9 maja 2024

Półinteligentny Projekt Darwin - Sezon 5 - Zaraz będzie ciepło!

W myśl zasady, że pływać to każdy głupi umie, postanowiłem w tym sezonie dłużej pozostać na cumach i trochę więcej na jachcie pomajsterkować. Zacząłem od rzeczy najmniej chyba niezbędnej, ale za to najbardziej kosztownej...

Jacht kupowałem w 2019 roku, z niesprawnym ogrzewaniem Wallas 2400. Sprzedający, chyba zdawał sobie sprawę z beznadziejnego stanu urządzenia, ponieważ bez większego problemu zgodził się odjąć od ostatecznie wynegocjowanej ceny jachtu wartość nowego urządzenia grzewczego tej samej marki.

Przez dwa sezony, miałem jednak nadzieję uruchomić maszynkę do robienia ciepła i w ten sposób zachować w skarpecie zaoszczędzone pieniądze. Po przeglądzie, czyszczeniu i wymianie knota, urządzenie przez chwilę nawet działało - choć ciepło dawało mizerne. Kupiłem nawet wysokiej czystości olej parafinowy, spodziewając się jego lepszej kaloryczności. Nie przyniosło to jednak żadnego pozytywnego rezultatu. 

Po kilku dniach nagrzewnica zdechła zupełnie i już nigdy nie wystartowała. Kolega Robert próbował reanimować ją jeszcze, poprzez wymianę niektórych elementów elektronicznych w module sterowania, ale ostatecznie poległ. Wallas 2400 nadawał się jedynie do demontażu.

Kolejny sezon przepływałem bez ogrzewania. Pływając po Bałtyku w sezonie letnim nie stanowiło to dużego problemu. W tym okresie chyba bardziej przydatna byłaby na jachcie klimatyzacja.

Kiedy jednak zacząłem więcej przebywać na pokładzie Darwina jesienią, od razu przypomniałem sobie o brakach w wyposażeniu.

Ze względu na wysoką cenę tego typu nagrzewnic, rozważałem i porównywałem oferty innych producentów, jak Webasto czy Eberspacher. Mocno też zaangażowałem się w kierunku Chibasto (chińskie podróbki znanych firm). Finalnie jednak zdecydowałem się pozostać przy pierwotnym wyposażeniu. Szczególnie, że nowe urządzenia Wallasa (od jakiegoś czasu) działają na diesla. 

Fiński producent, już w pierwszej korespondencji mailowej, przekierował mnie do polskiego przedstawiciela - firmy Marco Marine. Tam też, po akceptacji oferty cenowej, złożyłem zamówienie.

Po kilku dniach otrzymałem przesyłkę. Zawierała nową nagrzewnicę Wallas 22GB.

Teoretycznie wymiana starego na nowego miała odbyć się zgodnie z utartym przez marketing powiedzeniem "jeden do jednego". Ale, jak to zwykle bywa, rzeczywistość zrewidowała te naiwne konsumenckie marzenia. Urządzenie posiadało nieco większe wymiary gabarytowe, co umiarkowanie utrudniało montaż w miejscu starego. Najgorsze, że rura rozprowadzająca powietrze spuchła im w fabryce przez lata z 60 na 75cm. Wszystkie otwory przelotowe w grodziach wymagały więc powiększenia. 

Po zakupie odpowiedniej otwornicy i wstępnej przymiarce, rozpocząłem operację rozwiercania.

Bardzo pomocny okazał się kawałek sklejki, przyłapany tymczasowo wkrętami od niereprezentacyjnej strony mebla.

W jednym miejscu pokonać trzeba było kawałek twardego laminatu. Tam już nie dawała rady akumulatorowa wkrętarka i musiałem zatrudnić mocniejszą sieciową wiertarkę.

Nieco mniejszych strat materiałowych wymagały otwory wylotowe przeznaczone na przepustnice i kratki wentylacyjne.

Po całej operacji zostało mi bardzo dużo drewnianych relikwi.


Kolejny etap robót był już bardziej budujący (mniej destrukcyjny).

Dławice zostały osadzone za pomocą wkrętów.

I przykryte dekoracyjnymi kratkami wylotowymi.

Przyszedł czas na połączenie źródła z tymi wszystkimi końcówkami.

Do tego posłużyły elastyczne przewody ciepłego powietrza, zwane również w świecie awangardy szkutniczej rurami spiro.

Pocięcie rury na odpowiednie fragmenty i przeciągnięcie ich przez grodzie nie było trudne Złapanie końcówek do tulei kratek wylotowych również nie stanowiło wyzwania. 

Dostęp do śrub blokujących opaski zaciskowe jest w tych miejscach bardzo swobodny.

Zajrzałem do szafki za kiblem, gdzie rury łączą się z nagrzewnicą...

I wtedy jedna z rur spojrzała na mnie w taki sposób, że od razu zrozumiałem, że na drugim końcu tak łatwo nie będzie.

Samo ułożenie (wygięcie) i rozprowadzenie rur w ciasnej przestrzeni wymagało nieco wysiłku (i to nie tylko fizycznego).

Kilka poprawek musiałem wprowadzić do kształtu podłogi. Zmniejszył się metraż użytkowy, ale nie sądzę aby wpłynęło to na obniżenie stawki postojowej w marinie.

Największym wyzwaniem w całym montażu, było założenie opasek na końcówki przewodów łączących się z nagrzewnicą.

Złośliwie, wypadły akurat w wąskiej szczelinie pomiędzy grodzią, a obudowa nagrzewnicy. 

Ciężko było tam sięgnąć wzrokiem, a co dopiero ręką.

Palce okazały się za grube i długi śrubokręt przydał się nie tylko do przykręcania opasek, ale również do ich osadzenia.

Jak już z wielkim trudem wszystko poprzykręcałem, przypomniałem sobie o izolacji termicznej - potrzebnej, aby nie roztopić chowanych w szafie sztormiaków i kaloszy. 

Ponieważ musiałem zdemontować i zamontować ponownie opaski przy nagrzewnicy, nabrałem w tym nieco więcej wprawy.

Zanim zacznie się rozprowadzać ciepło takim urządzeniem, warto zadbać o dostarczanie powietrza do komory spalania i odpowiednie odprowadzanie spalin. W urządzeniach Wallas obie funkcje realizowane są jednym kominem. Rura odprowadzająca spaliny znajduje się w rurze pobierającej świeże powietrze. Tym sposobem oszczędza się miejsce i prawdopodobnie dodatkowo izoluje się spaliny od przestrzeni mieszkalnej. Przy okazji podgrzewa się powietrze kierowane do komory spalania, co chyba akurat niekoniecznie jest korzystne, ze względu na uboższą zawartość tlenu - ale to tylko teoria, która na jachtach często przegrywa z praktyką. 

Dodatkowo, musiałem jeszcze zdemontować stary i uszkodzony (zdeptany nie raz i przeciekający od dawna) grzybek komina.

Wydłubanie go z nadbudówki nie było jednak zbyt trudne. Wróciły wspomnienia z rejsu, gdy sikaflexem bohatersko blokowałem kapiącą z niego wodę, zapewniając w ten sposób korzystającym z kingstona nieco większy komfort..

Nowy kominek to dokładna kopia tego sprzed lat. Na szczęście producent nic tutaj nie zmienił.

Ze względu na chropowatą powierzchnię nadbudówki, oprócz dedykowanej uszczelki z gumokorka, zaaplikowałem nieco sikaflexu 295 UV (taki miałem akurat pod ręką). Otwory montażowe na szczęście nie były wyrobione i wkręty weszły ciasno, dobrze i równomiernie dociskając cały kołnierz.

Pozostało jeszcze zamontować mechanizm otwierania grzybka, jak i sam grzybek.

Chwilę później, reprezentacyjna część komina była gotowa i połyskliwie odbijała obraz otaczającej ją rzeczywistości.

Wspomniane wcześniej, sprytne rozwiązanie rury w rurze, stworzyło niestety kolejne wyzwanie przy montażu.

Dobrze jednak, że rury są w miarę elastyczne i rozciągliwe. Przy odrobinie wprawy da się to sprawnie złożyć w jedną i szczelną całość. 

Jeszcze przed montażem rur i komina zacząłem równolegle ogarniać zasilanie i sterowanie elektryczne. 

Kable zasilające miałem dociągnięte od tablicy rozdzielczej do puszki, po starym urządzeniu. Wystarczyło więc dojechać nowymi przewodami tylko mały kawałek (zostawiając małą pętelkę jako zapas na ewentualne zmiany w przyszłości).

W rozdzielni musiałem wydłubać automatyczny bezpiecznik hydro-magnetyczny, ponieważ miał za dużą wartość.

Zmieniłem go na 10A - wartość zalecaną przez producenta nagrzewnicy.

Sprawdzona później wartość prądu przy rozruchu urządzenia oscylowała przy wartości około 7.5A, więc wszystko wydawało się być pod kontrolą.

O miejsce w panelu i etykietę zadbałem odpowiednio wcześniej - już w trakcie instalacji panelów tablicy rozdzielczej. 

Oprócz zasilania, potrzebowałem jeszcze poprowadzić przewód sterujący do panelu, w którym umieszczony jest też czujnik temperatury otoczenia. 

Kabel ma fabrycznie zarobioną końcówkę, więc tym razem nie obcinałem kabla, tylko zwinąłem całą jego długość jako zapas.

Nie byłem pewny miejsca montażu panelu. Póki co, wybrałem gródź przylegającą do szafy, ale w przyszłości może będę chciał go przesunąć w inny punkt na jachcie. Na razie muszę sprawdzić czy w tym miejscu będzie dobrze pracował czujnik temperatury. 

Pozostało jeszcze doprowadzić do nagrzewnicy paliwo. 

Stare ogrzewanie korzystało ze zbiornika oleju parafinowego, umiejscowionego pod koją w mesie. Nie chciałem jednak smrodzić sobie dieslem we wnętrzu jachtu, podczas rejsu, przelewając paliwo z kanistra do takiego zbiornika.

Szczególnie, że mam tego paliwa na jachcie sporo w innym miejscu. Wożę bowiem w nierdzewnym zbiorniku, w kilu, aż 110 litrów diesla. 

Trzeba się było tylko teraz do niego jakoś podłączyć. Pompka w nagrzewnicy podobno ma ogarnąć odległość poniżej czterech metrów bez dodatkowej pompki pomocniczej w linii paliwowej.

Z wielką radością odkryłem kiedyś, że mam już gotowe przyłącze na zbiorniku. Na górnej powierzchni zbiornika znajduje się króciec z zaworem. Zawór ten łączy się z rurką wewnątrz, sięgającą prawie samego dna. Wiem to, ponieważ otwierałem i czyściłem już kiedyś ten zbiornik.

Korzystając z okazji, zrobiłem przegląd tego zaworu i wymieniłem stare, zdrewniałe już o-ringi w dławicy.

Poskładałem wszystko z powrotem w całość i podłączyłem gumowy przewód dostarczony wraz z nagrzewnicą.

 W dalszej kolejności dodałem (również będący w zestawie) filtr przepływowy.

Małym problemem okazało się umiejscowienie filtra zgodnie z instrukcją. Nie powinien on pracować w poziomie, ze względu na możliwość odkładania się w nim powietrza i tworzenia zatorów w przewodzie zasilającym urządzenie.

Postanowiłem zająć się tym później. Być może kupię dłuższy przewód, aby zrobić miejsce do poprawnej pozycji filtra.

Tymczasem, przeciągnąłem cienką plastikową rurkę zasilającą pod podłogą w mesie.

Połączyłem koniec rurki z przewodem gumowym za pomocą opaski zaciskowej i tym samym zakończyłem montaż. 

Nadszedł czas próby. 

Elektryka i sterowanie zdawały się działać poprawnie.

Zanim jednak paliwo zostanie po raz pierwszy zassane i dotrze trzymetrowym przewodem do nagrzewnicy, potrzeba kilku nieudanych rozruchów. Za każdym razem urządzenie wchodzi w tryb awaryjny, który trzeba resetować. Brzmi strasznie, ale wszystko jest zgodnie z instrukcją producenta.

Jest to zresztą niezwykle emocjonujące, gdy słyszy się tykająca cicho pompkę i śledzi idący powoli rurką słupek paliwa.

W końcu nastąpił prawidłowy rozruch i nagrzewnica weszła w tryb normalnej pracy. A po pewnym czasie, z kratek wylotowych popłynęło ciepłe powietrze. 

Niestety, nie minęło dużo czasu, gdy znowu włączył się tryb awaryjny z błędem braku paliwa. A to już mnie zaniepokoiło.

Szybko odkryłem, że filtr paliwa zapchał się bliżej niezidentyfikowanymi farfoclami.

Zdemontowałem i przedmuchałem filtr (niestety, nie miałem nowego na wymianę). Założyłem ponownie na przewód, ale po uruchomieniu nagrzewnicy szybko zapchał się znowu.

Czyżbym w zbiorniku miał diesel-buga? Tylko nie to! Pamiętam jeszcze nierówną walkę z tym świństwem na s/y Santa Pasta. Wymiana filtrów i czyszczenie odstojnika nic wtedy nie dało. Taka bakteria, jak żyje, rośnie ponad 1kg masy na dobę. Musiałem rozmontować cały układ paliwowy i wymyć wszystko dokładnie, łącznie ze zbiornikiem. Od tego czasu, przy każdym tankowaniu paliwa z bio-komponentami dodaję odpowiedniego bakteriobójczego zajzajeru. 

Skąd więc farfocle? Dziwne jest również to, że w odstojniku paliwo było czyste i klarowne.

Przygotowałem się jednak na najgorsze - wypompowanie paliwa i czyszczenie układu paliwowego wraz z myciem zbiornika. W klubie znalazłem jakieś puste, pojemniki po dieslu (chyba). Gdzieś muszę te sto litrów ropy wypompować i albo przefiltrować, albo potem jakoś w cywilizowany sposób zutylizować.

W ruch poszła pompka elektryczna, używana zazwyczaj do wymiany oleju silnikowego. Doskonale radzi sobie też z dieslem.

To co zaczęła wyciągać ze zbiornika było totalnym szlamem. Załamałem się równie totalnie czekającą mnie śmierdzącą i czasochłonną robotą.

Jednak, po wyciągnięciu około pięciu litrów błota, z węża zaczęła lecieć czysta ropa! Widocznie tylko na dnie zebrały się jakieś męty, a reszta jest w porządku. Dolewanie środka biobójczego do paliwa chyba się opłaciło. Zapobiegło prawdopodobnie rozwojowi galaretowatych bakterii. To co wyszło dzisiaj ze zbiornika prawdopodobnie było martwe i nie rozprzestrzeniało się po układzie paliwowym. 

Odetchnąłem z ulgą. I w razie czego, kupiłem nowy filtr.

Zmontowałem ponownie układ zasilania paliwem i odpaliłem maszynę.

Tym razem, w filtrze pozostawało klarowne paliwo, a ogrzewanie działało prawidłowo.

Minęło trochę czasu, a mi nie dawało spokoju, dlaczego przewód zasysający paliwo do nagrzewnicy został zaprojektowany w tak idiotyczny sposób, aby zaciągać z dna wszystkie gromadzące się osady.

I pewnie zastanawiałbym się po dziś dzień, gdybym gdzieś przypadkiem nie dowiedział się, że przyłącze, które użyłem do Wallasa zupełnie nie zostało do tego celu zrobione. 

Jest to bowiem rurka inspekcyjna, służąca do testowania zawartości zbiornika i ewentualnego odciągania gromadzącego się na jego dnie osadu - w celu doraźnego oczyszczenia zbiornika, bez jego uciążliwego otwierania. Tak przynajmniej przewidziała to stocznia HR.

Stąd też wziął się zawór na tym przyłączu. W przypadku zasilania nagrzewnicy, mógł on stanowić dodatkowy problem, zapowietrzając układ przy drobnych nieszczelnościach na dławicy.

Niewiedza może i nie boli, ale przysparza czasem dużo stresu i trochę dodatkowej pracy. 

Skoro już wiedziałem jak nie robić, to musiałem poszukać innego sposobu na pobieranie paliwa ze zbiornika. 

Rozwiązanie okazało się banalne. Po drugiej stronie, przy pokrywie zbiornika, znajduje się korek. 

Po jego wykręceniu otrzymujemy półcalowy, gwintowany otwór, prowadzący do lokalnych złóż roponośnych. Otwór nie jest jednak wyposażony w żadną rurkę. 

Ale ja sobie taki pobór paliwa gotowy zakupiłem wraz z głównym urządzeniem...

Niestety, niepotrzebnie wydałem pieniądze. Patent na mocowanie polega tutaj na wywierceniu otworu w pokrywie i odpowiednim montażu przelotowym (uszczelnienie czołowe - bez połączenia gwintowanego). Nie mam na górze zbiornika zbyt dużo miejsca na odwierty i zmieszczenie kołnierza z uszczelką. A poza tym chciałem wykorzystać istniejący otwór z gwintem. Niestety, sprzedawca odmówił zwrotu i przyłącze zasiliło liczbę ofert na platformie OLX.

Korzystając z pomysłu kolegi Roberta, dorobiłem w warsztacie (u pana Stanisława) dedykowany pobór paliwa. Zwykła miedziana rurka z wlutowanym korkiem, wygięta na górnym końcu. Długość dobrana tak, aby jej dolny koniec znajdował się około 15 cm nad dnem zbiornika.

Pozostało wkręcić nowe przyłącze ciasno na pakuły z pastą i przełożyć końcówkę przewodu zasilającego nagrzewnicę. 

Poprawił się przy okazji tej zmiany kąt nachylenia filtra, co nie powoduje już jego zapowietrzania.

I od tej pory wszystko, co dotyczy nagrzewnicy Wallas działa w zgodzie ze sztuką inżynierii. A jakby przestało, to nad bezpieczeństwem czuwa czujnik czadu, zamontowany niedaleko nagrzewnicy.

Nowe urządzenie jest trochę większe i zmieściło się w miejscu montażu poprzedniej nagrzewnicy nieco na styk.

Otwarte (złożone) drzwi do mesy nieznacznie przysłaniają otwory wlotowe powietrza. Nie ma to jednak wpływu na działanie urządzenia i uwiera jedynie od strony estetyki wizualnej.

Sprawa umieszczenia nagrzewnicy w tym właśnie miejscu jachtu jest mocno dyskusyjna. Urządzenie jest ogólnie ciche (pompka paliwa jest praktycznie niesłyszalna), ale już praca wentylatorów jest nieco dla ucha uciążliwa. Wątpliwości może też budzić pobór powietrza tylko z kabiny, co nie koniecznie służy dobrze odprowadzaniu wilgoci z wnętrza jachtu. Zdecydowałem się jednak na montaż w tym miejscu, ze względu na istniejące już przyłącze elektryczne i przepust kominowy. Czy w przyszłości przeniosę nagrzewnicę do bakisty lub komory silnikowej (oczywiście z poborem powietrza z zewnątrz), to się jeszcze okaże. Zakładam bowiem, że wraz z wiekiem, słuch będzie mi się pogarszał, więc może nie będzie takiej konieczności ;) 



Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.