18 września 2023

Rejs "Z Palcem w Rowie Jarosława" - s/y Darwin (HR 312) - 16-17.09.2023

Wyzwanie nie jedno ma imię. Są różne rekordy szybkości do pobicia, prestiżowe regaty do wygrania, słynne przylądki do opłynięcia, czy w końcu groźne oceany do pokonania,. Ja jednak miałem coś zupełnie innego w głowie...

Nigdy nie byłem jachtem na Zalewie Wiślanym, a mój ojciec chciał zobaczyć architektoniczny cud, którym nasza władza, ten właśnie zalew z Zatoką Gdańską połączyła. Więc i ja postanowiłem połączyć te wszystkie fakty i ich status nieco odmienić.


16.09.2023

Wypływamy z Górek Zachodnich po godzinie 0900.


Ojciec Zbigniew od razu bardzo dobrze wczuwa się w rolę sternika.


Jedziemy ostrym bajdewindem wzdłuż wybrzeża, kierując się oczywiście prosto na E. Siła wiatru nie przekracza 15kn, ale morze płaskie, bo zawiewa od lądu.


O godzinie 1035 mijamy na prawym trawersie ujście Wisły. Z tej okazji strzelamy sobie pamiątkową, dwupokoleniową fotkę.

Zgodnie z przepisami portowymi powinniśmy zgłosić zamiar wejścia do portu Nowy Świat na dwie godziny wcześniej. Wydaje mi się to jednak nieco nadgorliwe i odzywam się na kanale 68 VHF dopiero na godzinę przed wejściem. 

Uprzejmym tonem wypytują mnie o dane jachtu. Po raz pierwszy ktoś na morzu chce ode mnie sygnał wywoławczy (call sign). Na szczęście mam wydrukowane wszystkie dane jachtu i na stałe przyczepione przy stoliku nawigacyjnym. Nasze zamiary zostają zaakceptowane i mamy odezwać się po raz drugi dopiero wchodząc w główki portu.

Przechył jachtu męczy Zbyszka, który z racji poważnych problemów ze zdrowiem, zajmuje wygodniejszą pozycję spoczynkową na burcie zawietrznej.


Ale, co jakiś czas, zerka jednak przed dziób jachtu z niecierpliwością.


Napięcie rośnie wraz ze zbliżającym się falochronem. Zrzucamy żagle przed główkami i zgłaszamy się ponownie do kapitanatu. Jesteśmy od razu przekierowani do śluzy.

Po chwili na radio wywołuje nas jacht Fokus. To podsłuchał nas mój klubowy kolega Bogdan, wychodzący właśnie swoim jachtem z Nowego Świata na Zatokę. I teraz pozdrawia nas, a przy okazji odradza wizytę w Krynicy Morskiej, ze względu na południowe wiatry. Jakoś tak się jednak dzieje, że zajęty podejściem do portu puszczam to, co usłyszałem obok uszu i jedziemy dalej. Nie powinienem oczywiście lekceważyć takiej uwagi od kogoś, kto zawodowo po morzu pływa. Ale przypomnę sobie o tym dopiero później.


Wpływamy do portu. Olbrzymi awanport robi na nas wrażenie. Jest godzina 1330, pogoda dopisuje - wchodzimy do śluzy kanału.


Niektórzy padają na kolana przed tym, co widzą, w końcu, na własne oczy.

Śluza wyposażona jest w dwa obrotowe, zamykane na przemian mosty, między którymi przekierowywany jest ruch samochodów. W ten sposób, śluzowanie statków nie powoduje wstrzymania ruchu lądowego. Pod każdym mostem znajdują się dodatkowo wrota, które ze względu na znikomą różnicę poziomów wody po obu stronach śluzy, zapobiegają chyba jedynie wymianie wód między Zalewem Wiślanym, a Zatoką Gdańską. Tak przynajmniej twierdzi Marcin Palacz na swojej stronie internetowej.

Podpływamy we wskazane miejsce do nabrzeża, przy kapitanacie portu. Cumy odbiera od nas obsługa. To miło z ich strony, bo nabrzeże jest wysokie i niewygodne dla desantu z poziomu klepek Darwina.

Wszystko odbywa się w przyjaznej i lekko żartobliwej atmosferze. Jesteśmy dzisiaj jednym z czterech jachtów przeprawiających się na zalew.

Nie wiem ile jest w potrzebie budowy tego kanału propagandy i złudzeń, a na ile będzie on użytkowanym wodnym szlakiem towarowym do Elbląga. Na razie Kanał Elbląski jest chyba zbyt płytki na przyjęcie jednostek o większym zanurzeniu, a z przekopu korzystają chyba tylko żeglarze. 

Paradoksalnie, nie jest on chyba dla małych jachtów żaglowych zupełnie przystosowany. Nabrzeża wysokie, a wbudowane polery są bardzo trudne do złapania cumą z pokładu. No ale dobrze, że są - być może z niższych pokładów jest łatwiej.

Po godzinie i kwadransie od wpłynięcia do śluzy, jesteśmy już po drugiej stronie. Kadłub Darwina, prawdopodobnie po raz pierwszy w swoim życiu, moczy się w wodach Zalewu Wiślanego.

Od przekopu idziemy wzdłuż bojek torowych, aż do pławy bezpiecznej wody nr 9. Cały odcinek niestety jest idealnie pod wiatr, więc cały czas na silniku

O godzinie 1520 lewą burtą przechodzimy obok obrysu rozpoczętej budowy sztucznej Wyspy Estyjskiej. Jak to dobrze, że człowiek ma jeszcze jakieś resztki szacunku dla przyrody.

Dziesięć minut później mijamy biało-czerwoną "dziewiątkę" i za nią odbijamy w lewo.

Około 1600, po prawej burcie, obejrzeć możemy sobie stawę Elbląg. Zaskakują mnie jej rozległe rozmiary fundamentu.

W końcu jesteśmy w stanie złapać nieco wiatru w żagle. Odstawiamy silniki i kursem bajdewindowym lecimy torem wodnym na NE.

Dwukrotnie próbuję skrócić drogę, odbijając z toru wodnego w lewo, ale za każdym razem po przepłynięciu kilkudziesięciu metrów, przed dziobem pojawia się labirynt tyczek, na których jak przypuszczam rozłożone są sieci rybackie. Wracamy na tor i grzecznie jedziemy aż do pławy bezpiecznej wody TOL.

Przy TOL skręcamy na tor podejściowy do Krynicy Morskiej. Z daleka, oprócz latarni morskiej, wita nas górujący nad okolicą diabelski młyn. Zbliżając się do mariny, do naszych uszu coraz głośniej dochodzą jakieś mniej ambitne muzyczne rytmy. To z pobliskiego festynu. Na pierwsze wrażenie, miejscówka wydaje się być gorszym "Januszowem" od Jastarni, ale zobaczymy jak będzie dalej.

Cumujemy w marinie, opłacamy postój i wychodzimy na miasto. Niestety, ojciec zapomniał dzisiaj swojej laski, przez co trudniej mu pokonywać dłuższe dystanse.

Idąc tak od jednej ławki do drugiej, udaje nam się jakoś dotrzeć do restauracji Busola, gdzie załoga funduje skipperowi smaczną rybkę z frytkami i zestawem surówek.
Gdy tak siedzimy w restauracyjnym ogródku i popijamy obiadek zimnym piwkiem, okolice odwiedza para dzików.

Dowiadujemy się potem, że w mieście odbywa się właśnie doroczne święto "Dzień Dzika". Parka dzików znalazła się tutaj jednak nie z tej okazji, a obrzędy tego święta związane są raczej z dzikiem już upieczonym.

Ale nie tylko święta i zwierzęta na ulicy są tutaj dzikie. Równie nieokiełznane i narowiste są pomosty w tutejszej marinie. 

Nocą, wiatr z południa przybiera na sile i w marinie powstaje bardzo nieprzyjemna fala. Dzioby jachtów oscylując w pionie z amplitudą około jednego metra i nerwowo szarpią cumy. Pomosty równie mocno chodzą góra-dół, trzeszcząc przy tym całkiem głośno. 

W nocy praktycznie nie śpię. Po północy łapię się do poprzeczki y-bomu dodatkową cumą, aby bardziej odciągnąć dziób od, znajdującego się w naszym stanowisku postojowym, słupa. Kosz dziobowy przy każdej fali mija słup w odległości zaledwie kilku centymetrów. 

Nie jestem sam w tym nierównym pojedynku. Niektóre łódki mieczowe i lekkie motorówki podskakują o wiele wyżej od Darwina. Ich właściciele, wybudzeni ze snu, stoją półnadzy na pomostach i usilnie starają się uchronić swoje kadłuby przed kontaktem z nabrzeżem.


17.09.2023

Zbyszek śpi jednak na tyle głęboko, że gdy budzi się rano i zastaje spokojną wodę, nie chce uwierzyć w to, co się nocą działo

Ja w każdym razie, Krynicę Morską wpisuję na listę żeglarskich przystani średnio przyjemnych i potencjalnie niebezpiecznych. Na szczęście s/y Darwin wychodzi z tego wszystkiego bez uszczerbku.

A tuż po godzinie 0900 wychodzi również z mariny. 

Wracamy praktycznie po naszym wczorajszym śladzie. Około godziny 1000 mijamy stawę Elbląg. Niestety cały czas pod wiatr, na silniku.

O 1050 jesteśmy na podejściu do przekopu.

Ojciec znowu rzuca się na kolana przed cudem architektonicznym, zwanym u nas w klubie "Rowem Jarosława".

Tym razem jesteśmy znacznie wcześniej przed otwarciem śluzy. Korzystamy z jedynego wolnego miejsca, w którym nabrzeże jest obniżone. Po zacumowaniu jachtu, wychodzimy na brzeg.

Ojciec nie jest w stanie daleko odejść od łódki, ale ja idę się rozejrzeć. 

Mijam slip techniczny.

Przechodzę pod jednym z dwóch mostów.

I trafiam na punkt widokowy.

A tam znajduję tablice z informacjami technicznymi na temat przekopu.

Zastanawia mnie brak jakiegoś skutecznego falochronu od strony zalewu. Ale może mam wyczulone i tendencyjne poglądy na ten temat, po ostatniej nocy w Krynicy.

Okazuje się, że krajoznawczo odwiedza ten zakątek całkiem pokaźna liczba zmotoryzowanych turystów. Chyba dla nich właśnie przygotowano obszerny parking tuż przy samej śluzie.

Wracam na jacht, gdzie ojciec robi mi pamiątkowe zdjęcie - można powiedzieć, że ogarniam śluzowanie z palcem w rowie.


Tuż przed godziną 1200 otwierają się wrota i most od strony zalewu i wpływamy do środka.

Za nami, to samo robi kilka innych jachtów. Sama drobnica - wygląda na to, że i tym razem nie zobaczymy w przekopie żadnej większej jednostki.

Ale nie ma co o to bić piany. Może i władza, za nasze podatki, ufundowała sobie kosztowny pomnik, ale skoro już jest i będziemy ponosić koszty jego utrzymania, to nie pozostaje nam nic innego jak z tego korzystać. Nie sądzę, aby chciało mi się kiedyś jachtem kilowym Szkarpawą się na Zalew przeprawiać. I przyznać muszę, że tylko dzięki przekopowi odwiedziłem kolejne polskie morskie wody osłonięte.

Wypływając po drugiej stronie śluzy, znowu robi na nas wrażenie rozległość awanportu od strony zatoki.

Jeszcze tylko ostatnie, pożegnalne spojrzenie wstecz...

I mijając lewą burtą żółte bojki ostrzegające, wychodzimy na zatokę.

Ale na zatoce pływać się nie da - przynajmniej na żaglach.

Godzinę później, ktoś się jednak nad nami lituje i włącza wiatr prosto w prawą burtę.

Dużo tego wiatru nie ma, ale da się jakoś płynąć powyżej prędkości wstydu. 

Kiedy, po kolejnej godzinie, wiatr nieznacznie odkręca do baksztagu, zakładamy spinaker.

To dobrze robi na prędkość jachtu i jeszcze lepiej wpływa na morale załogi.

Jest tak fajnie, że Zbyszek aż wstaje z kolan.

Pozytywne nastawienie człowieka przyciąga nie tylko ludzi. Odwiedza nas właśnie jakiś mały latający zwierz.

Tak na prawdę, to prawdziwym powodem postawienia spinakera jest jacht płynący z nami burta w burtę. Słabo się na jachtach znam, ale to chyba sławny Albin Ballad - robiony stoczniowo pod formułę regatową IOR. Bez fortelu z żaglem dodatkowym, nie mielibyśmy z nim raczej szans.

Niby się człowiek pośpiechem brzydzi i regat unika, ale czasami włącza się jakaś głupawka i chce się kogoś za rufą zostawić. Postawiony spinaker doskonale spełnia nasze prymitywne żądze i po chwili wysuwamy się znacznie do przodu.

Płynie się tak dobrze, że aż nie chce się do portu wracać.

O godzinie 1650 zrzucamy jednak spinakera i po zwrocie przez rufę, na grocie, wchodzimy w główki Górek Zachodnich.

Cumujemy w marinie AKM po godzinie 1700.

Rejs udał się znakomicie. Poza nocną walką w porcie na cumach, warunki pogodowe na morzu były idealne. Długo czekałem na takie prognozy, ponieważ większy stan morza byłby dla mojego ojca, ze względu na jego problemy z mobilnością i osłabieniem ciężką chorobą, bardzo kłopotliwy i być może nawet niebezpieczny. Cieszę się, że udało nam się popływać praktycznie wszystkimi kursami wiatrowymi i nawet użyć spinakera. Ojciec zobaczył Rów Jarosława od strony, o której większość zwolenników PiS może tylko pomarzyć. A mnie również raduje moja pierwsza wizyta na Zalewie Wiślanym i chociaż w szuwary mnie nie ciągnie, to zawsze lubię popłynąć tam, gdzie mnie jeszcze nie było.



Postaw mi kawę na buycoffee.to

Jeżeli spodobał Ci się ten wpis i chcesz podziękować mi za czas spędzony przy jego tworzeniu, a także dać mi siłę do dalszej radosnej twórczości, która odbywa się zwykle w późnych godzinach wieczornych, możesz postawić mi kawę - będzie mi niezwykle miło :) Rafał.