuszczamy port i bardzo stromym podjazdem (jak na dzisiejsza upalną pogodę) kierujemy się ku ruinom zamku Hammershus.
Zwiedzałem już to miejsce przy okazji
rejsu "Morskie CIAO" w 2016 roku, ale Piotr jest tu po raz pierwszy.
Stwierdzam, że w sumie nic się nie zmieniło...
Zamek jak był, tak nadal jest kompletną ruiną.
Widoki na szczęście ciągle ładne.
Może słońca trochę mniej niż było ostatnio, ale nadal jest na co popatrzeć.
W pewnej chwili zauważam coś, czego nie widziałem tu kilka lat wcześniej.
Nowy budynek informacji turystycznej z toaletami i bufetem.
Przyznam, że lokalizacja wyborowa, bo sama droga i taras widokowy daje bardzo ładny widok na ruiny zamku.
A w środku całkiem spora garść informacji odpowiednio estetycznie zwizualizowana. Jest też gdzie kupić i wypić zimnego browarka, z czego korzystamy.
Widok ruin w otoczeniu zieleni, jako bonus, też jest jako ogólnodostępny.
W drodze powrotnej schodzimy jeszcze klifami w dół na kamienistą plażę.
Takie zakątki dają chwilowy odpoczynek od miejsc okupowanych przez turystów.
Po drodze spotykamy też kolejne krzaki dzikich jeżyn. W myśl tego, że podróże kształcą, z tego rejsu nauczyłem się, aby nigdy, pod żadnym pozorem, nie brać się za import czarnej jeżyny do Skandynawii.
Robi się późno, więc czas na odwrót.
Wracam jakąś szutrową drogą, dzięki której znajdujemy polanę pełną symbolicznie sprośnych kamieni.
Z tablicy informacyjnej dowiadujemy się, że są to dzieła nieżyjącego już lokalnego rzeźbiarza Ole Christensena.
Gdzie indziej, po drodze, znajdujemy jeszcze samoobsługowy stragan z lokalnymi płodami rolnymi.
Dobrze, że końcówka trasy wiedzie szeroką asfaltową ulicą, bo zaczynam czuć przebyte kilometry w nogach.
Aby zakończyć dniówkę równie pozytywnie jak zaczęliśmy, na wieczór przygotowujemy sobie grillowane mięsko.
Tutejsze sanitariaty dysponują technicznym zlewem, w którym po zakończeniu imprezy, można łatwo umyć cały grill. Próbując przyspieszyć studzenie, a właściwie zakończyć proces spalania resztek brykietu, wpadam na pomysł, który do znudzenia podawany jest jako zły przykład gaszenia pożarów na każdym szkoleniu BHP. Zalewam palące się jeszcze resztki brykietu wodą, zapominając o wytopionym z karkówki tłuszczu, który znajduje się również pod teflonową tacą. Skutkuje to potężnym buchem płomienia w kierunku nachylonej nad grillem mojej głowy. Na szczęście refleks mnie nie zawodzi i w porę ocalam swoje krzaczaste brwi i zaniedbaną fryzurę, czując na twarzy jedynie podmuch gorącego powietrza.
Po kolacji klikam jeszcze, obowiązkowy w tych okolicznościach, kadr z zachodem słońca. I na tym kończymy ten intensywnie spędzony dzień.
23.08.2022
Wychodzimy z Tejn tuż po godzinie 1000. Prognozy zapowiadają umiarkowane wiatry, z kierunków nam sprzyjających.
I w sumie się sprawdzają. Cały dzień idziemy na żaglach. Często ostrym bajdewindem, ale stan morza daje wysoki komfort żeglugi. Są nawet dłuższe odcinki, na których osiągamy stabilne 7.5kn prędkości.
Pogoda dopisuje. Nie ma upału, ale skoro Piotr jedzie bez sztormiaka, to temperatura musi być dość przyjemna.
Noc mija również spokojnie, choć przeciwna fala jest już bardziej odczuwalna przez kadłub.
Jedynie w pewnej chwili, w świetle włączonej akurat na chwilę czołówki, tuż przy burcie przelatuje długa, solidna drewniana belka, na oko długości około trzech metrów. Od razu skacze mi adrenalina. Odruchowo spoglądam na prędkościomierz. Jacht pędzi 6.8 węzła i zastanawiam się co by było, gdyby kadłub płynął jakiś metr dalej w prawo. Laminat z lat 80-tych niby mocny i wytrzymał już spotkanie z norweską skałą, ale wolałbym go po raz drugi nie testować i to na pełnym morzu, w nocy.
Sprawdzam pozycję na ploterze - jesteśmy gdzieś na wysokości polskiego wybrzeża, zaraz za Łebą. W tej samej mniej więcej okolicy widziałem praktycznie identyczną belkę, płynąc w drugą stronę parę tygodni wcześniej. Wtedy mijaliśmy ją w nieco większej odległości kilku metrów, ale był dzień i mogłem dobrze ją sobie obejrzeć. Czyżby prądy utrzymywały tą przeszkodę nawigacyjną przez kilka tygodni akurat w tym rejonie? Czy jest to w ogóle możliwe? A może takich pływających rupieci jest tutaj więcej?
Tymczasem, jacht zachowuje się jakby nic nie zauważył i płynie sobie dalej. Wycinek spienionej wody przy kadłubie oświetlony czołówką wzmaga odczuwalną prędkości, co w połączeniu z idealną czernią przed dziobem budzi grozę. Wyłączam czołówkę, żeby przypadkowo nic więcej nie zobaczyć.
Reszta nocy mija już na prawdę spokojnie. Około godziny 1000 jesteśmy prawie na zakręcie, przy Rozewiu.
Mamy jeszcze dzień czy dwa zapasu przed końcem urlopu, więc postanawiamy zawitać do Władysławowa.
Po raz pierwszy od kilku tygodni używam pokładowego radia VHF i zgłaszam wejście do portu. Po uzyskaniu pozwolenia, wchodzimy i cumujemy przy pomoście dla jachtów. Miejsc jest dzisiaj pod dostatkiem.
Robię szybki i ogólny przegląd łódki. Jazda w bajdewindzie daje znane już z poprzednich etapów objawy przecieków. Woda dostaje się po zawietrznej burcie, przez nieszczelne okienka w kadłubie, które w silnym przechyle znajdują się często pod wodą. Pod koją nie przechowuję już kaszy i ryżu, ale na dłuższą metę nie toleruję na swoim jachcie żadnych przecieków do kabiny. W związku z tym czeka mnie w przyszłości mały remont okien.
Idziemy na miasto i od razu doznaję szoku cenowego. Przy cenie sześć złotych za gałkę, mając jeszcze w głowie ceny duńskich lodziarni, wydaje mi się, że tutaj rozdają je za darmo. Kupuję sobie trzy jako podkładkę pod obiad, na dobre trawienie ;)
Piotr proponuje wejście na wieżę Domu Rybaka, na co z radością przystaję. Nigdy nie przyszło mi do głowy sprawdzić, czy tam wpuszczają turystów.
We Władku nie bardzo jest co oglądać, więc z radością dowiaduję się o takiej atrakcji. Warto jednak czasami pływać w dobrej załodze i posłuchać co ma do powiedzenia.
Widok jest pierwszorzędny i tłumaczy nas przed znajomymi z pomysłu odwiedzenia Władysławowa. Głównie przez kwestie godzin otwarcia i irracjonalnego cennika portowych sanitariatów, miejscowość ta nie jest szczególnie lubiana przez żeglarzy. Do dzisiaj mam w pamięci żart jednego z moich znajomych, który na informację o tym, że musi oddzielnie zapłacić za toaletę, mimo że wykupi prysznic, strasznie zirytował obsługę stwierdzeniem, że on dziękuje za WC i że załatwi dwójkę w czasie kąpieli pod prysznicem :)
Po obiedzie "U Chłopa" idziemy jeszcze na falochron portu, gdzie znajduję kolejną miłą dla oka atrakcję Władysławowa, o której nie wiedziałem wcześniej. Artystyczne malunki na falochronie robią bardzo fajny klimat i wzbogacają wrażenia ze spaceru, pozwalając jednocześnie zapomnieć o niedogodnościach sanitarnych mariny.
25.08.2022
Wypływamy z Władka punktualnie o 0900. Zgłoszenie na VHF portu docelowego Górki Zachodnie uzmysławia mi kończące się właśnie długie wakacje na morzu.
Ale jeszcze trochę zostało, więc staram się nacieszyć żeglugą. Wieje w rufę wzdłuż półwyspu, więc lecimy bardzo szybko.
Na wysokości Helu wpadamy na pomysł, aby po drodze odstawić Piotra do Gdyni, skąd ma znacznie bliżej do domu.
Zgłaszam do Mariny Gdynia zamiar wejścia do portu, w celu przeprowadzenia desantu załoganta. Otrzymuję zgodę, wchodzimy i cumujemy prawą burtą do falochronu - dosłownie na kilka chwil.
Piotr wraz ze swoimi tobołkami opuszcza pokład, a ja nawracam w basenie mariny do wyjścia.
Jeszcze ostatnie gesty pożegnanie, wymiana kadrów...
I już jestem na ostatniej urlopowej prostej do portu macierzystego.
Stabilne 10kn wieje pozornie od morza dokładnie w lewą burtę, więc jazda jest komfortowa.
Około godziny 1700 jestem już na wysokości Portu Północnego.
Pół godziny później, tuż przed główkami nagle skręcam w lewo, jakbym miał zrezygnować z powrotu i chciał zawrócić na morze. Ale to niestety tylko manewr ustawienia się pod wiatr, aby zrzucić grota.
Po godzinie 1800, cumuję już na swoim miejscu w marinie AKM w Górkach Zachodnich.
Pakuję najpotrzebniejsze rzeczy i chcę ruszyć do domu, ale okazuje się, że nieładowany przez prawie dwa miesiące, siedmioletni już akumulator nie jest w stanie zakręcić rozrusznikiem. Podładowuję go więc ładowarką używaną awaryjnie na jachcie do ładowania akumulatora rozruchowego i wtedy dopiero motor w aucie zaskakuje. Jadę do domu.
I to już koniec najdłuższego i zarazem najdalszego jak dotąd, w mojej żeglarskiej karierze, rejsu morskiego. Czas na małe podsumowanie.
W ciągu prawie ośmiu tygodni s/y Darwin pokonał trasę o długości 1786NM. Czas, w którym jacht był w ruchu to 321 godzin, co daje dość wysoką średnią SOG, w okolicach 5.5kn. W tym czasie przez pokład przewinęło się dziesięciu dzielnych załogantów, z którymi odwiedziliśmy po drodze 26 portów, w trzech różnych krajach, nie licząc naszej Polski.
Po tym co zobaczyłem i co oferuje żeglarzom i turystom górskim Norwegia, na pewno jeszcze tam wrócę. A może i popłynę kiedyś jeszcze dalej? Trzymajcie za to kciuki!
Póki co, czeka mnie teraz przejście szoku pourazowego, związanego z nagłym powrotem do świata zwanego potocznie, nie wiadomo dlaczego, "normalnym" :)
Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.